poniedziałek, 11 lutego 2013

Remis

Dzisiaj jeszcze słów kilka w temacie ukrywania rzeczy, żeby nie było że to są skłonności przypisane jednej płci.
Najprawdopodobniej w związku z przeprowadzką, zaginęło nam kilka potrzebnych dokumentów, oraz kilka rzeczy których braku jeszcze do końca sobie nie uświadamiam. Jakiś czas temu żona pytała o pudło z napisem „komoda – szuflady”.
- Już rozpakowane a zawartość jest w biurku i sąsiedniej szafce - odpowiedziałem dając do zrozumienia, że mam tu wszystko pod kontrolą.
-Ale to nie wszystkie rzeczy – stwierdziła żona – Brak mi dokumentów na okulary, przedłużonej gwarancji i ubezpieczenia.
- Wszystko co było rozłożyłem – odpowiedziałem ale już zacząłem żałować nadgorliwości działania. Nie kontynuowałem jednak tematu, bo wiadomo do czego prowadzą rozmowy gdy jest słowo przeciwko słowu.
Kiedyś z powodu jednego guzika do płaszcza, doprowadziliśmy taką rozmową nasze małżeństwo na skraj. Na szczęście był to tylko skraj absurdu.
Zostawiłem sprawy swojemu biegowi, co ma być to będzie.
W sobotę odwiedził mnie młodszy brat. To jego pierwsza wizyta w naszym nowym, wiejskim domu. Po kolacji rozgadaliśmy się bardzo, bo wiadomo, że wino rozwiązuje języki. Żona wypisana ze szpitala w połowie tygodnia i mocno obstawiona antybiotykami z wina nie korzystała. Towarzystwo dwóch rozgadanych facetów zaczęło ją nużyć, a więc wybrała się na wieczorny spoczynek. Pomogłem jej w codziennych wieczornych czynnościach i ucałowałem na dobranoc.
Sprawdziłem jeszcze czy założony podciśnieniowy opatrunek nie piszczy ostrzegawczo i zgasiłem światło. Wymęczona chorobą, która tylko popuściła zamiast całkowicie odpuścić, zasnęła dość szybko.
Z kolejną butelką serum prawdy wybraliśmy się do gościnnego pokoju na pięterko i tam dokończyliśmy naszej polaków i braci rozmowy.
Następnego dnia zerwałem się jak zwykle do życia i koło ósmej tradycyjne śniadanie niedzielne stało już na stole.
Wszedłem do pokoju żony z następująca informacją:
- Kochanie, od twojej mamusi otrzymałem w prezencie świątecznym krem przeciwko zmarszczkom i zmęczonej skórze. Użyłem rano i zobacz jaki jestem gładki i wypoczęty.
- Tylko oczy zdradzają Twoje nocne zajęcia – powiedziała żona – Tej ostatniej butelki wina mogliście sobie darować
- Ale to był „Cziornyj doktor” (Mołdawia) - świetny do finalnej rozmowy.
Wspomniany „doktor” nie pogorszył, ani nie polepszył niedzielnego poranka. Wprawa lub jak kto woli praktyka. Tak jak co dzień zrobiłem swoje, dodatkowo odśnieżyłem i rozpaliłem w kominku. Kiedy płomienie objęły w posiadanie bukowe polana, zrobiło się przyjemnie i ciepło
Ten wydostający się przy okazji dokładania do pieca dym pobudzał wyobraźnię i od samego zapachu robiło się cieplej.
W kuchni rozpoczęła się subtelna gra zapachów. Oprócz palonego buka. dom zapachniał pieczonym chlebem, bo apatyty sobotnie przeszły nasze oczekiwania. W sumie zrobiło się tak, jakby gdzieś w domu był piec chlebowy. Taki stary, wiejski na węgiel drzewny, a wszystko przez plątaninę zapachów chleba i dymu.
Za oknem śnieg a duże kryształowe sople zwisały z rynien. Gdzieś zawiało, gdzieś zmroziło, ale w tej atmosferze wewnątrz domu, zupełnie nam to nie przeszkadzało.
Jakby dla podkreślenia nastroju, zaraz po śniadaniu wprosili się na obiad Syn z żoną. Dom dla dzieci zawsze jest otwarty i gościnny. Dokładając do tego teściową, po którą pojechał Młodszy, z niedzielnym obiadem zmagało się siedem osób.
Daliśmy radę. A ja z mroku zapomnienia wyciągnąłem przepis na zupę szczawiową. Wyszła taka jak u mamy. Koniecznie z jajkiem bo jak czytałem jajko niewluje szkodliwe szczawiany ze szczawiowych liści.
Duży rodzinny stół posadowiony pomiędzy kuchnia a salonem, w cieple kominka strzelającego iskrami z płonących polan, sprzyja rodzinnym rozmowom. Zwłaszcza przy kawie i niedzielnym cieście.
I jak to w rodzinie, raz komplement raz prztyczek.
- W moim pokoju - zaczęła teściowa, mając na myśli jeden z pokoi na piętrze.
- Jaki Twój babciu? - spytał się Młodszy
- No jak to? - odpowiedziała babcia, zapomniawszy, że czas jakiś temu zrezygnowała z propozycji wspólnego zamieszkania w jednym domu.
- Mamusiu - zacząłem jak zwykle taktownie - rzadko zgadzam się z moim synem, ale teraz muszę to zrobić. Ten na górze to jest pokój gościnny.
- Mamusia żony spojrzała na mnie wzrokiem spokojnym, ponieważ trzy dekady wspólnych rozmów uodporniły ją. Teraz byle co jej nie ruszy. Wprawa i doświadczenie.
Mój Młodszy Syn już od środy Pan Inżynier. Jakże to miła informacja dla rodziców i jakże chętnie powtarzana. Do tego z końcową oceną z egzaminu 5,0.
No proszę. A tego to się już po własnym dziecku nie spodziewałem.
Jestem dumny jak paw. Rozwinąłem kolorowy ogon nie zważając na mróz za oknem.
A teraz wrócę do początku i sedna sprawy.
Brat spytał mnie o folię do zabezpieczenia ekranu telefonu. Kiedyś już raz robiłem mu małe nalepianie.
- Jest w pudełku z napisem „komoda - szuflady” - powiedziała żona - jak i moje dokumenty do okularów. Wsadziłam je do koperty w której przychodzą reklamówki fundacji J.
Fundacja J. przysłała kiedyś jakieś małe, kolorowe kartki pocztowe z dołączoną prośbą o wsparcie. Żona zrobiła przelew, ale to tylko skomplikowało sprawę. Od tej pory cyklicznie przychodzą naklejki a to z imieniem żony, a to małe karteczki do prezentów itp. Żona dzwoniła do nich i powiedziała, że dała ile mogła, bo sama wymaga wsparcia przy tych obecnych kosztach leczenia. Nie zmieniło to podejścia fundacji. Koperty przychodzą regularnie. Regularnie też korespondencja ląduje w koszu.
- No to jesteśmy w domu – powiedziałem. W trakcie wykładania dokumentów z pudła, zauważyłem kopertę z fundacji J. Zakładając, że koperta zaplątała się przy pakowaniu, wrzuciłem ją do kominka - A napisałaś coś na tej kopercie - spytałem ?
- A co miałam pisać – spytała zdziwiona żona.
- Można było skreślić adres i na przykład skrobnąć pisakiem „okulary – dokumenty”
- Nie?. To nie dziw się, że ktoś wyrzuci akt notarialny, jak wsadzisz go w gazetkę reklamową Carrefoura.
W sumie dokumenty nie są tak ważne i do chyba do odtworzenia. Daj bóg żeby się nie przydały. W sumie można powiedzieć mamy z żoną remis 1:1.
Ale nie o to chodzi.
Głupio mi trochę, że zadziałał u mnie automat. Przecież zwykle podchodzę do tematu dokładnie jak to mówią od podszewki.
- A i myśmy się dzisiaj raczej wprosili na ten obiad – przywołało mnie do rodzinnej rozmowy kokieteryjne zdanie wypowiedziane przez Starszego Syna.
- Żeby Ci nie było przykro, to z Tobą też się zgodzę mój Synu – powiedziałem szybko i pewnie wbrew oczekiwaniom. Ale przecież i mój syn zna mnie od ponad trzydziestu lat.



24 komentarze:

  1. jeśli dzieci przyjeżdżają dobrowolnie, bez okazji a nawet się wpraszają, to jest to wielki sukces i powód do dumy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego jestem dumny, ale to nie przeszkadza mi być sobą. Sam nie obrażam się o inteligentne docinki. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Obok dumy jaka spłynęła na Autora z tytułu dyplomu inżyniera jaki zdobył syn i to jeszcze z taką średnią. Piękna relacja z domu gdzie panuje ciepełko domowe, nie tylko od płonących polan bukowych, ale i od żyjących tam ludzi.
    Napisał ktoś, że "najcieplej jest w domu, który ogrzewa para"...nie koniecznie wodna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jeżeli idzie o rodzinę jestem tradycjonalistą.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Tu(u-nasz-w-swirwoku.blog.onet.pl). A czegóż to inżynierem jest twój młodszy syn i na której uczelni?
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałem wiele razy o jego miłości do zwierząt.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Jak rodzinna atmosfera,
    miło jest u Cibie na wsi :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze się że nie jest pusto,pomimo pewnych obaw Pozdrawiam

      Usuń
  5. a to gratuluje inzyniera ! i to na piatke!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję a gratulację przekaże. Pozdrawiam

      Usuń
  6. Ładnie, bardzo miło i rodzinnie. Nowy inżynier oraz rodzinny remis to bardzo korzystny bilans tygodnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak niedzielna kupa ludzi. Wtedy dom żyje naprawdę
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. Jak sielankowo tam u Was, nawet jak ktoś coś komuś wyrzuci ;-)
    Gratuluję inżyniera :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może tylko ja mam takie różowe źrenice.
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Jest czego pogratulować. Toteż gratuluję; syna, jego inżynierskiego tytułu i więzi godnych pozazdroszczenia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz jak to w rodzinie. Raz na wozie raz pod wozem, ale niedzielne obiady są. Pozdrawiam

      Usuń
  9. Dołączam się do gratulacji dla Syna, dobrze jeśli takie rodzinne rozmowy przebiegają w atmosferze spokojnej a nie na tej granicy absurdu :)
    A przedstawiona rodzinna atmosfera godna pozazdroszczenia :).

    Moja mama też uwielbia używać opakowań zastępczych, ja na przekór pewnie absolutnie je odrzucam, właśnie po to, żeby mi się potem coś nie zaplątało do kosza :)

    pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nam się zaplątało przez pozorną oszczędność
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Hmmm... remis , to jednak nie wygrana:) Ale kto by tam walczył z Rodziną, bo i o co? Niedzielne obiady- tradycja godna naśladowania , a możliwości zazdroszczę. Pozdrawiam, Hanula

    OdpowiedzUsuń
  11. Bo jakże walczyć z własną żoną i starać się wygrać. Z drugiej strony tak przegrywać na własne życzenie?
    Remis, kompromis. Chociaż zawsze mówi się zgniły kompromis.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Typowym przykładem przeoczenia rzeczy ważnych są wyprane pieniądze. Nie chodzi tu oczywiście o finansowe machinacje, a o brutalny fakt potraktowania biletów NBP woda z mydlinami. Zawsze sprawdzam, czy coś w kieszeniach nie zostało, ostatecznej kontroli dokonuje małżonka tuż przed pizgnięciem brudnych rzeczy do pralki. Nie powiem że często, ale ze dwa razy jakieś zabłąkane pięć dych uniknęło kontroli. ;-)

    Tylko że nie ma winnych i roztrząsania tematu. Rodzinne niedzielne obiadki są zawsze miłą odskocznią od całotygodniowych zajęć. Wreszcie można porozmawiać, bo na co dzień to wymienia się jedynie informacjami. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toi jest ta różnica pomiędzy mówić a rozmawiać.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. strasznie nie lubie grzebac w mezowskich kieszeniach - co uznaje za swoja zalete - maz ma zgola inne zdanie, bo raz upalam dowod rejestracyjny a raz jego dowod osobisty ( jeszcze w starej formie)oj, iskrzylo!...

      Usuń
    3. Niestety mąż sam sobie winien, a Ty masz zalety. Pozdrawiam

      Usuń