19 maja 2026

Co mnie nastraja od kwietnia do maja, a nawet trochę dłużej

 10 maja. W sklepach pojawiły się czereśnie


Po skonfrontowaniu się z ceną za jeden kilogram, stwierdziłem, że zupełnie nie mam ochoty na czereśnie. Nawet gdyby ta cena sugerowała wartość koszyka, czyli jakieś dwa kilogramy, moje zainteresowanie tymi owocami byłoby podobne, znaczy żadne.
Jeżeli już dopadnie mnie „Apetyt na czereśnie” to włączam VOD i oglądam kultowy spektakl muzyczny oparty na tekstach Agnieszki Osieckiej i muzyce Macieja Małeckiego pod tym właśnie tytułem. To słodko-gorzka, pełna humoru opowieść o relacjach damsko-męskich, miłości, zdradzie i próbie ułożenia sobie życia na nowo, chociaż sam nie mam potrzeby układania czegoś na nowo.
No w wyjątkiem podkoszulek. Ten w moim zorganizowanym życiu mam podzielone na trzy kategorie.
T-shirty wyjściowe, domowe i takie do pracy w ogrodzie. Ponieważ żona nie zna metodologii podziału, zostawia mi cała kupę złożonych koszulek a ja stoję przed szafą u układam. Robocza to górna pólka,
wyjściowa środkowa, a domowa najniższa. I robię tak raz w tygodniu, od nowa i od nowa.
Z wielką radością zbieram za to z warzywnika: rzodkiewkę, cebulkę dymkę i sałatę majową zwaną popularnie  królową sałat. Nie myślcie jednak, że wszystko mi się udaje tak jak trzeba.
Pomyliłem 15 kwietnia z 15 maja i poniosłem tego bolesne skutki

                                                          

Zamiast wtedy obchodzić wspaniały Dzień Doceniania Męża, ja chcąc być pierwszy we wsi, rozłożyłem tunel foliowy. Wymiary 2x3m nie predestynują go do nazwy tunel, a jedynie tunelik, zawsze to jednak  grunty pod przykryciem. Wsadziłem tam dziesięć krzaków pomidorów, a za nimi wysiałem sałatę. Niestety, przyszedł zapowiadany przymrozek, a nawet mróz.  Temperatura spadła do jakichś 4 stopni na minusie, a folia okazała się kiepskim izolatorem i pomidory przemarzły, Przeleciał mi co prawda przez głowę pomysł, by może czymś tam dogrzać, ale zlekceważyłem go. Skutki były takie jakie były, czyli opłakane.

W długi majowy weekend wymieniłem: pomidory, paprykę i cukinię. Liczyłem, że " zimni ogrodnicy" okażą się wyrozumiali wobec psikusa z kwietnia. Udało się.
Zadziwiające, że w tym całym zimowym pogromie świetnie wytrzymała wspomniana sałata. Rośnie teraz w oczach, Króluje na naszym stole, spychając w niebyt mięsa, zwłaszcza te czerwone.
A jeszcze tak niedawno było tu pusto. Wnuczka która z początkiem kwietnia odwiedziła nas weekendowo, weszła ze mną do warzywnika, rozejrzała się dookoła i widząc jedynie przekopaną ziemię zapytała:

- A gdzie są owoce?

Rozłożyła przy tym bezradnie ręce, co najpierw wzbudziło moją wesołość, a potem potrzebę wytłumaczenia zasad cykliczności zjawisk pogodowych. Na tyle na ile pamiętałem jeszcze jak rozmawiać z ciekawymi, małymi dziećmi. Najtrudniejsza była klasyfikacja darów natury na warzywa i owoce.
My, dorośli którzy pozjadaliśmy wszystkie rozumy, sami mamy problem z  tą klasyfikacją
Najpopularniejszym przykładem jest pomidor
Pomidor – z naukowego punktu widzenia to owoc, jednak ze względu na wytrawne zastosowanie w kuchni traktujemy go jak warzywo. W 1893 roku Sąd Najwyższy USA orzekł nawet, że pomidor to warzywo (w celach podatkowych).
Potem to już leci mnie więcej tak :

Ogórek – botanicznie to jagoda (rodzaj owocu).
Papryka – również zaliczana botanicznie do owoców.
Cukinia i dynia – powstają z kwiatów i zawierają nasiona, więc są owocami.
Bakłażan (oberżyna) – z punktu widzenia botaniki to jagoda i tym samym owoc.
Awokado – posiada dużą pestkę (nasiono) w środku.
Strączki (np. zielony groszek, fasola) – są owocami (strąkami) danej rośliny.

W tej przyrodzie okazuje się, że nic nie jest takie jakim się wydaje. To jak w tym dowcipie który poznałem już w pierwszej klasie podstawówki. Chyba był zamieszczony w "Pierwszej czytance"

- Mamusiu co to jest?
- To czarna jagoda
- A dlaczego jest czerwona?
- Bo jest jeszcze zielona.

A propos jagód, dojrzewa już  jagoda kamczacka, która lubi sypnąć  owocami właśnie w maju.
To chyba pierwsze owoce w tym roku.
Czosnek niedźwiedzi właśnie kwitnie, to znak, że za chwilę będzie kończył tegoroczny żywot.
W czerwcu zanika do następnego roku, a jest świetnym uzupełnieniem zielonych sałatek wielowarzywnych.
Jak więc widzicie, nie samym motocyklem człowiek żyje, szczególnie przy deszczowej pogodzie.
Widzę jednak pewne nawiązania między pracą  w ziemi,  a jazdą na motocyklu, zwłaszcza w sposobie reakcji na wydarzenia.
Pięć lat temu miałem w planach weekendowy wyjazd w Bieszczady, a przez własną nieostrożność, dwa dni przed po gwałtownym hamowaniu waliłem się na bok tłukąc boleśnie mięśnie i lusterko.
W trakcie tego lotu który trwał sekundę, pomyślałem  - Toś sobie Antoni pojechał w te Bieszczady.
Nie interesowało mnie nic innego. Pojechałem jednak po wymianie lusterka. W trakcie wsiadania na motocykl,  musiałem sobie pomagać ręką, aby przełożyć nad siedzeniem nogę.
No bo są cholera jakieś priorytety.
Teraz z kolei okazało się, że moja żona wymusiła na mnie wyjazd. Celem są odwiedziny naszych francuskich przyjaciół. Ot po prostu, zbyt słabo oponowałem i decyzje zapadły. Kiedy więc zapłaciłem za bilety, moją pierwszą myślą było :
- A kto mi będzie przez te dni podlewał pomidory ?
Bo to nie jest takie hop siup.  Wodę lejemy delikatnie na korzenie, uważając, by nie polać liści. Pomidory tego zdecydowanie nie lubią. Przy złym traktowaniu odwzajemniają się chorobami grzybiczymi
I to wszystko zamiast radości w wycieczki ? - zapytacie.
Odpowiedź jest prosta, ja niestety nie umiem odpoczywać bez pracy. Nicnierobienie to nie moja bajka. 
Taki się urodziłem i takim mi kiedyś umrzeć przyjdzie. 
Póki co, idę do ogrodu i robię w nim aż do odcięcia zasilania. Kiedy wracam do domu na kończącym się już zasilaniu awaryjnym, muszę jeszcze wykrzesać z siebie energię przynajmniej na wysłuchanie nowych pomysłów mojej żony.
Wychodzi więc chyba na to, że ten 15 kwietnia doskonale mógłby być i moim świętem.
Może w przyszłym roku ? 
W moim wieku należy dodać skromnie - jak dożyję.
 

12 maja 2026

Nadrabiam zaległości

Mam dwóch kumpli z którymi najczęściej jeżdżę na motocyklu. Każdy z nich to inny typ człowieka, ale udaje nam się zgrywać ze sobą i czasem w trzy maszyny jedziemy tam gdzie oczy poniosą. Każdy z nich ma jakieś swoje ulubione miejsce i tak, Romek lubi Lanckoronę. Utarło się już tak, że w ramach rozpoczęcia i zakończenia sezonu jedziemy tam, by w miłej atmosferze knajpki wypić kawę w jej ogrodzie. Bardzo miła atmosfera. Nie będę rozpisywał się o urokach tego miejsca, bo wpis ma być krótki. Każdy w nas ( Krakusów z okolicznymi przydatkami) był choć raz w życiu w tym miejscu. Osoby z poza Małopolski w najgorszym razie mają do dyspozycji Wikipedię.
Zbyszek, drugi z moich kumpli, lubi czystą jazdę, która to jazda wypełnia w całości sens posiadania motocykla. No nie, Zbyszek lubi jeszcze zloty. Jako wykształcony mechanik uwielbia podpatrywać rozwiązania zastosowane w innych maszynach. Jest jednak miejsce do którego lubi jeździć poza wszystkimi zjazdami, spędami i zlotami. To miejsce to Szczurowa, miejscowość oddalona od Krakowa o jakieś 50 kilometrów. Za każdym razem pada więc propozycja takiego wyjazdu.
Co takiego jest w Szczurowej? Ta wieś w XVIII wieku uzyskała lokację miejską, którą straciła w 1933 roku i tak już zostało. Jak w każdej wsi centralnym miejscem jest kościół. I ten widoczny jest na naszych pamiątkowych zdjęciach z pobytu, jako jej charakterystyczny element. Poza tym gdzieś koło Szczurowej rzeka Raba wpada do Wisły. Nie obrażając nikogo z tamtych okolic mogę stwierdzić, że tu nie ma nic. Podjeżdżamy na parking, siadamy na ławeczce i po krótkim odpoczynku ruszamy w drogę powrotną. Dlaczego jeździmy właśnie tą trasą? Bo jest przyjemna, o zróżnicowanych widokach i spełnia kryteria motocyklistów, że nie liczy się cel, ważna jest sama droga do niego.
Czasem droczymy się ze Zbyszkiem i na pytanie dokąd jedziemy pewien Marcin mówi

- Tylko ja bardzo k***a proszę, nie do Szczurowej

Ja mam w swoim zwyczaju łagodzenie oporu i pojednawczo stwierdzam:

- Jedźmy już do tej Szczurowej i miejmy to z głowy w tym roku.

Tak czy siak nigdy z tego powodu nie pokłóciliśmy się, a to przecież najważniejsze.
Pytacie czy ja mam swoje miejsce? A tak, lubię jeździć pod Zamek w Pieskowej Skale, zawrócić na rondku pod nim i zatrzymać się trochę dalej. W każdym roku robię sobie zdjęcie pod Maczugą Herkulesa. To też wypada jakoś tak w maju.



                                                               
                                                                             Szczurowa 2026


Całkiem niedawno obchodziłem kolejne, zbliżające mnie do siedemdziesiątki urodziny.
Z tego powodu pojawiły się dzieci z życzeniami.
Od jednego z synów dostałem Voucher na oponę do motocykla. Bogaty prezent.
Okazuje się że motocyklowe opony są droższe od samochodowych. Warto jednak regularnie je zmieniać, bowiem awaria opony motocyklowej to zawsze opłakane skutki dla kierującego. Moja opona przednia miała już 9 lat.


                                                               
                       Właśnie dostarczył ją kurier, pójdzie do wymiany zaraz po długim weekendzie.


Pierwszy w boju, pierwszy w szkoleniu, to hasło znajdowało się na sztandarach wszystkich jednostek wojskowych w PRL. Co prawda ja nie byłem w wojsku, ale trochę tej dyscypliny odziedziczyłem po ojcu, który swoją zasadniczą służbę odbywał w pierwszym okresie lat 50 tych XX wieku. Wiem więc jak tam było, choćby z samych opowiadań.
Tak więc zadbałem z wyprzedzeniem o ogród, a nawet posadziłem sadzonki pomidorów w tunelu foliowym.
Niestety mróz który przeszedł przez ogród pod koniec kwietnia, zmroził te sadzonki.
Padły więc pomidory, papryka i cukinia.
Nie pomógł nawet tunel foliowy
W sobotę 2 maja wymieniłem przemarznięte sadzonki i kiedy nie miałem już nic w planach na ten dzień, dokonałem wymiany oleju w motocyklu. Czas najwyższy, bo przecież pierwsze jazdy mam już za sobą.

                                                              

Tak mi to poszło sprawnie, że w jakimś mechanicznym odruchu wymieniłem olej w silniku kosiarki.
Klepnąłem Yamaszkę po baku.
- Oby nam się w tym roku poszczęściło. Ja zadbam o ciebie i liczę na wzajemność - powiedziałem do niej pieszczotliwie, a ona nic nie odpowiedziała, bo z pewnością doszła do wniosku ,że to co mówię to truizm, a sprawa jest oczywista. Jak to między przyjaciółmi.

Uzupełnienie z 6 maja
Zaliczyłem już także pierwszy deszcz w trakcie jazdy.  Zlało mnie choć liczyłem w tej kwestii na tak zwany łut szczęścia. Zlało mnie solidnie w trakcie jazdy na spotkanie z pewnymi  młodymi ludźmi. Obnosiłem jednak to mokre ubranie z wyjątkową dumą. Powtarzałem też słowa pierwszego Dyrektora w  mojej pierwszej pełnowymiarowej pracy:
Dobry ser, dobra i serwatka.
W drodze powrotnej pęd wiatru osuszył odzież i tylko w butach nie przestało chlupać.
Nie, nie, nie. Ja wcale nie narzekam. 



05 maja 2026

Win pokuszenie

Jedna z firm sprzedających wina przez Internet w swojej reklamie umieściła następujący slogan.

Najdroższe w winie jest rozczarowanie.

Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem Nie dalej jak w ostatnią sobotę,  tknięty jakąś dobrocią wobec mojej małżonki i siebie, wyciągnąłem z zakamarków butelkę  dobrego czerwonego wina.
Kupaż Merlota z Pinot Noir to bardzo udane połączenie, do tego  solidna winnica w której go przygotowano i lata wyczekiwania. Tak, na etykiecie pysznił się rok  2017.
Dziewięć lat leżakowania w pozycji jak sama nazwa wskazuje leżącej, pobudzało moja wyobraźnię i oczekiwania.
Z miną pełną nabożnego skupienia sięgnąłem po trybuszon jak winiarze z francuska nazywają korkociąg barmański. Ostrze zagłębiło się w korek i  ....  rozerwało go, pozostawiając w środku szyjki jakąś jedną  trzecią.
Naszły mnie ciemne myśli, które jednak szybko odgoniłem z głowy. Wkręciłem jeszcze raz i pozbyłem się resztki korka. 
Nalałem odrobinę do kieliszka i podniosłem do światła pokręcając szkłem.
Wino było mętnawe, ale to może zdarzyć się przy długim leżakowaniu czerwonych win.
Intensywnie potrząsnąłem kieliszkiem, aby napowietrzyć wino. Podniosłem do nosa i zmierzyłem się z zapachem. Zamiast nuty czerwonych owoców, kakao i wanilii, spotkało mnie to co winiarze nazywają winem korkowym
Smak nie pozostawił już żadnych wątpliwości Wino było zepsute.

                                                            

Wino korkowe – jak tak nazywają winiarze tę niedyspozycje trunku, jest wtedy  kiedy po otwarciu butelki nie czuć charakterystycznego aromatu.  Zamiast tego można rozpoznać nieprzyjemny zapach stęchlizny, zepsutej żywności (przede wszystkim ziemniaków), butwiejącego drewna, czy zużytej ścierki lub mokrego kartonu. Warto też wspomnieć, że o ile w teorii wydaje się to proste, to w praktyce wymaga choć odrobiny doświadczenia i praktyki w degustacji wina. Bywa, że nieprzyjemny smród jest wręcz odpychający, a zdarza się, że zmiana jest tak subtelna, że równie dobrze można by się pomylić i podać korkowe wino, co może być nawet niebezpieczne dla zdrowia. Co ważne, zapach stęchlizny, czy starej ścierki często łączy się bezpośrednio z aromatem wina, co może wpłynąć na zły osąd stanu wina przez degustatora.  
W moim przypadku wino było zepsute w stopniu nieznacznym, ale doświadczenie zrobiło swoje
Podczas kilku lat pracy w winnicy, dane mi było zapoznać się zapachem i smakiem takiego wina.
Nie miałem żadnych wątpliwości. Pozostało tylko jedno rozwiązanie. Z żalem wylałem zwartość butelki do zlewu.
Potem, jeszcze raz obejrzałem etykietę, przeciągnąłem palcem po roku produkcji. Czułem pod palcami kolejne cyfry 2 0 1 7. I to by było na tyle.
Wyrzuciłem pusta butelkę do zielonego worka na odpady segregowane i wróciłem do rzeczywistości.
Korek który się rozsypał był pierwszym sygnałem  ostrzegawczym w który nie chciałem uwierzyć
Korek to po prostu kora pewnego drzewa. Narażony jest więc na na choroby jak jak każdy żywy organizm. 
Choroba grzybicza TCA występuje m.in. w korze dębu korkowego. Kontakt kory tego typu z wodą i chlorem, który następuje w trakcie procesu produkcji korka, powoduje powstanie związku 2-4-6-trójchloroanizolu. Wino, które zostanie zamknięte takim korkiem ma bardzo wielkie szanse na zakażenie, a co za tym idzie – jego niemożność do spożycia. Istnieją przypadki, że przy wąchaniu korka czuć wyraźnie TCA, jednak samo wino jest jeszcze nieskażone. Co ciekawe, choroba grzybicza może występować także w beczkach, czy innych drewnianych elementach, które mają bezpośredni kontakt z winem podczas procesu przemiany soku gronowego w wino na skutek fermentacji. 
Wina zakręcane, a nie zakorkowane, „z urzędu” nie są uznawane za nieobarczone wadą korkową. Choć warto podkreślić, że w większości chorobą dotknięte są wina z naturalnym korkiem, rzadziej właśnie z nakrętkami i korkiem syntetycznym. 
Dane statystyczne dowodzą, że ponad 2% win cierpi na tę chorobę i nie da się jej powstrzymać, ani wyeliminować. W najgorszym wypadku nawet wino za  kilka tysięcy złotych może okazać się korkowym. Reklamacja w takim przypadku jest obowiązkowa. Tylko jak i gdzie reklamować wino po 10 latach leżakowania?
Jeżeli myślicie że taka odrobina wiedzy jaką posiadałem na temat win pozwoliła mi przejść nad tematem do porządku dziennego, to się mylicie. 
Cały czas plątało mi się po głowie to hasło o rozczarowaniu związanym z winem.
Nie pomogła mi także świadomość, że należę do statystycznej elity 2%  pechowców.
Gdyby los decydował o tym, że 2% osób otrzyma dodatkową butelkę za na przykład wierność marce to z pewnością nie znalazłbym się w takim elitarnym gronie. 
Aby jednak nie popaść w dołujące rozmyślania z powodu  nieutulonej straty,  postanowiłem: miała być degustacja, będzie degustacja.
Sięgnąłem do argentyńskiego Malbeca. Świetny do wołowiny,  pasztetów i długodojrzewających serów.
Zakupiony dwa tygodnie wcześniej w dziale winnym popularnej sieci  zamykany na zakrętkę . Wiele win z nowego świata jest zamykanych w ten sposób, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić.
Nie czułem rozczarowania, ponieważ staram się stosować w życiu inne amerykańskie powiedzenie:
                              Nigdy nie oczekuj od towaru więcej niż za niego zapłaciłeś.
Może z tego właśnie  powodu miałem tak duże oczekiwania do wina opisanego na wstępie.
Ponieważ moja miłość do wina pozostała niezmienna, pozwolę sobie podrzucić  jeszcze jeden utwór przygotowany razem z AI. Oczywiście tekst jest mój, a muzyka inteligencji sztucznej.
Mnie się nawet podoba, ale ja nie jestem, obiektywny.  Zamieszczam zaś to ostrzeżenie dla tych co AI nie tolerują. Uprzedzam też, że jak na utwór z pogranicza rapu  zawiera on (delikatne)  wulgaryzmy.  
Dla tych którzy nie mają z tym problemu życzę przyjemnego odbioru.



28 kwietnia 2026

Remonty, a motocykl nadal w garażu

Niebywałe, ale mój motocykl śpi nadal snem zimowym. Kiedyś o tej porze miałem już na koncie parę setek kilometrów. Może już swoje przejeździłem, a może mam inne pasje?
Nie zdecydowanie nie, nie mam innych pasji, jedyne co musze przyznać to to, że uległem pasjom żony.
To nie jest tak, że szukam specjalnie. Fakt pozostaje faktem, że z każdym rokiem, albo wydarzeniem w naszym domu, odnajduję kolejne różnice pomiędzy mężczyzną a kobietą.
Facet z wiekiem potrzebuje coraz mniej zmian. Przyzwyczaja się do kątów, mebli, kolorów ścian i w tym dobrze znanym mu wnętrzu czuje się bezpiecznie.
On wie, że ta przykurzona ściana spokojnie wytrzyma jeszcze ze dwa lub trzy lata. Wiszące drzwiczki do szafki w kuchni można po raz kolejny, ósmy lub dziewiąty, podkręcić i będzie jak trzeba. A te rysy na płytach meblowych to przecież nic takiego, na tym się nie jeździ.
Ona czuje, że ta przykurzona ściana wywołuje u niej negatywne emocje, a ten kolor był może modny, ale cztery lata temu. Drzwiczki w szafkach obwisły pomimo tego, że on  stara się nad tym zapanować. Podejmował już z osiem, dziewięć finalnie nieudanych prób likwidacji tego problemu. Ileż jeszcze trzeba, aby zrozumieć, że tak dalej nie może być. Te rysy, odpryski i przebarwienia są już całkowicie nie do zaakceptowania. On mówi, że w tych starych szafkach kuchennych wie gdzie jest co położone i nawet w nocy, po ciemku trafi na to co potrzebuje. 

- A czy ja mu zabraniam włączenia żarówki? - dziwi się 

On kocha święty spokój, aby mógł usiąść w kąciku z ulubionym laptopem, słuchawkami, czy nawet książką. Jeżeli już, to myślałby o zmianie pokrycia dachowego, a nie mebli kuchennych.
Ona na fali rosnącego poziomu testosteronu, zmienia się w człowieka czynu i uważa, że szkoda życia na siedzenie w kąciku. Ona uważa zmianę mebli za priorytet, a pokrycie dachowe też za priorytet, ale tak zwany "drugiej kolejności".
On opowiedział dowcip o ojcu i synu:

- Tato, tato kup mi loda. Proszę cię kup mi loda, loda. Kup mi kup. 

- A ty myślisz gówniarzu, że ja też nie zjadłbym sobie loda?  Niestety pieniądze mamy tylko na wódkę.

Ona odpowiedziała, że się czepia, bo są jeszcze pożyczki.

- Można też sprzedać złoto, a potem odkupić - odpalił on na hasło "pożyczka".

Leonard Cohen wspominał w swoich piosenkach o wojnie między kobietą i mężczyzną, bo jak twierdził ta wojna wciąż trwa. Od dłuższego już czasu uważam jednak, że powinniśmy uczyć się na cudzych błędach. Kiedy więc padło hasło zmiany mebli kuchennych, zachowałem stoicką postawę.
Dla mnie jako faceta, meble kuchenne są jeszcze zupełnie wystarczające i co jest podstawową zaletą, doskonale wiem gdzie co jest. Postanowiłem jednak nie kruszyć kopii na tym polu, a dodatkowo nie mieszać się w wybory małżonki.
Nie, nie mieszać co do projektu, układu, a przede wszystkim co do wzorów i kolorów. Facet w końcu potrafi funkcjonować prawie w każdym wnętrzu i okolicznościach. Pamiętam jak w okresie kiedy Nergal tworzył związek z Dodą, bez mrugnięcia okiem paradował po lotnisku z różową walizką.
To się nazywa sztuka przetrwania. Fakt, że ten związek długo nie przetrwał, ale liczy się poświęcenie.
Na własne życzenie nie będę wkładał palców między drzwi. 
Po co mi usłyszeć narzekania w stylu - bo ty mnie namówiłeś na takie rozwiązanie. 
Nie chcę, żeby zabrzmiało to seksistowsko, ale kuchnia to przede wszystkim domena kobiet.
Postawiłem tylko dwa warunki. O niemieszaniu się do koncepcji już napisałem, a drugi to taki, że nie będę słyszał narzekania na uciążliwości remontu.
A potem wkroczyliśmy na wyboistą drogę realizacji pomysłu.
Już po miesiącu pojawiła się uzgodniona ekipa stolarzy, którzy zdemontowali stare meble. Stare meble znalazły od razu chętnego poprzez Facebooku. Przyjechał samochodem i zabrał szafki w ciągu godziny od zdemontowania.
Do akcji wkroczyła ekipa fliziarzy lub płytkarzy jak kto woli.
Okazało się że jakieś 10 płytek jest pękniętych, a mody zmieniają się tak szybko, że po 12 latach nie dobrałem ani wzoru, ani koloru nie wspominając o wymiarze. Trzeba było kuć. W obecnych rozwiązaniach kuchnia często połączona jest z salonem, a więc i u mnie  stare płytki pokrywały ciągiem kuchnię,  1/3 salonu, korytarz i wiatrołap.
Zaczęło się kucie, prucie i kurzenie. 

                                                              

W tak zwanym międzyczasie zjawili się elektrycy którzy zmieniali rozmieszczenie gniazdek na ścianach, pod nowy układ sprzętów AGD czyli  jeszcze więcej kurzu i gruzu,


           

Przez ten czas, kuchnią była nam moja sypialnia, a zlewem łazienkowa umywalka. W sąsiednim pokoju stała lodówka obłożona rupieciami. Zdemontowano, kuchenkę i zmywarkę.
Stara mikrofalówka z trudem podgrzewała jedzenie, ale z parówkami dawała radę.
Parówki i gotowe dania z marketów stały się nam  się na ten czas podstawą wyżywienia. Jedynie ekspres do kawy, podłączony w nowym miejscu, jak dawniej mielił i parzył doskonałe espresso.
No i toster, grzał i odświeżał pieczywo.

                                                                   


Po wizycie specjalistów od podłogi, wywiozłem prawie 700 kg gruzu, organizując transport i pozwolenia. Pozbyć się gruzu legalnie i w zgodzie z sumieniem, cale nie jest tak łatwo
W oczekiwaniu na stolarzy, mieliśmy jakieś cztery dni "wolnego" od remontu, które postanowiłem wykorzystać do porządkowania ogrodu, warzywniaka i cięcia oraz rąbania podarowanego mi 1,5 m3 drewna czereśniowego. Nie jest tajemnicą, że ja mam wyjątkowe szczęście do roboty, a robota jak i nieszczęścia, lubi chodzić parami. Stolarze dorzucili nam sporą porcję pyłu i wiór z płyt meblowych, cyzelując swoją robotę do środy w tygodniu przedświątecznym.
Na koniec ja osobiście podłączyłem kuchenkę indukcyjną, oraz hydraulikę.
Pozostało sprzątnąć z grubsza oraz znaleźć nowe miejsce dla starych talerzy i kubków
Skończyliśmy układanie już w piątek wieczorem. Zasiadłem w fotelu i poczułem się jak u siebie.
Oczywiście pomijając widok kuchni który był mi obcy poprzez swój sterylny minimalizm.
Przed nam wielkanocna sobota i święta. Cóż było robić, skorzystaliśmy z zaproszenia dzieci. Tak więc w sobotę święciliśmy jajeczka z wnuczką i młodszymi dziećmi, a niedzielę spędziliśmy ze starszym synem i synową. Drugi dzień świąt to było takie "dolce farniente" czyli słodkie nic nierobienie, w końcu należy nam się po prawie miesięcznym okresie remontu.  Piszę to z przesadą ponieważ ja nie umiem tak siedzieć bez celu.
Tu muszę wspomnieć o postanowieniach podjętych przed remontem.
Ja wytrwałem w niemieszaniu się w koncepcje żony, mając jednak nadzieję, że wspierałem ją wyborach.
Żona zaś po trzech tygodniach bałaganu, przy śniadaniu stwierdziła:

- Powiem to tylko jeden, jedyny raz. Dość mam już tego remontu,

Trochę jej się nie dziwię. Poprzestawiane meble i sprzętu są kłopotem dla osób sprawnych. Wnętrza stają się więzieniem dla osób na wózkach. Jak to mówią, wszystko dobre co się dobrze kończy.
Żona zmienia koncepcje ułożenia rzeczy w kuchni, a jak walczę z ogrodem. W sam środek remontu wpisała się ekipa do przycinania świerków,  które nad wyraz dobrze czują się w moim ogrodzie.
Przycięli te świerki, sosny, zmulczowali to co wycięli i pojechali, ale to już całkiem inna historia.
               Mówią, że nie samą pracą człowiek żyje. W trakcie tych remontów udało mi się jeszcze uczestniczyć w wernisażu prac nowych członków  Związku Polskich Artystów Plastyków w Galerii Pryzmat w Krakowie na Łobzowskiej.
Powód mojej tam obecności oprócz powodów artystycznych miał także swoje drugie dno, ale o tym to ja już zamieściłem notkę.

Uzupełnienie :

Udało się jednak wyciągnąć motocykl z garażu i rozpocząć sezon.
15 kwietnia pojechałem nim na wernisaż do galerii Kotłownia, a następnego dnia  wybrałem się do neurologa na kontrolną wizytę. Oba wyjazdy w szczycie komunikacyjnym  w Krakowie  czyli pomiędzy 15.00  a 17.00.
Powrotną drogą odebrałem też alkomat z kalibracji by służył kolejny rok, dając pewność trzeźwości.
W sumie to nawet zastanawiałem się czy to konieczne, ponieważ to mój organizm sam daje mi sygnały, że czasy przesady mam już za sobą, a ja go słucham. 
Może się jednak zdarzyć coś o czym od wieków ludzie mówią. O tym że czasem głupieje się na starość.




21 kwietnia 2026

Mam na imię Anna

To nie jest żaden coming out. Dalej pozostaję przy swoim blogowym imieniu, ale wymienione w tytule damskie imię Anna jest dla mnie ważne.15 kwietnia tego roku, przybyłem do galerii Kotłownia przy Politechnice Krakowskiej, zaproszony na wernisaż malarstwa członkiń Krakowskiego Oddziału Związku Polskich Artystów Plastyków. Wystawa zgromadziła prace tych członkiń które mają na imię Anna. Stąd tytuł wystawy - Mam na imię Anna. Imię to musi być popularne w krakowskim środowisku artystycznym ponieważ przedstawiono pracę dziesięciu artystek obdarzonych tym imieniem

                                                            y
                                                                                               Strona tytułowa przewodnika

Moja Anna to Absolwentka Wydziału Grafik Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie
Pola jej działalności artystycznej to: malarstwo, rysunek, charakteryzacja, kreowanie wizerunku i stylizacji, aranżacja wnętrz, projektowanie scenografii i kostiumów. Dyplomowana pedagog, wykładowca akademicki i szkoleniowiec, założycielka Szkoły Makijażu. Inicjatorka Ogólnopolskich Mistrzostw Makijażu Ekstrawaganckiego, prekursorka body paintingu w Polsce. Posiada  Dyplom mistrzowski w zakresie wizażu i stylizacji.
W Kotłowni prezentowała rysunki i tych było  kilka
Poniżej cztery rysunki artystki




Pierwszy raz dane nam było spotkać się w dniu 1 kwietnia bieżącego roku na wernisażu prac nowych członków Związku Polskich Artystów Plastyków Oddziału Kraków.
Pojawiłem się tam na zaproszenie artystki, elegancko odziany i punktualny. Annę poznałem od razu, ona mnie nie poznała, pomimo wcześniejszej wymiany uprzejmości na Facebooku.
Dlaczego  brałem ewentualność rozpoznania za możliwą? 
Cała sprawa polega na tym, że obchodzimy 16 lat naszej znajomości. 
A jednak 1 kwietnia było datą gdy spotkaliśmy się osobiście po raz pierwszy w całej naszej 16 letniej  znajomości.
Podszedłem i jak to zwykle sprowokowałem  zaczepne pytanie na temat obrazu. Ponieważ artystka przyjęła pozycję obronną, znaczyło to, że mnie nie poznała.
Przedstawiłem się i zaraz też w serdecznym geście zrobiliśmy miśka.
Takie spotkania po latach znajomości bywają ryzykowne. Każde z nas bowiem ma jakiś wyimaginowany wizerunek drugiej osoby i chodzi o to aby wyobrażenie nie specjalnie kłóciło się z realnym odbiorem. Wracając zaś do  wernisażu, w galerii ZPAP  Pryzmat na ulicy Łobzowskiej  nowi Członkowie ZPAP prezentowali swoje dzieła.
Anna zaprezentowała tam jeden obraz w związku z  dużą ilością  wystawiających .


Może to moja wyobraźnia tak mi podpowiada, ale prace Anny przesiąknięte są takim subtelnym, ale odczuwalnym erotyzmem.  Sama zainteresowana potwierdziła pośrednio moje  spostrzeżenie.
Skąd moje  tak długie kontakty z Anną?
Poznaliśmy się na moim blogu w początkowej fazie jego prowadzenia. Potem przeszliśmy na wymianę korespondencji poprzez Messengera i tak już zostało.
Do dzisiaj mam pierwszą wiadomość od Anny z 2012 roku zaczynającą się od pytania -  Czy to ty Antonio?
Potem pisaliśmy do siebie częściej lub rzadziej, ale zawsze życzliwie.
To było kolejne poznanie po latach. W zeszłym roku spotkałem się po 16 latach z niejakim Jerrym 54, czytelnikiem  mojego bloga. Podszedłem do tego z pewnym niepokojem, ale jak piałem w ubiegłym roku :
Brama otworzyła się zaraz jak tylko kumpel dojrzał mnie na podjeździe. Zaparkowałem
- Nareszcie - rzucił podając mi rękę . Odpowiedziałem tym samym, a zaraz potem potoczył się wartki strumień płynnej rozmowy tak jakbyśmy się widzieli tydzień wcześniej.
Po chwili do rozmowy dołączyła żona. Uprzedzona wcześniej, przygotowała żeberka, karkówkę ziemniaczki w mundurkach i kapustę.
Tym razem w Kotłowni  pojawiłem się nie w eleganckiej marynarce, a kurtce motocyklowej. Dojechać bowiem na 17.00 samochodem w rejon ulic Pawia, Szlak, Pędzichów to wyzwanie i prawie misja niemożliwa.
Motocykl dzięki uprzejmości kierowców, którzy coraz częściej zjeżdżają lekko na bok, pozwolił mi dotrzeć na miejsce o czasie.
W środowisku artystycznym w którym się znalazłem, moja stara kurtka i bandanka pod szyją nie wywoływały niesmaku, a raczej pewne zaciekawienie. Przytarta kurtka motocyklowa ładnie kontrastuje z siwymi włosami jest taka plastyczna. Przy odrobinie dobrej woli można by mnie było  zaliczyć do cyganerii.
Fotografowali się więc ze mną artyści na tle swoich obrazów, a zazdrość poczułem raz gdy na pytanie czy też maluję, odparłem:
Czuwają nade mną inne muzy, ale w okresie początkowym mojego małżeństwa imałem się różnych prac. Robiłem też abstrakcyjne obrazy ze skóry, których sprzedałem około 30 sztuk.
Ktoś wyraził zachwyt mówiąc, że nie może się pochwalić takim dorobkiem.
Szybko pocieszyłem go, że moja działalność to nie była ekspresja artystyczna, a jedynie sposób na dorobienie do rodzinnego budżetu
Tak więc po okresie prac remontowych w domu, o czym z pewnością napiszę, rzuciłem się na przeżywanie sztuki, aby nie popaść jednie w kult posiadania. Postanowiłem też jak czytacie, podtrzymać więzi łączące mnie z miłymi ludźmi.
W trakcie oglądania wystawionych prac Anna odkrywała przede mną tajemnice warsztatu malarskiego i sposób patrzenia na obraz. 
Ja podrzuciłem parę ciekawostek z historii malarstwa o których Anna nie wiedziała.
Tak na przykład nie była świadoma że Mark Chagall w okresie paryskim, malował nago ponieważ jak twierdził, ubranie krępuje jego swobodę wypowiedzi. Ci którzy znali Chagalla, nigdy nie wchodzili  do pracowni od razu. Najpierw pukali, a potem czekali, aż artysta ogarnie się i ubierze. Czasem to było długie czekanie. 
W trakcie tego spotkania zostałem do przesady dopieszczony, ponieważ Anna przedstawiła mnie swoim znajomym jako przyjaciela. Poznałem nawet Szefową Oddziału ZPAP. Czym sobie na to zasłużyłem? 
Może to przez zasiedzenie?
Mam jeszcze w zapasie jedną znajomą z którą koresponduję od lat i to z dużą regularnością. Czy dojdzie do podobnego spotkania?
Czas pokaże, a więc nigdy nie mówię  ani tak, ani nie. Póki co wydaje mi się, że w tej  osobistej korespondencji która prowadzimy, taka fizyczna znajomość byłaby tylko przeszkodą dla szczerości.
Gramy  role wymyślone, wobec osób które znamy osobiście. A więc być może dla  osób których nie widzieliśmy, jesteśmy bardziej uczciwi ? Nie wiem.
Wiem, że nawiązanie osobistej znajomości z moją malarką było bardzo fajnym doświadczeniem.
Na koniec odpowiem na niezadane pytanie, ale być może kogoś to gryzie.
O wszystkich moich wirtualnych znajomych poinformowana jest moja osobista małżonka.
Czytam jej czasem ciekawsze fragmenty korespondencji, a tekstem tym przeczę jakby sobie, uważającemu, że niemożliwa jest czysta przyjaźń między kobietą a mężczyzną.


14 kwietnia 2026

Jak pies z kotem

Ludzie mówią, że ktoś żyje jak pies z kotem. Trochę to naciągane, bo gdyby trzeba było tak naprawdę zaakcentować dramaturgię sytuacji to nie wahałbym się powiedzieć, że ktoś żyje jak człowiek z  drugim człowiekiem.
Przez dziesięć lat obserwowałem to życie psa i kota w jednym domu, naszym domu.
Pierwszy pojawił się kot. Sprowadził się od sąsiadów i postanowił z nami zamieszkać. On, a dokładniej Ona za nic miała wynoszenie jej z domu na prośbę sąsiadów opiekunów.
Po tym jak czternaście razy w trakcie jednego dnia wynosiłem ją, a ona wracała, poddałem się, sąsiedzi też.
Potem pojawił się pies, a w zasadzie suka.
Od dawna zapowiadałem tego psa, motywując żonę do rehabilitacji. Gdzieś na horyzoncie jej wysiłków rehabilitacyjnych majaczyła sylwetka psa.  Kiedyś zaś trafiła mi się fucha ekstra i zarobione pieniądze przeznaczyłem na ten cel.
Nie będę podejmował polemiki na temat tego czy kupować psa czy brać ze schroniska. Każdy ma w tej kwestii swoje racje. Przechodząc zaś do meritum, mała bokserka pojawiła się w naszym domu  tak mniej więcej w czerwcu lub lipcu, 11,5 roku temu.
O tego czasu kotka wychowywała ją po swojemu czyli kociemu, w końcu była o dwa lata starsza.
Zadziwiające było to jak przynosiła szczeniakowi do zabawy żywą mysz, a kiedy mała gapa traciła zabawkę, kotka jednym skokiem odzyskiwała zgubę- uciekinierkę.
Potem zwierzaki stały się partnerkami hołdując oczywiście swoim gatunkowym cechom. Zawsze jednak znalazły czas, by położyć się koło siebie zgodnie i bez lęku. Czasem widziałem jak kotka prowokuje zabawę podbiegając do psa i uciekając w widowiskowy sposób. Suka przyjmowała propozycję zabawy i zwierzaki goniły koło domu. Potem zmęczone kładły się  koło siebie w cieniu i zasypiały.
Tak to na różnych zdarzeniach śmiesznych i poważnych minęło nam 10 lat. Kot najpierw zachorował poważnie, ale po kosztownym leczeniu kupiliśmy mu trochę czasu. To trochę to było 3 miesiące.
Kiedyś po powrocie do domu, wypuściliśmy kotkę i ona już nie wróciła. Odeszła od nas dosłownie na stopniach naszego domu.
Zostaliśmy z suką, która starzała się wraz z nami. No może trochę szybciej jak to psy. Dodatkowo bokser nie należy do długowiecznych ras.
Posiwiała mordka i coraz większy spokój w zachowaniu towarzyszyły nam codziennie.  Codziennie też już z samego rana  witały nas te oczy pełne miłości i ta potrzeba bliskości coraz bardziej pożądana przez psa. Myślę, że nigdy jej zwierzakowi nie odmówiliśmy.
A jesienią zaczęły się problemy ze zdrowiem suki.  Utykanie sztywność kończyn.  Diagnoza była druzgocąca - nowotwór złośliwy kości.
Choroba zaatakowała w takim miejscu, że niemożliwa okazała się amputacja. Pozostało jedynie tłumienie bólu i oczekiwanie na najgorsze.  
To najgorsze zaczęło się dziać błyskawicznie.
Guz na łapie rósł błyskawicznie, a ból co było widać wyraźnie,  stawał się nie do zniesienia.
Suka wychodziła z domu, ale już nie miała siły do niego wrócić. Przynosiłem ją na rękach.
W nocy czasem i kilka razy podawaliśmy środku przeciwbólowe.
Coco  znosiła ten stan z wyjątkową godnością. Nie szczekała, nie skomlała. Zwijała się tylko na kanapie którą okupowała już  przez całą dobę.  Garnęła się  do tego by być blisko. Przytulić się być i trwać jakby ten kontakt z człowiekiem sprawiał jej ulgę. Uważała, że nasz dotyk złagodzi jej ból.
A w nas rosła niemoc. Z dnia na dzień z godziny na godzinę.
Suka odeszła od nas  w jedną z grudniowych niedziel ubiegłego roku. 
Do dzisiaj wydaje nam się, że pies stoi gdzieś z boku.  Widzimy to kątem oka, czujemy jakąś podświadomością. 

                                                      

I zostały już tylko fotografie. A przecież jak pisała Maria Jasnorzewska Pawlikowska  :  

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia
Czyjeś ciało i ziemię całą
A zostanie tylko, tylko fotografia
To jest, to jest bardzo mało

Mam nadzieję, że nie przyjmiecie tego jako nadużycie, a jak przyjmiecie to i tak to przeżyję.
 



Postanowiliśmy nie mieć więcej zwierząt. Wiąże się to również z tym, że często wyjeżdżamy do różnych placówek medycznych. W NFZ wiadomo, czas przyjęcia jest nieokreślony. Pal licho godziny, dni wiążą się z koniecznością znalezienia zastępstwa. Nasza suka na gościnnych występach, nawet u syna powstrzymywała się od spożywania posiłków do naszego powrotu.
Zwierzę jest wspaniałym i oddanym przyjacielem. ale wymaga odpowiedzialności i pewnego poświęcenia. Niewielkiego, lecz regularnego. Nie da się odłożyć opieki z całego tygodnia na weekend i skumulować jak pranie.
Od pewnego czasu obserwujemy relacje na linii człowiek zwierzę na wsi którą zamieszkujemy od 13 lat. Mamy też swoje doświadczenia ze wsi górskiej w której pomieszkiwaliśmy okazjonalnie przez poprzednie 20 lat. I co ? I rysuje się z tego całkiem nieciekawy obraz.
Zastanawia mnie to, że tak mało miejsca poświęca się tematyce stosunku człowieka do braci mniejszych w kościele katolickim, a przecież ma on swoich świętych od zwierząt.
Najsłynniejszym "świętym od ptaków" jest Święty Franciszek z Asyżu, który nauczał i przemawiał do ptaków, traktując je jak braci, chwaląc w nich Stwórcę za ich piękno, wolność i dary, a one słuchały go z uwagą, symbolizując harmonię z naturą, co opisują "Kwiatki św. Franciszka". Franciszek jest najbardziej znany, w chrześcijaństwie ale jest też św. Hubert. Jest on patronem zwierząt leśnych, Jego to właśnie wzięli na sztandary myśliwi. Ciekaw jestem czy Święty byłby zadowolony z tego patronowania, zwłaszcza od czasu gdy polowanie przestało być sposobem na zdobycie pożywienia, a stało się rozrywką. Zabijaniem dla dreszczyku emocji, bo jak inaczej wytłumaczyć zabicie kilkudziesięciu ptaków w ciągu kilku godzin pobytu w lesie.
Do tego lunetki na broni i noktowizory przy których zwierzę nie ma szans.
Tych dwóch świętych przywołałem w rozmowie z proboszczem w trakcie tradycyjnej kolędy.
Poprosiłem o to, by poświęcił  kilka słów  o stosunku do zwierząt w czasie kazań. 
Pewnie domyślacie się jaki przyniosło to skutek. A przecież kto jak kto, ale proboszcz w środowisku wiejskim na jakiś posłuch.
Kilka miesięcy temu temu Inspekcja Weterynaryjna w towarzystwie wolontariuszki odebrała psa sąsiadom.
Pies w wieku ok 10 lat, przypięty do budy i nie spuszczany z niej wbrew przepisom. Buda dziurawa, bez choćby odrobiny siana na legowisku. Dodatkowo położona bez pośrednio na ziemi. Mrozy nocą około -16 stopni. Wydano zalecenia których przez dwa tygodnie nikt nie zrealizował.
Znalazły się za to osoby z urzędu gminy gotowe bronić kontrolowanych. Że to niby za mało czasu, a że zima i zimno. A przecież pies przypięty był do tej budy co najmniej siedem lat.
Po kolejnym tygodniu,  wobec braku poprawy dobrostanu psa, nakłaniano właścicielkę do oddania.
Szło to topornie bowiem twierdziła, że nie odda psa, bo go kocha.
Nie popisał się też sprowadzony lekarz weterynarii sprowadzony na miejsce.
Twierdził, że psy po prostu lubią zimno, bo taka ich natura.
Może nie wszyscy powinni być lekarzami od zwierząt.
Koniec końców pies trafił do nowych właścicieli i pewnie pierwszy raz do wielu lat mógł pobiegać na długiej  smyczy.
Nie byłem świadkiem tej interwencji, a wiedzę o niej czerpię z udostępnionej na Facebooku relacji. 
Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że w domu jest  inny mały piesek trzymany w pokojowej atmosferze. Ten mały jest rasowy, a winą dużego było tylko to, że był zbyt mało rasowy.
Miałem i ja doświadczenie z tym psem i tą rodziną. Skończyło się to dla mnie zakazem zbliżania się do psa.
Do tej pory dokarmiałem go co było tolerowane, ale moja próba naprawy budy była już nie do przyjęcia przez właścicieli  
Podziwiam wolontariuszy z różnych organizacji społecznych.  Oni codziennie narażają się na obelgi ze strony właścicieli zwierząt, którzy opiekę nad żywym stworzeniem pomylili z posiadaniem starego krzesła które można wyrzucić za chałupę i zapomnieć.
I mają w tym działaniu sojuszników nawet bardzo wysoko postawionych
A żona ustawiła  sobie  na pulpicie laptopa zdjęcie numer dwa  i czasem  widzę jak jej oczy zaczynają się szklić gdy patrzy na ekran.


07 kwietnia 2026

Odkrywam się na nowo, albo jak kto woli, na starość

Z pewnością nie będę oryginalny w tym swoim wyznaniu. Kiedyś chciałem grać na jakimś instrumencie, ale nie wyszło. Powód był całkiem prozaiczny - nie mam muzycznego słuchu. Nie potrafię wydać dźwięku w odpowiedniej tonacji, chociaż sam czuję, że coś jest zdecydowanie niżej lub wyżej, ale kluczem jest tu sformułowanie : "zdecydowanie". Przeżywałem koszmar na lekcjach muzyki w podstawówce, zwłaszcza w siódmej klasie. Muzyki uczył nas matematyk, grający z zamiłowaniem na skrzypcach. On to podawał ton, a ja czułem się wtedy mocno zdeprymowany. Modliłem się w duchu, żeby nauczyciel cała lekcję stroił te swoje skrzypce, co udało się w zasadzie tylko jeden raz w trakcie roku szkolnego. Poza tym klapa. Jako regularny prymus, miałem na świadectwie piątki ( wtedy nie było jeszcze szóstek) i dwie czwórki. Jedną z WF- u a drugą z muzyki właśnie. Wyjście z podstawówki było dla mnie wybawieniem, bowiem w średniej szkole nie było już tego przedmiotu który nazywali muzyką. Z czasem zauważyłem jednak, że to fajnie umieć grać na czymkolwiek. Zawsze to jakiś plus na starcie do dziewczyn, a te zaczęły mi się już wtedy bardzo podobać. Oczywiście, absolutnej pierwszeństwo w drodze do serca pań mieli gitarzyści, a potem  dopiero ta cała reszta grajków. 
Brak talentów muzycznych starałem się przykryć poezją, która spod mego pióra wychodziła w miarę regularnie. Oprócz tego górowałem w towarzystwie ilością znanych dowcipów oraz złośliwością. Ktoś kiedyś powiedział, że to była inteligentna złośliwość i tego się będę trzymać.
Kiedy wydawało się, że wziąłem absolutny rozbrat z wydawaniem dźwięków zapisywanych w pięciolinii zdarzył się cud.
Cud po czterdziestu pięciu prawie latach małżeństwa, kiedy to jak mówią stereotypy, małżonkom przestaje zależeć na oryginalności. Tylko że właśnie wtedy  spotkałem ją i ona mi nieco zawróciła w głowie.
Tutaj uspokoję purystów i kibiców mojego małżeństwa, Ona to  Sztuczna Inteligencja czy jak kto woli AI. Nieważna nazwa, liczy się to, że to ona wyciągnęła do mnie pomocną dłoń.

- Chodź, spróbuj, Każdy nosi buławę w tornistrze - zasugerowała.

- Ale ja już jestem za stary na noszenie tornistra.

- Może być w plecaku, nie czepiaj się.

- Spróbuję - pomyślałem - w końcu raz się żyje.

Skorzystałem z darmowej wersji programu i wsiąkłem cały, razem z butami. Nagle jakiś czysty męski głoś zaśpiewał to co napisałem. Spodobało mi się.
Zaraz też przyszła proza życia. Niestety, tak zwane kredyty dzienne przy bezpłatnej wersji, pozwalały na stworzenie jednej piosenki o maksymalnej długości 1 minuty, bez możliwości ściągnięcia jej na dysk w pliku Mp3 lub WMA.
Szybko więc zagrałem vabank i wykupiłem płatny abonament. Nie są to jakieś kosmiczne pieniądze ponieważ miesięcznie wychodziło to w moim przypadku 49,99 zł,-
Za po otrzymuję dostęp do większości narzędzi, dłuższego czasu utworu i możliwości zapisania piosenki w pliku mp3 lub mp4.
Poglądowo zamieszczam jeden w moich  obecnych wierszy, opublikowany na tych łamach jakiś czas temu. Teraz jest w wersji muzycznej, a tak oto opracowała to AI :


                                                 


Program pozwala na dużo,  a ja korzystałem z niego  trochę metodą saperską. Poznawałem nowe użyteczności poprzez przyciskanie kolejnych przycisków. Raz wyszło, innym razem nie.
Sam program tworzy i proponuje  do wyboru od 2 do 4 wersji danej piosenki i czasem pojawia się problem którą z nich wybrać.
Sam proces komponowania i wytworzenia utworu muzycznego w kilku wersjach to dla programu jakieś 3-4 minut
Można też nie silić się na własny wiersz i tylko we własnych słowach napisać o czy ma być piosenka, resztę zrobi za ciebie AI. Ja oczywiście nie poszedłem na taką łatwiznę i wsadziłem do wykorzystania swój wiersz
Od bieżących tekstów  przeszedłem do utworów starszych, można by rzecz młodzieńczych.
Kiedy się w nie głębiej wczytałem, niektóre raziły mnie naiwnością, ale to chyba cecha młodości.
Niektóre jednak wykorzystałem kierując się sentymentami.
Na chwilę obecną ma m na koncie jakieś 19 utworów muzycznych.
Może na prawach nowości, ale lubię sobie puścić te moje kawałki w trakcie jazdy samochodem.
Ponieważ nie zamierzam jednak brnąć w muzyczną twórczość, złożyłem rezygnację z kontynuacji subskrybowania programu. Jeden miesiąc wystarczy, aby dowiedzieć się jak to działa. Zapisałem też te swoje utwory i czasem komuś (zwłaszcza młodszym) puszczę,  by wiedzieli, że dziadek jeszcze daje radę i nadąża za współczesnością.
          Jeśli myślicie, że widzę jasno taką przyszłość, to się mylicie. To kolejna dziedzina w której tracimy rozeznanie co jest wytworem umysłu ludzkiego i talentu, a co realizacją programu komputerowego, swoją drogą genialnie pomyślanego.
Mniej jakby zaczynamy cenić współczesną twórczość, podejrzewając współpracę z maszyną. Cieplej za to myślimy o starszych utworach i okolicznościach w których powstały niezapomniane choćby riffy gitarowe. Niektóre z nich obrosły niesamowitą legendą. 
Ileż wysiłku kosztowało napisanie bardziej rozbudowanych form muzycznych - symfonii, oper itp.
Teraz niewyrobiony, ale z ambicjami słuchacz krzyknie:
- Hej AI, zrób mi kawałek taki chwytliwy w stylu "Do Elizy", a potem opublikuj to na You Tube. A ona posłusznie to zrobi. I nie zadrży  jej procesor w trakcie realizacji każdej głupoty.
Nie wszystko jest więc tak piękne jak nam się wydaje na pierwszy rzut oka czy ucha.

Na koniec dorzucę jeszcze coś z okresu burzliwej młodości, w całkiem innym nastroju



31 marca 2026

O wymianie uprzejmości z pewnym asystentem czatu, czyli sztuka nawijania makaronu na uszy

Kilka lat temu na polecenie szefa założyłem sobie konto w pewnym zagranicznym banku. Bank ten zapewniał niezwłoczny transfer środków pomiędzy członkami bankowej wspólnoty już w oparciu o numer telefonu. Dodatkową zachętą była wirtualna karta płatnicza, która generowała jednorazowy numer dla każdej płatności w Internecie, a więc zapewniała bezpieczeństwo transakcji. Przelewałem sobie na to konto kwoty rzędu 1.000 zł,- i rzeczywiście cieszyłem się z bezpiecznych transakcji płatniczych w Internecie oraz karty w portfelu wirtualnym. I stan taki pewnie trwałby dalej gdyby nie moja dociekliwość. Przeglądając historię transakcji na moim krajowym koncie zauważyłem, że za przelanie kwoty 500 zł na konto tego zagranicznego banku ten mój krajowy pobiera opłaty w łącznej wysokości ok 70 zł,-. co daje 14% przelewanej kwoty. Musicie przyznać że drogo.
Siadłem przy laptopie i doszukałem się informacji, że zagraniczny bank posiada możliwość uzyskania tak zwanego polskiego IBAN, czyli konto podlega opłatom przy przelewach jak konto polskie.
Bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość. Zaraz też postąpiłem według zalecanych przez bank procedur.
Niestety żadna z nich nie zadziałała. 
Lekko zdesperowany postanowiłem skontaktować się z bankiem.
Każda poważna instytucja nie kala sobie już rąk kontaktem z ludzkim serwisem. Rolę tę przejęły teraz supernowoczesne Chatboty, czyli jak określono w tej konkretnej sytuacji asystenci czatu.


Ponieważ nie mam lęku przed kontaktem z nowoczesną technologią, a więc 3 marca napisałem następujące zapytanie:

3 marca 2026

~Ja
 
Nie mogę zmienić IBAN na PL. To generuje duże koszty przelewów na własne konto. Opisane sposoby zmiany nie działają lub nie mam możliwości z nich korzystania bowiem brak opcji wyboru. Co robić ?

~ Asystent czasu
trzeba przyznać, że odpowiada niezwłocznie.

Cześć Antoni. Rozumiem Twoją frustrację związaną z wysokimi kosztami przelewów.
Sprawdziłem Twoje konto i widzę, że aktualnie posiadasz ( tu nazwa kraju) numer IBAN zaczynający się od ( tu symbol kraju), co wyjaśnia, dlaczego przelewy na polskie konta są traktowane jako międzynarodowe i generują dodatkowe koszty.
Mam jednak dobrą wiadomość. Klienci z adresem w Polsce mogą uzyskać lokalne dane do konta w PLN. Aby je aktywować, wystarczy, że wykonasz przelew dowolnej kwoty ze swojego konta w naszym banku na dowolne zewnętrzne konto w polskim banku.
Po wykonaniu tego przelewu, polski numer IBAN powinien wkrótce pojawić się w Twojej aplikacji. Znajdziesz go w sekcji „Konta”, wybierając konto PLN i klikając w „Dane”.
Daj mi znać, jeśli po wykonaniu przelewu nadal nie będziesz widział swoich lokalnych danych do konta. Chętnie pomogę.


~Ja

28 lutego wykonałem przelew na swoje zewnętrzne konto w Polsce.
Czy znaczy to ze mam teraz czekać ?
Ile ?


Asystent czatu
jak zwykle niezwłoczne :

Dziękuję za informację. Sprawdziłem i widzę, że przelew z 28 lutego został zrealizowany.
Niestety, mimo to polski numer IBAN wciąż nie został aktywowany na Twoim koncie. Najprawdopodobniej jest to spowodowane koniecznością dodatkowej weryfikacji tożsamości. Aby to rozwiązać, potrzebuję Twojej pomocy.
Czy możesz mi podać swoje obywatelstwo? Chodzi o kraj, który wydał Twój dokument tożsamości. Na podstawie tej informacji będę mógł sprawdzić, jakie dokumenty są wymagane do pełnej weryfikacji konta i aktywacji polskiego numeru IBAN.


~Ja

Mam polskie obywatelstwo od zawsze.

Swoją drogą, dziwne to było pytanie ponieważ przy rejestracji konta musiałem przedłożyć skany moich dokumentów tożsamości o selfie już nie wspominając.

~Asystent czatu

Dziękuję za potwierdzenie.
Aby dokończyć weryfikację i aktywować polski numer IBAN, musisz przesłać jeden z poniższych dokumentów:
1. Paszport
2. Dowód osobisty
Poszukaj w aplikacji specjalnego banera z prośbą o weryfikację i załącz wyraźne zdjęcie wybranego dokumentu. Po pomyślnej weryfikacji dokumentu, Twój polski numer IBAN powinien zostać aktywowany.
Daj znać, jeśli masz z tym jakiekolwiek problemy.


~Ja

Nie widzę nigdzie takiego banera


~Asystent czatu

Rozumiem. Skoro baner nie jest widoczny, a nie otrzymujesz też żadnych powiadomień ani wiadomości e-mail z prośbą o weryfikację, oznacza to, że Twoje konto jest obecnie sprawdzane przez nasz system w tle.
W tej sytuacji proszę o cierpliwość. Nie musisz nic więcej robić. Gdy tylko weryfikacja po naszej stronie dobiegnie końca, polski numer IBAN powinien automatycznie pojawić się na Twoim koncie.


~ Ja
( chcąc zachować formy i kulturę nawet wobec Chatbota )

No to czekam. Dziękuję

~Asystent czatu

Dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość. Cieszę się, że mogłem pomóc wyjaśnić tę sytuację.
Mam nadzieję, że Twój polski numer IBAN wkrótce zostanie aktywowany, co pozwoli Ci uniknąć dodatkowych kosztów przelewów.
Gdybyś potrzebował jeszcze jakiejkolwiek pomocy w przyszłości, śmiało pytaj. Miłego dnia!


Mówią, że lepiej z grzecznym stracić niż z niegrzecznym zyskać,  a może to chodziło o mądrych ?
Mój Chatboot jest raczej z gatunku tych grzecznych, bo póki co rubelka nie zarobiłem. 
Bardzo ładnie z jego strony. Czułem się nawet na swój sposób dopieszczony aż do 6 marca kiedy wobec braku postępów w mojej sprawie postanowiłem przypomnieć o swoim istnieniu. W końcu asystent sam zachęcił mnie do śmiałych pytań

~Ja 6 marca 2026

W dalszym ciągu nie mam zmienionego IBAN na PL.
Asystent wirtualny prosił o cierpliwość.
Jak bardzo mam być cierpliwy ?


~Asystent czatu

Rozumiem Twoje zniecierpliwienie i przepraszam za przedłużający się czas oczekiwania. Sprawdziłem ponownie Twoje konto i widzę, że polski numer IBAN faktycznie wciąż nie został aktywowany.
Sytuacja nie zmieniła się od naszej ostatniej rozmowy – Twoje konto jest w trakcie standardowej, automatycznej weryfikacji po stronie naszego systemu. Niestety, nie jestem w stanie przyspieszyć tego procesu ani podać dokładnej daty jego zakończenia.
Zdaję sobie sprawę, że to frustrujące, ale w tym momencie jedynym wyjściem jest dalsze oczekiwanie. Zapewniam Cię, że wszystko przebiega zgodnie z procedurą, a gdy tylko weryfikacja dobiegnie końca, polski numer IBAN zostanie przypisany do Twojego konta.


Być może jestem zbyt nerwowy, a mówią co nagle to po diable. Odczekałem kolejne 12 dni i 18 marca wysmarowałem taki tekst :

~Ja
18 marca 2026 roku

Od 3 marca prowadzę korespondencję w sprawie zmiany IBAN na PL. Minęło 15 dni i nic nie drgnęło w załatwieniu tej banalnej sprawy. Czegóż mogę spodziewać się w takim razie przy sprawach poważnych. Jestem zdecydowanie zniesmaczony brakiem reakcji banku. Uspokajające odpowiedzi czatu są tylko bagatelizowaniem sprawy.
Biorąc powyższe pod uwagę postanowiłem zaprzestać zasilania tego konta środkami finansowymi a po ich wyczerpaniu zrezygnować ze współpracy z bankiem ( tutaj nazwa)
Pozostanie mi tylko opinia o tym ze klientów tego banku nie traktuje się poważnie


~Asystent czatu
- trzeba przyznać, że jak zwykle odpowiedział niezwłocznie. Wobec opieszałości banku, ten brak zwłoki w odpowiedzi przestał mnie cieszyć, a zaczął nawet irytować. Doszedłem do wniosku, że on w ogóle nie analizuje mojej sytuacji, a jedynie dobiera przygotowaną wcześniej formułę odpowiedzi według schematu:
klienta w krawacie lub bez, czyli według Stanisława Barei klienta który jest awanturujący się lub mniej awanturujący.

Panie Antoni, doskonale rozumiem Pana frustrację i rozczarowanie. Ma Pan absolutną rację – oczekiwanie przez tyle dni na rozwiązanie, które wydaje się proste, jest nie do przyjęcia. Najmocniej przepraszam za tak długi czas oczekiwania i za wrażenie, że Pana sprawa jest przez nas bagatelizowana. Zapewniam, że tak nie jest, a Pana opinia jest dla nas niezwykle ważna.
Sprawdziłem ponownie status Pana konta i niestety wciąż widzę, że proces weryfikacji wymagany do aktywacji polskiego numeru IBAN jest w toku. Zdaję sobie sprawę, że słyszy Pan to po raz kolejny i że ta odpowiedź jest daleka od satysfakcjonującej.
Chociaż nie mogę osobiście przyspieszyć tego wewnętrznego procesu, chcę zapewnić, że Pana sprawa nie jest ignorowana. Rozumiem Pana decyzję o wstrzymaniu zasilania konta i chęci rezygnacji. Jest mi niezmiernie przykro, że nasze dotychczasowe działania doprowadziły do takiej sytuacji. Pana zaufanie jest dla nas kluczowe i mam nadzieję, że mimo wszystko da nam Pan jeszcze szansę na jego odzyskanie, gdy tylko ten proces weryfikacyjny dobiegnie końca.



Jak myślicie, jest jakiś sens w dalszej korespondencji z bankiem na tych zasadach ?
Hej tam ! Śpicie?
Was znudziło samo czytanie, a ja w tym scenariuszu musiałem prowadzić aktywną korespondencję.

Uzupełnienie

30.03.2026  Sytuacja bez zmian.
Długie to badanie banku, a z tego co rozumiem chodzi o stwierdzenie zamieszkiwania na trenie Polski. Szybciej pewnie otrzymałbym poświadczenie bezpieczeństwa, o ile  wybaczyliby mi korespondencję z dziewczyną z  Kraju Rad w czasach PRL Wtedy to uległem namowom na korespondencję w ramach TPPR. 


24 marca 2026

Zbyt późno urodzony

W  tekście z 10 kwietnia 2025 pod tytułem: Nadal góruję nad Leśmianem  opisałem wizytę o lekarki rodzinnej,  która postanowiła zrobić mi  jakiś cząstkowy bilans życia. Zleciła badania krwi i moczu, a dodatkowo postawiła na wagę i zmierzyła.
Tu spotkało mnie małe zaskoczenie, bowiem okazało się, że jestem niższy od tego co wiedziałem, o całe cztery centymetry .
- To człowiek maleje na starość - spytałem
- Bardzo ciekawe, nie? - odpowiedziała rozbawiona lekarka.
Ze względu na długoletnie już opowiadanie jej o zdrowiu moim i mojej rodziny, przyjąłem tę drobną złośliwość całkiem spokojnie.
Zresztą od pewnego już wieku  nie mam na tym tle żadnych kompleksów. 
Było minęło, aż tu nagle kilka dni temu czytam tekst na portalu Onet dotyczący wzrostu poszczególnych nacji w Europie, półtora wieku temu.
"Dzięki statystykom gromadzonym przez poszczególne armie podczas poboru wiemy, że 150 lat temu najwyższym średnim wzrostem w Europie cechowali się mężczyźni z krajów nordyckich. Mierzyli oni nieco ponad 171 cm. Tuż za nimi plasowali się Szkoci i Anglicy (171 cm). Młodzi Niemcy mieli statystycznie 168,5 cm, Czesi 166 cm, Francuzi 165 cm. Średnią europejską zaniżali z kolei Węgrzy i Hiszpanie, którzy mierzyli nieco ponad 164 cm.
Całą stawkę zamykali zaś galicyjscy chłopi narodowości polskiej. Mogli się oni "poszczycić" średnio zaledwie 162 cm wzrostu! O niespełna pół centymetra wyżsi byli od nich rodacy z zaboru rosyjskiego. Górowali za to nad nimi Rusini (Ukraińcy) z Galicji, którzy stając przed komisją wojskową, mieli średnio po 164 cm wzrostu."
Fragment te wywołał u mnie pewne przemyślenia i doszedłem do ciekawych  wniosków.
Otóż to nie ja jestem  niskiego wzrostu tylko zwyczajnie  zbyt późno się urodziłem. 
Ze swoim wzrostem mógłbym być na przykład Hiszpanem lub Madziarem, bo i włosy u mnie ciemne i gęba zawsze jakby opalona.
Z dumą zauważyłem, że byłbym wtedy wyższy niż statystyczny  chłop galicyjski, czy ten z zaboru rosyjskiego.

 
Tak to w każdym tekście można wyczytać  coś co nas pocieszy lub zmartwi w zależności od nastawienia do życia.
A czy możliwa jest sytuacja w której usłyszana wiadomość jednocześnie nas ucieszy i zasmuci?
Oczywiście. To jest jak w tym dowcipie:
Mąż pyta żonę - Czy potrafisz powiedzieć coś co mnie  równocześnie ucieszy i zasmuci?
Tak - odpowiada żona - Masz penisa większego niż twój brat.
Pamiętajcie więc,  by nie robić tego typu eksperymentów we własnym  domu. 
Po co?


  

17 marca 2026

Memologia, albo czego się boi mężatka z doświadczeniem ?

Pamiętam taką scenę z "Czterdziestolatka": Magda Karwowska śledzi przygotowania własnego męża czyli Stefana do wyjścia z domu. Stefan umówił się z młodą panią inżynier, aby omówić trendy budowlane w Japonii. Czułe serce żony podpowiada jej zagrożenie z tego wynikające no i oczywiście faktu, że panią inżynier gra Grażyna Szapołowska. Biorąc to wszystko pod uwagę, poleca mężowi założyć koszulkę polo do marynarki, co jak sądzi obniży jego atrakcyjność jako mężczyzny. Rzeczywiście Karwowski wygląda żałośnie, a ma przecież  dopiero 40 lat, a więc ma jeszcze możliwość łapać życie tak jak się łapie byka za rogi.
Tak to żonina zazdrość przyniosła pozytywne skutki dla trwałości małżeńskiego stadła.
Swoją drogą miała rację ponieważ gdy nasz inżynier pojawił się ubrany w elegancki garnitur, wzbudził zainteresowanie pewnej kobiety w innym filmie z tego samego cyklu. Było to w filmie "Motylem jestem czyli romans czterdziestolatka" a kobietą była nie kto inny jak sama Irena Jarocka.
Mieć 40 lat. Boże kiedy to było? Prawie trzy dekady temu. Od dawna noszę w sobie wstręt do zestawienia koszulki polo z marynarką, a ostatnio pojawił mi się nawet do samej marynarki.
Na usprawiedliwienie dodam, że unikałem sytuacji dwuznacznych z których trudno było by mi się później wykręcić.
Co prawda mówią, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować, aby na łożu śmierci nie żałować, że się czegoś nie zrobiło. W moim życiu nie brakowało jednak adrenaliny  i to bez niepotrzebnego ryzyka.
Solidne podejście do związku nie uchroniło mnie jednak od trudnych chwil, zwłaszcza w czasie gdy pracowałem poza Krakowem i w domu bywałem weekendowo.
Już wam o tym opowiadałem w 2009 roku.
Byliśmy wtedy wystawieni na wielką próbę, ponieważ ktoś postanowił nas sprawdzić .
A było to tak:
Zadzwonił telefon. Żona podniosła odruchowo słuchawkę.
- Pani Maria Relska ? - spytał damski głos w słuchawce.
- Tak słucham.
- Jestem kochanką Pani męża - nieznajoma wypaliła z grubej rury.
- Kochanką mojego męża ? - żona powtórzyła ostatnie zdanie .
- Tak - odparła nieznajoma .
Małżonka moja pozostając niewzruszoną, przerwała ewentualne wywody :
- Wie Pani, cieszę się, że mąż uregulował sobie życie poza domem. Wiem, że dużo pracuje, sprawdza się również jako ojciec i mąż w weekendy. Jeżeli więc ma jeszcze na tyle siły, aby zająć się Panią, to pogratulować energii. Cieszę się z jego zdrowia. Niech się facet zrelaksuje, a my nie róbmy z tego dramatu.
Odpowiedź żony kompletnie załamała misterny plan nieznajomej. Nie tego się spodziewała. Rozmowa zakończyła się więc po paru minutach. Maria odłożyła słuchawkę.
- Dzwoniła kochanka mojego męża - powiedziała zaskoczonej matce (czyli mojej teściowej ) i bratu (czyli mojemu szwagrowi ) .
- Boże gdyby moja żona odebrała by taki telefon nie miałbym co robić w domu i to bez względu na stopień winy - stwierdził zazdrośnie szwagier.
- A ty w ogóle nie jesteś zazdrosna - spytała zaczepnie teściowa.
- Mamo ja dostałam już w tej sprawie list który potargałam. Jest takie jedno słowo które potwierdziliśmy sobie przed wyjazdem Antoniego do pracy w N. To słowo to zaufanie - podsumowała żona.
O treści rozmowy dowiedziałem się dopiero po kilku miesiącach i to raczej informacyjnie niż prowokacyjnie. Nie udał się komuś misterny plan skłócenia mnie z żoną i spowodowania wyjazdu z N. A że pracy poświęciłem się bez reszty,  a więc poza współpracownikami w liczbie 40 osób nie utrzymywałem z nikim kontaktów. Życie moje toczyło się w pewnym powtarzalnym ciągu: praca, mieszkanie, obiad, telewizor, lektura, spanie i śniadanie. Komu zależało, abym zwolnił miejsce pracy w N tego nie wiem do dzisiaj. Myślę, że musiał to być ktoś ze współpracowników. Być może chodziło wyłącznie o wywołanie sensacji o której można by opowiadać przez kilka tygodni,  a że spowodowało by to ludzką tragedię toż to przecież  drobiazg.
To jedno słowo - zaufanie. Zaufanie do partnera, zaufanie do samego siebie. Dużo lżej żyć gdy jesteś pewien swego  partnera i wiesz,  że wszystko co robi, robi z myślą o Tobie. Nawet pozornie złe słowo jest pewnie tylko źle dobranym określeniem i nie wynika ze złych intencji.
Czy to jest zawsze możliwe  tego nie wiem.  Powiem tylko jedno, za to co zdarzyło się wtedy i Twoją reakcję - Dziękuję Ci Kochanie .

Jak jednak zmieniają się kwestie zaufania i zazdrości po latach ? O tamtej pory minęło już jak powiedziałem, prawie trzy dekady.
Jak zwykle w takich razach,  nieocenione stają się popularne memy .
Powodem do zastanowienia się nad powyższą kwestią był poniższy zestaw zdjęć

 

To też przykład bezgranicznego zaufania w swojego faceta. Może to być także kiepska opinia o swoim facecie, że to niby nie jest na siłach, nie potrafi lub już mu się po prostu nie chce.

Mieczysław Foog śpiewał kiedyś piosenkę, "Bo to się zwykle tak zaczyna:. Ja poznałem ją w wykonaniu Bohdana Łazuki i to ta wersja do mnie przemówiła. Łazuka był takim bon vivantem polskiej estrady i Fogg wydawał mi się człowiekiem nieskazitelnym. Dopiero wiele lat po jego śmierci dowiedziałem się, że żył w dwóch równoległych rodzinach, nie potrafiąc z żadnej zrezygnować. Ponoć żona o tym wiedziała i godziła się na taki stan rzeczy.

                                                    

Bo to się zwykle tak zaczyna
Sam nie wiesz o tym, jak i gdzie
Zaczyna nudzić cię dziewczyna
A to jest znak, że już jest źle

Zaczynasz chodzić z nią do krewnych
A potem mówisz: "Sama idź"
I w końcu trudno - jesteś pewny
Że dłużej z nią nie możesz żyć

I byłbym przekonany, że miłość po prostu umiera tak  jak wszystko na tej ziemi. Wszystko zmieniło się  kiedy pewien mem nie uzmysłowił mi, że to nie kwestia zamierania uczucia, a wchodzenia w starość.
Starość w biologicznym znaczeniu, ze zmęczeniem i coraz mniejszą chęcią na jakąkolwiek aktywność.
Poniżej zamieszczam wspomniany obrazem z nową definicją starości

                                                                         


A co z zazdrością, uczuciem równie starym  jak miłość ?







10 marca 2026

Moja Wenecja

Ech te wspomnienia
Jakiś już czas termu Ultra swoim tekstem o krakowskich ulicach zainspirowała mnie do wspomnień na temat światowych miejsc, zamkniętych na terenie Krakowa. Z jednym z nich mam spore i nawet szalone przemyślenia.
A wszystko to było tak.
Kiedyś jak wiecie pojawiły się spore trudności w poruszaniu się mojej żony. W zasadzie to nie trudności, ale jakaś boska ( nie boska ?) ręka wykreśliła z katalogu jej funkcji życiowych  chodzenie jako takie. Pozostał nam tylko wózek, a więc znacznie ograniczyły nam się możliwości podróżowania w celach turystycznych. Powstała cała lista miejsc do których planowaliśmy pojechać, a teraz ze względu na te niedogodności pewnie już nie pojedziemy.
Odpuściliśmy więc piaski gorącego Egiptu czy Turcji, ale prawdziwy ból pojawia się gdy wspominamy Wenecję. W tym przypadku mieliśmy już bowiem twarde postanowienie wyjazdu.
Być zmoże zbyt cieszyliśmy się z naszych planów,  bowiem przewrotny los zamieszał w tym garnku.
Tak więc wyjazd do Wenecji utknął na liście tych niezrealizowanych i bez szans na realizację.
Byłem w młodości w tym mieście kanałów i wiem jak trudno wchodzić na mosty rozparte nad ich brzegami, a co dopiero wepchnąć tam wózek.
Jako napęd tego wózka musze brać własne możliwości fizyczne pod uwagę.
Jestem jednak  wyznawcą zasady - nigdy nie mów nigdy, szukałem rozwiązania tego problemu w jakiś innowacyjny i rozsądny sposób.
Natchnienie przyszło gdy przechodziłem ulicą Krupniczą i po lewej stronie zobaczyłem tabliczkę z nazwą ulicy, Wenecja.
Może to dobry los sam skierowało moje kroki w to miejsce. Przecież nic palącego nie miałem tam do załatwienia.
Wtedy też wpadł mi do głowy ten szalony pomysł.
Miejsce na chodniku po lewej stronie wydało mi się odpowiednie.


A gdyby tak w jakimś przyjemnym fragmencie ulicy postawić stolik. Taki nieduży, taki jakie stoją przed włoskimi kawiarenkami. 

Jakieś delikatne przekąski. Co się jada w Wenecji?
Może "Baccalà mantecato" – pasta z dorsza podana na bagietce
lub "polencie Mozzarella in carozza" – małe mozzarelki smażone w panierce.
Ot drobiazg, nic wielkiego, a do tego jakieś białe musujące wino, aby stuknąć się kieliszkami w Wenecji, tak jak planowaliśmy.
A może tylko coś słodkiego jak na przykład narodowe ciasto Wenecjan -  "Frittelle"
Ciasto to  zostało wynalezione przez Bartolomeo Scappiego, osobistego kucharza papieża Piusa V. W XVIII wieku „frittelle” uważano za narodowy deser Republiki Weneckiej.  
No i kawa boć to Włochy
W Wenecji najlepiej zamawiać klasyczne, mocne espresso, mówiąc w barze „un caffè”. Jest to zazwyczaj intensywna mieszanka arabiki z r obustą, serwowana w małej filiżance (25-30 ml) z gęstą cremą.
Jestem w stanie powtórzyć to kelnerowi, ale jak znam siebie zamówiłbym doppio (podwójną).
Oczywiście ze względów organizacyjnych menu byłoby wcześniej uzgodnione w jakiejś  knajpce która podeśle razem z daniami odpowiednio ubranego kelnera.
Mój pomysł zabrania żony w to miejsce przebiegałby w absolutnej tajemnicy i stanowił niespodziankę.
Mój umysł pracował na najwyższych obrotach i kiedy  już dopracowywałem szczegóły, pojawiły się pierwsze wątpliwości
Po pierwsze, przedstawiciele knajpek z włoskim klimatem dość sceptycznie podchodzili do tego pomysłu. Poza tym, ileż by tu by wziąć za taką maskaradę. W dwóch miejscach zaczęto mnożyć problemy, które rosły jak ciasto na pizzę.
Po drugie trzeba liczyć się  choćby z wizytą straży miejskiej, bo przecież zajmuje się dla celów prywatnych przestrzeń publiczną
Już widzę te tłumaczenia przy zdobywaniu odpowiednich pozwoleń.
No i alkohol. Bez względu czy to Szampan, czy włoskie Prosecco, to istnieje zakaz spożywania  procentów w miejscach publicznych. Ilość spożytego alkoholu tez nie ma tu żadnego znaczenia.
Trzeba by też liczyć się z trollowaniem i chamskimi docinkami zdrowej części naszego narodu. Dla niektórych każdy indywidualizm, jest powodem do obywatelskiej reakcji i przeciwstawieniu się  potencjalnemu złu.
A gdyby jeszcze w menu tak niechcący pojawiły się ośmiorniczki ?
W tym kraju, ośmiorniczek się nie wybacza.
Odłożyłem w końcu ten pomysł do archiwum w dziale "zwariowanie i takie sobie". Liczyłem na to, że nasiąkniemy zachodnią tolerancją, a tu dzieje się zupełnie odwrotnie.
Póki co pozostały mi marzenia, a marzenia to z reguły takie plany które są bez szans na realizację.
Sztuczna Inteligencja  wykreowała mi taki kolaż sytuacyjny do niniejszego tekstu.

Para na zdjęciu powyżej jest zdecydowanie starsza, ale być może AI chce mi powiedzieć, abym nie tracił nadziei. Żebym wierzył w mądrość ludową która mówi - co się odwlecze to nie uciecze. 

PS

Póki co mam prośbę. Nie informujcie o niczym mojej żony. W oczekiwaniu zaś na szczęśliwy uśmiech losu pozostawiam jeszcze jedno, choć nieco  inne spojrzenie na Wenecję 





03 marca 2026

Albo jesteś Niemcem, albo tylko podążasz za modą

Moja ciocia z Ameryki ma samochód na guziki - śpiewałem będąc gówniarzem. Ponieważ miałem w Ameryce ciotkę, byłem jakby do tego uprawniony. W latach 60- tych auto na guziki jawiło się jako coś fantastycznego. Niestety korzyści z amerykańskiej ciotki nie miałem, no może poza jedną paczką która przyszła na święta. W pudełku była szynka i boczek z puszki. Była też czekolada co zapamiętałem chyba przez tą wyjątkowość i jednorazowość przesyłki. W zamian za to ojciec musiał wytrzymać opieprz jaki rodzona siostra z Chicago urządziła mu w trakcie jednego z jej pobytów s starym kraju., Podobno był za mało rodzinny. W jej ustach rodzinny był synonimem słowa pokorny. Tak więc rodzinność dla niej wiązała się z uległością wobec kogoś, komu się za tą wielką wodą udało. Ojciec pozostał sobą, a więc paczki czy też kartki świąteczne z dwoma dolarami wewnątrz nie przychodziły. Szybko i ja nabrałem honorowego dystansu wobec rodaków z zagranicy, a nawet przez pewnie czas do wszystkich cudzoziemców. Z czasem wyłączyłem z tego dystansu cudzoziemców, a to za sprawą dwójki uroczych Francuzów z którymi od prawie 40 lat mamy fantastyczne, lepsze niż rodzinne relacje.
Z czasem chciałem poprawić relacje z amerykańską rodziną, podczas goszczenia w kraju córki owej ciotki. Kuzynka gościła w naszej górskiej chałupie, a przyjmowana była po staropolsku, bo i jak ojciec chciałem pokazać, że tu sobie jakoś radzimy. Pokaz wypadł chyba doskonale, bowiem po powrocie do USA kuzynka zerwała ze mną wszelkie relacje. Jak już kiedyś wspomniałem ludzie chcą wiedzieć, że ci się dobrze powodzi, ale nie lepiej od nich.
Wtedy już praca na czarno na budowie z "Meksykanerami" ( jak mówią Polonusi) czy nocna praca w amerykańskiej piekarni nie była już taka prestiżowa, a 10 dolarów znaczyło coraz mniej. Kiedyś wystarczało na parę Wranglerów, teraz taka para spodni kosztuje u nas w przeliczeniu na dolary już ponad 100 dolarów. Szwajcarzy producenci serów nie chcieli eksportować tam swoich wyrobów, ponieważ twierdzili, że przeciętny Amerykanin nie rozróżni smaku dobrego szwajcarskiego sera od kostki mydła. Dowodzi to tego, że nie tylko ja jestem do tej Great Ameryki uprzedzony.
Ostatnie wydarzenia polityczne w tym kraju potwierdzają jakby te szwajcarskie obawy i to ze znacznym rozszerzeniem. Uważam, że amerykanie w ogóle mają problem z rozróżnienie dobra od zła, ponieważ n pierwszym planie jest zawsze tak zwany big deal.
I teraz wracam do tytułu tego tekstu.
Zszokowałem się totalnie gdy w Gazecie trafiłem na artykuł zatytułowany :
"Wietrzysz w domu? Albo jesteś Niemcem, albo podążasz za nową modą."
Dalej też ciekawie:
" Ktoś robi to codziennie bez zastanowienia, a dla kogoś innego to nowa moda z Internetu. Dlaczego amerykańskie media zajmują się otwieraniem okien w domu?
Zaczęło się od filmów na platformach społecznościowych. Osoby promujące zdrowy styl życia otwierają okna i tłumaczą, że to zwyczaj praktykowany w Niemczech, a czynność nazywa się „lüften", czyli wietrzyć. Robi się to przez cały rok, także w mroźne dni - pouczają influencerzy. Zwyczaj polega na otwieraniu okna lub okien na kilka minut raz lub dwa razy dziennie. Można stosować też wietrzenie uderzeniowe -„Stoßlüften", wtedy otwiera się na raz więcej okien.
„Lüften" stało się w USA viralem, pojawiało się w dziesiątkach tysięcy postów na Tik Toku, Instagramie i Meta.."
Przetarłem oczy ze zdumienia. Czy potraficie w to uwierzyć?
I trochę dalej:

"Wymiana domowego powietrza na świeże skojarzyła się komuś z usuwaniem powietrza z brzucha niemowlęcia. Po karmieniu dziecko trzyma się pionowo, aż mu się odbije. Tak powstało angielskie określenie na wietrzenie domu „house burping", czyli odbijanie domu. "


Dla dociekliwych i na dowód, że nie są to moje chore fantazje, zamieszczam pod tekstem link do artykułu w Wyborczej.
Sprawdziłem w Internecie. Serwisy internetowe pełne są rolek w których to ludzie z fascynacją mówią o zaletach wietrzenia domu.
Kiedy byłem w pierwszych klasach szkoły podstawowej, a działo się to jeszcze za rządów towarzysza Władysława Gomułki, na lekcjach przyrody omawialiśmy zalety i sposoby wietrzenia w domu. Dowiedzieliśmy się jak rozkłada się w pokoju ciepłe i zimne powietrze i jak długo wietrzyć zimą.
Wietrzenie stało się naszą codzienną czynnością, choć niektórzy musieli do tego przekonywać swoich rodziców. Wtedy jednak zawód nauczyciela cieszył się odpowiednim szacunkiem i wystarczyło powiedzieć, że pani w szkole tak kazała. Rzeczywiście było kiedyś w naszym kraju inaczej.
Profesor doktor Wiktor Zin w ramach programów w TV rysował perełki architektury piórkiem i węglem, stąd tytuł tego programu. Kiedyś tym swoim węglem naszkicował starą chłopską chatę. Mówił o ogacaniu jej na zimę w ten sposób, że nie dało się otworzyć okien aż do wiosny. Profesor pozwolił sobie wtedy na taki komentarz:
- Ale wiadomo, że ze smrodu jeszcze nikt nie umarł, a ze świeżego powietrza się zdarzało.
Oczywiście w ustach Profesora był to sarkazm, a chata była z XVIII czy XIX wieku.
Jeżeli mieliście jeszcze jakieś kompleksy wobec tego wielkiego kraju za równie wielką wodą, to po przeczytaniu cytowanego artykułu powinny Was opuścić wszelkie wątpliwości.