28 kwietnia 2026

Remonty, a motocykl nadal w garażu

Niebywałe, ale mój motocykl śpi nadal snem zimowym. Kiedyś o tej porze miałem już na koncie parę setek kilometrów. Może już swoje przejeździłem, a może mam inne pasje?
Nie zdecydowanie nie, nie mam innych pasji, jedyne co musze przyznać to to, że uległem pasjom żony.
To nie jest tak, że szukam specjalnie. Fakt pozostaje faktem, że z każdym rokiem, albo wydarzeniem w naszym domu, odnajduję kolejne różnice pomiędzy mężczyzną a kobietą.
Facet z wiekiem potrzebuje coraz mniej zmian. Przyzwyczaja się do kątów, mebli, kolorów ścian i w tym dobrze znanym mu wnętrzu czuje się bezpiecznie.
On wie, że ta przykurzona ściana spokojnie wytrzyma jeszcze ze dwa lub trzy lata. Wiszące drzwiczki do szafki w kuchni można po raz kolejny, ósmy lub dziewiąty, podkręcić i będzie jak trzeba. A te rysy na płytach meblowych to przecież nic takiego, na tym się nie jeździ.
Ona czuje, że ta przykurzona ściana wywołuje u niej negatywne emocje, a ten kolor był może modny, ale cztery lata temu. Drzwiczki w szafkach obwisły pomimo tego, że on  stara się nad tym zapanować. Podejmował już z osiem, dziewięć finalnie nieudanych prób likwidacji tego problemu. Ileż jeszcze trzeba, aby zrozumieć, że tak dalej nie może być. Te rysy, odpryski i przebarwienia są już całkowicie nie do zaakceptowania. On mówi, że w tych starych szafkach kuchennych wie gdzie jest co położone i nawet w nocy, po ciemku trafi na to co potrzebuje. 

- A czy ja mu zabraniam włączenia żarówki? - dziwi się 

On kocha święty spokój, aby mógł usiąść w kąciku z ulubionym laptopem, słuchawkami, czy nawet książką. Jeżeli już, to myślałby o zmianie pokrycia dachowego, a nie mebli kuchennych.
Ona na fali rosnącego poziomu testosteronu, zmienia się w człowieka czynu i uważa, że szkoda życia na siedzenie w kąciku. Ona uważa zmianę mebli za priorytet, a pokrycie dachowe też za priorytet, ale tak zwany "drugiej kolejności".
On opowiedział dowcip o ojcu i synu:

- Tato, tato kup mi loda. Proszę cię kup mi loda, loda. Kup mi kup. 

- A ty myślisz gówniarzu, że ja też nie zjadłbym sobie loda?  Niestety pieniądze mamy tylko na wódkę.

Ona odpowiedziała, że się czepia, bo są jeszcze pożyczki.

- Można też sprzedać złoto, a potem odkupić - odpalił on na hasło "pożyczka".

Leonard Cohen wspominał w swoich piosenkach o wojnie między kobietą i mężczyzną, bo jak twierdził ta wojna wciąż trwa. Od dłuższego już czasu uważam jednak, że powinniśmy uczyć się na cudzych błędach. Kiedy więc padło hasło zmiany mebli kuchennych, zachowałem stoicką postawę.
Dla mnie jako faceta, meble kuchenne są jeszcze zupełnie wystarczające i co jest podstawową zaletą, doskonale wiem gdzie co jest. Postanowiłem jednak nie kruszyć kopii na tym polu, a dodatkowo nie mieszać się w wybory małżonki.
Nie, nie mieszać co do projektu, układu, a przede wszystkim co do wzorów i kolorów. Facet w końcu potrafi funkcjonować prawie w każdym wnętrzu i okolicznościach. Pamiętam jak w okresie kiedy Nergal tworzył związek z Dodą, bez mrugnięcia okiem paradował po lotnisku z różową walizką.
To się nazywa sztuka przetrwania. Fakt, że ten związek długo nie przetrwał, ale liczy się poświęcenie.
Na własne życzenie nie będę wkładał palców między drzwi. 
Po co mi usłyszeć narzekania w stylu - bo ty mnie namówiłeś na takie rozwiązanie. 
Nie chcę, żeby zabrzmiało to seksistowsko, ale kuchnia to przede wszystkim domena kobiet.
Postawiłem tylko dwa warunki. O niemieszaniu się do koncepcji już napisałem, a drugi to taki, że nie będę słyszał narzekania na uciążliwości remontu.
A potem wkroczyliśmy na wyboistą drogę realizacji pomysłu.
Już po miesiącu pojawiła się uzgodniona ekipa stolarzy, którzy zdemontowali stare meble. Stare meble znalazły od razu chętnego poprzez Facebooku. Przyjechał samochodem i zabrał szafki w ciągu godziny od zdemontowania.
Do akcji wkroczyła ekipa fliziarzy lub płytkarzy jak kto woli.
Okazało się że jakieś 10 płytek jest pękniętych, a mody zmieniają się tak szybko, że po 12 latach nie dobrałem ani wzoru, ani koloru nie wspominając o wymiarze. Trzeba było kuć. W obecnych rozwiązaniach kuchnia często połączona jest z salonem, a więc i u mnie  stare płytki pokrywały ciągiem kuchnię,  1/3 salonu, korytarz i wiatrołap.
Zaczęło się kucie, prucie i kurzenie. 

                                                              

W tak zwanym międzyczasie zjawili się elektrycy którzy zmieniali rozmieszczenie gniazdek na ścianach, pod nowy układ sprzętów AGD czyli  jeszcze więcej kurzu i gruzu,


           

Przez ten czas, kuchnią była nam moja sypialnia, a zlewem łazienkowa umywalka. W sąsiednim pokoju stała lodówka obłożona rupieciami. Zdemontowano, kuchenkę i zmywarkę.
Stara mikrofalówka z trudem podgrzewała jedzenie, ale z parówkami dawała radę.
Parówki i gotowe dania z marketów stały się nam  się na ten czas podstawą wyżywienia. Jedynie ekspres do kawy, podłączony w nowym miejscu, jak dawniej mielił i parzył doskonałe espresso.
No i toster, grzał i odświeżał pieczywo.

                                                                   


Po wizycie specjalistów od podłogi, wywiozłem prawie 700 kg gruzu, organizując transport i pozwolenia. Pozbyć się gruzu legalnie i w zgodzie z sumieniem, cale nie jest tak łatwo
W oczekiwaniu na stolarzy, mieliśmy jakieś cztery dni "wolnego" od remontu, które postanowiłem wykorzystać do porządkowania ogrodu, warzywniaka i cięcia oraz rąbania podarowanego mi 1,5 m3 drewna czereśniowego. Nie jest tajemnicą, że ja mam wyjątkowe szczęście do roboty, a robota jak i nieszczęścia, lubi chodzić parami. Stolarze dorzucili nam sporą porcję pyłu i wiór z płyt meblowych, cyzelując swoją robotę do środy w tygodniu przedświątecznym.
Na koniec ja osobiście podłączyłem kuchenkę indukcyjną, oraz hydraulikę.
Pozostało sprzątnąć z grubsza oraz znaleźć nowe miejsce dla starych talerzy i kubków
Skończyliśmy układanie już w piątek wieczorem. Zasiadłem w fotelu i poczułem się jak u siebie.
Oczywiście pomijając widok kuchni który był mi obcy poprzez swój sterylny minimalizm.
Przed nam wielkanocna sobota i święta. Cóż było robić, skorzystaliśmy z zaproszenia dzieci. Tak więc w sobotę święciliśmy jajeczka z wnuczką i młodszymi dziećmi, a niedzielę spędziliśmy ze starszym synem i synową. Drugi dzień świąt to było takie "dolce farniente" czyli słodkie nic nierobienie, w końcu należy nam się po prawie miesięcznym okresie remontu.  Piszę to z przesadą ponieważ ja nie umiem tak siedzieć bez celu.
Tu muszę wspomnieć o postanowieniach podjętych przed remontem.
Ja wytrwałem w niemieszaniu się w koncepcje żony, mając jednak nadzieję, że wspierałem ją wyborach.
Żona zaś po trzech tygodniach bałaganu, przy śniadaniu stwierdziła:

- Powiem to tylko jeden, jedyny raz. Dość mam już tego remontu,

Trochę jej się nie dziwię. Poprzestawiane meble i sprzętu są kłopotem dla osób sprawnych. Wnętrza stają się więzieniem dla osób na wózkach. Jak to mówią, wszystko dobre co się dobrze kończy.
Żona zmienia koncepcje ułożenia rzeczy w kuchni, a jak walczę z ogrodem. W sam środek remontu wpisała się ekipa do przycinania świerków,  które nad wyraz dobrze czują się w moim ogrodzie.
Przycięli te świerki, sosny, zmulczowali to co wycięli i pojechali, ale to już całkiem inna historia.
               Mówią, że nie samą pracą człowiek żyje. W trakcie tych remontów udało mi się jeszcze uczestniczyć w wernisażu prac nowych członków  Związku Polskich Artystów Plastyków w Galerii Pryzmat w Krakowie na Łobzowskiej.
Powód mojej tam obecności oprócz powodów artystycznych miał także swoje drugie dno, ale o tym to ja już zamieściłem notkę.

Uzupełnienie :

Udało się jednak wyciągnąć motocykl z garażu i rozpocząć sezon.
15 kwietnia pojechałem nim na wernisaż do galerii Kotłownia, a następnego dnia  wybrałem się do neurologa na kontrolną wizytę. Oba wyjazdy w szczycie komunikacyjnym  w Krakowie  czyli pomiędzy 15.00  a 17.00.
Powrotną drogą odebrałem też alkomat z kalibracji by służył kolejny rok, dając pewność trzeźwości.
W sumie to nawet zastanawiałem się czy to konieczne, ponieważ to mój organizm sam daje mi sygnały, że czasy przesady mam już za sobą, a ja go słucham. 
Może się jednak zdarzyć coś o czym od wieków ludzie mówią. O tym że czasem głupieje się na starość.




21 kwietnia 2026

Mam na imię Anna

To nie jest żaden coming out. Dalej pozostaję przy swoim blogowym imieniu, ale wymienione w tytule damskie imię Anna jest dla mnie ważne.15 kwietnia tego roku, przybyłem do galerii Kotłownia przy Politechnice Krakowskiej, zaproszony na wernisaż malarstwa członkiń Krakowskiego Oddziału Związku Polskich Artystów Plastyków. Wystawa zgromadziła prace tych członkiń które mają na imię Anna. Stąd tytuł wystawy - Mam na imię Anna. Imię to musi być popularne w krakowskim środowisku artystycznym ponieważ przedstawiono pracę dziesięciu artystek obdarzonych tym imieniem

                                                            y
                                                                                               Strona tytułowa przewodnika

Moja Anna to Absolwentka Wydziału Grafik Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie
Pola jej działalności artystycznej to: malarstwo, rysunek, charakteryzacja, kreowanie wizerunku i stylizacji, aranżacja wnętrz, projektowanie scenografii i kostiumów. Dyplomowana pedagog, wykładowca akademicki i szkoleniowiec, założycielka Szkoły Makijażu. Inicjatorka Ogólnopolskich Mistrzostw Makijażu Ekstrawaganckiego, prekursorka body paintingu w Polsce. Posiada  Dyplom mistrzowski w zakresie wizażu i stylizacji.
W Kotłowni prezentowała rysunki i tych było  kilka
Poniżej cztery rysunki artystki




Pierwszy raz dane nam było spotkać się w dniu 1 kwietnia bieżącego roku na wernisażu prac nowych członków Związku Polskich Artystów Plastyków Oddziału Kraków.
Pojawiłem się tam na zaproszenie artystki, elegancko odziany i punktualny. Annę poznałem od razu, ona mnie nie poznała, pomimo wcześniejszej wymiany uprzejmości na Facebooku.
Dlaczego  brałem ewentualność rozpoznania za możliwą? 
Cała sprawa polega na tym, że obchodzimy 16 lat naszej znajomości. 
A jednak 1 kwietnia było datą gdy spotkaliśmy się osobiście po raz pierwszy w całej naszej 16 letniej  znajomości.
Podszedłem i jak to zwykle sprowokowałem  zaczepne pytanie na temat obrazu. Ponieważ artystka przyjęła pozycję obronną, znaczyło to, że mnie nie poznała.
Przedstawiłem się i zaraz też w serdecznym geście zrobiliśmy miśka.
Takie spotkania po latach znajomości bywają ryzykowne. Każde z nas bowiem ma jakiś wyimaginowany wizerunek drugiej osoby i chodzi o to aby wyobrażenie nie specjalnie kłóciło się z realnym odbiorem. Wracając zaś do  wernisażu, w galerii ZPAP  Pryzmat na ulicy Łobzowskiej  nowi Członkowie ZPAP prezentowali swoje dzieła.
Anna zaprezentowała tam jeden obraz w związku z  dużą ilością  wystawiających .


Może to moja wyobraźnia tak mi podpowiada, ale prace Anny przesiąknięte są takim subtelnym, ale odczuwalnym erotyzmem.  Sama zainteresowana potwierdziła pośrednio moje  spostrzeżenie.
Skąd moje  tak długie kontakty z Anną?
Poznaliśmy się na moim blogu w początkowej fazie jego prowadzenia. Potem przeszliśmy na wymianę korespondencji poprzez Messengera i tak już zostało.
Do dzisiaj mam pierwszą wiadomość od Anny z 2012 roku zaczynającą się od pytania -  Czy to ty Antonio?
Potem pisaliśmy do siebie częściej lub rzadziej, ale zawsze życzliwie.
To było kolejne poznanie po latach. W zeszłym roku spotkałem się po 16 latach z niejakim Jerrym 54, czytelnikiem  mojego bloga. Podszedłem do tego z pewnym niepokojem, ale jak piałem w ubiegłym roku :
Brama otworzyła się zaraz jak tylko kumpel dojrzał mnie na podjeździe. Zaparkowałem
- Nareszcie - rzucił podając mi rękę . Odpowiedziałem tym samym, a zaraz potem potoczył się wartki strumień płynnej rozmowy tak jakbyśmy się widzieli tydzień wcześniej.
Po chwili do rozmowy dołączyła żona. Uprzedzona wcześniej, przygotowała żeberka, karkówkę ziemniaczki w mundurkach i kapustę.
Tym razem w Kotłowni  pojawiłem się nie w eleganckiej marynarce, a kurtce motocyklowej. Dojechać bowiem na 17.00 samochodem w rejon ulic Pawia, Szlak, Pędzichów to wyzwanie i prawie misja niemożliwa.
Motocykl dzięki uprzejmości kierowców, którzy coraz częściej zjeżdżają lekko na bok, pozwolił mi dotrzeć na miejsce o czasie.
W środowisku artystycznym w którym się znalazłem, moja stara kurtka i bandanka pod szyją nie wywoływały niesmaku, a raczej pewne zaciekawienie. Przytarta kurtka motocyklowa ładnie kontrastuje z siwymi włosami jest taka plastyczna. Przy odrobinie dobrej woli można by mnie było  zaliczyć do cyganerii.
Fotografowali się więc ze mną artyści na tle swoich obrazów, a zazdrość poczułem raz gdy na pytanie czy też maluję, odparłem:
Czuwają nade mną inne muzy, ale w okresie początkowym mojego małżeństwa imałem się różnych prac. Robiłem też abstrakcyjne obrazy ze skóry, których sprzedałem około 30 sztuk.
Ktoś wyraził zachwyt mówiąc, że nie może się pochwalić takim dorobkiem.
Szybko pocieszyłem go, że moja działalność to nie była ekspresja artystyczna, a jedynie sposób na dorobienie do rodzinnego budżetu
Tak więc po okresie prac remontowych w domu, o czym z pewnością napiszę, rzuciłem się na przeżywanie sztuki, aby nie popaść jednie w kult posiadania. Postanowiłem też jak czytacie, podtrzymać więzi łączące mnie z miłymi ludźmi.
W trakcie oglądania wystawionych prac Anna odkrywała przede mną tajemnice warsztatu malarskiego i sposób patrzenia na obraz. 
Ja podrzuciłem parę ciekawostek z historii malarstwa o których Anna nie wiedziała.
Tak na przykład nie była świadoma że Mark Chagall w okresie paryskim, malował nago ponieważ jak twierdził, ubranie krępuje jego swobodę wypowiedzi. Ci którzy znali Chagalla, nigdy nie wchodzili  do pracowni od razu. Najpierw pukali, a potem czekali, aż artysta ogarnie się i ubierze. Czasem to było długie czekanie. 
W trakcie tego spotkania zostałem do przesady dopieszczony, ponieważ Anna przedstawiła mnie swoim znajomym jako przyjaciela. Poznałem nawet Szefową Oddziału ZPAP. Czym sobie na to zasłużyłem? 
Może to przez zasiedzenie?
Mam jeszcze w zapasie jedną znajomą z którą koresponduję od lat i to z dużą regularnością. Czy dojdzie do podobnego spotkania?
Czas pokaże, a więc nigdy nie mówię  ani tak, ani nie. Póki co wydaje mi się, że w tej  osobistej korespondencji która prowadzimy, taka fizyczna znajomość byłaby tylko przeszkodą dla szczerości.
Gramy  role wymyślone, wobec osób które znamy osobiście. A więc być może dla  osób których nie widzieliśmy, jesteśmy bardziej uczciwi ? Nie wiem.
Wiem, że nawiązanie osobistej znajomości z moją malarką było bardzo fajnym doświadczeniem.
Na koniec odpowiem na niezadane pytanie, ale być może kogoś to gryzie.
O wszystkich moich wirtualnych znajomych poinformowana jest moja osobista małżonka.
Czytam jej czasem ciekawsze fragmenty korespondencji, a tekstem tym przeczę jakby sobie, uważającemu, że niemożliwa jest czysta przyjaźń między kobietą a mężczyzną.


14 kwietnia 2026

Jak pies z kotem

Ludzie mówią, że ktoś żyje jak pies z kotem. Trochę to naciągane, bo gdyby trzeba było tak naprawdę zaakcentować dramaturgię sytuacji to nie wahałbym się powiedzieć, że ktoś żyje jak człowiek z  drugim człowiekiem.
Przez dziesięć lat obserwowałem to życie psa i kota w jednym domu, naszym domu.
Pierwszy pojawił się kot. Sprowadził się od sąsiadów i postanowił z nami zamieszkać. On, a dokładniej Ona za nic miała wynoszenie jej z domu na prośbę sąsiadów opiekunów.
Po tym jak czternaście razy w trakcie jednego dnia wynosiłem ją, a ona wracała, poddałem się, sąsiedzi też.
Potem pojawił się pies, a w zasadzie suka.
Od dawna zapowiadałem tego psa, motywując żonę do rehabilitacji. Gdzieś na horyzoncie jej wysiłków rehabilitacyjnych majaczyła sylwetka psa.  Kiedyś zaś trafiła mi się fucha ekstra i zarobione pieniądze przeznaczyłem na ten cel.
Nie będę podejmował polemiki na temat tego czy kupować psa czy brać ze schroniska. Każdy ma w tej kwestii swoje racje. Przechodząc zaś do meritum, mała bokserka pojawiła się w naszym domu  tak mniej więcej w czerwcu lub lipcu, 11,5 roku temu.
O tego czasu kotka wychowywała ją po swojemu czyli kociemu, w końcu była o dwa lata starsza.
Zadziwiające było to jak przynosiła szczeniakowi do zabawy żywą mysz, a kiedy mała gapa traciła zabawkę, kotka jednym skokiem odzyskiwała zgubę- uciekinierkę.
Potem zwierzaki stały się partnerkami hołdując oczywiście swoim gatunkowym cechom. Zawsze jednak znalazły czas, by położyć się koło siebie zgodnie i bez lęku. Czasem widziałem jak kotka prowokuje zabawę podbiegając do psa i uciekając w widowiskowy sposób. Suka przyjmowała propozycję zabawy i zwierzaki goniły koło domu. Potem zmęczone kładły się  koło siebie w cieniu i zasypiały.
Tak to na różnych zdarzeniach śmiesznych i poważnych minęło nam 10 lat. Kot najpierw zachorował poważnie, ale po kosztownym leczeniu kupiliśmy mu trochę czasu. To trochę to było 3 miesiące.
Kiedyś po powrocie do domu, wypuściliśmy kotkę i ona już nie wróciła. Odeszła od nas dosłownie na stopniach naszego domu.
Zostaliśmy z suką, która starzała się wraz z nami. No może trochę szybciej jak to psy. Dodatkowo bokser nie należy do długowiecznych ras.
Posiwiała mordka i coraz większy spokój w zachowaniu towarzyszyły nam codziennie.  Codziennie też już z samego rana  witały nas te oczy pełne miłości i ta potrzeba bliskości coraz bardziej pożądana przez psa. Myślę, że nigdy jej zwierzakowi nie odmówiliśmy.
A jesienią zaczęły się problemy ze zdrowiem suki.  Utykanie sztywność kończyn.  Diagnoza była druzgocąca - nowotwór złośliwy kości.
Choroba zaatakowała w takim miejscu, że niemożliwa okazała się amputacja. Pozostało jedynie tłumienie bólu i oczekiwanie na najgorsze.  
To najgorsze zaczęło się dziać błyskawicznie.
Guz na łapie rósł błyskawicznie, a ból co było widać wyraźnie,  stawał się nie do zniesienia.
Suka wychodziła z domu, ale już nie miała siły do niego wrócić. Przynosiłem ją na rękach.
W nocy czasem i kilka razy podawaliśmy środku przeciwbólowe.
Coco  znosiła ten stan z wyjątkową godnością. Nie szczekała, nie skomlała. Zwijała się tylko na kanapie którą okupowała już  przez całą dobę.  Garnęła się  do tego by być blisko. Przytulić się być i trwać jakby ten kontakt z człowiekiem sprawiał jej ulgę. Uważała, że nasz dotyk złagodzi jej ból.
A w nas rosła niemoc. Z dnia na dzień z godziny na godzinę.
Suka odeszła od nas  w jedną z grudniowych niedziel ubiegłego roku. 
Do dzisiaj wydaje nam się, że pies stoi gdzieś z boku.  Widzimy to kątem oka, czujemy jakąś podświadomością. 

                                                      

I zostały już tylko fotografie. A przecież jak pisała Maria Jasnorzewska Pawlikowska  :  

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia
Czyjeś ciało i ziemię całą
A zostanie tylko, tylko fotografia
To jest, to jest bardzo mało

Mam nadzieję, że nie przyjmiecie tego jako nadużycie, a jak przyjmiecie to i tak to przeżyję.
 



Postanowiliśmy nie mieć więcej zwierząt. Wiąże się to również z tym, że często wyjeżdżamy do różnych placówek medycznych. W NFZ wiadomo, czas przyjęcia jest nieokreślony. Pal licho godziny, dni wiążą się z koniecznością znalezienia zastępstwa. Nasza suka na gościnnych występach, nawet u syna powstrzymywała się od spożywania posiłków do naszego powrotu.
Zwierzę jest wspaniałym i oddanym przyjacielem. ale wymaga odpowiedzialności i pewnego poświęcenia. Niewielkiego, lecz regularnego. Nie da się odłożyć opieki z całego tygodnia na weekend i skumulować jak pranie.
Od pewnego czasu obserwujemy relacje na linii człowiek zwierzę na wsi którą zamieszkujemy od 13 lat. Mamy też swoje doświadczenia ze wsi górskiej w której pomieszkiwaliśmy okazjonalnie przez poprzednie 20 lat. I co ? I rysuje się z tego całkiem nieciekawy obraz.
Zastanawia mnie to, że tak mało miejsca poświęca się tematyce stosunku człowieka do braci mniejszych w kościele katolickim, a przecież ma on swoich świętych od zwierząt.
Najsłynniejszym "świętym od ptaków" jest Święty Franciszek z Asyżu, który nauczał i przemawiał do ptaków, traktując je jak braci, chwaląc w nich Stwórcę za ich piękno, wolność i dary, a one słuchały go z uwagą, symbolizując harmonię z naturą, co opisują "Kwiatki św. Franciszka". Franciszek jest najbardziej znany, w chrześcijaństwie ale jest też św. Hubert. Jest on patronem zwierząt leśnych, Jego to właśnie wzięli na sztandary myśliwi. Ciekaw jestem czy Święty byłby zadowolony z tego patronowania, zwłaszcza od czasu gdy polowanie przestało być sposobem na zdobycie pożywienia, a stało się rozrywką. Zabijaniem dla dreszczyku emocji, bo jak inaczej wytłumaczyć zabicie kilkudziesięciu ptaków w ciągu kilku godzin pobytu w lesie.
Do tego lunetki na broni i noktowizory przy których zwierzę nie ma szans.
Tych dwóch świętych przywołałem w rozmowie z proboszczem w trakcie tradycyjnej kolędy.
Poprosiłem o to, by poświęcił  kilka słów  o stosunku do zwierząt w czasie kazań. 
Pewnie domyślacie się jaki przyniosło to skutek. A przecież kto jak kto, ale proboszcz w środowisku wiejskim na jakiś posłuch.
Kilka miesięcy temu temu Inspekcja Weterynaryjna w towarzystwie wolontariuszki odebrała psa sąsiadom.
Pies w wieku ok 10 lat, przypięty do budy i nie spuszczany z niej wbrew przepisom. Buda dziurawa, bez choćby odrobiny siana na legowisku. Dodatkowo położona bez pośrednio na ziemi. Mrozy nocą około -16 stopni. Wydano zalecenia których przez dwa tygodnie nikt nie zrealizował.
Znalazły się za to osoby z urzędu gminy gotowe bronić kontrolowanych. Że to niby za mało czasu, a że zima i zimno. A przecież pies przypięty był do tej budy co najmniej siedem lat.
Po kolejnym tygodniu,  wobec braku poprawy dobrostanu psa, nakłaniano właścicielkę do oddania.
Szło to topornie bowiem twierdziła, że nie odda psa, bo go kocha.
Nie popisał się też sprowadzony lekarz weterynarii sprowadzony na miejsce.
Twierdził, że psy po prostu lubią zimno, bo taka ich natura.
Może nie wszyscy powinni być lekarzami od zwierząt.
Koniec końców pies trafił do nowych właścicieli i pewnie pierwszy raz do wielu lat mógł pobiegać na długiej  smyczy.
Nie byłem świadkiem tej interwencji, a wiedzę o niej czerpię z udostępnionej na Facebooku relacji. 
Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że w domu jest  inny mały piesek trzymany w pokojowej atmosferze. Ten mały jest rasowy, a winą dużego było tylko to, że był zbyt mało rasowy.
Miałem i ja doświadczenie z tym psem i tą rodziną. Skończyło się to dla mnie zakazem zbliżania się do psa.
Do tej pory dokarmiałem go co było tolerowane, ale moja próba naprawy budy była już nie do przyjęcia przez właścicieli  
Podziwiam wolontariuszy z różnych organizacji społecznych.  Oni codziennie narażają się na obelgi ze strony właścicieli zwierząt, którzy opiekę nad żywym stworzeniem pomylili z posiadaniem starego krzesła które można wyrzucić za chałupę i zapomnieć.
I mają w tym działaniu sojuszników nawet bardzo wysoko postawionych
A żona ustawiła  sobie  na pulpicie laptopa zdjęcie numer dwa  i czasem  widzę jak jej oczy zaczynają się szklić gdy patrzy na ekran.


07 kwietnia 2026

Odkrywam się na nowo, albo jak kto woli, na starość

Z pewnością nie będę oryginalny w tym swoim wyznaniu. Kiedyś chciałem grać na jakimś instrumencie, ale nie wyszło. Powód był całkiem prozaiczny - nie mam muzycznego słuchu. Nie potrafię wydać dźwięku w odpowiedniej tonacji, chociaż sam czuję, że coś jest zdecydowanie niżej lub wyżej, ale kluczem jest tu sformułowanie : "zdecydowanie". Przeżywałem koszmar na lekcjach muzyki w podstawówce, zwłaszcza w siódmej klasie. Muzyki uczył nas matematyk, grający z zamiłowaniem na skrzypcach. On to podawał ton, a ja czułem się wtedy mocno zdeprymowany. Modliłem się w duchu, żeby nauczyciel cała lekcję stroił te swoje skrzypce, co udało się w zasadzie tylko jeden raz w trakcie roku szkolnego. Poza tym klapa. Jako regularny prymus, miałem na świadectwie piątki ( wtedy nie było jeszcze szóstek) i dwie czwórki. Jedną z WF- u a drugą z muzyki właśnie. Wyjście z podstawówki było dla mnie wybawieniem, bowiem w średniej szkole nie było już tego przedmiotu który nazywali muzyką. Z czasem zauważyłem jednak, że to fajnie umieć grać na czymkolwiek. Zawsze to jakiś plus na starcie do dziewczyn, a te zaczęły mi się już wtedy bardzo podobać. Oczywiście, absolutnej pierwszeństwo w drodze do serca pań mieli gitarzyści, a potem  dopiero ta cała reszta grajków. 
Brak talentów muzycznych starałem się przykryć poezją, która spod mego pióra wychodziła w miarę regularnie. Oprócz tego górowałem w towarzystwie ilością znanych dowcipów oraz złośliwością. Ktoś kiedyś powiedział, że to była inteligentna złośliwość i tego się będę trzymać.
Kiedy wydawało się, że wziąłem absolutny rozbrat z wydawaniem dźwięków zapisywanych w pięciolinii zdarzył się cud.
Cud po czterdziestu pięciu prawie latach małżeństwa, kiedy to jak mówią stereotypy, małżonkom przestaje zależeć na oryginalności. Tylko że właśnie wtedy  spotkałem ją i ona mi nieco zawróciła w głowie.
Tutaj uspokoję purystów i kibiców mojego małżeństwa, Ona to  Sztuczna Inteligencja czy jak kto woli AI. Nieważna nazwa, liczy się to, że to ona wyciągnęła do mnie pomocną dłoń.

- Chodź, spróbuj, Każdy nosi buławę w tornistrze - zasugerowała.

- Ale ja już jestem za stary na noszenie tornistra.

- Może być w plecaku, nie czepiaj się.

- Spróbuję - pomyślałem - w końcu raz się żyje.

Skorzystałem z darmowej wersji programu i wsiąkłem cały, razem z butami. Nagle jakiś czysty męski głoś zaśpiewał to co napisałem. Spodobało mi się.
Zaraz też przyszła proza życia. Niestety, tak zwane kredyty dzienne przy bezpłatnej wersji, pozwalały na stworzenie jednej piosenki o maksymalnej długości 1 minuty, bez możliwości ściągnięcia jej na dysk w pliku Mp3 lub WMA.
Szybko więc zagrałem vabank i wykupiłem płatny abonament. Nie są to jakieś kosmiczne pieniądze ponieważ miesięcznie wychodziło to w moim przypadku 49,99 zł,-
Za po otrzymuję dostęp do większości narzędzi, dłuższego czasu utworu i możliwości zapisania piosenki w pliku mp3 lub mp4.
Poglądowo zamieszczam jeden w moich  obecnych wierszy, opublikowany na tych łamach jakiś czas temu. Teraz jest w wersji muzycznej, a tak oto opracowała to AI :


                                                 


Program pozwala na dużo,  a ja korzystałem z niego  trochę metodą saperską. Poznawałem nowe użyteczności poprzez przyciskanie kolejnych przycisków. Raz wyszło, innym razem nie.
Sam program tworzy i proponuje  do wyboru od 2 do 4 wersji danej piosenki i czasem pojawia się problem którą z nich wybrać.
Sam proces komponowania i wytworzenia utworu muzycznego w kilku wersjach to dla programu jakieś 3-4 minut
Można też nie silić się na własny wiersz i tylko we własnych słowach napisać o czy ma być piosenka, resztę zrobi za ciebie AI. Ja oczywiście nie poszedłem na taką łatwiznę i wsadziłem do wykorzystania swój wiersz
Od bieżących tekstów  przeszedłem do utworów starszych, można by rzecz młodzieńczych.
Kiedy się w nie głębiej wczytałem, niektóre raziły mnie naiwnością, ale to chyba cecha młodości.
Niektóre jednak wykorzystałem kierując się sentymentami.
Na chwilę obecną ma m na koncie jakieś 19 utworów muzycznych.
Może na prawach nowości, ale lubię sobie puścić te moje kawałki w trakcie jazdy samochodem.
Ponieważ nie zamierzam jednak brnąć w muzyczną twórczość, złożyłem rezygnację z kontynuacji subskrybowania programu. Jeden miesiąc wystarczy, aby dowiedzieć się jak to działa. Zapisałem też te swoje utwory i czasem komuś (zwłaszcza młodszym) puszczę,  by wiedzieli, że dziadek jeszcze daje radę i nadąża za współczesnością.
          Jeśli myślicie, że widzę jasno taką przyszłość, to się mylicie. To kolejna dziedzina w której tracimy rozeznanie co jest wytworem umysłu ludzkiego i talentu, a co realizacją programu komputerowego, swoją drogą genialnie pomyślanego.
Mniej jakby zaczynamy cenić współczesną twórczość, podejrzewając współpracę z maszyną. Cieplej za to myślimy o starszych utworach i okolicznościach w których powstały niezapomniane choćby riffy gitarowe. Niektóre z nich obrosły niesamowitą legendą. 
Ileż wysiłku kosztowało napisanie bardziej rozbudowanych form muzycznych - symfonii, oper itp.
Teraz niewyrobiony, ale z ambicjami słuchacz krzyknie:
- Hej AI, zrób mi kawałek taki chwytliwy w stylu "Do Elizy", a potem opublikuj to na You Tube. A ona posłusznie to zrobi. I nie zadrży  jej procesor w trakcie realizacji każdej głupoty.
Nie wszystko jest więc tak piękne jak nam się wydaje na pierwszy rzut oka czy ucha.

Na koniec dorzucę jeszcze coś z okresu burzliwej młodości, w całkiem innym nastroju