poniedziałek, 28 stycznia 2013

Szpital

Znany amerykański aktor w szpitalu - przeczytałem na Onecie. Dowiedziałem się, że Burt Reynolds z powodu grypy i sraczki trafił do szpitala. Dołączył w ten sposób do kompletu z moją żoną. Z ta różnicą że małżonka nie jest tam za sprawą grypy i nie pisze o tym Onet. W takim razie ja napiszę odrobinę.
Dolegliwości z którymi zmagała się od połowy roku, nasiliły się znacznie w połowie grudnia.
To taki bonus od losu, żeby przeprowadzka przebiegła nam sprawnie i szybko. Daliśmy radę, ale już kolejny wybuch gorączki przypadł na święta. Mailowałem i SMS-owałem z doktorem, który gdzieś na końcu świata, na wszystkie maile odpowiadał dając wskazówki i zalecenia.
Już wtedy pojawiła się pierwsza koncepcja szpitala, ale gorączkę udał się opanować. Zrobione przy okazji wyniki badań wykazały u żony między innymi niskim wartościami również anemię. Rozpoczęło się dożywianie specjalnymi drinkami z białkiem i śmiałem się nawet, że odżywia się już jak paker, powinna tylko do kompletu pokiwać hantlami. Z kiwania obciążnikami nic by jednak nie wyszło, bo znowu pojawiły się skoki temperatury. W ostatni piątek, oprócz zapisanej recepty z antybiotykiem, otrzymaliśmy również skierowanie do szpitala. Na wszelki wypadek.
Ten wypadek nastąpił już następnego dnia. Zdążyłem jej dać jeden zastrzyk z gentamycyną i zaopatrzyć ją jak codziennie. Koło południa temperatura wystrzeliła i pomimo podania leków przeciw gorączkowych, przekroczyła magiczną cyfrę czterdzieści. Nie było na co czekać Zapakowałem Ją do samochodu i umówiwszy się na miejscu z teściową, skierowałem się do szpitala.
Na SOR-ze jak to bywa odczekaliśmy swoje, ale trafiliśmy na lekarzy, którzy postanowili pomóc żonie. Jakże byli inni od tych konsultujących w innym szpitalu w czwartek. Stanowili szkolny przykład spuszczenia po brzytwie.
Trochę uspokoiłem się gdy po kroplówce temperatura wróciła do normy. Zabrałem wierzchnie odzienie i późnym wieczorem wróciłem do domu.
W niedzielę dokonałem oglądu gospodarstwa i zaplanowałem sobie prace.
Ogarnąłem pokój żony po tej sobotniej pospiesznej ewakuacji. Pralka i zmywarka, zaczęły żyć swoim życiem, a ja pojechałem do szpitala.
Niestety, jak się okazało i w niedzielę, nad ranem słupek rtęci powtórnie powędrował do góry. Pojawiłem się już po wszystkim. Pozostało tylko zadbać o higienę i czystość otoczenia.
Wziąłem żonę na ręce i trzymałem kiedy teściowa zmieniała pościel.
Boże, trzymałem ją przez dłuższy czas na rękach, nie odczuwając wysiłku. Jest lżejsza niż mi się wydawało. Gorączka zrobiła swoje.
Mam spore doświadczenie w przebywaniu żony na szpitalnym oddziale. Nie musiałem się niczego uczyć. Przypominałem sobie tylko stare, dawno przetarte ścieżki.
Wróciłem późnym popołudniem. Ogarnąłem wzrokiem dom, ale nie chciało mi się nic robić. Nie chciało mi się też oglądać, ani tym bardziej czytać niczego. Rozwiesiłem pranie i rozłożyłem zmywarkę.
Trzeba dotrwać do jutra i z niepokojem, z samego rana wykręcać numer - Jak było w nocy?
Dzisiaj jak poprzednio, gorączka i powrót do stanu normalności po lekach.
To ciekawe, że trzydzieści siedem stopni stało się oznaką normalności.
Z samego rana pojawiłem się w wydziale podatku od nieruchomości mojej nowej gminy. Wszystko w związku z wezwaniem do stawienia się w ciągu siedmiu dni i to pod karą grzywny.
Stawiłem się i dzięki miłej urzędniczce załatwiłem sprawę w kilka minut.
Wyszedłem zadowolony, zadając jednak pytanie - dlaczego istniejące procedury, takie zaproszenie do urzędu zawsze nazywają wezwaniem? Dlaczego też każde wezwanie opatrzone jest groźbą grzywny?
Czyżby w myśl zasady, którą wyartykułowała Kayah, w jednej ze swoich piosenek – że strach leszy jest niż szacunek?
Przy okazji, bo jak już spóźniam się do pracy, złożyłem dokumenty na nowy dowód osobisty.
Stary wymieniałem w zeszłym roku, ale w związku ze zmianą miejsca zamieszkania, trzeba znou powtórzyć. Miałem to zrobić razem z żoną, ale czas na wymianę dowodu jest krótki, a co do czasu pobytu w szpitalu żony, teraz nic nie wiadomo.
Razem zrobiliśmy zdjęcia i wypełniliśmy druki. Swoje złożyłem sam.
Pojadę z nią ekstra, pojadę i na koniec świata. Niech tylko wraca do zdrowia.
Póki co, budzę w niej wolę walki, bo w ostatnich dniach zauważyłem niepokojące objawy, próby składania broni.
Groźbą, prośbą szantażem i żartem próbuję odmienić ten stan rzeczy.
Tylko na kogo ja sobie mogę pogrozić? Na kogo gniewnie pokiwać palcem?
Chyba tylko na siebie, palcem w bucie.

35 komentarzy:

  1. Antoni, przekaż proszę Żonie gorące życzenia powrotu do zdrowia. Trzymajcie się dzielnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Antoni, bardzo dobrze, że starasz się wyzwolić w żonie chęci do zmagań z chorobą. Wola walki to podstawa leczenia. Życzę szybkiego wyzdrowienia, posyłam pozytywną energię.

    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Od szpitalnych sal, zachowaj nas Panie...ale czasami się nie da, albo samemu się trafia, albo zawozi bliskich.Ostatnie pół roku, to doświadczenie pond miarę, jak mi się wydawało na początku, później było coraz gorzej. Mówię o doświadczeniach /nomem omen/ze służbą zdrowia. Przychodzi chyba czas na zrewidowanie pojęć. Tak ona służalcza, to służba zdrowia, jak społeczna, działalność marszałka sejmu i wielu mu podobnych. U nas w kraju nie tylko żyć, ale także chorować nie można normalnie. Pozdrowiam i siły życzę, Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy opadły pierwsze emocje, byliśmy pozytywnie zaskoczeni życzliwością personelu.
      Może jednak coś się zmienia.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Fakt, można liczyć na życzliwość, na bezinteresowność, ale jest to rzadkie niestety. Czasami odnosiłam wrażenie,że było tak gdy zjawialiśmy się w szpitalu, takie zainteresowanie chorym. Nie miałam odwagi zapytać,czy tak było także, gdy odchodziliśmy do domu. Mam za sobą także doświadczenia z hospicjum, wszystko zależało " od zmiany", czasami trudno było znieść bezduszność . Opieka nad chorymi wymaga powołania,szczególnego powołania, chyba nawet większego niż życie zakonne. O wiele łatwiej się modlić w ciszy i odosobnieniu, niż nieść pomoc potrzebującym, patrzeć na cierpienie i nie móc pomóc...Nie potrafię jeszcze mówić o chorowaniu tak po prostu, bez żalu...Ha

      Usuń
    3. Dokładnie tak samo myślę
      Wszystko zależy od człowieka.

      Usuń
  4. trzymajcie się, z całego serca życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Gdyby trzeba było zamieścić jakiś apel o cokolwiek, nie wiem, leki, kontakty, to pisz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Chroniczna choroba potrafi umeczyc i zabic nadzieje. O ile ciezej byloby zonie gdyby nie Twa nieustanna pomoc i opieka, podtrzymywanie na duchu? Dobrze ze Cie ma i napewno docenia.
    Zonie zycze powrotu do zdrowia a Tobie wytrwalosci - Serpentyna

    OdpowiedzUsuń
  6. Smutno się zrobiło wraz z wejściem choroby w Wasze progi. Na szczęście dobrze sobie radzisz ze zwiększonymi obowiązkami i jeszcze w dodatku znalazłeś czas, aby ten stan zmagań tak plastycznie opisać. Da Bóg, że wszystko szybko powróci do normy i pozostanie tylko opis, świadectwo czasu i postaw zaprzyjaźnionych ludzi, spieszących z dobrym słowem i deklaracją pomocy. Przyjmij proszę życzenia szybkiego powrotu do zdrowia dla Żony i słowa męskiej solidarności dla Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  7. życzę Zonie powrotu do zdrowia i domu..... jak najszybciej, bedzie wam na pewno łatwiej niż tobie jeździć do szpitala.....
    jesteś wspaniałym mężem .... i Zona jest szczęściara że ma ciebie właśnie takiego

    serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz...Z D R O W I A !!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Aby jak najszybciej wszystko wróciło do normy. Nowy dom czeka!

    OdpowiedzUsuń
  9. Kciuki trzymam, przepijam za zdrowie i fluidom każę płynąć w wiadomym kierunku...:) Oby tylko zdrowie zechciało wreszcie sobie o swoich obowiązkach względem małzonki przypomnieć...
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez bym się napił za zdrowie , ale teraz cały czas w ruchu.
      Dziękuję i pozdrawiam

      Usuń
  10. Staram sie wysłać do was jak najwiecej pozytywnej energii. Malzonce życze zdrowia i woli walki a tobie cierpliwosci i siły. Pozdrawiam Ika

    OdpowiedzUsuń
  11. szpital to chyba najgorsze z możliwych rzeczy. W swoim życiu byłam jedynie 3 razy i jak sądzę o 2 za dużo, ten trzeci konieczność - poród.
    Trzymam kciuki za powrót do zdrowia żony.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jeju, to się porobiło. Zdrowia dla żony i siły dla Was obojga.
    Na marginesie, ja wysyłam wezwania, bez groźby grzywny, tylko z groźbą nierozpatrzenia wniosku lub wstrzymania świadczeń

    OdpowiedzUsuń
  13. No to brzmi lepiej, jak bez grzywny
    Za życzenia i wsparcie dziękuję i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). No to same niewesołe rzeczy u ciebie. Ale miej nadzieję będzie lepiej. A ja zawsze wszystkim powtarzam zaszczepić się przeciwko grypie Influvac' em i można drwić ze wszystkich wirusów przez całą zimę.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
  15. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ojej! tak sie zmartwilam. zycze zdrowia i wytrwalosci. az mi sie slabo robi gdy przypominam sobie atmosfere szpitalnych korytarzy i ta kielkujaca i opadajaca jak slupek rteci w termometrze nadzieje. mysle, ze gdy pisze te slowa zona czuje sie juz lepiej. niech zdrowieje, nowy dom czeka, a dom bez kobiety nawet na krotko jakis taki opustoszaly jest... trzymam za was mocno kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  17. Dobrze wiem, że będziesz wiedział, co i jak oraz kiedy powiedzieć, żeby ją zmobilizować do walki!
    Dasz radę, chociaż nie ma co oczekiwać, że będzie łatwo. Uściski!

    OdpowiedzUsuń