poniedziałek, 10 września 2012

Wrzesień - to zapowiada jesień

Dowiaduję się, że coraz więcej znajomych ma bieżące wiadomości na mój temat śledząc blog sumujący lata z biegu dni.
Są to więc: jedni moi znajomi, znajomi tych znajomych, Pani Krysia z warzywnego i niejaki Rudy.
Jak w reklamie. Dzieje się to bez mojego udziału, ale nie wbrew moim intencjom.
Problemem zaczynają być tylko rozmowy telefoniczne. Zmieniły się w treści i czasie trwania.
Nie zaczynają się od słów - Co tam u was?. Teraz brzmi to tak bardziej familiarnie:
- Nie pytam co tam u Was, bo jestem na bieżąco z blogiem.
A przecież zostawiam coś dla siebie, nie jestem ekshibicjonistą.
Mnie jednak nie sprawia to większej różnicy, ponieważ organicznie nie cierpię rozgadywać się przez telefon. W zasadzie każda chyba sprawę codziennego działania, potrafię załatwić w dwie minuty.
To chyba z myślą o takich jak ja, wymyślono naliczanie sekundowe w telefonicznych abonamentach.
Co innego kontakt face to face czyli twarzą w twarz. Kocham takie spotkania i jestem gotów wiele zrobić by takie spotkania doprowadzić do skutku.
Piątek przyniósł mi trochę zamieszania. Po raz pierwszy od kilku lat, koło dziesiątej zadzwoniłem do żony z następującą propozycją
- A może by tak wieś? Wracam po pracy, jem szybko i wyjeżdżamy.
W zasadzie to zawsze jem szybko, tak, że nagły wyjazd niczego w tej kwestii nie zmienił.
Żona przypomina o konieczności zwolnienia tempa życia, najczęściej przy posiłku, ale sama nie należy przecież do spokojnych i wyciszonych.
Przekręciłem klucz w zamku i zjechaliśmy po schodach przy pomocy schodołazu. Opuszczaliśmy się powoli klatką schodową, którą rozgrzebano w celach remontowych. Jak w PRL-u trwa to już ze dwa miesiące. Zamierzonym efektem jest chyba osiągnięcie takiego stanu, że ekipie remontowej będziemy zwyczajnie wdzięczni za sam fakt ukończenia prac, odpuszczając sobie wszelkie reklamacyjne roszczenia. Ale kto by sobie tym teraz zwracał głowę. Już czułem na twarzy ten powiew gorczańskiego wiatru, ale okazało się, że to tylko przeciąg z powodu otwarcia zbyt wielu okien równocześnie.
Kolejny przeciąg, ale to z kolei w portfelu, wywołała konieczność tankowania (skąd te ceny benzyny?)
I niezbędne zakupy artykułów spożywczych. Listę zakupów ochoczo sporządziła żona nim jeszcze dotarliśmy do Dobczyc. Nie zapomniała i o winie na koniec tygodnia. Czy można jej nie kochać?
Dom powitał nas tradycyjnym chłodem wnętrza i rześkością wieczoru. Ślizgałem się trochę po mokrej trawie wciągając wózek pod górkę prowadzącą do domu. Potem, nie mniej trudne rzeczne kamienie i upragniona płaskość sieni. Prąd, woda, okiennice, meble ogrodowe na taras. Czynności wykonuję mechanicznie, jak automat. Od czasu do czasu wyrywam się jednak z tych wyćwiczonych procedur, ponieważ ostatnio dom gościł dzieci. Młodzi mają swoją estetykę i swój pomysł na ułożenie pewnych rzeczy.
Żona wykładając produkty z torby gada do lodówki udając że komunikuje się ze mną.
Zwykłe - tak kochanie - może mieć opłakane skutki. A trudno się potem tłumaczyć, że drzwi od lodówki wygłuszyły sens i ekspresję propozycji.
Nie to jednak ważne. Ważne, że zapłonęły już lampki na tarasie. Na stołem delikatnie operuje swoim światłem lampa niby naftowa. Piątek odchodzi do historii. Hiszpańskie wino skutecznie to odejście umożliwia.
Zimno pod kołdrą, chociaż wino pobudza krążenie.
Następnego dnia zrywam się skoro świt. Jeszcze przed śniadaniem dokonuję gospodarskiego obchodu.
Potykając się na nierównościach i zjeżdżając po stromiznach stwierdziłem, że nie jest źle.
Nadciągająca jesień przywołuje do porządku paprocie i w gdzieś w tle pierwsze liście.
Z braku wody pada hortensja. Paprocie przeżywają teraz najgorsze chwile. Liście brązowieją i chylą się ku ziemi. W przyrodzie to się chyba nazywa cyklem. Chyba słusznie bo cyklicznie wzrastają i umierają.
Podszedłem pod skarpę zwabiony zapachem grzybów. Nie stwierdziłem jednak ich obecności. Wciągałem jednak powietrze, by dojść źródła tego przyjemnego zapachu.
Okazało się, że to mech pachniał tak intensywnie, jakby ktoś postawił kosz świeżych grzybów na murku. Tarasowe śniadanie zjedliśmy w doskonałym nastroju, chłonąć mocną i aromatyczna kawę z dużych, wymalowanych w wiejskie kwiaty kubków. Świerki przerosły trochę panoramę sąsiedniej góry, ale od czego wyobraźnia i pamięć.
Z tego rozmarzenia wyrwał nas huk nadjeżdżającego motocykla. To Młodszy przybył by pomóc staremu ojcu w jesiennych porządkach. Syn z reguły mnie zaskakuje. Tym razem też poczułem się zaskoczony. Mile.
Kiedy praca rozkłada się na więcej osób, może sprawić przyjemność. I sprawiła. Widziałem efekty naszych porządków. Ach, jak to krzepi serce.
Dzwonek telefonu spowodował powrót do cywilizacji.
Niespodziewani goście zapowiedzieli swój przyjazd na niedzielę.
Ruszyliśmy tedy do pobliskiego marketu na zakupy.
Karkówka jak marzenie utonęła w przyprawach. Żona zachwycała się jej urodą mówiąc, że jest piękna. Nigdy nie dostrzegałem urody w kawałku mięsa, ale cóż mam do stracenia. Podzieliłem jej opinię co do trafności wyboru, zwłaszcza, że to był mój wybór.
Spokój sobotniego wieczoru został przerwany wizytą sąsiadów.
Miła wizyta, pełna nowości i zabawnych opowieści, podlana odrobiną miejscowego trunku.
Ot tyle, by rozmowa kleiła się jak knedle ze śliwkami, w atmosferze sympatii i zrozumienia. I tak właśnie było.
Kiedy zegar wybił te swoje jedenaście razy, szybko też złożyłem się do snu. A z pierwszej jego fazy nie wyrwał mnie nawet dźwięk klapki uwalniającej kostkę myjącą w naszej chińskiej zmywarce.
Niedzielna wizyta, podparta pączkami od Bliklego przebiegała również w miłej atmosferze.
Jak daleko stąd do cukierni Bliklego nie muszę chyba mówić. Karkówka dopiekła się też koncertowo i ja nie musiałem wstydzić się swojej firmy.
Zrobiłem mały spacer po okolicy, prezentując znajomym to wspaniałe bogactwo łąk pół i lasów, przez które wije się wstążka mojej rzeki. Jest takie miejsce za domem skąd roztacza się taki widok. W tym ob.razie zakochałem się jakiś czas temu, bez pamięci.
W sumie weekend realizowany został na tak zwanych wariackich papierach. Zaznaczył się wszechstronnością działań, bo była praca i był wypoczynek. Trochę różnego alkoholu i zielona herbata.
Spotkanie z miejscowymi znajomymi i kontakt z odległą cywilizacją.
Tylko benzyna jak już wspomniałem jest na niezmiennie wysokim poziomie cenowym.
Jeszcze trwał czas herbaty, kiedy młody odjechał w kierunku Krakowa.
My pożegnaliśmy gości, sprzątając po sobie jak to mamy w zwyczaju. Rytualne zamknięcie dopełniło program pobytu. I już na samym wyjściu, miałem okazję zobaczyć nowego quada starego sąsiada. W myśl obowiązującej mody tymi właśnie quadami dojeżdża się do wyżej położonych pól, do lasu i do krów. Maszyna rasowo ubłocona, popierdywała radośnie po pokręceniu manetką gazu.
- Wsi spokojna - jak pisał poeta – odchodzisz niestety do historii.
Nie uratuję wszystkich owczych dzwonków. A szkoda.


16 komentarzy:

  1. Oby takich miłych chwil nigdy nie brakowało. Mnie ceny benzyny mało kręcą bo jestem piechurem i za środek lokomocji służą mi moje nogi. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko to trochę skomplikowane urządzić sobie 100 kilometrowy spacer w piątek po pracy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. i co się dziwisz, że Cię nie pytają, co u Was, jak tam weekend?;)
    Mam to samo.
    Pozdrowienia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to się nie dziwię
      Ale mam też życie nieblogowe. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Moja wieś już dawno zatraciła swoją sielską anielskość. Szkoda, bo chińskie buble można kupić wszędzie, ale nie wszędzie można by było zobaczyć takie np rybackie chaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, rybackie chaty są wyjątkowe, a chińszczyzna uniwersalna, niestety
      W górach na straganach też owieczki z Chin.
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Antoni, weekend piękny miałeś. A wiesz, mojego bloga czytają tylko znajomi i przyjaciele internetowi. Tym realnym, nie polecałam lektury, a nawet nie zdradziłam istnienia bloga. Może to błąd lub niedopatrzenie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nikomu nie wskazałem adresu bloga. Była tylko informacja że taki prowadzę. Najczęściej trop prowadził przez posty publikowane na pierwszej stronie Onetu. Ktoś kojarzył z zasłyszaną historią. wgłębiał się w teksty potem i tak jak po sznurku dochodził do mnie.
      To myślę najlepsze. Nie tracisz władzy nad wyrażanymi myślami.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. I faktycznie dokładnie wszystko opowiedziane na blogu,
    po co dzwonić :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam również poza blogowe życie. Ale nie, telefony nie zamarły. Są tylko inne.
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. Cześć Antoni
    Tak a propos wsi i Gorców; dostałem w sobotę w prezencie butelczynę Śliwowicy Łąckiej (daje krzepę, krasi lica itd) i kiedy zacząłem czytać Twojego posta nalałem sobie zaraz kropelkę. Małą kropelkę bo mocna jak diabli, a dzisiaj nie piątek. I trzeba przyznać że lepiej zobaczyłem te późnoletnie Gorce (późnoletnie, tak jak "Strofy o późnym lecie"), kiedy jeszcze niby ciepło, słonecznie i zielono, a w powietrzu drgającym jeszcze od upału wisi już coś nieuchwytnego, nostalgicznego i smutnawego. Dawno, dawno temu kiedy to uczucie opanowywało mnie na szkolnych i studenckich jesiennych rajdach, tłumaczyłem sobie że ten smutek emanują żółknące i usychające rośliny. Może i coś w tym jest. Pozdrawiam, JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mądrze wzorem miejscowych degustować śliwowicę z herbatą. Taka czystą podaje się ceprom, ku uciesze jaką sprawiają po konsumpcji i gdy umierają dnia następnego.
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Nawiązując do początku tego posta napiszę, że część znajomych też wie mniej więcej co u mnie właśnie z bloga. Innym się nie opowiadam, chyba że się czasem spotkamy, ci są mniej blogowi i z nimi się spotykam i wtedy dopiero gadamy długo :)
    pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  9. Czyli to znak czasów
    Internet jest rzeczywiście uniwersalny
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzoś mię Wasza Miłość utwierdził dziś w przekonaniu, żem słusznie uczynił, nic niemal o sobie pro publico nie pisząc...:) Czego nie brać, Boże Broń, do siebie upraszam:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  11. W tym wszystkim, przeszłość( blogową) mam taką, że nie muszę się za żaden tekst wstydzić
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń