poniedziałek, 28 października 2013

Istotna wizyta

- Trzęsą mi się ręce – powiedziała Najważniejsza do Pana Nieistotnego, spoglądając na swoje dłonie - Nie zrobiłam nic nikomu, a boję się tam jechać. Ty nie masz czegoś takiego?
- Ja nauczyłem się żyć tym co moi oferuje życie – odpowiedział filozoficznie Nieistotny, redukując bieg podczas jazdy pod najwyższe wzniesienie na dobrze znanej trasie.
On jednak też nerwowo przełykał ślinę i zastanawiał się co zobaczy na miejscu i jaki wywrze te na niego wpływ.
Chwila konfrontacji zbliżała się błyskawicznie. Droga nad Dunajcem do skrzyżowania, potem skręt do mostu i w górę wąską, asfaltową droga. A potem już jest, osiedle w którym razem z Najważniejszą uczyli się żyć w małej góralskiej społeczności przez ostatnie dwadzieścia lat. Remontowali kupioną tu dwie dekady temu ponad stuletnią chałupę, wydając na ten cel prawie wszystkie swoje oszczędności. Tu planowali zestarzeć się wspólnie. On miał już gotowe scenariusze, bardzo dokładne zresztą. Widział siebie w skórzanej kamizelce i równie skórzanych, wysokich butach, spacerującego łąkami i miedzami w towarzystwie psa. Może jakiś ul, aby czymś zająć czas na emeryturze. Tak twórczo zająć.
Odwiedzające ich dzieci, oprócz przetworów przygotowanych przez Najważniejsza mogłyby zabrać słoik spadziowego miodu. Czuł w ustach słodycz tego górskiego ciemnego miodu, kiedy tak wyobrażał to sobie wszystko.
- Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? - Pytał Woody Allen i zaraz dodawał – to opowiedz mu o swoich planach na przyszłość.
Kolejna operacja małżonki, komplikacje i w efekcie wózek inwalidzki, który tak nie komponował się do tych wysokich skórzanych butów, pasieki a przede wszystkim do domu postawionego na zboczu góry. Przecież tu nie było nawet kawałka bezpiecznej płaskiej powierzchni.
Nieistotny kochał ten dom bardzo, ale jeszcze bardziej Najważniejszą, podjął więc tę jedynie słuszną decyzję. Poświęcił skórzana kamizelkę i zaplanowaną starość, sprzedając dom.
Nabyli go inni pasjonaci, którzy jeszcze przed kupnem opowiadali mu z wypiekami na twarzy o swoich planach na własną starość. Historia różniła się być może tylko rodzajem butów i rasą psa. Zadziwiające jak podobne do siebie były to marzenia. Z tego powodu żal związany ze sprzedażą był jakby mniejszy.
Potem pozbyli się mieszkania w mieście i kupili dom na wsi. Na płaskiej wsi, zaraz obok dużego miasta, gdzie wszystko łatwiejsze dla Najważniejszej. Ostatni rok to prace adaptacyjne, jakieś przeróbki, zmiany przeznaczenia i takie tam. Nie było czasu na snucie planów na starość, ale teraz kiedy czasu jakby więcej i one się pojawiają. Nieistotny odgania ja jednak od siebie, by nie popaść w poprzednią skrajność.
Skąd niechęć do gór? Nie wybierali się na tamtą wieś, by nie oglądać domu który poświęcili. Nie planowali też odwiedzić nowych właścicieli, pomimo zaproszenia.
- Pewnie by mi serce pękło – mówił Nieistotny w takich sytuacjach.
Chociaż co do domu nie zmienili zdania, postanowili nie unikać ludzi z którym losy związały ich przed tymi dwudziestoma laty.
Właśnie jedna z nich Marysia obchodziła jubileusz pięćdziesiątych urodzin.
Zapakowali więc odpowiedni prezent i w sobotę po południu wyruszyli w trasę.
Wcześniej Nieistotny zbudował konstrukcję pod winogron i odrobinę uporządkował teren wokół domu.
Konstrukcją tą wzbudził lekką zazdrość sąsiadów. Ma nadzieję, że to tak zwana twórcza zazdrość. Chyba tak, bo Basia wspominała, że będzie rozmawiała z Nieistotnym nad sąsiedzką pomocą w podobnej sprawie.
Może, czemu nie.
Minęli most, zredukował bieg i ostro ruszył pod górę, potem powoli przejechał między domami. W oddali na skarpie majaczył jego stary dom, Minął go spoglądając kątem oka. Udał niezainteresowanie, ale kiedy dotarł do sąsiadów zaraz poprosił o możliwość wejścia do górnego pokoju, by z oddali spojrzeć choć raz na ten dom.
Nowy płot, drzwi wejściowej jakieś okno.
- Znaczy i oni czynią sobie dom przyjaznym - stwierdził i zszedł na dół.
Zaskoczonym znajomym wrócił już głos i zaczęli krzątać się wokół stołu. Wylądowały tu wszystkie dobrze zapamiętane specjały. Po pierwsze ser klagany, bryndza i swojski chleb. Po drugie te kolorowe wiejskie ciasta o które tak trudno poza wiejskimi weselami. |Na koniec zaś coś ze śliwek, czego jednak Nieistotny nie mógł doświadczyć z powodu pełnienia funkcji kierowcy.
Na wyścigi wymieniali się newsami, zakrzykując się czasem. Bo przez ostatni rok nieobecności trochę w ich życiach się pozmieniało. Nikt nie miał jednak do nikogo pretensji o to gadulstwo, ustępowali też sobie w końcu z uśmiechem.
Nieistotni spędzili tam trochę ponad trzy godziny i ruszyli w drogę powrotną do domu. Czekało ich ponad sto kilometrów.
Jeszcze na koniec przyjęli deklarację znajomych o wizycie u nich w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. To już całkiem niedaleko.
- Byli zaskoczeni – stwierdził Nieistotny gdy wyjechali już na główną drogę.
- Bardzo zaskoczeni – potwierdziła Najważniejsza.
- Lubię to. Lubię zaskoczyć w takich sytuacjach, bo tak wyobrażam sobie przyjaźń.
Za chwile jednak Jan Maria musiał skończyć ze słodzeniem sobie bowiem musiał skoncentrować się na prowadzeniu samochodu, na wąskiej drodze wiodącej przez las. Co raz zza zakrętu wyłaniały się bowiem samochody z włączonymi światłami drogowymi, skutecznie go oślepiając. Stracił wprawę do tych tras od czasu sprzedaży domu.
Nieistotny szybko wyliczył, że w czasie jedenastu lat pracy poza domem trasę tę pokonywał regularnie dwa razy w tygodniu. Uzbierała się z tego okrągła cyfra półtora tysiąca kursów z punku A do miasta B i odwrotnie.
Wynik zaszokował nawet Najważniejszą, ale nie za bardzo bo zaraz wjechali w boczną uliczkę wiodąca do domu. Włączyli światła, zaczęli rozpakowywać samochód, a pod nogami plątała się już kotka sąsiadów, która wcześniej jak na wyścigi biegła przed samochodem.
- Czy to już bardziej nasz kot, czy jeszcze sąsiadów?
Kot nie odpowiedział. W końcu do Wigilii jeszcze trochę czasu.
Kiedy uporządkował już wszystko, nalał sobie kieliszek wina. Zaproponował go tez żonie.
W sumie to był udany wieczór. Odwiedzili znajomych, unikając szczęśliwie ich nowych sąsiadów. Nie musieli więc wymyślać grzecznościowych powodów do odmowy wizyty. Gdzieś tam we wsi było wesele i część osiedla bawiła się na nim właśnie.
Jutro pójdzie wieść, że Krakus był ale krótko. Tam mówią, że jak po ogień do fajki.
Nie ważne, że krótko, najważniejsze, że lody zostały złamane.



4 komentarze:

  1. Jak Ty pięknie umiesz oswajać przeciwności losu...Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może to nie jest dobrze, godzić się a nie walczyć?
      Podrawiam

      Usuń
  2. Wiesz , z wiekiem mało mnie przekonuje hasło "możesz wszystko". Bardziej się skłaniam ku stwierdzeniu, możesz wszystko , ale nie wszystko możesz. Czasami pogodzenie się jest najlepszą z metod walki. A oswoić, to nie znaczy poddać się, tylko przyjąć i umieć z tym żyć. A to,że sprzedałeś dom wcale nie musi wiązać się ze zdjęciem kamizelki i pozbyciem się skórzanych długich butów. To wszystko nadal możesz wkładać, ale w innych okolicznościach:) Tylko czy one pasują do nizinnych wiejskich klimatów? Hanula

    ps A może po prostu czas na inną kamizelkę i buty, takie na miarę nowych czasów?






    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością coś wymyślę zamiast tych butów.
      Pozdrawiam

      Usuń