piątek, 30 listopada 2012

Strzeżcie się zawałowcy

 
Miałem skorygować linię programową tego bloga aby nie był, jak to doczytałem w jednym z komentarzy - rozbrykany. Niestety, życie mi na to nie pozwala. Kiedy ujrzałem ten tytuł na ekranie laptopa, zmroziło mnie - Seks może być zabójczy.
- Kiedy? - krzyknąłem do monitora, wywołując zainteresowanie współpracowników.
- Kiedy - z zamaszystym znakiem zapytania kończył również tytuł artykułu.
Koledzy z pracy uczynili znaczące kółko. na czole, wracając do swoich zajęć.
- Absolutely must read - pomyślałem zaś ja, parafrazując szafiarskie zapożyczenie z angielskiego.
Ja, taki ostrożny i kochający życie człowiek, ryzykuję życiem już ponad trzy dekady, a prawdę powiedziawszy już prawie cztery?
Uprawiam sobie jazdę na krawędzi życia i śmierci tylko po to, aby zaspokoić swoją chuć?
Z wypiekami na twarzy rzuciłem się do przeglądania dalszej części artykułu, a tam niestety tradycyjnie. AIDS, syfi, kiła i w konsekwencji owa mogiła. Jest jeszcze żółtaczka i odmiany raka w zależności od preferowanego sposobu uprawy owego seksu.
Na wszystko jest jednak rada jeżeli wierność gdzieś się zagapi. Należy ochraniać swojego wacusia gumowym płaszczykiem, zwanym przez Anglików francuską a przez Francuzów angielską kapotą.
To się chyba nazywa remedium. Wierność i gumka ratunkiem dla świata?
Otóż nie, każda zasada ma swoje wyjątki. Oprócz wspomnianych powyżej przykrych konsekwencji jest jedna, która wyjątkowo mocno bije w żonatych.
Okazuje się bowiem, że na bzykająch małżonków czyha również zawał serca.
Naukowcy dowiedli, że na zawał serca podczas seksu narażeni są przede wszystkim panowie, którzy zdradzają żony.
A więc spokojnie. Ponieważ bardzo uczciwie podchodzę do małżeńskiej przysięgi, serce odwzajemni mi się bezawaryjną pracą. Po przeczytaniu tekstu odwołałem ustalone na początek przyszłego tygodnia kontrolne badanie EKG.
Nie zazdroszczę tylko tym, co właśnie wylądowali na oddziałach kardiologicznych ze zdiagnozowanym zawałem. Ciekaw jestem, czy zdążą wytłumaczyć szanownym małżonkom, że są jedynie wyjątkiem od reguły, nim damska torebka Louisa Vittona wyląduje na ich głowie i zakłóci krzywą wyświetlaną na szpitalnym monitorze.
To najczęściej niewinni, a winni wyjdą jak zwykle na swoje, bo za kołnierz tradycyjnie, najbardziej leje się tym pierwszym.

wtorek, 27 listopada 2012

Moje małe zagubienie

- O! Nie widzę świeżego chlebka – powiedziała na powitanie dziewczyna mojego Młodszego.
Uświadomiła mi w ten sposób, że drastycznie odszedłem od swojego rytmu życia. Faktem jest, że nuda w nim nie gości, a dzień kończy się zbyt szybko. Wychodzę z domu rano, wracam późno i tak codziennie. Ostatni weekend należał również do wyjątkowo pracowitych.
A może wszystko jest normalne, tylko ja jestem za stary i nie nadążam?
Jak nie nadążam? Nadążam. Nawet wiem w jaki sposób w tym wyrazie wypowiedzieć „ą”.
Ale zagryzając szybko kolację chlebem kupionym „po drodze” wzdycham do odrobiny luzu.
Luz widzę na horyzoncie, ale szóstkę w totka też widziałem. I co ? I nic.
Dzisiaj z lekkim opóźnieniem i niezbyt staranie staranie, urządziłem sobie małą prasówkę.
Ze stron internetowych i to nawet tych ogólnych, bez ograniczeń wieku, uśmiechają się dla mnie cycate panienki. Na które trzeba mieć dużo czasu i jeszcze więcej pieniędzy. Silikon wylewa się z ekranu tak, że nawet przez chwile rozważałem zainstalowania pampresa wokół monitora. Czy trzeba aż tyle silikonu by zrobić karierę we współczesnym świecie?
O tym, że można zrobić karierę bez silikonowych cycków przekonuje nas Keira K.nightley. Od kilku dni na ekranach w filmie "Anna Karenina". Ostatnio oglądałem ją w „Niebezpiecznej metodzie” I co? I można.
Tylko komputerowi graficy po starem pompują tu i tam, ku rozbawieniu samej zainteresowanej.
Pani Keiro - jak to mówią – szacun.
W męskim dodatku do dziennika pl zauważyłem tekst pod zatrważającym tytułem:
Ile kobieta wytrzyma bez seksu?” W tym samym tytule autor sam sobie odpowiada - Zbyt długo.
Bez badań naukowych jest to rzecz wiadoma i oczywista. Przecież tak zwane wzięcie głodem, to ulubiona damska metoda załatwiania swoich spraw.
Mężczyźni są w stanie wytrzymać około 3 tygodni, po których pojawiają się pierwsze syndromy seksualnej frustracji.
Najczęstszymi objawami są pogorszenie nastroju, rozdrażnienie, podwyższony poziom agresji.
Znacznie lepiej przygotowane do długotrwałego zaniedbywania potrzeb seksualnych są kobiety. Z reguły nie sprawia im problemu nawet dwumiesięczna abstynencja.”
Niem ma się co dziwić takiemu ustawieniu możliwości, w końcu Natura jest kobietą.
Seks jest dla mężczyzny celem, dla kobiet zaś jedynie drogą do wybranego celu.
Żeby one tylko nie chciały iść z nami do łóżka. W okresie seksualnego strajku panie są mniej opanowane i otwarcie demonstrują otoczeniu swoje nastroje. Bez seksu robią się bardziej nieznośne, płaczą, histeryzują, przejawiając często irracjonalne pretensje i bezpodstawne niezadowolenie.
I warto robić to wszystko? Dla nowej kuchni czy garsonki?
Strajk dotyka po równo wszystkich facetów w związkach bez względu na profesję, czy zajmowane stanowisko. Z wyjątkiem może artystów o których panie mówią, że to mistrzowie sztuki miłosnej.
Według pań seks z nimi jest rewelacyjny. Gra wstępna z polotem, zdolności językowe szczególnie w kierunku języka francuskiego i seks co ponoć nie ma końca.
A to wszystko dlatego, że artyści unikają stałych związków i jeżeli bzykają żony, to są to z reguły cudze żony. A czy widział kto faceta który nie będzie się starał wobec cudzej żony?
Był nawet tak stary dowcip.
Po udanym seksie, małżeństwo leży w łóżku. On wyraźnie zadowolony zdecydował się na komplement. Wypowiada więc te słowa:
- Żebyś ty jeszcze cudza była.
W rankingu zawodów znaleźli się mechanik samochodowy, który ponoć zna ciało partnerki lepiej niż ginekolog. Musi tylko dobrze wyszorować ręce bo brudny smar lubi zachodzić za paznokcie.
Mundurowi lubią eksperymentować z gadżetami. W końcu pała policyjna to przedłużenie penisa. Medycy ponoć źle zaczynają i szybko kończą. Jedynie ich francuski jest godny uwagi. Do tej pory myślałem że lepiej idzie im z łaciną.
Nauczyciele tak angażują się w grę wstępną, że na sam numerek brakuje sił. W końcu to zawodowa cecha, zagrzać do działania, a potem niech inni się sami męczą.
Budowlani nie są lingwistami i francuski może dla nich nie istnieć, chociaż sami lubią wsłuchiwać się w jego brzmienie. Jak może być dobrze skoro słyszałem kiedyś na placu budowy taki tekst
- Jasiek nie pier..l się, to się musi zmieścić. W razie czego walnij młotem.
A jak oni przeniosą to do łóżka? Aż strach pomyśleć.
I libido ponoć kiepściutkie
A ja? Ja jako przedstawiciel szeroko rozumianego handlu, nie znalazłem się w zestawieniu. Znaczy się nic szczególnego, szara masa. Ciekawe, bo zawodowo zajmuję się sprzedażą złudzeń. A to chyba dobrze w łóżku? Te złudzenia?

Kolejna aktorka porno chce do polityki.
Nic w tym dziwnego skoro od dawna polityka to dawanie ciała za dobre pieniądze.

Naukowcy odkryli sekret wierności w związkach. Cudownym lekiem na pokusę jaką jest zdrada, okazała się oksytocyna, zwana także hormonem miłości.
Ciekawe dlaczego brak tak zwanych „pokus” został zdefiniowany jako miłość ?
Pal sześć definicje, chodzi o to, że pozostający w związkach mężczyźni, którym podano oksytocynę utrzymywali największy dystans wobec innych kobiet. Kobieta była dla nich nadal atrakcyjna, jednak jej bliskość wywoływała dyskomfort.
No proszę, kiedyś żeby facet się nie puszczał, trzeba było mu dolać do kawy bromu. Była to jednak broń obosieczna, ponieważ co prawda nie bzykał na boku, ale nie czynił tego również na plecach, ani na brzuchu. Teraz jak każde nowoczesne lekarstwo, można go właściwie ukierunkować. Na przykład, na tę rudą z warzywniaka, albo na jego sekretarkę co to zapomina ubrać do pracy spódniczki. Ciągle też kusi tymi długimi i chudymi nogami.
I znów facet staje się marionetką w damskich rękach.
Czy są jakieś dobre informacje?
Są. Podany hormon nie miał żadnego wpływu na zachowanie singli.
Co wcale nie znaczy, że namawiam do bycia singlem, z tą ich skłonnością do częstego imprezowania, wychodzenia z kolegami na piwo i kontaktów z różnymi kobietami. Piszę różnymi, bo kto by je spamiętał?
Okropność

sobota, 24 listopada 2012

Międzylądowanie cz. II

A potem nastąpiła ta wizyta. 
Niedzielna wizyta, podparta pączkami od Bliklego przebiegała w miłej atmosferze.
Ze też chciało im się te pączki targać aż z Warszawy?
Karkówka dopiekła się koncertowo i ja nie musiałem wstydzić się swojej firmy.
Zrobiłem mały spacer po okolicy, prezentując już znajomym to wspaniałe bogactwo łąk pół i lasów, przez które wije się wstążka mojej rzeki. Jest takie miejsce za domem skąd roztacza się taki widok. W tym obrazie zakochałem się jakiś czas temu, bez pamięci.
I obserwowałem jak oni ulegają temu urokowi chłonąc kolorowe obrazy, jeden za drugim.
Przy zielonej herbacie ustaliliśmy warunki i terminy sprzedaży.
Nie biliśmy się po rękach zbijając cenę niczym koniarze na targu w Krościenku. Doszliśmy jednak do porozumienia
A więc jednak.
Dom idzie w inne, mam nadzieję że godne ręce.
Nie miałem odwagi tłumaczyć że wszystko jest tu takie piękne i akuratne. Jeżeli ktoś ma świadomość, że pobyt w domu na wsi to nie tylko grillowanie karkówki i picie wina na tarasie, ale ciężka praca wokół, to połowa sukcesu.
Jeżeli towarzyszy temu świadomość, że oprócz gorących lipców, pachnących sierpni są również pełne pluchy listopady i byle jakie marce, to uzupełnia tę pierwsza połowę.
Nowi znajomi deklarują tę świadomość.
To wybornie.

W planie wobec domu na wsi, pozostało już tylko pakowanie.
Pozostawiamy większość mebli i wyposażenia. Założyliśmy, że zabieramy tylko emocjonalne pamiątki. Nie przypuszczałem jednak wypowiadając te słowa, że każda z rzeczy znajdujących się w domu budzi w nas tyle wspomnień i emocji. Każdy kubek, figurka Frasobliwego, czy świecznik wywołują ciągle żywe wspomnienia.
Jest lżej ponieważ przechodzimy przez to razem.
Trzeba się spieszyć, wyznaczono już bowiem termin wizyty u notariusza.
Czy przyjdzie mi kiedyś żałować tej decyzji?
Już jej żałuję, ale życie to ciągły żal za czym co odchodzi w przeszłość.
W Biblii napisano, że kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym...
Z pewnością i mój dom z jego kamienną podmurówką, chociaż nie odrzucony a ukochany, stanie się podwaliną czegoś innego.
    

czwartek, 22 listopada 2012

Międzylądowanie

Małe mosiężne wkręty ustąpiły jeden pod drugim i uwolniły przytwierdzoną nimi do drzwi wejściowych wizytówkę. Delikatnie chwyciłem ją w jedną rękę, drugą zaś starłem kurz i pajęczynę, którą utkały na niej jakieś pracowite pająki. Czarny kawałek plastiku, na nim jakiś majster wyżłobił nasze nazwisko i dwa inicjały A.M. - Antoni, Maria
Poczułem się jakoś niezręcznie, a więc szybko schowałem ją do przepastnej kieszeni amerykańskiej kurtki wojskowej. Ukradkiem odpiąłem też mosiężny breloczek, taki jaki kiedyś dodawano w Ameryce do nowych samochodów w firmowym salonie. Widać na nim logo Chevroleta i jakiś długi numer seryjny, pewnie samochodu z którym wisiorek stanowił komplet. Marka Chevrolet w chwili kupna domu jawiła mi się jako coś ekskluzywnego i nieosiągalnego. Teraz w chwili sprzedaży domu jest synonimem tańszych
i ogólnodostępnych pojazdów. Ostatnie dwadzieścia lat życia w tym domu, zmieniło pogląd na wiele spraw. Postarzałem się w jego cieniu i nabrałem życiowej mądrości. A sam dom spoglądał na mnie przez ten czas z dużą pobłażliwością. Cóż to jest te dwadzieścia lat, wobec jego stuletniej historii.
Wizytówka i brelok, już relikwie z górskiego domu, znajdą się jeszcze nie raz w moich dłoniach. Lubię takie emocjonalne pamiątki w chwilach zwątpienia lub refleksji. Mając pięćdziesiąt parę lat z przyjemnością czujesz w rękach chłód metalowego korkowca, którym bawiłeś się w dzieciństwie. Czemuż więc nie czuć podobnej przyjemności z obcowania z owym brelokiem. Wszak wiernie mi służył, towarzysząc otwieraniu i zamykaniu zamków przez ponad dwie dekady. Skierowałem się do wyjścia, a wychodząc z posesji staranie zamknąłem obydwie połowy drewnianej furtki. Zwyczaj któremu uczyniłem zadość po raz ostatni.
Wracając do domu w milczeniu, bo przecież pojechałem sam na to końcowe przekazanie, wspominałem twarze przewijających się kupców.
Gdzieś tak z początkiem wakacji zadzwonił telefon. Pani z agencji nieruchomości zadzwoniła w środku tygodnia. Jakiś potencjalny klient zdecydował się obejrzeć posiadłość. Ciśnienie krwi podniosło mi się lekko. Niby chcę tej sprzedaży, albo mówiąc inaczej już się na nią zdecydowałem. Z drugiej jednak strony dobija mnie ten żal za tym co stracę bezpowrotnie. Od pewnego czasu żyję już w tej plątaninie żalu i woli sprzedaży.
Przyjechali. Pan mąż z żoną i dwójką dzieci.
W pierwszych słowach swojego przywitania skrytykował stromizny wsi.
- W końcu zawitał Pan w góry – stwierdziłem starając się nie wkładać w swój głos żadnych negatywnych emocji.
Pan rozejrzał się dookoła raz jeszcze i ruszył dróżką w górę, do domu.
Od chwili przekroczenia progu, potencjalny nabywca zaczął wytykać mi błędy projektowania, wykonania i zagospodarowania terenu.
Z razu odpowiadałem ochoczo i dokładnie skąd taki pomysł i dlaczego, ale po stwierdzeniu, że wszystkie te tuje i jałowce są bez sensu bo powinno się tu wsadzić jabłonki, zatkało mnie.
- Szanowny Pan może tu sadzić nawet palmy jeżeli tylko będzie miał Pan taki humor.
Proszę tylko zauważyć, że przy tej stromiźnie łąki, jabłko gotowe się zabić spadając z drzewa.
- Jabłko nie może się zabić – stwierdził z przekonaniem jeden z synów, patrząc na mnie dziwnie.
W tym samym czasie potencjalny klient krytykował schody na strych, twierdząc, że są też bez sensu.
Cierpiałem w trakcie tej rozmowy. Cierpiał z pewnością i mój dom z duszą, po którymś razie przechodząc do kontrataku. W chwili gdy gość wchodził do piwniczki, mocna metalowa rama walnęła go z całej siły w głowę.
Mężczyzna siadł na podłodze i chwile trwało nim doszedł do siebie.
Zamilkł po tym wydarzeniu i nie odzywał się aż do końca wizji lokalnej.
Kiedy wsiadł do samochodu i odjechał, dziewczyna mojego Młodszego odezwała się w te słowa
- Jak on tak oglądał i krytykował, to modliłam się, żeby on nie chciał kupić tego domu, bo gotów go zniszczyć zupełnie.
- Nawet dom nie wytrzymał i zaatakował go – Syn powtórzył na głos to co ja pomyślałem ledwie chwilę temu.
Tak. Trafić na takiego kupca który gotów zapłacić żądana kwotę i pokocha ten dom, tak jak my go kochamy od dwudziestu lat.
Tylko jak pogodzić te dwa elementy w czasie zapaści w handlu nieruchomościami ?
Jakiś czas później trafił się Amerykanin polskiego pochodzenia, któremu do bankowego konta brakowało jeszcze ojcowizny w Polsce i w ten sposób postanowił nadrobić braki.
Mało mówił, więcej słuchał gdy ja odstawiałem swój show.
Nawet kot sąsiada zachował się w porządku, łasząc się do wizytujących gości. Dziewczynki piszczały z radości. Ja gotów byłem dać mu miseczkę mleczka, czy co tam jeszcze, jeżeli tylko to łaszenie zakończy się aktem notarialnym.
Amerykanie tak jak pojawili się, tak zniknęli bez słowa.
        Odrzucam w myślach wszystkich kolejnych oglądaczy. Wielu z nich zachwyca się domem odrzucając jednak ofertę ze względu na duże nachylenie działki. A może nie można mieć wszystkiego naraz?
Znajomy który zaprosił nas na kolację do eleganckiej knajpy w centrum Krakowa stwierdziła
- A ja uważam że każdy towar ma swojego kupca. Ja swoje porsche sprzedawałem półtora roku.
Uśmiechnąłem się w komentarzu.
-Ty się nie śmiej - powiedział – a czymże innym jest drugi dom w górach przeznaczony tylko na Święta i wakacje jak nie jachtem, łodzią czy sportowym samochodem? Kosztownym dodatkiem.
Przyjdzie ktoś taki kto zobaczy i zakocha się. Gwarantuje Ci to .
- Oj to, to. Gdyby się pojawił ktoś taki, kto pokocha ten dom jak ja byłbym szczęśliwy.
Kiedy w którąś ze śród, zadzwoniła pośredniczka z biura nieruchomości, konieczność przyjazdu na wieś przyjąłem bez entuzjazmu. Ale skoro powiedziało się - A.
Żona zareagowała odwrotnie zaraz poczyniła niezbędne przygotowania.
O umówionej godzinie pojawili się goście, czyli potencjalni kupcy.
Zaraz też okazało się, że są naszymi rówieśnikami i wielkimi miłośnikami gór. Od jakiegoś czasu szukają dla siebie domu z duszą. Po chwili okazało się, że i dom otworzył przed nimi swoją duszę.
- Pierwszy raz byłam na takim pierwszym spotkaniu, które trwa ponad trzy godziny.
Fakt, w czasie tej niedzielnej rozmowy przebierała nieco nerwowo nogami.
- To aż dziwne jak wiele nas łączy – powiedziałem do żony po spotkaniu.
- Tak myślę, że przy sprzedaży domu takim ludziom nasz żal byłby mniejszy.
Czyżby mój przyjaciel od Porsche miał rację?


c.d.n 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Po sąsiedzku

Zżymamy się kiedy drogowcy malują na jezdni pasy, a następnego dnia wjeżdża frezarka, zbierając ten stary chociaż pięknie wymalowany asfalt. W czasach PRL-u mówiono nawet, że asfalt to nawierzchnia wstępna do układania kanalizacji. Wszystkiemu winni byli oczywiście Oni. Oni czyli komuniści. A gdzież u nas był ten komunizm z jego komunistami?
Polska nawet uczciwego socjalizmu się nie dorobiła.
Był tylko człowiek, co według filozofa brzmi dumnie. Zawalał człowiek któremu nie chciało się pomyśleć, rujnował inny którego to nie obchodziło, bo jak to mówią - jego chata z kraja.
I myliłby się ten kto uważa, że to tylko olewanie męczącej i nisko opłacanej pracy. Ta skłonność która tkwi głęboko w nas, a objawia się również poza pracą.
Jakiś czas temu, czyli w okresie wakacji, zarząd naszego osiedla postanowił wyremontować klatkę schodową. Zaszpachlowano wszystkie nierówności powstałe w trakcie kolejnych wymian drzwi. Moda na antywłamaniowe kwitnie. Efektem demokracji jest to, że każdy z lokatorów ma drzwi w innym kolorze i fasonie, bo przecież wolnoć Tomku w swoim domku. Poza tym od strony przedpokoju, takie drzwi wyglądają dobrze, a od strony klatki fatalnie. Za drzwiami już nie nasze, może być byle jak.
Kiedy odmalowano ściany, a na schodach i półpiętrach położono płytki gresowe, nasza klatka stała się obiektem westchnień odwiedzających gości. Fakt było świeżo i czysto. Pomijając moje zwichrowane poczucie estetyki, ładnie.
I wtedy obudził się sąsiad. Spojrzał na swoje pagedowskie jeszcze drzwi, postanowił je wymienić.
Wracając z pracy zauważyłem wyrypaną dziurę w świeżo odmalowanej klatce. Całość obrzucona rzadką zaprawą. Kto by tam myślał o zabezpieczeniu gresów.
- Jak się kuje to i gruz leci - takie jest panie prawo grawitacji.
Pewnie z czasem ktoś to zamaluje, tworząc kolorowa łatę bo dobrać odpowiedni kolor to już wysiłek ponad miarę.
Klatkę remontowali dwa miesiące, w tym czasie mógłby zaskoczyć nawet najcięższy umysł. Ale przecież ruiny na klatce nie widać z perspektywy przedpokoju. Moje tylko do drzwi.
W myśl tego powiedzenia, można wieczorem postawić śmieci przed drzwiami. Wyniesie się rano idąc do pracy. A że śmierdzi? Profesor Zin powiedział kiedyś, rysując starą wiejską chałupę z zabitymi na zimę oknami,że od smrodu jeszcze nikt nie umarł a od świeżego powietrza zdarzało się. Można również wypuścić psa, żeby odpryskał się przed blokiem. Pod warunkiem oczywiście, że ktoś mu otworzy drzwi na dole, bowiem właściciel psa uchylił tylko te na klatkę.
Nalał przed drzwiami? Tez powód do zmartwień, przecież to całkiem mały piesek.
A jak już się wygoni wokół bloku, to siądzie przed klatką drąc pysk na właściciela, że chce do domu.
Przecież po to jest pies żeby szczekać. Nie?
A może coś się nie podoba ? A może w ryja?
Mieszkanie w bloku to poligon doświadczalny dla ludzkiej zgody i poczucia jedności w grupie.
Dziwne jest tylko to, że ci ugodowi muszą dopasować się do tych co mają to wszystko w dupie.
Bo przecież moje tylko do drzwi.
- A za drzwiami rządzi sprzątaczka. Płacą jej to niech zapierdala – sam słyszałem to na własne, sąsiedzkie uszy.
No i „w ryja” też się nie zdecydowałem

piątek, 16 listopada 2012

Strzeż się tanich podróbek

Podróbka, to chyba jedno z najczęściej używanych słów w codziennych rozmowach rodaków
Za tak zwanych moich czasów oryginalne jeansy „Super Riffle” były dostępne tylko w Pewexie. Kosztowały całe, oszałamiające osiem dolarów. Dzisiaj to około dwudziestu siedmiu złotych, ale w czasach gdy miesięcznie zarabiało się piętnaście dolarów, był to naprawdę poważny wydatek. Był to tez widoczny dowód na miłość rodziców do własnych dzieci. Nie oszukujmy, w nas też drzemał materializm i to nie tylko ten dialektyczny.
Tanie podróbki firmy Odra wywoływały uśmiech politowania. Zresztą Odry nie miały ambicji przypominać Riffli. Spodnie miały swoją własną markę. Ta Odra to jakaś uniwersalna marka, ponieważ owocowa guma do żucia rodzimej produkcji, wytwarzana była również w firmie Odra.
I tak Riffle żuły Wrigley's Spearmint, a Odry międliły między zębami Odry. Chyba wtedy po raz pierwszy narzekałem na gumę, że to jakaś tania podróbka, chociaż kochający ojciec wybuzerował dziesięć dolców na Wranglery.
A potem nastąpiła moda na podróbki. Moda? To była eksplozja, wybuch i zalew. Za parę złotych można było u sympatycznego Wietnamczyka kupić prawie markowe produkty, za całkiem normalną cenę. Opowiadało się, że oryginalną czapkę można było poznać po ilości szwów na daszku.
A przecież producent „Nibynike” też potrafił liczyć.
Teraz podrabia się wszystko. Położyła mnie opowieść o pomysłowych Chińczykach podrabiających kurze jajka. Gdzie jest granica opłacalności? I kto za te pieniądze lepi skorupki z gipsu​?
O podrabianiu gorzały nie muszę nawet wspominać, ponieważ śmiertelne ofiary tego procederu mówią same za siebie. Ilu z nas wylało czeski rum do zlewu po informacji w mediach?
Dzisiaj czytam, że w Polsce i w innych krajach sprzedawane jest pochodzące ze Szwecji "wino w proszku" z włoską nazwą Frascati i etykietką sugerującą, że pochodzi z Italii.
Przypadek ten, uznany za wyjątkowe oszustwo, nagłośniły włoskie media.
Alkohol w proszku?
Ileż to razy w wesołym towarzystwie, ktoś opowiadał, że wymyślono alkohol w proszku.
Raz mieli to uczynić Amerykanie innym razem Ruscy. Pointa była zawsze taka sama dolewasz trochę wody nawet z kałuży i już możesz pić. Chlać na wycieczce, w podróży, w przeciągu, na drągu.
Gorzała w proszku, marzenie wielu, gotowa nadać sens niejednemu nijakiemu życiu.
"Dodaj tylko wodę. Wystarczy na 21 litrów, cukier nie jest potrzebny" – głosi instrukcja obsługi torebki z garścią malutkich granulek.
Nawet do bimbru oprócz drożdży potrzebny jest cukier, no i to czekanie, a na końcu destylacja.
Tu można zalać ryja po zamieszaniu łyżeczką, albo po wstrząśnięciu naczyniem. Z filmów wiem, że niektórzy preferują wstrząśnięte, nie mieszane.
Włoska stacja telewizyjna, która pierwsza poinformowała o "winie w proszku", podała, że jest ono sprzedawane na pewno w Polsce i w Wielkiej Brytanii, być może jest także w innych krajach.
Tu mnożą się pytania
Dlaczego akurat w Polsce i Wielkiej Brytanii?
Czy ma to może coś wspólnego z falą emigracji na wyspy?
- Jak można wprowadzać na rynek artykuły tego rodzaju? - pytał oburzona redakcja?
No właśnie jak można?
A jeżeli udało się wyprodukować alkohol w proszku, to dlaczego nie wie o tym jeszcze Królewska Akademia i Komitet Noblowski?. Przecież to właśnie pora na Nagrody Nobla.
W tym roku przyznano nagrodę za „receptory sprzężone z białkami G”.
Kiedy spytałem jednego z moich pracowników, czy dałby Nobla za białko G nawet sprzężone receptorem, czy gorzałę w proszku, nie miał najmniejszy wątpliwości. 

A propos oryginałów
Wczoraj obchodziliśmy dzień zwycięstwa marketingu nad zdrowym rozsądkiem. Trzeci czwartek listopada dzień Beaujolais Nouveau.
Znalazłem się nawet w jednym z marketów ze szczerą chęcią nabycia jednej butelki tego młodzieńczego, niecierpliwego wina. Kiedy zobaczyłem cenę wybrałem inne, z własną historią dojrzewania i podobną ceną
Bo w końcu - życie jest kwestią wyboru.

czwartek, 15 listopada 2012

Sprawy się kołyszą

Czy zdarzyło się komuś, kiedyś tak, że muzyka która pobrzmiewała w głośniku, oddawała nastrój lub komentowała oplatającą atmosferę?
Mnie tak zdarza się po raz kolejny.
Poświęciłem temu kiedyś jakiś post, ale ze względu na sporą ich liczbę w archiwum, nie potrafię odnieść się do konkretnego. Pamięć już z wiekiem nie ta.
Kiedyś, dawno temu, jeszcze w czasach studenckich zawaliłem jeden z egzaminów. Zawalonych egzaminów było w moim życiu dużo więcej, ale ten był pierwszym, studenckim i na dodatek z historii która lubię i szanuję.
Kiedy opuściły już nas emocje włączyliśmy muzykę – Grechuta z jego pogodą ducha i nitką romantyzmu wydawał się odpowiedni.
I co? I z głośników poleciało:
„Był już taki egzamin z historii którzy wszyscy uczniowie oblali i został po nich uroczysty cmentarz.”
Spojrzeliśmy po sobie w jednej chwili.
Kolega natychmiast zdjął czarną płytę z talerza i w to miejsce położył inną
„Jeszcze swój egzamin zdasz, przyjdzie taki czas.”
Odetchnęliśmy z ulgą.
Słowa z piosenki Soyki – „Nie po to człowiek rodzi się by brać”, podnosiły nam zwiędłe skrzydła w wielu trudnych chwilach naszego życia. A teraz?
A teraz to chciałbym przekomarzać się z Michałem Zabłockim i Grzegorzem Turnauem, ponieważ na pytanie - Co się dzieje ? Cisza u ciebie – gotów jestem zanucić

Między ciszą a ciszą
sprawy się kołyszą
i idą
i płyną
póki nie przeminą
każdy swoje sprawy
trochę dla zabawy
popycha przed siebie
po zielonym niebie
a ja leżę i leżę i leżę (tutaj zmienię na - lecę i lecę i lecę )
i nikomu nie ufam
i nikomu nie wierzę
a ja czekam i czekam i czekam
To czekanie na rozwój spraw jest dla mnie denerwujące. Jestem niecierpliwy i chciałbym natychmiastowego rozstrzygnięć. Natychmiastowej dostawy towaru w chwili zakupu. Ba natychmiastowej zamiany spirytusu, owoców i cukru w rasową nalewkę. A na to trzeba czekać, minimum ze trzy miesiące, trzy tygodnie, trzy dni. No w każdym razie nie krócej niż trzy godziny - jak mówił Daniel Olbrychski. Tę pyszną historię podrzucił mi kiedyś Imć Wachmistrz. Dziękuję raz jeszcze.
A sprawy :
czasem trwają bez ruchu
klepią się po brzuchu
ale czasem i one
lecą jak szalone
wystrzelają w przestworza
i spadają do morza

A ja czekam na te z moich spraw, które dolecą do brzegu. Dosyć mam już honorowych porażek traktowanych jak moralne zwycięstwo. Tak nie do końca po polsku, ale nie odpowiada mi ten element naszego charakteru.
Z biegu spraw wyciągam wnioski i dalej nie rozumiem dlaczego ponad połowa obywateli tego kraju oddaje swoje Pity w ostatnim z wyznaczonych do tego celu dni. Skłonność do rzutów na taśmę przekłada na wszelkie dziedziny życia.
A ja tak nie lubię, a ja tak nie umiem.
Dzisiaj rano stanąłem na wadze. Tak nisko i to dobrowolnie nie spadłem jeszcze nigdy. Ale co zrobić gdy drugi gołąbek staje mi w gardle, a drugą kawę sączę bardziej z przyzwyczajenia niż autentycznej potrzeby. I kto to mówi? Ten który przyzwyczaił się do rzeczy drugich. I nawet uczynił z tego zaletę.
Jako rzecznik teorii, że z każdej sytuacji można wyciągnąć jakieś pozytywne wnioski powinienem zakończyć to użalanie się nad sobą jakąś okrągła pointą.
Zdecydowanie uczynię to, ale z pewnym opóźnieniem.
Póki co nadużywana jest moja skłonności do empatii.
Oj coś mi się wydaje, że tę pozytywną bądź co bądź cechę charakteru niektórzy uważają za zwykłe frajerstwo.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Co to za wiadomośc?

Poniższy tekst pisany jest jasno jak przepowiednia Pytii czy proroctwa Nostradamusa.
Zdaję sobie z tego sprawę, ale w tej chwili nie mogę inaczej.
Gdyby użyć takiego obrazowego porównania, to zdecydowałem się na skok.
Z jednej strony rzeki na drugą. Niestety, w tym miejscu nie ma wygodnego mosteczka przez który mógłbym krok za kroczkiem przetransportować całą swoją fizyczność. Nie znam głębokości wody a więc brodzenie nie wchodzi w rachubę. Gdy jednak patrzę na jej powierzchnię jawi mi się granatowo, z pewnością jest więc głęboka. A że chęć poznania kusi, poczyniłem pewne kroki. Rozpędziłem swoje niewprawne do uprawiania sportu ciało i odbiłem się na utwardzonym brzegu. Lecę teraz nad wartkim nurtem rzeki wierząc w to, że dolecę. W międzyczasie odkryłem u siebie lęk wysokości, a więc do końca nie potrafię się cieszyć, że jestem ptakom podobny.
Dziwne bo dotychczas mi to wcale nie przeszkadzało.
Od połowy nurtu zastanawiam się - jak wyląduję? Za późno? A kto w porywie wzlotu myśli o lądowaniu? Twarde ma być czy miękkie w przybrzeżnych szuwarach?.
Na nogi ze stylowym telemarkiem ? Czy tak po prostu na dupę?
Dużo tych pytań jedno po drugim.
Tyle ta moja dupa przyjęła razów od życia, że jeden raz więcej nie uczyni większego spustoszenia. Wiek tylko sprzeciwia się publicznemu laniu.
Trochę zbyt mocno skoncentrowałem się nad zwieraczami, co pozwoliło zachować czyste i suche spodnie, ale zdecydowanie obniżyło wysokość.
Może przyjdzie jeszcze pozbyć się tego zbędnego balastu, bo mówią przecież:
- Posraj się a nie daj się. A ja nie zamierzam się „dać”.
Czasem mnie tylko wkurza, gdy zebrani na dole obserwując mój skok, głośno zastanawiają się
- doleci czy nie doleci?
Aż chce się krzyknąć z wysoka, że oglądałem Greka Zorbę. Pamiętam, że nawet katastrofa potrafi być piękna. Nie dopuszczam jednak tego rodzaju piękna do myśli. Uda się, musi się udać. Choćby z tego powodu, że nie mogę zdecydować inaczej. Nie powiem - dziękuję wysiadam. Od biedy mogłem zahamować przed wybiciem, lądując twardym łbem w pełnej zielonych glonów przybrzeżnej wodzie. Honor mi jednak nie pozwolił.
Uda się, uda dodaję sobie sam otuchy.
A brzeg coraz bliżej.
Już niedługo informacja o tym moim skoku pojawi się na forum.
Pytanie tylko w jakiej rubryce.
Z pewnością w dobrej.
W dobrej i właściwej.




piątek, 9 listopada 2012

O rozumieniu niektórych słów

Kiedyś, jeszcze w średniej szkole, brałem udział w takiej wakacyjnej akcji – harcerski raport Hucie Katowice. Byłem pod w pływem tego ogromu prowadzonej budowy.
I to nie tylko ja. Jeden z moich kolegów międląc roboczy beret w dłoni, powiedział:
- Gdy tak pomyślę, że w tej wielkiej budowie jest mały fragment mojej pracy, to robi mi się tak inaczej na sercu, a oczy stają się wilgotne.
Nie wypowiadał się przed kamerą ani na forum jakiegoś zebrania, nie można go było więc posądzić o żaden koniunkturalizm.
On po prostu wyartykułował to co wtedy czuliśmy, mijając roboczym osinobusem ogromne fabryczne hale.
Duma z poczynań własnego kraju, czyż to przypadkiem nie jest element patriotyzmu?
Nikt naszemu pokoleniu nie kazał biegać z butelkami benzyny po barykadach, mogliśmy żyć normalnie. Chociaż cały czas z publikatorów, jak wtedy nazywano media, sączyło się kuriozalne hasło – walki o pokój.
Z czasem okazało się, że to nasze życie, z powodu przewodniej idei nie było wcale normalne. Za udział w takich działaniach, pełnych złej idei, powinniśmy się wstydzić.
Nie miałem zamiaru tego czynić. Do dzisiaj jestem dumny z tego, że zrobiłem coś za friko dla mojego kraju. Że mówiąc górnolotnie - porwał mnie romantyzm wielkich budów. Nie tylko chyba mnie, bezczelnie wskażę tutaj choćby niezapomnianego Wiesława Dymnego.
Zrobić coś za darmo dla ogółu to też chyba patriotyzm.
Nastały czasy pluralizmu. A więc i czasy różnego rozumienia dumy z własnego kraju.
Patriotyzmem zaczęli sobie gębę wycierać różnej maści politycy i im więcej było tego ględzenia z trybun, tym ciszej na ten temat robiło się w domach.
Kto bowiem chce usłyszeć od własnych dzieci, że za przeproszeniem pieprzy jak polityk?
W ramach odwrócenia pojęć, okazało się, że patriotą jest ten co w tamtych czasach, nawet palcem nie kiwnął tylko z pozycji własnego mieszkania kontestował rzeczywistość.
Polityka, polityka, polityka.
Trzeba jednak pamiętać, że jak mówi stare przysłowie - Kto sieje wiatr zbiera burzę,
Burzę można było obserwować w bezpośredniej transmisji ze Święta Niepodległości w ubiegłym roku.
Dla bezpieczeństwa, wbrew wewnętrznym potrzebom, wolałem spędzić ten czas w domu.
Piłem szampana z okazji 14 lipca we Francji, podzielając radość moich przyjaciół. Pełen zazdrości o te właśnie radość.
Komu zależało na tym, że nie miałem tej radości w listopadzie.
Bo patriotyzm jest teraz inny – stwierdził ktoś publicznie.
Inny czyli jaki?
Kilka lat temu Muniek razem z Tlove, przedstawił taki oto wzorzec nowoczesnego patriotyzmu.

Ojczyznę kochać trzeba i szanować
Nie deptać flagi i nie pluć na godło
Należy też w coś wierzyć i ufać
Ojczyznę kochać i nie pluć na godło

No może. Może wystarczy nie opluć orła by być dobrym Polakiem. A kiedyś w ramach tego samego rzucało się butelkami, potem sadziło parki. Teraz jakby koło się zamknęło.
Są tacy co by chętni znowu porzucali. Nie ma, dzięki Bogu do kogo rzucać.
Czy powinniśmy się dziwić, że w takiej atmosferze odezwała się przedstawicielka młodego pokolenia, prowokująca a zarazem szalenie inteligentna Maria Peszek.
Kilka razy słuchałem jej – Sorry Polsko
Słowo po słowie, analizowałem sobie ten tekst.
I chociaż dzieli nas różnica wieku, doskonale ją rozumiem. I ja karnie płacę podatki, kasuję bilet w tramwaju i potrafię ruszyć dupę aby posprzątać po sobie.
- Tylko nie każ mi umierać – wołam za Peszek.- Przecież w obecnej sytuacji nie muszę się uwiarygadniać własną krwią.
My Polacy od zawsze mamy chyba z tym problem. Świat zaś ma problem ze zrozumieniem naszego sposobu na miłość do Ojczyzny.
Pod koniec lat sześćdziesiątych Andrzej Wajda nakręcił film Wszystko na sprzedaż. Jest tam taki wspaniały monolog jaki na temat regionalnego patriotyzmu wygłosił Bogusław Kobiela.
Brzmiało to mniej więcej tak:
„Bo jak przychodzi jakaś kariera, to to kieleckie i rzeszowskie trzyma cię za nogi, bo tam było twoje dzieciństwo. Twoja młodość, jakiś wujek stary, przyjaciel, ksiądz katecheta, którzy słuchają tego radia śledzą tę karierę i mówią to jest nasz chłopak. Nie wolno się wygłupić, bo reprezentuje się coś. Kawał lasu, jakieś piachy. Oni tam walczyli, a ty teraz odcinasz kupony, a więc aby zachować twarz musisz pamiętać o województwie swojej młodości”
Jakaś młoda dziewczyna komentuje to dla towarzystwa z boku;
- Znam to. Tłumaczyłam to kiedyś na konferencji naukowej na angielski, ale i tak nikt nie zrozumiał.
Czyżby stan niezrozumienia trwał nadal. A przecież to nie jest skomplikowane. Obecnie patriotyzmem jest po prostu bycie przyzwoitym.
Tylko tyle i aż tyle, bo przyzwoitość ostatnimi czasy nie jest modna.
Sam doświadczyłem tego ostatnio w sposób bardzo bolesny.

środa, 7 listopada 2012

O rozmiarze który ma znaczenie



 - W naszym sklepie numery zaczynają się od czterdziestki -  powiedziała z niejaką wyższością ekspedientka.  Żona wrzuciła wsteczny bieg i zawinęła się w moim kierunku. - Nie ma tego rozmiaru   -  powiedziała, bezradnie rozkładając ręce.
- Chciałaś powiedzieć że nie ma takiego małego rozmiaru – poprawiłem ją.
To dlatego nie lubię chodzić do sklepów obuwniczych. Salony obuwia oznaczone  tymi czy innymi literami,  w związku z brakiem powierzchni magazynowej i niskimi stanami magazynowymi,  prowadzą tylko najbardziej chodliwe rozmiary. W jednym sklepie, co było ewidentnym przegięciem widziałem tylko przedział od czterdzieści dwa do czterdzieści cztery. To zakrawa na jakąś farsę.
Oprócz tak zwanego „haniebnego wzrostu” jak o Jacku Wójcickim powiedział Piotr Skrzynecki, posiadam również mały rozmiar stopy.  Niby wszystko jest w porządku, ponieważ dzięki temu mam proporcjonalną budowę. Problem jednak z tą moją proporcjonalnością pojawia się  w chwili, gdy stare buty nadają się  do wyrzucenia, a brak alternatywy w postaci nowych.
Zaglądam tedy do kilku sklepów, ale z reguły po trzecim tracę wiarę, a w czwartym nadzieję. Pozostaje mi tylko miłość, ale tej nie szukam w sklepach z obuwiem.  Moja miłość siedzi w domu, albo towarzyszy mi w zakupach. Tego staram się  jednak unikać bo wraz z utratą  nadziei,  tracę też  łagodność a nawet kindersztubę.
Trzydzieści osiem –  rozmiar brzmi jak  wyrok. Włoska numeracja  pozwala na  trzydzieści dziewięć, ale na tym koniec. Jeden sklep w Krakowie, posiada specjalny regał, na którym z jednej strony widać kartkę z napisem „małe numery”, a z „drugiej duże numery”. Przedstawicielstwo włoskiej sieci oferuje jednak z reguły  półbuty w cenie minimum sześciuset złotych. Widziałem tam skórzane japonki za dwieście pięćdziesiąt, oczywiście po obniżce.
I jak w takich bucikach umyć auto? iść polną ścieżyną w kierunku lasu? czy w końcu robić cotygodniowe zakupy?
Są sezonowe obniżki cen, które powodują, że taki but dostępny jest już za okazyjne trzysta dziewięćdziesiąt. Taniocha  tylko rwać.
Zmagam się więc z butami, obniżając swoje wymagania co do fasonu i jakości.
Dziecięce rozmiary, pomijając wyhaftowane z boku kaczuszki i odważny zestaw kolorów, są zbyt wąskie.
Oprócz bowiem długości,  jest jeszcze jedna miara o której zwykły zjadacz chleba nie myśli, to tęgość.
No może mała stopę mam ale szerokość nie jest dziecięca.
Używa się takiego określenia – stopa życia.  I to jest prawda – jaka bowiem stopa takie życie
Aż prosi się  zainteresować tym problemem  Unię europejską, która być może na chwilę zapomni o prostowaniu bananów i zajmie się dyskryminacją jej mieszkańców ze względu na rozmiar stopy.
Już widzę ten zapis w konstytucji, o zakazie dyskryminacji ze względu na pochodzenie, religię i wielkość stopy. Tylko, że ja  za stary jestem wróbel. Nie wierzę,  że to coś zmieni. Handel jest bowiem w rękach prywatnych, a tam podstawową zasadą jest zysk.  Zadowolenie klienta  to już tylko przy okazji, wcale nie jest konieczne. Poza tym obowiązuje zasada wolnego handlu. Brzmi ona : Nie podobają mi się pieniądze od konusów, to z nimi nie handluję.
Zrobiłem eksperyment. Z moimi butami  wchodzę do butów mojego starszego syna, co znaczy, że różni nas jakieś siedem numerów.  Dobrze, chcemy przecież, żeby naszym dzieciom żyło się lżej.
A tak kontynuując skojarzenia. Jest  takie określenie – kosztowny drobiazg i nie zawęża się ono wyłącznie do jubilerskich precjozów.
Pomyślcie ile benzyny spalę  nim kupię dla siebie jakieś buty.  Koszule wymagają dopasowania, a o garniturze pisałem z okazji ślubu.
A czy są jakieś pozytywy?
Są, wymyśliłem sobie  całkiem niedawno. Wielkie stopy nie będą mi przeszkadzać w tej ostatniej podróży mojego życia, a w zasadzie zaraz po. Leżąc wygodnie na  ramionach pracowników  firmy pogrzebowej, kontemplował będę  widok alejki prowadzącej mnie na miejsce wiecznego spoczynku.
Wszak wiadomo że niosą wtedy zwłoki nogami do przodu.  Duże buty nie zasłonią mi widoku.
Ale zaraz, zaraz.  Przypomniałem sobie,  że przecież  opowiadam się za spopieleniem, czyli jak to mówią ten mój dar jest znowu psu na budę.