czwartek, 22 listopada 2012

Międzylądowanie

Małe mosiężne wkręty ustąpiły jeden pod drugim i uwolniły przytwierdzoną nimi do drzwi wejściowych wizytówkę. Delikatnie chwyciłem ją w jedną rękę, drugą zaś starłem kurz i pajęczynę, którą utkały na niej jakieś pracowite pająki. Czarny kawałek plastiku, na nim jakiś majster wyżłobił nasze nazwisko i dwa inicjały A.M. - Antoni, Maria
Poczułem się jakoś niezręcznie, a więc szybko schowałem ją do przepastnej kieszeni amerykańskiej kurtki wojskowej. Ukradkiem odpiąłem też mosiężny breloczek, taki jaki kiedyś dodawano w Ameryce do nowych samochodów w firmowym salonie. Widać na nim logo Chevroleta i jakiś długi numer seryjny, pewnie samochodu z którym wisiorek stanowił komplet. Marka Chevrolet w chwili kupna domu jawiła mi się jako coś ekskluzywnego i nieosiągalnego. Teraz w chwili sprzedaży domu jest synonimem tańszych
i ogólnodostępnych pojazdów. Ostatnie dwadzieścia lat życia w tym domu, zmieniło pogląd na wiele spraw. Postarzałem się w jego cieniu i nabrałem życiowej mądrości. A sam dom spoglądał na mnie przez ten czas z dużą pobłażliwością. Cóż to jest te dwadzieścia lat, wobec jego stuletniej historii.
Wizytówka i brelok, już relikwie z górskiego domu, znajdą się jeszcze nie raz w moich dłoniach. Lubię takie emocjonalne pamiątki w chwilach zwątpienia lub refleksji. Mając pięćdziesiąt parę lat z przyjemnością czujesz w rękach chłód metalowego korkowca, którym bawiłeś się w dzieciństwie. Czemuż więc nie czuć podobnej przyjemności z obcowania z owym brelokiem. Wszak wiernie mi służył, towarzysząc otwieraniu i zamykaniu zamków przez ponad dwie dekady. Skierowałem się do wyjścia, a wychodząc z posesji staranie zamknąłem obydwie połowy drewnianej furtki. Zwyczaj któremu uczyniłem zadość po raz ostatni.
Wracając do domu w milczeniu, bo przecież pojechałem sam na to końcowe przekazanie, wspominałem twarze przewijających się kupców.
Gdzieś tak z początkiem wakacji zadzwonił telefon. Pani z agencji nieruchomości zadzwoniła w środku tygodnia. Jakiś potencjalny klient zdecydował się obejrzeć posiadłość. Ciśnienie krwi podniosło mi się lekko. Niby chcę tej sprzedaży, albo mówiąc inaczej już się na nią zdecydowałem. Z drugiej jednak strony dobija mnie ten żal za tym co stracę bezpowrotnie. Od pewnego czasu żyję już w tej plątaninie żalu i woli sprzedaży.
Przyjechali. Pan mąż z żoną i dwójką dzieci.
W pierwszych słowach swojego przywitania skrytykował stromizny wsi.
- W końcu zawitał Pan w góry – stwierdziłem starając się nie wkładać w swój głos żadnych negatywnych emocji.
Pan rozejrzał się dookoła raz jeszcze i ruszył dróżką w górę, do domu.
Od chwili przekroczenia progu, potencjalny nabywca zaczął wytykać mi błędy projektowania, wykonania i zagospodarowania terenu.
Z razu odpowiadałem ochoczo i dokładnie skąd taki pomysł i dlaczego, ale po stwierdzeniu, że wszystkie te tuje i jałowce są bez sensu bo powinno się tu wsadzić jabłonki, zatkało mnie.
- Szanowny Pan może tu sadzić nawet palmy jeżeli tylko będzie miał Pan taki humor.
Proszę tylko zauważyć, że przy tej stromiźnie łąki, jabłko gotowe się zabić spadając z drzewa.
- Jabłko nie może się zabić – stwierdził z przekonaniem jeden z synów, patrząc na mnie dziwnie.
W tym samym czasie potencjalny klient krytykował schody na strych, twierdząc, że są też bez sensu.
Cierpiałem w trakcie tej rozmowy. Cierpiał z pewnością i mój dom z duszą, po którymś razie przechodząc do kontrataku. W chwili gdy gość wchodził do piwniczki, mocna metalowa rama walnęła go z całej siły w głowę.
Mężczyzna siadł na podłodze i chwile trwało nim doszedł do siebie.
Zamilkł po tym wydarzeniu i nie odzywał się aż do końca wizji lokalnej.
Kiedy wsiadł do samochodu i odjechał, dziewczyna mojego Młodszego odezwała się w te słowa
- Jak on tak oglądał i krytykował, to modliłam się, żeby on nie chciał kupić tego domu, bo gotów go zniszczyć zupełnie.
- Nawet dom nie wytrzymał i zaatakował go – Syn powtórzył na głos to co ja pomyślałem ledwie chwilę temu.
Tak. Trafić na takiego kupca który gotów zapłacić żądana kwotę i pokocha ten dom, tak jak my go kochamy od dwudziestu lat.
Tylko jak pogodzić te dwa elementy w czasie zapaści w handlu nieruchomościami ?
Jakiś czas później trafił się Amerykanin polskiego pochodzenia, któremu do bankowego konta brakowało jeszcze ojcowizny w Polsce i w ten sposób postanowił nadrobić braki.
Mało mówił, więcej słuchał gdy ja odstawiałem swój show.
Nawet kot sąsiada zachował się w porządku, łasząc się do wizytujących gości. Dziewczynki piszczały z radości. Ja gotów byłem dać mu miseczkę mleczka, czy co tam jeszcze, jeżeli tylko to łaszenie zakończy się aktem notarialnym.
Amerykanie tak jak pojawili się, tak zniknęli bez słowa.
        Odrzucam w myślach wszystkich kolejnych oglądaczy. Wielu z nich zachwyca się domem odrzucając jednak ofertę ze względu na duże nachylenie działki. A może nie można mieć wszystkiego naraz?
Znajomy który zaprosił nas na kolację do eleganckiej knajpy w centrum Krakowa stwierdziła
- A ja uważam że każdy towar ma swojego kupca. Ja swoje porsche sprzedawałem półtora roku.
Uśmiechnąłem się w komentarzu.
-Ty się nie śmiej - powiedział – a czymże innym jest drugi dom w górach przeznaczony tylko na Święta i wakacje jak nie jachtem, łodzią czy sportowym samochodem? Kosztownym dodatkiem.
Przyjdzie ktoś taki kto zobaczy i zakocha się. Gwarantuje Ci to .
- Oj to, to. Gdyby się pojawił ktoś taki, kto pokocha ten dom jak ja byłbym szczęśliwy.
Kiedy w którąś ze śród, zadzwoniła pośredniczka z biura nieruchomości, konieczność przyjazdu na wieś przyjąłem bez entuzjazmu. Ale skoro powiedziało się - A.
Żona zareagowała odwrotnie zaraz poczyniła niezbędne przygotowania.
O umówionej godzinie pojawili się goście, czyli potencjalni kupcy.
Zaraz też okazało się, że są naszymi rówieśnikami i wielkimi miłośnikami gór. Od jakiegoś czasu szukają dla siebie domu z duszą. Po chwili okazało się, że i dom otworzył przed nimi swoją duszę.
- Pierwszy raz byłam na takim pierwszym spotkaniu, które trwa ponad trzy godziny.
Fakt, w czasie tej niedzielnej rozmowy przebierała nieco nerwowo nogami.
- To aż dziwne jak wiele nas łączy – powiedziałem do żony po spotkaniu.
- Tak myślę, że przy sprzedaży domu takim ludziom nasz żal byłby mniejszy.
Czyżby mój przyjaciel od Porsche miał rację?


c.d.n 

24 komentarze:

  1. Ja tam wierzę w to, że są rzeczy, czy to przedmioty, czy domy lub ogólniej nieruchomości, które na swój sposób testują swoich przyszłych właścicieli. Nasz, który poznać miałeś sposobność, przywitał nas przy pierwszym spotkaniu, środkiem głębokiej zimy, śniegiem po pas, rozmrożoną instalacją w środku i następstwem tego w postaci lodowiska na pawimentach. Do tego zrujnowane podłogi, ściany niemalowane i zapuszczone od lat i nieszczelne okna... A przecieśmy się z punktu zakochali w ogrodzie, który dziś jest już nasz od z górą dwóch dziesiątków lat i rzekłbym, że dziś nam on odpłaca, za wszystko cośmy mu poświęcili...:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prawda to prawda, ogród jest ogromny
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Bo w takim domu zostaje cząstka nas....nasze wspomnienia...
    20 lat...ileż tam się musiało wydarzyć....ile musieliście przeżyć pięknych i ważnych chwil :)
    No nie da się tak, bez uczucia "straty", przekazać komuś dom...."do adopcji"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawie połowa życia, a więc ta cząstka jest spora
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Ten dom wyraźnie mówi:"nie sprzedawaj mnie". Może nawet jest to krzyk rozpaczy? Nie chcę Cię dołować ale na to mi wygląda...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze w życiu jest tak jakbyśmy chcieli
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Aż mi, tylko czytelnikowi, żal, że sprzedałeś dom, który stanowi cząstkę Was, gzie ukryte są wspomnienia, marzenia, doświadczenia. Eh....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, trudno rozpamiętywać byłe już decyzje.
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Coś mi się wydaje, że muszę skorzystać z Twojej agencji nieruchomości, bo ona Ci przysyła Klientów, moje po kolei nie robią nic.
    Aż mi trudno uwierzyć, że sprzedajecie ten dom.
    Mój dom na wsi spotka podobny los, ale to pewnie jeszcze wymaga trochę czasu i pracy...
    I też bym chciała, żeby to był ktoś, kto go pokocha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uwierzysz gdy powiem, że to ludzie z Warszawy.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. U Ciebie smutek, nostalgia, u mnie rozmarzenie... Chciałabym kiedyś stać po tej drugiej stronie i kupować taki dom... z duszą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na duszę można samemu zapracować.
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. ...uuuuuuuuuuu Antoni, a więc jednak. Kupujesz coś bardziej płaskiego. Zgadłem? Pozdro, JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Jerry, tytuł brzmi międzylądowanie
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Oj! chyba Ci się nie do końca wysunęło podwozie, bo to międzylądowanie nie było takie bezstresowe. Ale wierzę,że wzbijesz się kolejny raz. Dom, to ściany i podłoga, a klimat tak naprawdę tworzą ludzie.
    Dom z duszą- skarb, a Tobie pozostają o nim wspomnienia. W moim życiu przeżyłam cztery wielkie przeprowadzki,w każdym miejscu pozostawiałam cząstkę siebie. ...Hanula
    PS Czasami zazdroszczę koczownikom, brali dobytek na plecy i w drogę. Wszystko, co posiadali, mieli zawsze pod ręką, nie przeżywali zatem męki rozstania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzielę tę Twoja zazdrość w chwilach zwątpienia. Pozdrawiam

      Usuń
  9. znaleźć kupca na dom z duszą łatwo nie jest. A jeszcze ciężej właścicielowi owego domu się z nim rozstać.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej chwili ciężko w ogóle znaleźć kupca.
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Klik dobry:)
    A ja, nie wiem dlaczego, bo językowo to chyba jest nieprawidłowe, zawsze rozgraniczałam pojecie "dom" od "budynku". I tak sobie myślę, że domu nigdy się nie sprzedaje tylko budynek. Nabywcy tworzą tam znowu swój "dom", ale nasz jest zawsze z nami. "Dom" się zabiera wszędzie ze sobą...

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba, że zakochasz się w takim budynku.
      Pozdrawiam

      Usuń
  11. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). A więc idziesz na swoje. Taki domek pod miastem to nuuuda!
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
  12. Może i do nudy się dorasta
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten tekst uruchomil moje wspomnienia,tyle, ze ja kilka lat temu bylam po tej drugiej stronie transakcji. widac bylo, ze wlasciciel nie do konca chcial sie rozstac z domem, gdzie mial taka dobra passe, tu rodzily sie jego dzieci, pod tym dachem narodzil sie i raczkowal jego biznes, zanim stal sie powaznym przedsiebiorca. Dom kilkakrotnie "prawie" sie sprzedal, ale "prawie" robi wielka roznice. w koncu pojawilismy sie my i zakochalismy sie we wnetrzu domu, bo z zewnatrz jest bardzo banalny! Bylam bardzo wzruszona, gdy wlasciciel, juz po transakcji przyjechal do nas na rowerze z ... planem szafy zrobionej przez zaprzyjaznionego architekta. Byla szczytem nowoczesnosci w latach 50 tych, byl w niej zakochany i bardzo dumny, podczas gdy dla mnie ta wnekowa szafa wydawala sie dosc potworkowata i planowalam natychmiast ja wywalic! Ale mowil o niej z taka pasja i miloscia, ze sprobowalam sie z nia zaprzyjaznic. Zostala...

    OdpowiedzUsuń
  14. Masz miękkie serce i dużo empatii
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń