sobota, 3 listopada 2012

Osierocony quad



Było koło dziewiętnastej kiedy zadzwonił ten telefon. Pamiętam, bo właśnie wtedy gorącą herbatą rozgrzewaliśmy przemarznięte kości. Moja wiejska sąsiadka  poinformowała nas, że Karol popularnie zwany Swokiem  zrezygnował z życia. Tak  w dniu Wszystkich Świętych zapragnął zobaczyć się ze swoją Kaśką, która odeszła jakieś pięć lat temu. Cicho i spokojnie, na łóżku nowotarskiego szpitala. Bezdzietny wdowiec, który dożył osiemdziesięciu czterech lat, nie mógł narzekać na nadmiar znajomych. Z rodziny też już niewielu pozostało, bo wiek przecież piękny i nie wszystkim dany. Ktoś z sąsiadów zagwarantował mu dożywocie, komuś  innemu zapisał dom. Tylko życie takie szybkie teraz i absorbujące. Nie na wszystko i dla wszystkich starcza czasu. Karol radził sobie jak mógł, a o jego mocy świadczy realizacja własnych marzeń.  W wieku osiemdziesięciu lat kupił sobie quada, którym zaparkował w rzece, o czym  zresztą skrupulatnie donosiłem w którymś z kolejnych postów. Za budowę kolejnego domu wziął się w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat. Ot tak żeby na starość  na płaskim mieszkać. Chociaż zamarzył o płaskim, swój nowy dom postawił na działce z widokiem na ukochane góry. W opinii miejscowych należał do ludzi majętnych. Gdzieś tam, kiedyś pracował jako  ładowacz na PKS-ie, a wtedy taki etat w mieście to było coś. A potem skończył się PRL i skończyło zatrudnienie. Swokowi Karolowi pozostało więc gospodarowanie na kilku hektarach i ranne klepanie kosy. On to ostatni chyba na osiedlu, według starego obyczaju ojców siadał przed chałupą o wschodzie słońca i na wbitej w bukowy pieniek  metalowej babce klepał tę swoją kosę. Stuk, stuk, stuk, centymetr za centymetrem. Ponoć najlepiej klepie  się z rana kiedy stal pokryta jest ranną rosą.  Kosa w ogóle lubi rosę bo i klepać i kosić po rosie to czysta przyjemność.
Z tą swoją kosą stał na straży miedzy i łąki która graniczyła z moim kawałkiem.  Dzieci zapominały się w zabawie i często piłka wpadała na tę jego dorodną łąkę. Reagował gwałtownie i po chłopsku. A kiedy poszedłem do niego  jako ojciec niegrzecznych    dzieci, przyjął mnie  i cos tam opowiadał, wygrażając przy tym  zdeformowanym przez  tryby maszyny, palcem. Groźnie wyglądał, mierząc mnie  ostrym spojrzeniem, ukrytym za grubymi i zakurzonymi młocką okularami.
Oj, nie pozwalałem sobie na żarty ze Swoka, Bo to i wiek nie ten,  a i jakiś wewnętrzny respekt czułem. A potem przyszło bliższe poznanie, dłuższa rozmowa i wypita wódka. No jak to na wsi nie była to jedna wódka, a pewien ciąg wódek, może nawet łańcuch, który połączył nasze rodziny w jedną porządną osiedlową więź. Dzieci w międzyczasie wyrosły, a stosunek chłopów do łąki diametralnie się zmienił.
Potem Swok wyprowadził się nad samą rzekę do tego domu na płaskim.
Z autentycznym zadowoleniem przyjmował każdą wizytę, dopytując się o wszystkie towarzyszce naszym opowieściom szczegóły. Rzadkie to jednak stały się wizyty z powodu owego życiowego pośpiechu.
I rozchorował się na końcu Karol, jak gdyby manifestując w ten sposób, że nie bardzo ma już na co i dla kogo żyć.
I wybrano dla niego, lub za niego Dzień Wszystkich Świętych, na pożegnanie z tym ziemskim łez padołem. A ja robię listę tych którzy odeszli z mojej gorczańskiej wsi. W ten to  prosty sposób, któregoś dnia zdam sobie sprawę, że jestem najstarszy w otoczeniu. Jeżeli oczywiście nikt nie zdecyduje za mnie inaczej.
Tak więc, nie ma już tych co tak kosę klepią i w ogóle nie ma już tej wsi do której zawitałem dwadzieścia lat temu.
Wszyscy pracują na budowach w kraju i za granicą.
Dobry taki pracownik co ubezpieczony jest w KRUS-ie,  ponieważ jest tani dla pracodawcy. 
A i sami zainteresowani do papierków się nie śpieszą. Robią cały tydzień i przyjeżdżają do domu późnym, piątkowym wieczorem. W sobotę od rana zaczynają rozmawiać ze sobą piły łańcuchowe. Te tarczowe  dla odmiany powodują taką wibrację, że luzują się plomby w zębach.  Każdy chce odrobić zaległości z zeszłego tygodnia i chociaż trochę nadrobić na nadchodzący. Późnym wieczorem rozpalają się grille i nad osiedlem unosi się aromat pieczonego boczku. Ech żal tym co nie piją,  albo nie zostali do kompanii zaproszeni.
Ten cykl pracy zupełnie nie jest w smak miastowym, co by chcieli w ciszy i spokoju, pośród wiejskich płotów leczyć skołatane całym tygodniem  nerwy. Zapomnij.
 A w niedzielę po sumie rozjeżdżają się quady i terenowe motocykle, raz za razem śmigają wypolerowane samochody. Dzisiaj w każdym domu stoją co najmniej po dwa.
Nie ma tych wsi, gdzie w niedzielne południe słychać było echo odbijające się od pozamykanych okien wiejskich chałup.
Nic nie jest już takie jakim było jeszcze dwadzieścia lat temu.
I tę zmianę powodują odejścia takich Karolów, Jaśków i Staszków. A  postęp, Internet i Unia, to już inna para kaloszy.
Nie mówię, że jest gorzej lub lepiej. Mówię, że jest inaczej.
Tylko czy ja opowiadam się za taką odmiennością.
A kogo to obchodzi?  

15 komentarzy:

  1. ale że też Karol, mając i rentę porządną, i majątek, i dom nie ożenił się kolejny raz? Bardzo dziwne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po osiemdziesiątce? Na takie prowokujące pytanie, kiedyś powiedział, że Łapickim to on nie jest.
      Sam byłem tą błyskawiczną odpowiedzią zadziwiony.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Post, znaczy jest o przemijaniu, co tej mi nasunęło refleksji, że jak my przeminiemy, to nie wiadomo, czy o nas kto równie ładnie popisze, to i może pora samemu się wziąć za to, hę?:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest myśl. Jak tylko wrócę do Krakowa, siadam i piszę epitafium.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. No cóż, wszystko przemija... wiejski spokój także.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Bet, niestety nie trwa. Piszę to z żalem
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. ...witaj Antonio, zrobiło się nostalgicznie...przez pośpiech, bylejakość i byle jakoś...brak czasu na to co istotne: spotkania, rozmowy, refleksje i zadumanie, i zabawe, i taniec, i śmiech...Miłego wieczoru - Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Największą sztuką życia jest,
      uśmiechać się zawsze i wszędzie.
      Nie żałować tego co było,
      i nie bać się tego co będzie...

      Ania

      Usuń
    2. Zawsze myślę o tym pośpiechu, kiedy idę w kondukcie pogrzebowym. A potem, potem wracam do życia i jest jak było.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Klik dobry:)
    Wszystko przemija.... i tylko pamięć pozostaje... oraz uczynki, którymi znaczymy swoją drogę...

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. W to staram się wierzyć. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Pi ękny wiek Karola a i data odejścia dobra. Może nie ułozył sobie zycia bo został wierny żonie? Na te pytania tylko On umiałby odpowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  9. Refleksyjnie się zrobiło, bo to i listopadowy czas ku temu sprzyja. Bardzo wzruszają mnie historie poszczególnych ludzi, życie każdego z nich to fragment fascynującej książki. Dlatego uwielbiam zwłaszcza starsze osoby, ich zyciowe mądrości nie zapisane w żadnym podręczniku. Fascynują mnie o wiele bardziej niż ludzie mego pokolenia. Może dlatego, że sama jestem taka trochę "niedzisiejsza". żal mi klimatu wsi, ktory bezpowrotnie odchodzi w niepamięć. Kiedyś wies zyła swoim niepowtarzalnym klimatem, teraz niewiele różni się od miast. Wieczorem nie uświadczysz na ulicy ludzi. Samotni przed monitorami swoich laptopów czy telewizorów karmimy się złudzeniem internetowych przyjaxni. A to tylko iluzja prawdziwego zycia. Pułapka, w ktora sama wpadam, lubiac blogowac, dyskutować, komentować...
    Reasumując, bo jakos tak odbieglam nieco od tematu - podpisuje sie calkowicie pod ostatnimi slowami twego posta:

    " Nie mówię, że jest gorzej lub lepiej. Mówię, że jest inaczej.
    Tylko czy ja opowiadam się za taką odmiennością.
    A kogo to obchodzi? "
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl).No cóż - czy jest lepiej czy gorzej. Dla młodych każda zmiana jest miłą, a z wiekiem przychodzi większe zapotrzebowanie na święty spokój.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń