poniedziałek, 31 grudnia 2012

Ociec prać? Ale czym

Nie przesadza się starych drzew – mówi przysłowie. Od soboty mogę to chyba rozszerzyć na rzeczy. Nie przenosi się starych rzeczy – mądrzę się, nauczony świeżym doświadczeniem.
Pralko-suszarka, która wiernie służyła nam prawie czternaście lat, wyzionęła ducha. Silnik jeszcze kręci, ale jego dźwięk jest żałosny i taki cichutki. Pracy towarzyszy smród topionego plastiku.
Tak to maszyna oddała ducha, a w zasadzie komutator, jak fachowo określił to mechanik AGD.
Być może to tęsknota za starym, ciepłym katem w łazience ją zabiła. Na nowym miejscu postoju było chłodniej, jak to w pomieszczeniu gospodarczym.
Za to fachowe określenie, oraz krótkie - już nie opłaca się naprawiać – Pan zainkasował czterdzieści złotych. Znaczy się policzył tylko koszty dojazdu. Spojrzałem na zwłoki ze zwisającym smętnie kablem.
- Tyle razem przeszliśmy, znałaś pralko wiele naszych tajemnic. Jak nikt ze znajomych – pomyślałem ciepło o byłej już pralce.
- Trzeba coś kupić – powiedziałem też, ni to do siebie ni to do żony.
- Tylko co? Przy tym wyborze – odpowiedziała mi żona.
Zniechęciłem się po przeglądnięciu kilku stron z oferty ulubionego sklepu.
Kiedyś to było lżej. Wielki wybór to znaczna uciążliwość dla mojego pokolenia.
W końcu zdałem się na podszept mechanika, który od dekady naprawia nam pralkę i zmywarkę. Ufam, że to była szczera rada a nie przygotowanie frontu robót. Dobraliśmy parametry czyli odpowiedni model z marki i wybrałem się do sklepu. Mają dowieźć dzisiaj, a więc na Sylwestra urządzimy wielkie pranie. Naskładało się.
Jak to z wiekiem zmieniają się zainteresowania i priorytety.
Zresztą i tak musimy pojawić się w szpitalu o dziewiętnastej. Sprawa z żoną należy do tych poważniejszych. Miałem już kilka takich Sylwestrów na szpitalnym korytarzu, więc nie bardzo to przeżywam. Przeżywam za to rozpasanie kota, który tak dobrze poczuł się na nowych włościach, że rozrabia. W jednej chwili jest pod łóżkiem, albo na szczycie kuchennych szafek. Ściągnięty na podłogę i przywołany do porządku, z uporem maniaka powtarza ten sam manewr.
W zasadzie to nie potrafię przewidzieć kiedy zobaczę kota w powietrzu. Cyk i już jest na parapecie.
Świetna trampoliną jest drukarka ze skanerem. Niestety upatrzył ja sobie za cel skoków z szafy.
Trzeba ja schować jeżeli planujemy jeszcze coś w życiu zeskanować.
Przycięte kiedyś króciutko pazurki podrosły i wyostrzyły się czego mogłem osobiście doświadczyć nawet przez grube jeansy. Taka kocia zabawa.
W zasadzie to musiałem zwiększyć uwagę, ponieważ te ostre pazurki Tajfun postanowił wypróbować na meblach.
- On nas też nie słucha i robi co chce – powiedziała z rozbrajającą szczerością dziewczyna Młodego.
Tylko, że to mnie wcale nie nastawia lepiej.
Fakt, że jest wszędzie tam gdzie ja jestem i pierwszy włazi tak gdzie gdzie ja się kieruję. I jest sympatyczny. Tylko to nocne skakanie z szaf wprost na podłogę i w drugim kierunku jak również testowe miauczenie trochę mnie denerwują. Już ze dwa razy spieszyłem mu w nocy z pomocą, której jak się okazało wcale nie potrzebował. Poza tym czuję się jakbym spał na ruchliwym skrzyżowaniu. Kot łazi z końca w koniec łózka, raz tą a raz tamtą stroną.
A może jest wszystko w porządku i chodzi o coś zupełnie innego?
Może chodzi o to, że własnemu kotu wybacza się więcej?
Poniżej zdjęcie innego prawie już domownika. Jak pisałem poprzednio, do słoniny dla sikorek przystawił się dzięcioł.
Wczoraj zrobiłem mu zdjęcie.
Ładny. Prawda?





piątek, 28 grudnia 2012

I jeden dzień dłużej

Dla mnie święta trwają o jeden dzień dłużej. Dwudziestego siódmego grudnia świętujemy kolejne rocznice ślubu. Można już nawet powiedzieć – długoletniego pożycia małżeńskiego.
Wczoraj stuknęło nam trzydzieści jeden lat. Mówicie co chcecie, jest się czym pochwalić.
Dzień jubileuszu, oprócz podłej pogody przyniósł jakiś stan zapalny i żona zaczyna zażywać mocny antybiotyk. Szampana trzeba będzie przesunąć co najmniej na Sylwestra.
Jak nie urok to sraczka - mówią moi znajomi i to powiedzenie doskonale odzwierciedla sytuację.
Składając życzenia, powiedziałem tylko - Obiecywałaś, że nie będę się z Tobą nudził. Słowa dotrzymujesz.
Kot zaprzyjaźniony. Łazi ze mną krok w krok niczym pies i zagląda w każdą uchyloną szufladę.
Rano próbował mi wejść do tej z pieczywem.
Po południu, czeka aż siądę w fotelu i skacze mi na kolana, na których mrucząc zasypia. W nocy kiedy obudziłem się słysząc nadjeżdżające auto Młodego, zauważyłem z boku podniesiony koci łepek. Leżał gdzie koło mnie, lokując się wcześniej całkiem bezgłośnie.
- Coś Ty mu zadał, że tak łazi za Tobą – spytała Teściowa.
- Bo ja jestem taki powszechnie lubiany – odpowiedziałem. Tylko mamusi zajęło to parę lat dłużej.
Spokojnie, teściowa zna się na żartach. Bywając często w naszym domu, musiała je polubić.
W drugi dzień świąt, gościliśmy u naszych Młodych. Starali się przygotować obiad z przytupem i prawdę mówiąc to im się udało. Pomiędzy posiłkami, wspólnie z teściem mojego syna piliśmy różowe wino i opowiadając historie rodem z mchu i paproci. Opowieść zaś niosła się to świątecznie, to leniwie. Od czasu do czasu przyspieszając nieznacznie.
- Jesteśmy chyba dobrymi teściami – stwierdziłem na odchodnym. Siedzieliśmy na wyznaczonym miejscu, nie szwendaliśmy się po zakamarkach.
Dodatkowo wszystko nam się podobało i nie szczędziliśmy pochwał.
To co mogłoby budzić wątpliwości zostało niezauważone, a o teście białej rękawiczki praktykowanym jak wieść niesie przez teściowe, wspomnieliśmy tylko raz i to w kategorii żartu.
W końcu to ich życie i niech je sobie je sami piszą, jak chcą. Pomożemy gdy będą tego potrzebować. Ale o wnukach przygadywaliśmy po równo, my i teść mojego syna.
Chyba nawet padły jakieś pierwsze deklaracje.
Rankiem auto ugrzęzło na trawniku w ogrodzie. Podjazd jest nieutwardzony, ale na kostkę będzie musiał poczekać do wiosny. Zostawiłem dwie błotniste koleiny i pojechałem do pracy. Może po południu ułożę dwie deski w miejscu największego błota
To jutro, bo po pracy zakupy, jak w każdy piątek.
W weekend rozrysuję szafę wnękową. Trzeba zamówić wewnętrzne elementy bo już ma dość tych pudeł.
A tu powoli tworzy się parapetówkowa kolejka.
Z kątów wychodzą znajomi. W końcu już po burzy, można od nowa zachwycać się światem.

środa, 26 grudnia 2012

Półmetek świąt



Kot wylazł zza  pakunków i toreb, które misternie upchnąłem pod łóżkiem. Dzięki bałaganowi związanemu z przeprowadzką, zyskał całą gamę schowków, schronień i melin na czas dnia. W nocy uaktywnia się w całej rozciągłości, o czym świadczą ślady pozostawione w kuwecie. Czasem w ciągu dnia wychodzi na chwilę z którejś ze swych kryjówek, ale byle huk  powoduje, że ucieka w popłochu. Myślę, że to nie cecha charakteru, a stres spowodowany brakiem bliskich mu osób. W nocy kiedy wszyscy śpią,  opada stres   i wyluzowany kot poznaje zakamarki naszego mieszkania.  Wylazł na najwyższy poziom pólek w kuchni, o czym świadczą ślady łap które tam odkryłem.  Poza tym przemierza  mój pokój i łóżko wzdłuż i wszerz, raz nawet po przekątnej. Nie przeszkadzało mu  wcale to, że zdeptał mnie  dokładnie swoimi czterema łapami. Co jakiś czas słyszę  głośne „plask”, znaczy to, że kot skoczył.  Dwa dni unikał jedzenia, a po spożyciu rzygał, jak przysłowiowy kot, po całym mieszkaniu. Potem trzeba oczywiście tylko znaleźć kocią pamiątkę  i posprzątać. Na Wigilii, o dziwo kot pojawił się, bawiąc się sznurkami i papierkami. Potem już na stałe zagościł w moim pokoju, łażąc po parapecie, biurku i laptopie. Trzeba przyznać, że stąpa delikatnie  i ostrożnie. Co jednak kieruje nim aby łazić po karniszu? Nie wiem. Raz chciał skoczyć ze schodów, wprost na nowy telewizor, ale w ostatniej chwili został powstrzymany krzykiem  żony.  Wszystko odbywa się zgodnie z tekstem Klarki pod tytułem: Nie kupuj kota.  Tekst przerobiłem wcześniej  jako materiał poglądowy i kot mnie nie zaskoczył. Teraz łazi mi po biurku łaskocząc ogonem nos i mruczy  gdy  gładzę jego futro.  Prawdą jest to co przeczytałem w jednym z  komentarzy - to nie kot, a my służymy kotu.
Pomijając kota, w naszym nowym domu odbyła się pierwsza Wigilia. Duży stół zdał egzamin, przyjmując wszystkich uczestników i  rezerwując jedno wolne miejsce, dla niespodziewanego gościa. W tym roku nikogo więcej nie spodziewaliśmy się i nikt niespodziewany nie zapukał do drzwi.
Roztopy i dodatnie temperatury psują nieco magię świąt, ale po raz kolejny sprawdza się  ludowe przyłowie, że gdy Barbara po lodzie to Boże Narodzenie po wodzie. W pierwszy dzień , zapewne pod wpływem moje teściowej, wybraliśmy się do naszego nowego kościoła. Udzielił mi się ten nastrój drewnianego wnętrza. Dodatkowo  sześć  choinek o wysokości ponad trzy metry każda,  dodawały  świątecznego nastroju.  W tym drewnianym wnętrzu  ozdobionym świerkowymi drzewkami nawet kazania dało posłuchać,  co nie jest znowu taką normą Dzień przed Wigilią, dzwonił mój przyjaciel ze ściany wschodniej,. Był tak zniesmaczony kazaniem, że dzwonił do mnie by odreagować. Bywa.  W moim kościółku,  jak  rzadko w mieście,  parafianie dawali  z siebie wszystko,  śpiewając  głośno  kolejne kolędy.
Tylko tak dalej, szybko sprawnie i bez bełkotu. Za to w małej społeczności wiejskiej, inwalidzki wózek nie pozostał niezauważony. Mamy alibi,  że bywamy i przesrane na wypadek absencji, Oprócz baby z  naroślą na nosie jesteśmy najbardziej charakterystycznymi mieszkańcami naszej małej miejscowości.
Po powrocie do domu, kawa i ciasto, wszystko według świątecznego schematu. Z ciast jak zwykle: ciasto basków, sernik i makowiec. Kolejność może być inna, bo ja zazwyczaj zaczynam od makowca.
Pojedyncze spóźnione dusze dzwonią z życzeniami. Odcięcie  stacjonarnego numeru pokrzyżowało niektórym szyki.  Czyżby liczba znajomych znów miała zostać zredukowana?
Niech tam, weselmy się.
Tego świątecznego nastroju nie zepsuła mi nawet informacja banku, który na moją próbę dokonania transakcji, wypluł informację – „Transakcja niemożliwa, przekroczyłeś swój miesięczny limit”
Do tej pory przekraczałem tylko szybkość na oczach policjantów z radarem, i ponoć granice dobrego smaku, a tu proszę „limit transakcyjny”
Jak to brzmi?
Jak to jak?  Jak z Wall Street.



Z pewnością Tajfun szuka WiFi

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Święta. To już teraz



"Mais oú sont les neiges d’antan?"
Lecz gdzie są niegdysiejsze śniegi? - Pytał François Villon i bynajmniej nie chodziło mu o brak atmosferycznych opadów przy okazji Wigilii.
Cytat co tam, odrobina patosu z takiej okazji zupełnie nie zaszkodzi, a przy okazji cytat świetnie wpisuje się w atmosferę.
Więc gdzie są te święta co odeszły. Kiedy wracałem ze szkolnej ślizgawki i kluczykiem odpinałem łyżwy od skórzanych trzewików. Niecierpliwie rozcierałem zmarznięte dłonie, ogrzawszy je wcześniej na kaflach węglowego pieca. Przylepiałem czerwony nos do szyby i już od południa wyglądałem pierwszej gwiazdki. Gdzieś tam w sąsiedniej kuchni ojciec przepychał się z matką, bo ona chciała żeby wszystko przy stole było perfekcyjne. A tu kapusta za słona a makowiec pękł tuż nad blaszką, ukazując swoje makowe wnętrze. A przecież oni sami upominali mnie, że w Wigilię nie można się z nikim kłócić, bo jaka Wigilia taki cały przyszły rok.
Ktoś tam komuś oddał dług, aby usiąść przy stole w poczuciu wewnętrznego spokoju. Ktoś coś pożyczał, bo to ponoć wróżyło powodzenie w finansach. Do dzisiaj w moich ukochanych Gorcach trzyma się zamknięte drzwi do chwili, aż w progu domu nie przekroczy facet jako pierwszy w tym dniu. Bo facet wróży powodzenie.
Najbardziej nie lubiłem życzeń, bo musiały być indywidualne, przemyślane i szczere. Nigdy w życiu nie pozwoliłbym sobie na sztampowe – wszystkiego najlepszego.
A potem słuchałem opowiadań babki o zwyczajach jej dzieciństwa i ojca o jego dziecięcych wigiliach. Nie lubiłem gdy podkreślali, że ja i teraz to mam wszystko.
Kiedyś nudziły mnie te opowiadania chociaż wiedziałem, że są ważne dla tych świąt.
Teraz je cenię bo są ważne dla mojego życia, dla poczucia pewnej ciągłości z ojcem matką, babką.
Chciałbym aby były ciągłością i z moimi dziećmi, ale to trudne w dobie globalnego Internetu.
Pamiętam jednak by nie wypominać dzieciom stanu posiadania. Nie wspominam przaśności tamtych świąt, choć chociaż nie miałem firmowej szwajcarskiej czekolady i coca-coli. Cieszyły mnie jabłka i takie długie cukierki pakowane w błyszczące sreberka. A nawet kubańskie pomarańcze wystane przez ojca.
Gdzie jest to moje dzieciństwo?
Gdzie jest ta ulica zdradzonego dzieciństwa, jak dosadnie napisał Gałczyński?
Tych świąt bez marketów z nachalnie puszczanymi kolędami. Bez coli i konieczności obdarowywania się bezsensownie drogimi prezentami. Z klimatem na jakie zasługują te piękne grudniowe Święta
Tego powrotu do Świąt dzieciństwa życzę Wam wszystkim.
Wam, którzy tu zaglądacie ku mojej radości.
Cieszcie się i przeżywajcie atmosferę Świąt tą dziecięcą radością.
Może się to uda, jeżeli tylko będziemy tego bardzo chcieć.
Życzę  z całego serca

Antoni  

piątek, 21 grudnia 2012

Tajfun nadzedł wieczorem. Czy to już koniec ?

Opowieści Majów o końcu świata mają coś w sobie. Wczoraj wieczorem pojawił się u nas Tajfun. Tajfun to przecież dopiero początek. Zapowiada się trzęsienie ziemi i z pewnością tsunami.
Tajfun zachowywał się jednak spokojnie i godnie. Schowany w plastikowym kojcu podróżnym, rozglądał się uważnie dookoła, czując jednak obecność swoich właścicieli, bez oporów opuścił bezpieczne schronienie.
Pręgowany a dodatkowo z białymi plamami kot czmychnął też zaraz w najdalszy kąt mieszkania. My z kolei mieliśmy możliwość poznać rodziców dziewczyny naszego młodszego syna.
Kot z kotem i o kocie, to dobre rozpoczęcie rozmowy. Sam kot pojawił się też za chwilę i obszedł wszystkie kąty salonu i kuchni. Przymierzył się do skoku na sofę i wtedy zamarło mi serce. Nową skórzaną sofę raptem wczoraj przywieźli ze sklepu. Właścicielska kota zaprosiła go jednak przyjaznym gestem. Wskoczył miękko na poduszki, a moje serce załomotało donośnie. Wydawało mi się, że wszyscy słyszą ten łomot więc przycisnąłem je dłonią do piersi. Raz by trochę zagłuszyć, a dwa by nie wyskoczyło.
Jednak jestem drobnomieszczański materialistą – pomyśałem.
- Nie miałem nigdy kota – stwierdziłem uczciwie – W zasadzie wystarczał mi kot babki. Zawsze czarny, snuł się koło niej od rana do wieczora, jeżeli dobrze pamiętam.
Oczywiście wtedy kiedy nie lumpił się gdzieś po okolicy, bo kto za czasów Gomułki kastrował koty?
Ocierał się wtedy o jej długi fartuch zakrywający dokładnie nogi. Wyciągała wtedy babka co lepsze kąski i rzucała kotu, który łykał je łapczywie, zgłodniały i zmęczony po nocnych włoczęgach.
Mruczał wtedy tak przymilnie i nadawał sens samotnemu życiu babki.
Zawsze bardziej odpowiadał mi charakter psa. Może dlatego, że ja lubię dominować, a poddawać się takiej dominacji jest psią naturą.
Poza tym pies jest posłuszny i w mojej obecności nigdy nie wlazł na kanapę czy fotel. Nie mówię, że nie zdarzało się to wtedy gdy żona z dziećmi na potęgę rozpieszczały go pod moją nieobecność.
Kot jest indywidualistą i to on lubi rozdawać karty.
- Nie jest miłośnikiem zbytnich pieszczot. Ma swój charakter – podpowiedział właściciel.
- I jest łowny – dodał po chwili. Zawsze jak jesteśmy na wsi to znosi nam myszy. Do tego nie boi się psów. Sam widziałem jak kiedyś w wysokiej trawie czaił się na ratlerka. Nawet ostrzegłem właściciela żeby zabrał psa bo widziałem co się dzieje.
- No to zapowiada nam się i tsunami – pomyślałem
Kuweta powędrowała do łazienki, a u nas kodowało się aby nie zamykać drzwi do tej łazienki.
- Myślę, że nie będzie takiej sytuacji gdy obaj zdecydujemy się na dłuższą posiadówkę równocześnie – zażartowałem – Nie lubię wtedy otwartych drzwi.
- Kot lubi czysta kuwetę – przypominała sobie właścicielka
- To kiedy wymieniać żwirek? - spytała naiwnie żona
- Poczujecie państwo z pewnością, a jeżeli nie poczujecie to kot na Was to wymiauczy.
Kot w międzyczasie zawinął ogonem i zaszył się pod wieszakami pełnymi ubrań. Czuł się tam chyba bezpiecznie.
Kiedy panie ustawiły miseczki i napełniły je karmą, zapach mięsnej mielonki rozniósł się po pokoju. Poczułem się głodny, spojrzałem na garek – 21.30. Rozsądek zwyciężył, było bowiem
zdecydowanie za późno.
Na późna porę powołali się również właściciele Tajfuna i rozpaczając nad tym, że kot nie wyszedł pożegnać się z nimi, opuścili mieszkanie.
Jutro lecą do Bruseli, tam mieszkla ich jedna córka z rodzina. Druga czyli dziewczyna mojego syna wyjechała tak kilka dni temu. Zadzwoniła tylko w trakcie spotkania zapytać jak idzie z kotem.
- Z kotem w porządku - powiedziała jej mama.
- To w takim razie wy nie zróbcie mi jakiejś wiochy – poprosiła.
- Kasiu – krzyknęła do słuchawki matka – Nowoczesne telefony mają dobra głośność. Wszyscy słyszeli co do mnie mówiłaś.
Fakt, słyszeliśmy.
Kot tylko raz spojrzał na mnie swoimi żółtymi jak mi się wydawało ślepiami i zaszył się między ubraniami.
Rano też nie zauważyłem go nigdzie.
Spojrzałem do kuwety. Na żwirku znajdował się ślad jego nocnej aktywności.
Tajfun z pewnością dzisiaj rozkręci się na całego. Oj będzie się działo.
Powinien jednak pamiętać, że jest tak zwanym kotem testowym. I jego zachowanie przez ten tydzień lub dwa, będzie miało istotne znaczenie na ewentualne decyzje
- W imieniu kociej braci powinieneś się do mnie trochę przymilać brachu.
Mam nadzieję że nie jest to poniżej jego kociego charakteru łownego kota.
Teraz przypomniałem sobie jednak, że z tym brakiem kota w moim życiu to nie jest tak do końca prawda.
W chałupie w Gorcach miałem dwa koty. Dwie mosiężne figurki zdobiły półkę na kominku.
Prężyły się obok łabędzia i Napoleona na koniu. Co robił w tym towarzystwie Bonaparte?
- Wybacz Cesarzu ale kupiłem Cię dla tego konia na którym siedzisz.

Ponieważ Tajfun okazał się na razie nieuchwytny, załączam zdjęcie gorczańskiego kota.
Jeden pozostał na kominku, a drugiego troskliwie zapakowałem w serwetkę i wsadziłem do pudła z emocjonalnymi pamiątkami.
Jednak.



wtorek, 18 grudnia 2012

A nad sadem wiatr wieje i psoci

Narzekałem na mróz i zimę, w związku z przeprowadzką. Muszę to odwołać. Opatrzność czuwała nad nami, fundując nam mroźny, ale słoneczny dzień dla transportu gratów. Zaraz po siódmej pojawiła się firma transportowa. Sześciu facetów wzięło się za meble i pudła. Tam gdzie ja posapując przesuwałem graty, oni dźwigali wszystko bez zbytniego wysiłku. Tak mi się przynajmniej wydawało. Co to znaczy praktyka.
W godzinę, no może półtorej zapakowali nasze życie na ciężarówkę. Napis – „ Przeprowadzki” powiedział sąsiadom wszystko. Nie wiem co sobie myśleli w tej chwili i prawdę powiedziawszy niewiele mnie to interesuje.
Rozładunek w nowym miejscu trwał jeszcze krócej bo nie trzeba było tego wynosić na żadne piętra.
Potem tylko rozliczenie z właścicielem firmy i już mogłem zamknąć za sobą drzwi nowego domu.
Kiedy rozłożyliśmy część paczek, okazało się, że w zasadzie to reszta nie mieści się. Nigdzie. Wyszedł na jaw brak szaf wnękowych. Potrzeba jednak czasu by usunąć tę niedogodność. Póki co korzystam z podręcznych toreb podróżnych i pudeł na których przezorna ręka żony napisała
- Antoś podkoszulki
- Antoś buty. I tym podobne.
Modem do Internetu okazał się być uszkodzony bo rozłącza się co chwilę.
Nie odbiera telewizja cyfrowa, jak się okazało z powodu kiepskiej anteny. Pozostaje radio które buczy po swojemu, odbijając się echem po pustawym mieszkaniu.
Wiercę dziury i mocuję uchwyty pod lampy, obrazy i bibeloty. One to w końcu tworzą jakiś klimat. Już pod wieczór klimat się pojawia. Mnie od udaru trzęsą się ręce i w związku z tym, mam poważne opory przez skorzystaniem z toalety.
Szybko czytam instrukcję obsługi pieca gazowego, a żona oswaja zmywarkę i piekarnik. We wszystkich działaniach sekunduje nam teściowa, która za swój obowiązek poczytuje sobie pomoc w takich chwilach. Biorąc pod uwagę wiek zainteresowanej, prosimy o rozsądek, znając zaś upór związany z wiekiem, staramy się nie walczyć.
Rozsądne ustawienie temperatury w domu wzbudza opory rodziny przyzwyczajonej do blokowej rozpusty. Tam można było zawsze uchylić okna, tutaj skręca się regulator.
Ponoć przyzwyczajenie przychodzi z pierwszym rachunkiem za gaz.
To znaczy, że przyjdzie czekać ze dwa miesiące.
Podpisałem umowy o wodę, śmieci i ścieki. Gaz i prąd wymagają wypełnienia firmowych druków i angażowanie po raz kolejny byłej właścicielki. Na nic protokół z odczytami sporządzony i podpisany przez obie strony. Musi być logo PGNiG. To nadaje mocy.
W ogrodzie kręcą się sikorki, obżerając słoninę powieszoną na jabłoniach.
Co rusz zastygamy w obserwacji, zapominając o swoich obowiązkach. W pewnej chwili na jabłoni pojawił się dzięcioł. Kiedyż ja widziałem dzięcioła ostatni raz?
Tak na odwal się popukał w jeden i drugi konar, by za chwilę lawirując na sznurku, dobrać się do słoniny. Jak na dzięcioła przystało wyrwał spory kawałek i odleciał. Sikorki obserwowały to ze stoickim spokojem. Dla nich wystarczy, dodatkowo obca jest im ta ludzka cecha która nazywa się chciwość.
Nim dogrzebałem się do pudła z napisem „Antoni – pieniądze”, pojawił się pierwszy gość - kościelny z opłatkami. Z tym pudłem żartuję, bo patrząc na dom można podpisać go jednym zdaniem „Antoni - wszystkie pieniądze”
Pogrzebałem w wychudzonym portfelu i znalazłem piętnaście złotych. Nie był chyba zadowolony, ale elegancko życzył nam - Wesołych Świąt. Ten z poprzedniej parafii też się załapał na startm mieszkaniu, bo chodził zdecydowanie wcześniej. Opłatków mam więc tyle że wystarczy na organizację wigilii w jednostce wojskowej.
Pierwsze winko na nowym miejscu i pierwsza noc w tym samym. Ponoć trzeba pamiętać pierwszy sen na nowym miejscu. Nie pamiętam, byłem zbyt zmęczony.
A potem kolejny ranek i te samie działania: układanie, układanie i układanie.
Szybko zleciały te dwa dni urlopu.
W sobotę przyszła też odwilż, która przypomniała mi, że mieszam na wsi. Błoto w miejscu trawy, błoto na drodze dojazdowej.
- Jak to dobrze, że było mroźnie w czasie przeprowadzki. Inaczej cały dom byłby ubrudzony błotem – powiedziała żona
- A ja tak narzekałem, na jakby nie było pomoc opatrzności- przyznałem się do błędu.
Zameldowałem się na nowym miejscu. Mam więc urzędowe potwierdzenie mojego związku ze wsią.
Prawdę powiedziawszy to nie narzekam na to błoto. Kiedy dzisiaj czyściłem buty po przyjściu do pracy, pomyślałem, że ciekawie zaczyna się ten nowy etap mojego życia.

czwartek, 13 grudnia 2012

Wieśniacze życie

No i porzuciłem CK Kraków, wybierając wieśniacze życie. Z konieczności życiowej i własnych wyborów, Sukiennice, Barbakan i całe Wawelskie Wzgórze przegrało z małą miejscowością, która nie ma nawet własnej poczty i podpina się pod kod pocztowy sąsiedniej.
Zaraz też zaczęły się problemy, bo to odmówiono nam telefonu z powodu braku słupa, a to to, a to tamto. Nie dziwi mnie to, bowiem przez dwadzieścia lat pomieszkiwałem na wsi. Mam więc świadomość tego, że dostęp do tak zwanych miejskich standardów bywa ograniczony. Rozpuszczony przez pobliskiego Carrefoura z rozrzewnieniem słucham opowiadań, że duży sklep jest w tej sąsiedniej miejscowości z placówką pocztową. Ponoć ma na wyposażeniu wózki, a więc musi być duży.
Cóż zrobić? Muszę odwrócić proporcje i inaczej znaczyć skale wartości. Ponoć obecnie przedmiotem największej wagi nie jest jakiś nowy tablet, tylko łopata do śniegu. Jak sobie nie odśnieżę to sobie nie wyjadę. Ileż ode mnie zacznie zależeć.
Z drugiej jednak strony, już w przyszłym roku będę mógł sobie pozwolić na szarlotkę z własnych jabłek.
Na działce rośnie kilka starych i jakieś nowe drzewa owocowe.
Fachowcy wynajęci na szybko, wzięli się do wykończenia poddasza. Szybko też rośnie podsumowanie poniesionych kosztów. Licznik śmiga jak w taryfie taxi, w noc sylwestrową. Tyle, że robią dokładnie i estetycznie. No i w miarę szybko. Piszę w miarę ponieważ myślałem, że skończą w ostatnią sobotę, ale nie skończyli. Chyba miniemy się w drzwiach. My z meblami a ani z narzędziami. Brakuje mi luzu czasowego na niezbędne porządki. Chyba że w nocy.
Mały domek z ogródkiem, dla małżeństwa które nie planuje już dzieci. Te które ma, już odleciały lub właśnie rozwijają skrzydła. Ewidentnym plusem jest to, że do domu prowadza tylko dwa stopnie, które zniweluję instalując pochylnię. Parter w jednym poziomie, z dogodnym rozkładem pomieszczeń. Dwie sypialnie na parterze i w miarę duża łazienka, z możliwością adaptacji dla wygody żony. Góra w skosach to królestwo Młodszego. Pod panelami kazał sobie zamontować wykładzinę tłumiącą a teraz wynosi do góry wszystkie posiadane kolumny. Aż strach się bać.
Po co się tam martwić na zapas?
Z frontu widok na pole, na którym gospodarz i już sąsiad od dwóch lat sadzi dynie. Samo zdrowie, dla faceta po pięćdziesiątce. Z tyłu ogród i wspomniane jabłonie. Jest i ogródek warzywny, co nad wyraz spodobało się mojej teściowej. Pewnie się nie dopcham do grzebania w ziemi, a obiecałem sobie, że na wiosnę sadzę pomidory malinowe.
Miejsce pod taras wyznaczone i utwardzone. Już można rozkładać stoliki, ale zrobię go po swojemu. Przyjemnie siedzieć, czując pod stopami drewno.
Zadaszenie na samochód do roboty. W zasadzie wybetonowane, wystarczy tylko postawić konstrukcję. Zrobi się.
I najważniejsze moje wieśniacze życie potwierdza plan zagospodarowania, gdzie stwierdzono, że wzdłuż zachodniej granicy działki, na szerokości około jednego metra, mam ziemię zakwalifikowaną jako grunty orne. Brat sugerował mi, żebym w związku z powyższym przeszedł na ubezpieczenie w KRUS-ie. Ten numer nie przejdzie, ale w zgodzie z przepisami mogę walnąć ze dwie trzy skiby ziemniaków. Dlaczego akurat ziemniaków? Bo są najbardziej bezsensowne dla takiego małego areału. Z tymi ziemniakami to oczywiście żart.
W rogu pod orzechem zauważyłem solidny ekologiczny kompostownik. Czyli ma wszystko i ekologicznie. Teraz będę się uczył segregacji odpadów, smaku ekologicznych pomidorów i błota w czasie deszczu.
Tegoroczna Wigilia, z całym urokiem świąt poza miastem, przebiegnie w blasku kominkowych płomieni. Będzie jak w Gorcach. A tak żałowałem tych płomieni za szybką.
Płasko tylko jakoś, a więc nie będę miał żadnej wymówki dla zbyt wysokiej trawy.
I na koniec to co kocham. Wieś posiada mały drewniany zadbany kościółek. Czy to ze względu na mała liczbę mieszkańców, czy mądrość miejscowego proboszcza, pieniądze przeznaczono na remont a nie lanie betonu.
To drewniane wnętrze najbardziej pasuje mi najbardziej na mieszkanie dla Frasobliwego.
W tych domach z betonu lipowy światek z pewnością strasznie się męczy.
W takim kościółku też chyba szybciej dogadać się z Bogiem, szepcząc do szpary w starych deskach gdzie tkwi jeszcze dym z gromnic palonych za Piłsudskiego, czy Cesarza Franca Józefa.
Co tam cesarz. Mój kościółek pamięta ostatniego Króla. Teraz to właśnie sobie uzmysłowiłem.
A więc wieśniacze życie czas zacząć.
Żeby tylko przetrzymać przeprowadzkę.
Chyba właśnie teraz ją przetrzymuję
I na koniec link, ale najpierw cytat z moich piwnicznych ulubieńców: 
O ty zgryzoty nie skryte chmurą
Wieśniacze życie
O ty przetkana cierniem sowicie
Królów purpuro