17 stycznia 2014

O wygadywaniu sobie

Czy pewne wydarzenia można sprowokować myślą?
Chyba tak, bo na prestiżowych światowych uczelniach toczą się w związku z tym badania i eksperymenty. Ponoć trzeba się skoncentrować nad zadanym problemem. I napiąć się, byle nie za bardzo bo zwieracze mogą nie chcieć współpracować.
Próbowałem w ten sposób sprowokować jakąś podwyżkę wynagrodzenia wraz z nowym rokiem. Chyba zbyt mało się napinałem bo w czasie ostatniej wizyty właściciel wytknął spadek obrotów w porównaniu z rokiem poprzednim, z czego wyszło, że utrzymanie mojego wynagrodzenia jest jakby jakąś bardzo subtelną formą podwyżki.
Fakt, na nieobniżaniu wynagrodzenia raczej zyskałem. A może tylko nie straciłem?
Przy okazji popisałem się, jak to u mnie pomimo wieku czasami bywa, błyskawiczna odpowiedzią bez angażowania głębszych ośrodków myślowych.
Po części oficjalnej spotkania sprawy zeszły na politykę, a więc w pewnym sensie na „dom schadzek” jak enigmatycznie nazwał jeden z polityków prawicy zwykły burdel. Dokonałem wtedy szczerego wyznania które brzmiało:
- Z moja gównianą pensją z pewnością nikt w burdelu mnie nie zobaczy. Dla mnie priorytetem jest więc rodzina i miłość.
Ładnie to chyba z mojej strony, że tak zaakcentowałem przywiązanie do podstawowych wartości, ale określenie mojej pensji jako gównianej i to zaraz po decyzji o nieobniżaniu, to taki mały zgrzyt.
Tak to już jest, Ja uważam, iż daję z siebie dużo a i szef jest podobnego zdania jeśli chodzi o zapłatę.
Sojusz pracodawcy z pracownikiem przypomina mi trochę sojusz robotniczo-chłopski. Wiemy jak się sprawdził.
Wobec dziwnego sposobu sprawdzana się koncentracji myśli, staram się nie myśleć o rzeczach złych, trudnych skomplikowanych. Wychodzi na to, że wcale nie myślę. Cofa więc te sprawy trudne i skomplikowane.
Czasem jednak samo panowanie nad sobą nie wystarczy. Ledwo co przeczytałem tekst Klarki o awarii i wpisując pocieszający komentarz pomyślałem, że u mnie wszystko gra gdy zadzwonił telefon.
- Coś kapie w łazience – powiedziała żona. Strużka wody wyciekła spod rur w łazience i spłynęła aż pod umywalkę. Na razie podłożyłam ścierką i mam nadzieję, że zrobisz coś po powrocie.
- Jak Ty we mnie wierzysz – odpowiedziałem zaczepnie.
Po pracy zrobiłem zakupy i gonitwa między pólkami marketu skutecznie usunęła mi z głowy problem z hydrauliką.
Potem, powrót, obiad i zielona herbata na wieczór. Dopiero gdzieś koło 20.30 żona przypomniała o problemie.
Niechętnie, ale jednak wstałem i udałem się do łazienki.
Główny zawór wody błyszczał się w świetle żarówek LED, perląc się dużymi kroplami wody
Początkowo myślałem, że to tyle kwestia „pocenia się” metalu na wskutek różnicy temperatur. Starłem wodę, ta jednak zaraz powróciła. Problem okazał się drobny. Popuścił dławik który uszczelnia trzpień zaworu. Dociągnąłem kluczem i po problemie.
- Jutro zaizoluję zawór wyżej, niech się nie poci – obiecałem.
Irytująca duperela, nie warta nawet miejsca na blogu, po co więc te nerwy i twierdzenie, że sobie wygadałem.
Z wiekiem staję się chyba coraz bardziej przesądny.
Ale o złych rzeczach staram się nie myśleć.

15 stycznia 2014

Od kogo się uczyć?

Od kogo się uczyć?
Są dwie odpowiedzi na to pytanie.
Pierwsza, że trzeba się uczyć od najlepszych, a druga, że choćby od diabła.
Skąd takie przemyślenia rankiem w połowie tygodnia?
Pan Nieistotny jest pod wrażeniem wywiadu jakiego udzielił portalowi na temat jeden z nowych młodych managerów PKP.
Nareszcie ktoś to boleśnie prawdziwie odpowiedział na pytanie, które przez cały okres PRL-u pozostawało bez odpowiedzi.
- Dlaczego w pociągach było brudno - pyta redaktor
- Pociągów, szczerze mówiąc, nikt nie sprzątał. Nikt nie umiał nam wyjaśnić, jak to się działo, że ze stacji utrzymania wyjeżdżał pociąg oznaczony jako czysty, co okazywało się fikcją. Klasyfikowano brud na jednodniowy, tygodniowy i trwały. Pytaliśmy więc ekipę sprzątającą, jak to możliwe, że codziennie sprzątany brud przekształca się w tygodniowy, a potem trwały…
- Co było przełomem?
- Zmiana myślenia. Musieliśmy zejść bardzo nisko, by dotknąć sedna problemu. Np. wcześniej osoba sprzątająca myła wszystko jedną ścierką. Od podłogi poprzez stolik, na którym jadł Pan kanapki. W tej chwili są trzy szmatki, każda w innym kolorze, przeznaczona do sprzątania innej powierzchni. To mała, ale fundamentalna zmiana, bo skłania do identyfikowania się z klientem, zastanowienia się: czy ja byłbym zadowolony jadąc tak posprzątanym pociągiem? Dodatkowo dziś każdy sprzątający wie, że jego praca będzie skontrolowana. To zaczyna działać.
- Rewelacyjnie proste – pomyślał Jan Maria Nieistotny – Przekazać narzędzia, wyznaczyć cel i skontrolować wykonanie?. Trzeba było pokolenia wykształconego po 1989r na Harvardzie czy innym MBA by pochylili się nad problemem syfu w przedziałach i toaletach, maskowanego przy użyciu jednej szarej szmaty, grubo tkanej z tekstylnych odpadów, pozostawiającej brudne włókna na wszystkim dokoła.
Polityka trzech szmatek – można by to określić. Pan Nieistotny zauważył tu jakąś paralelę między ową polityką a chińską rewolucją. Tam sukcesy święciła ogłoszona przez Mao Zedonga polityka trzech czerwonych sztandarów. Zakładała szybkie przekształcenie Chin z zacofanego kraju rolniczego w czołową potęgę przemysłową.
Porównania widoczne chociaż symboliczne. Na kolei naprawdę trwa rewolucja i pytanie jak się ona zakończy?
W Chinach zakończyła się klęską głodu i ruiną gospodarki. Trzeba było zmiany jakościowej i gospodarki wolnorynkowej. U nas zmiana pokoleniowa nastąpiła, gospodarka wolnorynkowa też kwitnie a więc nie powinno być żadnych problemów.
Poza jednym.
W informacjach o kolei Jan Maria Nieistotny znalazł tekst zatytułowany
„Noworoczne postanowienie kolejarzy: będą czyste wagony”
Czy ktoś kiedyś widział zrealizowanie postanowienie noworoczne?
Ale pomimo wszystko, Nieistotny życzy powodzenia i trzyma kciuki.


14 stycznia 2014

Poświąteczne odchudzanie

Tematy świąteczne w mediach już chyba zakończone, a do kolejnej zakupowej fety czyli
Walentynek zostało równo miesiąc.
Kiedy minął Noworoczny kac i nastąpił trzeźwy ogląd sytuacji widać, że jednak nie wszystko wróciło do normy
Towarzystwo wypasione i zadowolone, myśli teraz jak zgubić przed wiosną parę kilogramów, aby bikini znów podkreślało a nie krępowało. Faceci mają zdecydowanie lepiej bowiem w hawajkach można bezkarnie więcej ukryć. Można też owymi hawajkami naobiecywać, ale to już całkiem inna historia.
Generalnie jednak warto wrócić do normalnej wagi.
Aby to osiągnąć można by spróbować ćwiczeń fizycznych. Ostatnio jednak dość mocno dostaje się pierwszej trenerce Rzeczypospolitej, a więc moda na fitness jakby nieco zmalała.
Fachowcy od wszelkiej maści poradników podrzucają gotowe sposoby na to jak stracić aby się nie zmęczyć.
Ponoć seks jest bardzo dobrą metodą na powrót do szczupłej sylwetki. No chyba, że coś pójdzie nie tak, lub właśnie tak i nastąpi przejściowy skutek odwrotny od zamierzonego to znaczy wzrost gabarytów.
Działajmy zatem w myśl hasła jakie jeszcze przed rozwojem Internetu gdzieś, kiedyś wyczytałem. Brzmiało ono - lepsza od befszytka miłosna gimnastyka.
Pamiętam jeszcze i drugie - zamiast pić i jeść, całuj i pieść.
Jak wiadomo, tycie ma miejsce przez całą dobę a więc odchudzanie powinno być również rozłożone na cała dobę.
I tu czytelnicy mogą zwrócić się z pytaniem - co robić w pracy?. Są przecież szczęśliwi w tym kraju którzy zatrudnienie posiadają.
Szanowni Państwo, przerwy w treningu są najgorsze dlatego portal kobieta w dzienniku pl
podpowiada gdzie najlepiej zorganizować sobie miejsce dla codziennego treningu
Najlepsze miejsca do seksu w pracy to:
  1. Magazyn - zdaniem 37 % mężczyzn i 13 % kobiet
Miłośnicy seksu w magazynie nie słyszeli z pewnością piosenki Jacka Kleyffa z Salonu Niezależnych o miłości w magazynie nawozów sztucznych. A warto  O miłości w magazynie nawozów sztucznych 
  1. Biurko - zdaniem 34 % mężczyzn i 20 % kobiet
Standard i nuda, chyba że jest to biurko szefa a szef wyszedł tylko na chwilę.
  1. Sala konferencyjna - zdaniem 29 % mężczyzn i 24 % kobiet
Z pewnością chodzi o to zielone sukno ze stołu konferencyjnego, chociaż kto w korporacjach używa jeszcze na konferencjach zielonego sukna.
  1. Toaleta - zdaniem 20 % mężczyzn i 10 % kobiet
Najlepsza na świecie jest miłość w klozecie. A każdy szalet jest pełen zalet.
Ani w PZU, ani w PKP Tylko, tylko w WC – reklamował tę formę aktywności seksualnej zespół Big Cyc. O miłości w toalecie
 Oszczędzę jednak reszty tekstu bo pokazuje ciemniejsze strony wybranego przez prawie 20% facetów miejsca.
Coś jednak jest w tych toaletach szczególnie w ostatnie dni wakacji. Dowodził tego zespól Łzy Agnieszka
Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji
Kochali się namiętnie, w męskiej ubikacji
I przysięgli przed Bogiem miłość wzajemną
Że za rok się spotkają i na zawsze ze sobą już będą 
Z tego co zauważyłem to temat seksu w kiblu mam dość dobrze przerobiony (przynajmniej w teorii) i podbudowany literaturą ( piękną?)
  1. Winda - zdaniem 17 % mężczyzn i 11 % kobiet
A to ciekawe, że tylko tylu gdyż nawet w czasie jazdy na najwyższe piętro Pałacu Kultury trudno wykroić z posiadanego czasu kilku chwil na tak zwaną grę wstępną. Jak to się mówi pozostaje tylko konkret, czyli to co tygrysy lubią najbardziej.
  1. Kserokopiarka - zdaniem 14 % mężczyzn i 2 % kobiet
Fascynacja kopiowaniem trwa o czym świadczy ilość osób zaopatrzonych w związku z urazem tyłka, zwłaszcza w czasie korporacyjnych imprez świątecznych. Wyciąganie kopiarkowej szyby z dupy jest tyleż samo kłopotliwe co śmieszne. Pobudza wyobraźnię chirurgów.
Pewnie nie tylko chirurgów.
  1. Stołówka - zdaniem 14 % mężczyzn i 1 % kobiet
Co symptomatyczne tę męską pasje podziela zaledwie 1 procent kobiet.
Może to dziwne, ale mnie zapach schabowego i ziemniakami i kapustą kojarzy się wyłącznie z jedzeniem.
Może dlatego nie rozumiem jedzenia sushi wprost z ciała gołej na tę okazje panienki, bo jakoś mi to pachnie naruszeniem ludzkiej godności. Może ja jestem przewrażliwiony?
Nie lubię również jedzenia w łóżku ponieważ okruszki wbijają się dupę. Tu z pewnością jestem przewrazliwiony.
I na koniec
  1. Palarnia - zdaniem 10 % mężczyzn i 0 % kobiet
I słusznie. Jak mówił mój znajomy niepalący-wojujący - Całowanie palącej dziewczyny to jak lizanie popielniczki.
Gdy przestałem palić a żona dopiero dojrzewała do tej decyzji, zrozumiałem o czym mówił znajomy. Pomyśleć, że kiedyś całkiem nie zwracałem na to uwagi.
To jak z jedzeniem czosnku. Można to zrobić przed pójściem do łóżka pod warunkiem, że zrobią to oboje partnerzy.
A tak na koniec, warto zacytować stare polskie powiedzenie ( przepraszam)
„Gdzie się mieszka i pracuje tam się ch... nie wojuje.”
Bardzo ciekawie zinterpretował tę sentencję mój kolega z pracy, który z tego powodu mocno ograniczył aktywność w swojej małżeńskiej sypialni.
A miało być o odchudzaniu po świętach. Ubyło mnie już dwa kilogramy ale nie zdradzę metody.

07 stycznia 2014

Czy Pan lubi Go Go ?

Zgodnie z odpowiednimi przepisami, lokal podający alkohol nie może znajdować się w odległości mniejszej niż sto metrów od miejsca kultu religijnego, czyli mówiąc inaczej kościoła bo tak podpowiada ludowa świadomość.
Dlaczego akurat sto metrów? Wychodzi na to, że powyżej tej odległości Panu Bogu już nie przeszkadza. Czyżby Pan Bóg był krótkowidzem?
Jak zrealizować tę zasadę w miastach pełnych atrakcji turystycznych? Jak to czynić w Krakowie mieście stu kościołów? Podobno w obrębie Plant jest koło setki knajp i knajpek co znaczy, że przy rozsądku ludzi, nawet dziwaczne prawo można zinterpretować bez szkody dla nich samych.
Sam alkohol przeznaczony jest zresztą dla ludzi myślących.
- W tym kraju – pomyślał Jan Maria Nieistotny - jak nie kościół to figura, albo miejsce uświęcone męczeńską krwią. Nic tylko maszerować z procesją, składać kwiaty, palić lampki i czcić.
Memento mori
A przecież życie toczy się wokół nas. Ludzie rodzą się, dorastają i odkrywają uroki zabawy i zabawy po alkoholu. W końcu odkrywają seks i miłość, albo odwrotnie. Najczęściej rodzą się z tego dzieci, ale nie jest to żaden prawny obowiązek.
Takie jest prawo natury i nic tego nie zmieni.
Jedni spędzają wolny czas na medytacjach w kościelnych ławach inni w nocnym klubie.
Pan Nieistotny zna takich którzy z równym upodobaniem oddają się jednemu i drugiemu.
Jak ten baca, który szedł do burdelu z książeczką do nabożeństwa. Tłumaczył, że jak mu się tam spodoba to zostanie do niedzieli.
Pozostawiając na boku nocne lokale ze skłonnością do bycia domami publicznymi, zastanówmy się nad pozostałymi lokalami rozrywkowymi.
Dlaczego Jan Maria zainteresował się knajpami z programem rozrywkowym?
Oto w Warszawie podniósł się krzyk świętego oburzenia z powodu otwarcia na Krakowskim Przedmieściu klubu nocnego. Podobno stoi niedaleko kościoła, w pobliżu figury, a sam dom odegrał rolę w czasie Powstania Warszawskiego.
- No i o co chodzi? – zastanawia się Jan Maria - O wyszynk alkoholu czy o te inne atrakcje?
Z pewnością o te inne atrakcje lokalu Go Go
Nieoceniona Wikipedia podaje definicję takiego miejsca
Klub Go Go to klub nocny, lokal ze striptizem. W lokalu z podkładem muzycznym prezentowany jest: taniec na rurze, striptease oraz pokazy tancerzy erotycznych, chippendales. Występy mają charakter zamknięty (pokazy są płatne).
No i proszę. Po pierwsze płatne, nikt wbrew swej woli nie jest narażony. Po drugie lokal dba o to by przez szyby z ulicy nie zobaczyć nic, bo za oglądanie pobiera opłatę.
No właśnie. Płaci się za oglądanie. Jan Maria nie musiał się podpierać wikipediową definicją ponieważ miał okazję zobaczyć klub Go Go z tak zwanej drugiej strony szyby.
W lokalach panuje zasada, że nie wolno dotknąć dziewczyn wykonujących swój program artystyczny. Podziwiając wprawę w akrobacji Jan Maria upiera się przy artystycznych walorach programu. Warunek oczywiście, że kobiety pracują tam z własnego wyboru.
Każda próba klepnięcia tancerki w tyłek, skończy się nieodwołalnym wywaleniem z lokalu na zbity pysk. Chyba, że Jan Maria przebywał w lokalu z tak zwanej górnej półki w samym sercu Stolicy.
Ech, były czasy.
Striptease już tak spowszedniał, że nie budzi chyba niczyich emocji, zaś taniec na rurze miał się ponoć stać dyscyplina olimpijską, tylko wtedy zamiast szpilek zakłada się adidasy.
O co więc ten cały krzyk?
O moralność.
Jakże wybiórczą mamy tę moralność.
I jakiego pecha ma właściciel kamienicy, która była świadkiem czynu zbrojnego.
A przecież cała Warszawa była świadkiem i uczestnikiem takiego czynu.
Chwała bohaterom, ale i wolność współczesnym.
Jak skomentował to wydarzenie jeden z internautów, w takim Paryżu sąsiadują obok siebie
Kościoły, meczety, knajpy i burdele. Nikomu to nie przeszkadza, a wszyscy zaś potrafią się zgodnie spotkać przy kieliszku dobrego wina.
U nas nie do pomyślenia.

Wieczór Trzech Króli


Znalazłem je wczoraj w południe. Prężyły się do słońca, jakby wiedziały, że to tylko na chwilę i zima wróci. Wróci. Nie wiadomo czy ze śniegiem ale z mrozem na pewno.


Stokrotki skorzystały z okazji i zakwitły w święto Trzech Króli. Tego nie pamiętam bym już kiedyś rwał na łące kwiaty dla swojej ukochanej w święto Trzech Króli. Jak zwyczaj się upowszechni to może siedząc na miedzach, będziemy wianki pleść na cześć Dzieciny. Świat się zmienia to i obyczaje się zmieniają.
Dzień wcześniej pobieliłem wapnem pnie drzew owocowych. Na tle zielonej trawy biel jabłonek i grusz wygląda fascynująco. Przyda się jak znalazł wobec nadciągających mrozów. Wbrew powszechnemu przekonaniu wapno nie chroni przed szkodnikami ale właśnie przed mrozem w nocy, po słonecznym dniu i w celu osłabienia wegetacji, co w przypadku naszej zwariowanej pogody ma swoje uzasadnienie.
Zmęczyłem się już tym świętowaniem, którego ukoronowaniem była wizyta u teścia naszego Starszego. Fantastyczny kulebiak specjalność Pana Domu i eleganckie czerwone wina.
Zresztą wszystko było w ten wieczór eleganckie. Począwszy od porcelany a na zachowaniu wszystkich kończąc.
Dzisiaj dla odmiany, od rana szum i gwar.
Poczta aż roi się od obietnic, że ten rok będzie czasem spełnienia moich marzeń.
Po pierwsze Niejaki Mr Hung Au chce się ze mną podzielić niebotyczną wprost kwotą dolarów, przeznaczonych pierwotnie na budowę autostrad. Potrzebny pewnie tylko mały wkład własny, ale kto by żałował pół stówki jak setki tysięcy są dosłownie na wyciągnięcie ręki.
O nadciągającej na moje konto kasie dowiedzieli się już niektórzy. I tak Monika przypomina mi o randce załączając zdjęcie niebieskiej tabletki. To chyba sugestia, że będzie się działo.
Niejaka Asia pyta mnie wprost - czy masz problemy ze wzwodem?
Pamiętam jak Merlin Monroe w filmie „Pół żartem pół serio” z taką przypadłością swojego chłopaka się zmagała się i to z powodzeniem. Wyobraźnia zadziałała na chwilę, bowiem w załączniku znów zdjęcie niebieskiej tabletki. Cóż oni się wszyscy uwzięli. Dementuje plotkę jakoby miałbym jakieś problemy związane z moim zdrowiem fizycznym, wyłączając te dolegliwości o których już wcześniej wspominałem.
Nasza nie nasza kotka podjęła noworoczne zobowiązanie, że w tym roku zamieszka z nami na stałe.
Codziennie wieczorem, kiedy tylko uchylę drzwi, kotka wpada do domu. Chowa się przede mną za fotel, a kiedy odkryję jej obecność znika gdzieś na górze. Sprytna jest w tej zabawie w kotka i myszkę. I chociaż to ja ją gonię wydaje mi się, że w tej zabawie jestem myszką.
Konsekwentnie jednak żegnam się z nią mówiąc, że dobrze wychowane koty wracają wieczorem do siebie.
Ciekaw jestem kto kogo.


02 stycznia 2014

Poranna kolęda

- Już nie musisz pytać Hanki – usłyszał od Najważniejszej, kiedy Jan Maria odebrał telefon.
- A o co miałem ją spytać? - Jan Maria Nieistotny próbował skoncentrować się na dwóch sprawach jednocześnie. Po pierwsze na rocznej inwentaryzacji a po drugie na rozmowie z żoną.
- Kiedy przyjdzie ksiądz po kolędzie?
Fakt, wszyscy już byli z wyjątkiem proboszcza. I sportowcy i strażacy a nawet szkoła.
- Masz jakieś informacje? - zapytał, denerwując się jednocześnie na pojawiający się komunikat o złej wartości wprowadzonej do komórki.
- Z samego źródła. Od proboszcza.
- To kiedy będzie?
- Już był.
- Przecież dopiero drugi stycznia, godzina - tu spojrzał na zegarek - dziesiąta trzydzieści.
- No i z głowy.
- Nie wiem czy to dobre podsumowanie.
- To się trochę proboszcz pospieszył.
- Nie bardziej niż ksiądz u Andrzejów, on chodził już w Sylwestrowy wieczór, zmuszając w ten sposób ludzi do obecności w domu w ten wieczór.
- Już to sobie wyobrażam. Szukam zagubionej spinki do koszuli i klnę jak szewc, a tu w drzwiach pojawia się dobrodziej.
- Ale przecież ty nie kląłeś w Sylwestra.
- Bo nie potrzebowałem spinek. A swoją drogą,wiesz może gdzie są?
Ty nie masz koszuli na spinki, a więc nie masz spinek. - powiedziała trzeźwo Najważniejsza.
Kurde, jakie proste rozwiązanie. On zaś pamięta jak w domu rodzinnym, rok w rok starzy awanturowali się przed wyjściem na imprezę. Zaczynało się od spinek a kończyło na zmarnowanym życiu. A wystarczyło tylko wywalić do kosza tę koszulę z rękawami na spinki.
- To której On był?
- Koło dziewiątej. Wcześniej zaskoczył sąsiadkę, która dopiero co wstała i zawinięta w szlafrok zeszła do kuchni na pierwszą kawę.
Nie wiem czy takie wizyty nie powinny odbywać się później. Ale to specyfika wsi, tu dalej bierze się urlop w związku z coroczną wizytą. Ale też i na wsi księża są rozmowniejsi
- Zostawił komórkę i powiedział, że po piętnastym wpadnie na kawę.
- Towarzysko?
- Pewnie chce Ciebie poznać.
- Ale ja jestem taki....taki Nieistotny.
-Wiem, wiem Jan Maria Nieistotny – uzupełniła Najważniejsza.
- I po krzyku – powiedział do siebie, kiedy odłożył słuchawkę.
Wrócił do mozolnego śledzenia Excela, ale w głowie pojawiało się pytanie – takie wizyty to dobrze czy nie? Sam sobie też odpowiedział, że chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo wszystko zależy od ludzi.
Był bowiem zaprzyjaźniony ksiądz w górach z którym miał przyjemność strzelić metaxę i śpiewać wspólne kolędy, chociaż głos ma podły a słuch jeszcze gorszy. Był i młodzieniec, który obchodził blok w którym Jan Maria mieszkał , tak mechanicznie jakby pracował w fabryce, przy taśmie.
Ptaszek w kartotece, pokropek i koperta.
Sławna i niesławna koperta.
- Swoją drogą to ciekaw jestem kiedy pojawi się taki który otworzy tablet i odklika nas enterem, albo na kościelną modłę krzyżykiem – pomyślał klikając myszką na sumę długiej kolumny.
A może to też tradycja? Taka sama jak chodzenie z gwiazdą i turoniem?
Bo przecież w trakcie żadnej z tych wizyt nie dowiedział się jak Żyć.
Z tym problemem musi zmagać się sam




Kto ma odwagę niech zakazuje

To mi się udało rozśmieszyć Jaśka z gór.
W zasadzie to ja osobiście mam małą zasługę w doprowadzeniu go najpierw  śmiechu a potem w wyprowadzeniu go z równowagi.
Po prostu przekazałem mu decyzję Unii Europejskiej w sprawie zakazu wędzenia drzewem, o której przeczytałem zaraz po świątecznym śniadanie z pachnącą czosnkiem, profesjonalnie uwędzoną w czereśniowym dymie kiełbasą.
Tak więc ani kiełbasa, ani boczek, ani tym bardziej żadne szynki nie będą już dochodzić w tradycyjnym dymie bukowym, czereśniowym czy wiśniowym.
Unia zabrania.
- One to se mogą zabraniać – powiedział Jasiek - a ja to mam tak głęboko w dupie, że nie doleci tam żaden nawet najmniejszy zapach z mojej wędzarni.
A od mojej wędzarni wara bo po łbie dam.
Jasiek trochę się nakręcił bo zaraz dodał:
- Konia już co prawda nie mam ale orczyk do obrony chałupy pozostał, po ojcu jeszcze. Oj nie życzę nikomu co by mu się orczykowe kółko na plecach odbiło.
Taki to właśnie pierwszy komentarz na temat zakazu wędzenia usłyszałem od bezpośrednio zainteresowanych.
Pytanie dlaczego nie zareagował nikt w imieniu większych producentów?
Bo oni od dawna nie wędzą a tylko natryskując kiełbasy dymem w płynie. Co prawda sam tego nie widziałem, ale tak mówią.
Ciekaw jestem co zdrowsze dla naszego organizmu, dym czereśniowy czy chemia w płynie? Ten znak zapytania na końcu poprzedniego zdania to tak tylko pro forma, bo odpowiedź znam doskonale.
A czy może być coś lepszego niż wiejska kiełbasa zrobiona dla swoich, według sekretnej receptury i spokojnie wędzona w ogrodowej wędzarni?
Nie może. I stawiam tu dolary przeciwko orzechom, że w tej kwestii nic na polskiej wsi się nie zmieni.
Kilka lat temu w zasadzie na początku mojej blogowej kariery napisałem tekst o wiejskim świniobiciu. Pozwolę sobie go tutaj zacytować bez odsyłania linkiem gdzieś w mroki prehistorii. (2009)
Tekst bez związku z tzw świńską grypą. Jak mówił śp Maciej Kuroń : wiem co jem, a Wy wiecie ?
Była już około wpół do piątej. Mrok stajni przełamał blask żarówki czterdziestowatowej, ciemniejszej jednak w blasku ponieważ po ostatnim sezonie mocno została zapaskudzona przez muchy, które gęsto obsiadały ją nie bacząc na niebezpieczeństwo z tego wynikające. Z za drzwi wyłonił się Józek, gospodarz i dobrodziej tutejszej stajni oraz całego gospodarstwa rolnego, za nim Staszek, miejscowy osiłek co to może nie pogada, ale przepisowo w ryj przypieprzyć potrafi. Poza tym dusza człowiek zawsze chętny do pomocy, jeżeli ktoś jej potrzebuje. Krowy leniwie uchyliły po jednej powiece, bo to jeszcze nie pora aby poić a tym bardziej by ciągnąć za mleczne cycki. Tylko świnie jak to zwykle zaczęły pochrząkiwać radośnie, bo widok gospodarza nieodmiennie kojarzył im się z pełnym korytem. Najbliższa przyszłość jednej z nich nie rysowała się jednak w różowych barwach, ponieważ na tę właśnie sobotę Józek zaplanował tradycyjne świniobicie. Nieświadoma swej roli w dzisiejszym spektaklu jedna z nich podbiegła zbyt blisko gospodarza, który fachowym chwytem złapał ją za uszy i kopniakami zachęcił do udania się w wyznaczonym kierunku. Staszek złapał za tylne nogi, dźwignął do góry i w ten sposób świnia znalazła się w stalowym uścisku dwóch rządnych krwi facetów. Nim reszta zwierząt pojęła o co chodzi, opuścili we trójkę chlew, udając się w tą ostatnią życiową drogę wypasionej blondyny. Uderzenie obucha siekiery zwaliło świnię z nóg a następne rozpłatało czaszkę, pozbawiając całkowicie życia. Jeszcze w ostatnim tchnieniu zwierzę wydało ciche charknięcie, zanim po raz ostatni wypuściło z siebie powietrze.
- O dzisiaj Józek bije - rozległo się w okolicznych domach. Potem każdy z nich przewrócił się na drugi bok przymykając oczy, bo do karmienia inwentarza zostało jeszcze ze dwie godziny, a w pościeli obok leżała, pełna wewnętrznego ciepła małżonka, atrakcyjna w tej chwili chociażby przez sam fakt tego, że aktualnie była pod ręką.
Kiedy słońce w końcu wyszło zza góry, oświetliło wiszące ciało świni. Tylne nogi podwieszone były do futryny drzwi od stodoły solidnym łańcuchem. Brzuch rozpłatany, pozbawiony wnętrzności, krew do kaszanki złapana, jelita do kiełbas czyszczone i płukane w przepływającym przez osiedle potoczku. Każdy z domowników znający dokładnie swoje obowiązki sprawnie przemykał przez podwórko. Pojawił się już Karol z maszynką do mielenia mięsa. To on dzisiaj będzie mistrzem ceremonii, on to za pięćdziesiąt zeta plus bonus mięsny, przerobi kwiczącą jeszcze niedawno świnię na kiełbasy boczki ,salcesony i pasztetowe. Józek udał się do spiżarni gdzie z większego baniaka do półlitrowej butelki zlał swojską gorzałkę, którą przerobił w zeszłym tygodniu, przezornie planując dzisiejsze świniobicie. Zakręcił ręką metalową nakrętkę i już miał wyjść gasząc światło, ale po chwili zastanowienia cofnął się i nalał jeszcze jedną połówkę. Potem starannie zamknął baniaczek, zgasił światło i zamknął za sobą drzwi do spiżarni. Jedną butelkę zostawił za drzwiami do sieni a z drugą wyszedł do szopy.
- A napijcie się Karolu na dobrą robotę.
Cyk, cyk i dobrodziejka gorzałka zaczęła krążyć w żyłach rzeźników amatorów.
- Wypijmy jeszcze po jednym bo za chwile przyjdzie Staszek .
Staszek to gospodarz i sąsiad z osiedla, wielki admirator swojskiej gorzałki oraz każdego innego płynu zawierającego procenty. Staszek potrafił wyczuć otwartą butelkę z odległości pięciuset metrów i wcześniej czy później można go zauważyć w szerokim gronie konsumentów.
Mięso odkrojone schaby schładzane przed zamrożeniem, kości i głowizna gotują się na salceson a wątroba na pasztetową. Słonina oceniona według specjalnej miary. O ile Anglicy mierzą odległość w stopach u nas grubość słoniny mierzy się palcami. I te komentarze w stylu
- Dobra słonina gruba na dwa palce . A w zeszłym roku to Swok Maciej miał świnię co miała słoninę na trzy palce.
Ostatnimi jednak laty bardziej ceni się mięso niż słoninę, wieś też się bogaci. Mięso zmielone przyprawione do smaku. Karol wziął odrobinę w dwa palce i takie surowe włożył do ust.
- Będzie dobrze , lubię pikantną.
Napychanie jelit mięsnym farszem kończy rytuał, potem tylko powiązać na kij i do wędzarni. Faceci mają czas wolny. Teraz kobiety zajęły się myciem, sprzątaniem i czymś tam jeszcze co w kobiecej psychice uznawane jest za niezbędne i konieczne, a przecież faceci wiedzą doskonale, że konieczne jest tylko żeglowanie. Wiadomo - navigare necese est.
Chłopy zasiadły więc w cieniu szopy i mając na widoku wędzarnię przepijały do siebie, raz za razem, raz za razem. Chwilę później pojawił się Strażak. Szedł co prawda do lasu pociąć smreki ale nie odmówił wypicia jednego. Odłożył tylko motorówkę pod stajnią i zasiadł w tworzącym się właśnie kółku zainteresowań. Potem doszedł jeszcze Krakus, ciekaw wszystkiego co związane z tradycjami i obyczajami. Taki chory na te obyczaje i tradycje. Kosztem sporej kasy remontuje chałupę, starając się utrzymać jej klimat, podczas gdy miejscowi pukają się z wyrozumiałością w czoło. Twierdzą że „ trza było zwalić wszystko z góry i postawić nowe z maksa.
Bez grzyba w drewnie, myszy i kun, ale też bez duszy, jak często mówił Krakus.
Do kompletu brakowało jeszcze Staszka-degustatora. Pojawił się był pod koniec wędzenia, ponieważ obowiązki wobec ziemi i natury wypomniała mu i wyegzekwowała jego ślubna małżonka. Józek już wykonał kurs po drugą flaszkę, która gdy tylko poczuła powietrze parowała z siłą taką, że Józef przemyśliwał kurs po następną. W tak zwanym międzyczasie kiełbasa dojrzała już do konsumpcji. Wyciągnięto więc kij, a Józek z całej kupy wyciągnął jedno pęto rzucając je na deskę. Ociekająca w tłuszczu, gorąca, świeżo wędzona kiełbasa. Cholernie niezdrowa, szalenie apetyczna, kusząca jak kobieta swoimi wdziękami. Najbardziej napalony na kiełbasę był chyba Krakus, ale po kilku latach przenikania się wzajemnie kultur wiedział, że kiełbasa jest do zakąszania a nie obżarstwa. Gorzałka pobudziła krążenie. Języki stały się giętkie ale w innym niż Mikołaj Rej pragnął rodzaju giętkości.
- A Jasiek to był na robocie w tym no w tym ? - głośno zastanawiał się Staszek.
- W Anglii - podpowiedział mu znający zapewne tę opowieść i poirytowany lekko Zbyszek.
- W żadnej Anglii, w Londynie - obruszył się Staszek.
Przepił do Strażaka, przepisowo strzepnął resztki gorzałki pod nogi i uzupełnił puste szkło. Długim nożem wyrobionym w półksiężyc od częstego ostrzenia, zaciął kawałek świeżo uwędzonej kiełbasy, obrał jelito wsadził do ust, żując ze znawstwem.
- Dwa tyźnie temu to my robili kiełbasę u stryka Karola, ale my wypili ździebko za dużo i stryk się uśpił przy wędzarni. Okrył się derką i zamknął oczy, a jak się obudził to w jelitach latało w koło wysuszone mięso. A i boczków nie było tylko skóry zostały. Ech żal, ale gorzałka była przednia, bo ją stryk napędził na chrzciny najmłodszego wnuka, jeszcze w zeszłym roku.
- A tam, stryk pędził. Przecie wiecie, że to ciotka kręciła – poprawili Staszka zebrani.
A czemu się mówi kręciła jak ona leci z destylatora - spytał Krakus pragnący się jak zwykle przypodobać zgromadzonym w myśl zasady, jeśli wszedłeś między wrony musisz krakać jaki i one.
- No bo jak się nastawia zaczyn z cukru i dojrzeje, to można zostawić i się samo przedestyluje. Trzeba tylko uważać żeby nie palić zbyt mocno, bo zaciągnie do rurek i będzie mętne. A jak się robi z żyta, to trzeba kręcić tym co w kotle, żeby się ziarna nie przypaliły. Śmierdzi wtedy jak kruca fuks.
-To stąd się mówi ukręciłem sobie trzy litry żytniówki - zorientował się Krakus.
- Jak żem zeszłym razem pędził tom przypalił – przyznał się Franek.
- I cóżeś zrobił ?
- A przepuściłem przez węgiel drzewny, com go miał w piecu. I doprawiłem karmelem. Smród trochę minął, ale jak się ją wypiło, to w żołądku robiło się jak przy ognisku. Nikt jej nie chciał pić. Dopiero jak my sprzedali konia to przyszli kupce i my zaczęli. Po trzeciej flaszce ja im mówię - gorzałki już nie mam, tylko taką co mi się nie udała.
- Dawaj popróbować - powiedział nowy właściciel konia. Wypilimy tak jeszcze dwie flaszki, tylko te kupce co kwila chodziły wonitować za chałupę. Jam to strzymał dopiero mnie wzieno nocą i trzymało do połednia. A oczy to mi mało nie wyszły ze łba.
- Oj głupiś Franek –podsumował ktoś z zebranych. Przecież można się było struć.
- Swojom się nie strujesz - powiedział ze znawstwem Staszek.
- Ten mój znajomy co był w tym no, no ?
- Londynie - odparli chórem zebrani.
- To tam kupował takie wino owocowe, nawet dobre bo jeszcze do tego tanie. Tylko potem po wypiciu to go tak trzymało. Aż od tego małpiego rozumu dostawał.
- Wina to ja nie lubię - powiedział ze wstrętem Józek - Jak żem się kiedyś struł winem co takie słodkie było, tom sobie obiecał, że w życiu nie wezmę do gęby.
- No ale to chyba było lepsze niż picie gnojówki - zażartował Strażak.
Wszyscy parsknęli śmiechem, no może z wyjątkiem Staszka.
- A o co chodzi z tą gnojówką ? - dopytywał się swoim zwyczajem Krakus.
- A o tym to ci opowiemy następnym razem, ale ciekawość będzie Cię kosztować flaszkę. Stoi?
W tym stanie ciała i ducha Krakus byłby w stanie zgodzić się nie tylko na jedną flaszkę. Wszak gorzałka złodziejka łagodzi obyczaje i uskrzydla duszę.