To mi się udało rozśmieszyć Jaśka
z gór.
W zasadzie to ja osobiście mam małą zasługę w
doprowadzeniu go najpierw śmiechu a potem w wyprowadzeniu go z równowagi.
Po prostu przekazałem mu decyzję Unii
Europejskiej w sprawie zakazu wędzenia drzewem, o której przeczytałem zaraz po świątecznym śniadanie z pachnącą czosnkiem, profesjonalnie uwędzoną w czereśniowym dymie kiełbasą.
Tak więc ani kiełbasa, ani boczek,
ani tym bardziej żadne szynki nie będą już dochodzić w
tradycyjnym dymie bukowym, czereśniowym czy wiśniowym.
Unia zabrania.
- One to se mogą zabraniać –
powiedział Jasiek - a ja to mam tak głęboko w dupie, że nie doleci
tam żaden nawet najmniejszy zapach z mojej wędzarni.
A od mojej
wędzarni wara bo po łbie dam.
Jasiek trochę się nakręcił bo zaraz dodał:
- Konia już co prawda nie mam ale orczyk
do obrony chałupy pozostał, po ojcu jeszcze. Oj nie życzę nikomu co by mu się
orczykowe kółko na plecach odbiło.
Taki to właśnie pierwszy komentarz na
temat zakazu wędzenia usłyszałem od bezpośrednio
zainteresowanych.
Pytanie dlaczego nie zareagował nikt w
imieniu większych producentów?
Bo oni od dawna nie wędzą a tylko natryskując
kiełbasy dymem w płynie. Co prawda sam tego nie widziałem, ale tak
mówią.
Ciekaw jestem co zdrowsze dla naszego organizmu, dym czereśniowy czy chemia w płynie? Ten znak zapytania na końcu poprzedniego zdania to tak tylko pro forma, bo odpowiedź znam doskonale.
A czy może być coś lepszego niż
wiejska kiełbasa zrobiona dla swoich, według sekretnej receptury i
spokojnie wędzona w ogrodowej wędzarni?
Nie może. I stawiam tu dolary
przeciwko orzechom, że w tej kwestii nic na polskiej wsi się nie
zmieni.
Kilka lat temu w zasadzie na początku
mojej blogowej kariery napisałem tekst o wiejskim świniobiciu.
Pozwolę sobie go tutaj zacytować bez odsyłania linkiem gdzieś w
mroki prehistorii. (2009)
Tekst
bez związku z tzw świńską grypą. Jak mówił śp Maciej Kuroń :
wiem co jem, a Wy wiecie ?
Była już około wpół
do piątej. Mrok stajni przełamał blask żarówki
czterdziestowatowej, ciemniejszej jednak w blasku ponieważ po
ostatnim sezonie mocno została zapaskudzona przez muchy, które
gęsto obsiadały ją nie bacząc na niebezpieczeństwo z tego
wynikające. Z za drzwi wyłonił się Józek, gospodarz i dobrodziej
tutejszej stajni oraz całego gospodarstwa rolnego, za nim Staszek,
miejscowy osiłek co to może nie pogada, ale przepisowo w ryj
przypieprzyć potrafi. Poza tym dusza człowiek zawsze chętny do
pomocy, jeżeli ktoś jej potrzebuje. Krowy leniwie uchyliły po
jednej powiece, bo to jeszcze nie pora aby poić a tym bardziej by
ciągnąć za mleczne cycki. Tylko świnie jak to zwykle zaczęły
pochrząkiwać radośnie, bo widok gospodarza nieodmiennie kojarzył
im się z pełnym korytem. Najbliższa przyszłość jednej z nich
nie rysowała się jednak w różowych barwach, ponieważ na tę
właśnie sobotę Józek zaplanował tradycyjne świniobicie.
Nieświadoma swej roli w dzisiejszym spektaklu jedna z nich podbiegła
zbyt blisko gospodarza, który fachowym chwytem złapał ją za uszy
i kopniakami zachęcił do udania się w wyznaczonym kierunku.
Staszek złapał za tylne nogi, dźwignął do góry i w ten sposób
świnia znalazła się w stalowym uścisku dwóch rządnych krwi
facetów. Nim reszta zwierząt pojęła o co chodzi, opuścili we
trójkę chlew, udając się w tą ostatnią życiową drogę
wypasionej blondyny. Uderzenie obucha siekiery zwaliło świnię z
nóg a następne rozpłatało czaszkę, pozbawiając całkowicie
życia. Jeszcze w ostatnim tchnieniu zwierzę wydało ciche
charknięcie, zanim po raz ostatni wypuściło z siebie powietrze.
- O dzisiaj Józek bije -
rozległo się w okolicznych domach. Potem każdy z nich przewrócił
się na drugi bok przymykając oczy, bo do karmienia inwentarza
zostało jeszcze ze dwie godziny, a w pościeli obok leżała, pełna
wewnętrznego ciepła małżonka, atrakcyjna w tej chwili chociażby
przez sam fakt tego, że aktualnie była pod ręką.
Kiedy słońce w końcu
wyszło zza góry, oświetliło wiszące ciało świni. Tylne nogi
podwieszone były do futryny drzwi od stodoły solidnym łańcuchem.
Brzuch rozpłatany, pozbawiony wnętrzności, krew do kaszanki
złapana, jelita do kiełbas czyszczone i płukane w przepływającym
przez osiedle potoczku. Każdy z domowników znający dokładnie
swoje obowiązki sprawnie przemykał przez podwórko. Pojawił się
już Karol z maszynką do mielenia mięsa. To on dzisiaj będzie
mistrzem ceremonii, on to za pięćdziesiąt zeta plus bonus mięsny,
przerobi kwiczącą jeszcze niedawno świnię na kiełbasy boczki
,salcesony i pasztetowe. Józek udał się do spiżarni gdzie z
większego baniaka do półlitrowej butelki zlał swojską gorzałkę,
którą przerobił w zeszłym tygodniu, przezornie planując
dzisiejsze świniobicie. Zakręcił ręką metalową nakrętkę i już
miał wyjść gasząc światło, ale po chwili zastanowienia cofnął
się i nalał jeszcze jedną połówkę. Potem starannie zamknął
baniaczek, zgasił światło i zamknął za sobą drzwi do spiżarni.
Jedną butelkę zostawił za drzwiami do sieni a z drugą wyszedł do
szopy.
- A napijcie się Karolu
na dobrą robotę.
Cyk, cyk i dobrodziejka
gorzałka zaczęła krążyć w żyłach rzeźników amatorów.
- Wypijmy jeszcze po
jednym bo za chwile przyjdzie Staszek .
Staszek to gospodarz i
sąsiad z osiedla, wielki admirator swojskiej gorzałki oraz każdego
innego płynu zawierającego procenty. Staszek potrafił wyczuć
otwartą butelkę z odległości pięciuset metrów i wcześniej czy
później można go zauważyć w szerokim gronie konsumentów.
Mięso odkrojone schaby
schładzane przed zamrożeniem, kości i głowizna gotują się na
salceson a wątroba na pasztetową. Słonina oceniona według
specjalnej miary. O ile Anglicy mierzą odległość w stopach u nas
grubość słoniny mierzy się palcami. I te komentarze w stylu
- Dobra słonina gruba na
dwa palce . A w zeszłym roku to Swok Maciej miał świnię co miała
słoninę na trzy palce.
Ostatnimi jednak laty
bardziej ceni się mięso niż słoninę, wieś też się bogaci.
Mięso zmielone przyprawione do smaku. Karol wziął odrobinę w dwa
palce i takie surowe włożył do ust.
- Będzie dobrze , lubię
pikantną.
Napychanie jelit mięsnym
farszem kończy rytuał, potem tylko powiązać na kij i do wędzarni.
Faceci mają czas wolny. Teraz kobiety zajęły się myciem,
sprzątaniem i czymś tam jeszcze co w kobiecej psychice uznawane
jest za niezbędne i konieczne, a przecież faceci wiedzą doskonale,
że konieczne jest tylko żeglowanie. Wiadomo - navigare necese est.
Chłopy zasiadły więc w
cieniu szopy i mając na widoku wędzarnię przepijały do siebie,
raz za razem, raz za razem. Chwilę później pojawił się Strażak.
Szedł co prawda do lasu pociąć smreki ale nie odmówił wypicia
jednego. Odłożył tylko motorówkę pod stajnią i zasiadł w
tworzącym się właśnie kółku zainteresowań. Potem doszedł
jeszcze Krakus, ciekaw wszystkiego co związane z tradycjami i
obyczajami. Taki chory na te obyczaje i tradycje. Kosztem sporej kasy
remontuje chałupę, starając się utrzymać jej klimat, podczas gdy
miejscowi pukają się z wyrozumiałością w czoło. Twierdzą że „
trza było zwalić wszystko z góry i postawić nowe z maksa.
Bez grzyba w drewnie,
myszy i kun, ale też bez duszy, jak często mówił Krakus.
Do kompletu brakowało
jeszcze Staszka-degustatora. Pojawił się był pod koniec wędzenia,
ponieważ obowiązki wobec ziemi i natury wypomniała mu i
wyegzekwowała jego ślubna małżonka. Józek już wykonał kurs po
drugą flaszkę, która gdy tylko poczuła powietrze parowała z siłą
taką, że Józef przemyśliwał kurs po następną. W tak zwanym
międzyczasie kiełbasa dojrzała już do konsumpcji. Wyciągnięto
więc kij, a Józek z całej kupy wyciągnął jedno pęto rzucając
je na deskę. Ociekająca w tłuszczu, gorąca, świeżo wędzona
kiełbasa. Cholernie niezdrowa, szalenie apetyczna, kusząca jak
kobieta swoimi wdziękami. Najbardziej napalony na kiełbasę był
chyba Krakus, ale po kilku latach przenikania się wzajemnie kultur
wiedział, że kiełbasa jest do zakąszania a nie obżarstwa.
Gorzałka pobudziła krążenie. Języki stały się giętkie ale w
innym niż Mikołaj Rej pragnął rodzaju giętkości.
- A Jasiek to był na
robocie w tym no w tym ? - głośno zastanawiał się Staszek.
- W Anglii - podpowiedział
mu znający zapewne tę opowieść i poirytowany lekko Zbyszek.
- W żadnej Anglii, w
Londynie - obruszył się Staszek.
Przepił do Strażaka,
przepisowo strzepnął resztki gorzałki pod nogi i uzupełnił puste
szkło. Długim nożem wyrobionym w półksiężyc od częstego
ostrzenia, zaciął kawałek świeżo uwędzonej kiełbasy, obrał
jelito wsadził do ust, żując ze znawstwem.
- Dwa tyźnie temu to my
robili kiełbasę u stryka Karola, ale my wypili ździebko za dużo i
stryk się uśpił przy wędzarni. Okrył się derką i zamknął
oczy, a jak się obudził to w jelitach latało w koło wysuszone
mięso. A i boczków nie było tylko skóry zostały. Ech żal, ale
gorzałka była przednia, bo ją stryk napędził na chrzciny
najmłodszego wnuka, jeszcze w zeszłym roku.
- A tam, stryk pędził.
Przecie wiecie, że to ciotka kręciła – poprawili Staszka
zebrani.
A czemu się mówi kręciła
jak ona leci z destylatora - spytał Krakus pragnący się jak zwykle
przypodobać zgromadzonym w myśl zasady, jeśli wszedłeś między
wrony musisz krakać jaki i one.
- No bo jak się nastawia
zaczyn z cukru i dojrzeje, to można zostawić i się samo
przedestyluje. Trzeba tylko uważać żeby nie palić zbyt mocno, bo
zaciągnie do rurek i będzie mętne. A jak się robi z żyta, to
trzeba kręcić tym co w kotle, żeby się ziarna nie przypaliły.
Śmierdzi wtedy jak kruca fuks.
-To stąd się mówi
ukręciłem sobie trzy litry żytniówki - zorientował się Krakus.
- Jak żem zeszłym razem
pędził tom przypalił – przyznał się Franek.
- I cóżeś zrobił ?
- A przepuściłem przez
węgiel drzewny, com go miał w piecu. I doprawiłem karmelem. Smród
trochę minął, ale jak się ją wypiło, to w żołądku robiło
się jak przy ognisku. Nikt jej nie chciał pić. Dopiero jak my
sprzedali konia to przyszli kupce i my zaczęli. Po trzeciej flaszce
ja im mówię - gorzałki już nie mam, tylko taką co mi się nie
udała.
- Dawaj popróbować -
powiedział nowy właściciel konia. Wypilimy tak jeszcze dwie
flaszki, tylko te kupce co kwila chodziły wonitować za chałupę.
Jam to strzymał dopiero mnie wzieno nocą i trzymało do połednia.
A oczy to mi mało nie wyszły ze łba.
- Oj głupiś Franek
–podsumował ktoś z zebranych. Przecież można się było struć.
- Swojom się nie strujesz
- powiedział ze znawstwem Staszek.
- Ten mój znajomy co był
w tym no, no ?
- Londynie - odparli
chórem zebrani.
- To tam kupował takie
wino owocowe, nawet dobre bo jeszcze do tego tanie. Tylko potem po
wypiciu to go tak trzymało. Aż od tego małpiego rozumu dostawał.
- Wina to ja nie lubię -
powiedział ze wstrętem Józek - Jak żem się kiedyś struł winem
co takie słodkie było, tom sobie obiecał, że w życiu nie wezmę
do gęby.
- No ale to chyba było
lepsze niż picie gnojówki - zażartował Strażak.
Wszyscy parsknęli
śmiechem, no może z wyjątkiem Staszka.
- A o co chodzi z tą
gnojówką ? - dopytywał się swoim zwyczajem Krakus.
- A o tym to ci opowiemy
następnym razem, ale ciekawość będzie Cię kosztować flaszkę.
Stoi?
W tym stanie ciała i
ducha Krakus byłby w stanie zgodzić się nie tylko na jedną
flaszkę. Wszak gorzałka złodziejka łagodzi obyczaje i uskrzydla
duszę.