czwartek, 28 lipca 2016

Niech żyje bal

Kiedy prawie dojeżdżałem do dobrze znanego przystanku, ustawiłem się w pełnej gotowości do wyjścia, na środkowym pomoście tramwaju.
- No Panie Antoni dojeżdżamy.
- Jak co tydzień Panie Wacku. Dowiózł mnie pan sprawnie i bezpiecznie. Dziękuję.
Tramwaj zatrzymał się ze zgrzytem szyn, niczym u Tuwima. Nacisnąłem przycisk automatycznego otwierania drzwi, a one zgodnie z oczekiwaniem rozchyliły się na boki. Wyskoczyłem na chodnik. Szybko ruszyłem w dobrze znanym kierunku. Z przyzwyczajenia przeskoczyłem nad nierównością kostki, chociaż tę nierówność naprawiono już trzy miesiące temu. Jednak ostatnie pięć lat straszyła swoją obecnością i przyzwyczaiła do ostrożności.
Minąłem stare, ręcznie kute ogrodzenie które ktoś pomalował na granatowy kolor. Zżymałem się trochę nad tą decyzją, będąc wyznawcą zasady wyboru koloru Forda T.
Każdy może sobie wybrać kolor swojego samochodu pod warunkiem, że będzie to kolor czarny.
Od ponad pięciu lat myślałem o tych fordach mijając wspomniane ogrodzenie, od ponad czterech sam będąc mocno znudzony tym porównaniem. Przyzwyczajenia są drugą naturą, ale gdybyśmy mieli wpływ na własne skojarzenia, to kojarzyłbym co miesiąc z czymś innym.
W końcu to jakaś inność – pocieszałem się – z reguły wszystko pozostałe kojarzy ci się z seksem.
Jeszcze plakat z hasłem żywcem wyjęty z ubiegłego stulecia, dokładnie z wczesnych lat pięćdziesiątych – „Odwiedź swoja stolicę”. Poniżej ktoś młody zapewne bez stołecznych naleciałości umieścił zdjęcia trzech pustych słoików.
Dlaczego pustych? Dlaczego nie ma w nich bigosu, fasolki po bretońsku albo smalcu z cebulką?
Takie puste słoiki powinny uzupełniać hasło „Wróć do korzeni, odwiedź rodzinę na wsi”.
Jak ja ostatnio odwiedziłem swojego kuzyna na wsi, to dostałem dwa kilo białego sera i dwadzieścia jajek, a jak pojechałem do stolicy to musiałem zapłacić menelowi za pilnowanie auta zaparkowanego w pobliżu Pałacu Kultury.
- Bo wie pan ni stąd ni zowąd, mogliby by porysować panu to piękne auto.
Auto nie jest piękne i jest stare w dodatku, ale aluzję zrozumiałem.
Jeszcze przejście dla pieszych, na którym mijałem się często z jedną starsza panią. Nie wiem nawet jak ma na imię, ale los stykał nas tak często, że w pewnym momencie kiwnąłem jej głową na powitanie. Ona odwzajemniła gest i tak już zostało. Stało się to nawet elementem jakiejś celebry.
Zastanawiałem się nieraz, ile przypadku jest w tym naszym spotkaniu na skrzyżowaniu?
Starsza Pani nie zawiodła i precyzyjnie pojawiła się na środku zebry, w tej samej co i ja chwili.
Kiwnąłem głową a ona odwzajemniła gest z uśmiechem.
- Siedemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia jeden.
Drzwi na klatkę schodową ustąpiły lekko a ja niczym nastolatek wskoczyłem od razu na drugi stopień i przeskakując dalej tak samo, pokonałem pierwsze półpiętro. Na zakręcie sprawdziłem obecność napisu, który ktoś wykonał zwykłym ołówkiem HB, na malowanej emulsją ścianie.
„Ludzie myjcie ręce po zabawie polityką”
„Chyba huje” - ktoś dopisał długopisem
„I koniecznie usta” – rozbawiony dopisałem podobnym ołówkiem
„To chyba we Francji” - długopis dopisał tym samym charakterem.
A niby tylko ja mam jedną kategorię skojarzeń.
Nie kontynuowałem jednak tej wymiany myśli. Szkoda mi było ściany.
W czasie poniżej jednej minuty pojawiłem się pod dobrze znanymi drzwiami.
Z pamięci mógłbym wymienić wszystkie ich rysy i zadrapania. O, to od kluczy tu poniżej zamka i ta resztka kleju po plastrze nad wizjerem. Zakrywał kiedyś otwór w drzwiach, gdy ktoś rozbił szkiełko. Trudno było znaleźć część do przedwojennych drzwi a jednak udało się. Tylko ten klej z plastra zasechł i ktoś machnął nad nim ręką.
- Przeszlifuje się przy malowaniu.
Właściciel mieszkania od dłuższego czasu coś remontował i w zasadzie do renowacji pozostał już tylko przedpokój z owymi właśnie drzwiami, zdobnymi w dużą mosiężną klamkę.
Odruchowo ją nacisnąłem.
Z zaskoczeniem przyjąłem opór materii. Drzwi pozostały zamknięte.
Od pierwszej wizyty tutaj, zawsze spotykałem drzwi przyjaźnie otwarte, a lata odwiedzin przyzwyczaiły mnie do pewnej poufałości i pewności siebie.
Złapałem za klamkę jeszcze raz. Nie, nie myliłem się. Drzwi były zamknięte
Rozejrzałem się wokół futryny w poszukiwaniu dzwonka. Był, równie stary jak reszta drzwi, nadając wnętrzu jakiś taki secesyjny wygląd.
Nacisnąłem czarny guzik a wewnątrz rozległo się donośne dzwonienie.
Przystawiłem ucho do drewna. Przez chwilę nie stwierdziłem żadnego zainteresowania moim przybyciem. Z głębi mieszkania dobiegała znajoma muzyka. Maryla Rodowicz drugi raz powtarzała refren

Niech żyje bal!
Bo to życie to bal jest nad bale!
Niech żyje bal!
Drugi raz nie zaproszą nas wcale!
Orkiestra gra!
Jeszcze tańczą i drzwi są otwarte!
Dzień warty dnia!
A to życie zachodu jest warte!

„Moje” drzwi pozostawały zamknięte.
Nacisnąłem dzwonek jeszcze raz i może odrobinę bezczelnie, raz jeszcze.
- Zaraz, zaraz - usłyszałem w odpowiedzi na natarczywość
Dało się słyszeć zgrzyt zasuwy w zamku i jedna połowa drzwi uchyliła się ledwie na klika centymetrów. Przez powstałą szparę usłyszałem pytanie
- Ma Pan zaproszenie?
- Nie nie mam, ale ja tu bywam regularnie. Przynajmniej raz w tygodniu.
- Ja tam Pana nie znam. Poza tym, bez zaproszenia nie wpuszczam
- No ale właściciel mnie zna
- Mnie proszę Pana właściciel zatrudnił by nie musiał się trudzić z takim co to chcą bez zaproszenia wejść, nie wiadomo w jakim celu.
- Ale ja zawsze mam szlachetne intencje. Zdarza się, że mam w zanadrzu parę złośliwości ale to są zawsze złośliwości życzliwe. Dworskie rzekłbym, aluzyjne.
- Ja tam się na aluzjach nie znam i jak powiedziałem tak mówię. Bez zaproszenia Pan nie wjedzie.
Daremne żale, próżny trud, Bezsilne złorzeczenia! bo argumentów żadnych moc nie złamie tego postanowienia.
- No proszę parafrazuje Pan Asnyka. Pan nie może być tylko ograniczonym ochroniarzem.
- Ja proszę Pana jestem nieograniczonym ochroniarzem i pana nie wpuszczę jak pan nie ma zaproszenia. A jak pan nie ma, to dla mnie pan jest już historią. A jak mówi poeta?
- No jak mówi ? - Nie skojarzyłem,
- Trzeba z żywymi naprzód iść, Po życie sięgać nowe...
- A nie w uwiędłych laurów liść, z uporem stroić głowę – przypomniałem sobie ciąg dalszy - A może to tylko jakieś niedopatrzenie i da się je wyjaśnić? Może jakaś pomyłka ?
- Pomyłka, pomyłka. Pomyłka to było imię mojej pierwszej żony o której i bez pana przypominania nie mogę zapomnieć.
- A może jest jakaś lista.
- Nie ma listy, są zaproszenia. Jak Pan nie ma to Pan nie wjedzie. I niech pan nie nudzi bo gospodarz ludzki pan, przygotował poczęstunek i dla ochroniarzy. Strogonow mi stygnie a wódka się grzeje.-
No do strogonowa to pewnie smirnoff pasuje – rozmarzyłem się ale zaraz wróciłem do rzeczywistości - A kto to w pracy pije?
Złapałem się byle czego jak ten tonący co to się brzytwy chwyta.
Ja piję Panie...Jak się Pan nazywa ?
- Relski. Antoni Relski
- Panie Relski jesteś pan historią. A jak pan wiesz, teraz i historię piszemy na nowo. Taka zmiana, dobra zmiana – powiedział i zaczął rechotać tak strasznie, że aż ciarki przeszły mnie po kręgosłupie. Spotęgowało to jeszcze gasnące właśnie na klatce schodowej światło.
Próbowałem odnaleźć przycisk. Zamiast tego nacisnąłem dzwonek do sąsiednich drzwi.
Nie czekałem na finał pomyłki i zbiegłem schodami na dól, na tyle szybko na ile mrok pozwalał
Nie starałem się nawet na rozróżnianie poszczególnych schodów. Już na parterze słyszałem jak z otwartych drzwi dobiegł mnie niski tubalny głos.
- Na tych pijaków to siły nie ma. Zośka jak chyba wykręcę ten pieprzony dzwonek. Codziennie jakiś buc mnie zrywa sprzed telewizora. Piwo się grzeje a ja ligę tracę.
Nie przepraszałem za pomyłkę nawet z oddali, wyszedłem przed dom.
Dalej pozostawałem w ciężkim niedowierzaniu i stresie. Tylko piekące policzki dawały tej chwili odrobinę realizmu.
Stanąłem na szczycie czterech schodów prowadzących do drzwi wejściowych na klatkę.
Spojrzałem jeszcze raz w okna. Światło sączyło się przez niedosunięte zasłony, a poprzez uchylone okno dobiegały końcowe frazy piosenki

„Sucha kostucha - ta Miss Wykidajło,
wyłączy nam prąd w środku dnia.
Pchajmy wiec taczki obłędu, jak Byron,
bo raz mamy bal!
Niech żyje bal! …”

- Nie zaprosili?
Podniosłem oczy na wysokość postaci. Przede mną stał starszy mężczyzna z delikatną siwa bródką. Dałbym sobie rękę uciąć, że wyglądał niczym Ignacy Rzecki, subiekt. Gdzie tam subiekt wyglądał jak szef wszystkich subiektów w ziemi obiecanej dla wszelkiej maści słoików. Dla tych typu „twist” albo „weck” (czyli tych z gumką)
Zastanawiałem się nad tym nagłym skojarzeniem, ale w oddali mrugał zepsutym reflektorem plakat zachęcający do odwiedzin stolicy. Wszystko stało się jasne.
- Nie zaprosili – potwierdziłem niechętnie.
- Tak to już w życiu. Raz na wozie raz pod wozem. Nie można cały czas liczyć na miejsce w bufecie, czasem trzeba tak po chrześcijańsku odbić się od drzwi.
- A co ma chrześcijaństwo z tym wspólnego ? Zapytałem lekko poirytowany
- Ono uczy pokory.
- Pokory to u mnie potąd – zaznaczyłem wskazującym palcem poziomą linię na wysokości czoła.
- No to jeszcze trochę miejsca zostało.
- Liczyłem, że te parę lat coś znaczy.
- Toś się przeliczył drogi przyjacielu.
Nie był moim przyjacielem, ale pomimo irytacji wprowadzał jakiś pierwiastek spokoju do mojego nerwowego osądu aktualnej sytuacji.
- Powiedz mi ale tak szczerze, mieli taki obowiązek?
- No nie mieli
- Nie mieli i nie zaprosili. Czyż to nie zamyka tematu ?
No niby tak. Ale tak, żeby ochroniarz drzwi przed nosem ciach ?
- A jak byś chciał inaczej? Długiej wypowiedzi w trakcie której ktoś narazić się może na twoją ripostę?
- Mnie by wystarczyło, Jakoś cię kurwa nie lubię.
- Miej umiar. Nie każdy z byle powodu używa tego wulgarnego określenia. No a bez niego, przyznam szczerze, wypowiedź nie ma takiej mocy.
- Oj panie Rzecki - pomyślałem - świat Pana zmienił. Może i czas by zmienił mnie.
Odblokowałem smartfona.
Kontakty – wybierz – edytuj – usuń.
Potwierdź.
Chwilę trwało zanim nacisnąłem - OK
- Załatwione - powiedziałem ni to do siebie ni to do starego subiekta.
Jego już jednak nie było przede mną. W głębi ulicy zobaczyłem oddalająca się postać. Szedł lekko utykając, widać było jednak ciągle ten czarny płaszcz, kapelusz i śnieżnobiały szalik oddzielający od siebie obie części garderoby.
Wstaje idę i nie odwracam się. Minę tylko ten baner i ten parkan pomalowany na granatowy kolor.
Boże jak irytuje mnie ten kolor
Przystanek i jakby na żądanie jest potrzebny tramwaj.
Kiedy rozsunęły się drzwi i stanąłem na stopniach przedniego pomostu, usłyszałem znajome
- No Panie Antoni, coś się pan szybko dzisiaj uwinął.
- Tak jakoś wyszło.
Zająłem miejsce, a tramwaj ruszył. Jeszcze dwa przystanki dalej walczyłem ze sobą by nie odwrócić głowy. To była jedna z niewielu walk ze sobą które wygrałem.
Patrzyłem tylko za odjeżdżającym wagonem. Długo jeszcze w mroku wieczora majaczyły mi jego tylne światła. Potem znikły a ja zostałem sam w ten parny lipcowy wieczór.
Sam jak ten... Nie znalazłem odpowiedniego porównania.
Nic już nie będzie takie jak było wczoraj.
No pewnie, że nie będzie bo nie liczy się wczoraj. Liczy się tu i teraz. Liczy się też jutro ale to już niekoniecznie.

9 komentarzy:

  1. Nie do końca wiem, co o Twoim wpisie myśleć. Językowy majstersztyk - to pewne. Ale jakoś bardzo smutno mi się zrobiło. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem trzeba dostać takie "wypowiedzenie', żeby było lżej iść do przodu. Są rzeczy, które ciągną się i ciągną, nie potrafimy przerwać tego, a przecież wcale nie oznacza to, że te rzeczy są dla nas dobre. Jeszcze trochę się myśli, a potem cała sprawa niknie. Bywa, że od razu jest lżej, bywa, że trochę boli. A jeszcze potem zaczynamy dziwić się, że w ogóle coś takiego w naszym życiu zaistniało.
    No i kwestia tego przyzwyczajenia. Coś w rodzaju imperatywu. Robi się, bo się jest przyzwyczajonym, bo to powtarza się co roku, dlatego trzeba.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam i myślę. Oto pochwała dla autora. Skończyłam czytanie i nadal myślę. To już druga pochwała. Jak uporządkuję myśli to dodam może i trzecią...

    OdpowiedzUsuń
  4. Liczy się jutro, albo i nawet pojutrze, bo znowu coś napiszesz i poruszysz czułe struny i skłonisz do rozmyślań

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie chcieli, to stracili. Sami sobie są winni, a o nich samych natychmiast zapomnieć. Bez Ciebie nie istnieją.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. prawie jak w "Mistrzu i Małgorzacie"

    OdpowiedzUsuń
  7. Zdumiewające, że ów broniący przystępu pozostał nieprzekupnym...:) Chyba, że nie próbowałeś...:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pal diabli cel, droga była interesująca.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zrozumiałam to jako tekst dedykowany, chociaż pełen symboli i Twoich własnych odniesień.
    Najpierw myślałam, że jedziesz do pracy, bo mijałeś tę starszą panią, jak zwykle, jechałeś tym samym tramwajem... A potem nagle ten bal.
    Rozumiem, że pożegnałeś się z kimś, a raczej on z Tobą, bez uprzedzenia.
    Wielka niespodziewana przykrość Cię spotkała, aczkolwiek umiałeś to napisać w piękny i porywający sposób.
    iw nadal ta sama, chociaż w nowym miejscu

    OdpowiedzUsuń