czwartek, 12 listopada 2015

Wina, wina dajcie.

 
W związku albo bez związku tylko zupełnie przy okazji listopadowego Święta, Starszy wraz z małżonką wyskoczyli na kilka dni do Egeru.
Wystarczy dobrać dwa dni wolnego i już robi się bardzo fajny, kilkudniowy wypoczynek.
Ponieważ święty Marcin nie przyjechał w tym roku na białym koniu a silne co prawda wiatry przynoszą temperatury powyżej dziesięciu stopni, taki wyjazd to fajna odskocznia od dnia codziennego.
Dostaję teraz meldunki z licznych knajpek i winiarni położonych w Dolinie Pięknych Kobiet (Szepasszony-völgy), gdzie składowane są ponoć najlepsze wina Egeru.
Zamiast jednak obchodzić się smakiem i pałać pustą zazdrością, przyjmowaliśmy z małżonką te informacje popijając czerwone i wytrawne wino z okolic Corrbierres w Langwedocji.
Nie cena i gatunek a sentyment zdecydowały o tym wyborze. Wypiliśmy dla równowagi również jakieś białe aby było i patriotycznie.
Uspokajam, że rac nie odpalałem.
Przy okazji wspomnianych już relacji z degustowania win z czardaszem w tle i naszego z Francji wyszedł temat trzeciego czwartku listopada. Tak, to już dziewiętnastego listopada przypada dzień Beaujolais nouveau lub jak chcą sami Francuzi beaujolais primeur.
Słowo klucz, hasło i wyznacznik elegancji (absolutely must have, albo lepiej absolutely must drink) to po prostu młode, lekkie, cierpkie czerwone wino pochodzące z rejonu Beaujolais na północ od Lyonu we Francji.
To właśnie w trzeci czwartek listopada przypada święto Beaujolais, kiedy po raz pierwszy oferuje się w sprzedaży wino z bieżącego rocznika.
Okazuje się, że termin premiery wina jest usankcjonowany prawnie. Czytałem gdzieś, że to całe
świętowanie rozpoczęcia sprzedaży beaujolais nouveau było kiedyś lokalną tradycją w barach w Lyonie, ale dzięki wysiłkom marketingowym moda rozpowszechniła się na cały świat,
co widać nawet po półkach w naszych marketach.
A że o sukces marketingowy tu idzie świadczy cena za którą można kupić całkiem przyzwoite i leżakowane marki.
A co pijało się u nas do tradycyjnej gęsiny na Świętego Marcina?
Okazuje się, że Polacy nie gęsi, choć je jadają i pijali tak zwane wina świętomarcińskie.
Winem tym tradycyjnie raczono się w tej części Europy od 11 listopada do Świąt Bożego Narodzenia. Jak twierdzi Pani Małgorzata Swaryczewska ze Slow Food Polska, winem tym świętowany był koniec zbiorów oraz dzień św. Marcina (11 listopada), patrona winiarzy. Zwyczaj picia wina świętomarcińskiego był szczególnie silny przez wiele stuleci w Europie Środkowej i dawnych krajach habsburskich, gdzie przepisy prawne zezwalały właśnie w tym dniu rozpocząć sprzedaż młodego wina.
Jak więc z tej wypowiedzi wynika, nie powinniśmy w kwestii młodego wina czuć żadnych kompleksów i jak już musimy wybierajmy to co sercu bliższe.
Nasi ludzie w Egerze donoszą mi, że zwyczaj podawania młodego wina powrócił i tutaj a w menu tłumaczonym z madziarskiego na język Polski znajduje się również gęsina.
Z tym węgierskim tłumaczeniem to chyba gruba przesada, bo nasi południowi bracia zdali się na Wujka Google i chociaż chcieli dobrze wyszło jak to u nas braci Słowian bywa, jak zwykle. Oto przykład tłumaczenia



Czy dziwicie się, że po przeczytaniu pozycji z menu, Starszy wraz z małżonką wybrali tradycyjnie Gulyásleves . Tu przynajmniej wiadomo o co chodzi.

6 komentarzy:

  1. Jest dla mnie pociechą, że tłumacze wciąż są (i długo jeszcze będą) potrzebni.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam chociaż co rusz widzę w internecie reklamy w stylu - W 7 dni opanował język angielski - tłumacze są wściekli
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Zazdroszczę, gdyż mi dane jest tylko pić wino zakupione w najbliższym "owadzim markecie".
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja mam swoje domowe - gronowe. Ma już parę lat.
      Coraz gorzej jednak z piciem

      Usuń
    2. I ja jestem klientem winnych półek w tym markecie.
      POzdrawiam

      Usuń
  3. Do Tatul
    Może kiedyś uda się wprosić na to wino.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń