wtorek, 26 czerwca 2012

No i stało się. Jestem teściem



Powróciłem do codzienności. Codzienność zaskrzeczała awarią zamka przy służbowych drzwiach wejściowych. Wszystkie narzędzia niezbędne do naprawy znajdowały się dokładnie z drugiej strony feralnych drzwi. Dodatkowo, nad wszystkim czuwał uzbrojony alarm i gotowa do działań grupa operacyjna firmy ochroniarskiej. I tak pracownicy mieszali się z klientami, a wszyscy dawali dobre rady - jak objeść złośliwy zamek. Wspólnymi siłami sąsiadów którzy pożyczyli część narzędzi i klienta który w bagażniku wiózł przypadkowo, całkiem nowiutkie wiertła, po około pół godziny udało się wejść do środka. Skwitowałem to krótkim – kolejna spóźniona poranna kawa. Nie było zresztą czasu jej wypić, ponieważ zewsząd wypełzli interesanci i sprawy do załatwienia. Dwa dni urlopu z okazji ślubu syna poszły się paść i przyszło nadrabiać braki w dokumentacji. Wszystko spowodowane zastępstwem z przysłowiowej łapanki. Gdzieś koło południa, kiedy dopijałem resztki zimnego płynu naszło mnie na wspominki.
A więc to już od dwóch dni jestem teściem.
Jeszcze w piątek ganiałem za czymś tam i na szybko sklejałem coś do czegoś. A teraz już po wszystkim.
W sobotę od rana, przez nasz dom, dom rodziców Pana Młodego przewijała się fryzjerka i wizażystka, z pudłem pełnym kolorowych pędzelków i pudełek z tuszami. Na taki widok każdy zdrowo myślący mężczyzna chowa się w jakimś odległym kącie mieszkania.
Uczyniłem taki unik, mając się za zdrowo myślącego. Wypolerowałem jeszcze raz buty i skompletowałem części garderoby. Pasowały do siebie jak trzeba. Żona po tych wszystkich make - upach i w świeżo dopasowanej kreacji też do mnie pasowała.
A może to było odwrotnie i to ja, po raz pierwszy od dłuższego czasu nie w jeansach, pasowałem do niej?
W ostatniej chwili pojawiła się też teściowa. Tworząc bandę trojga udaliśmy się do domu Panny Młodej, na tradycyjne błogosławieństwo. Tam też po raz pierwszy zobaczyliśmy młodych w kreacjach ślubnych. Wyglądali fantastycznie. To jednak dobrze zobaczyć dopiero efekt starań i przymiarek.
Powiedzieliśmy parę patetycznych chociaż pięknych życzeń i wszyscy skierowali się do wyjścia. Przecież w kościele Wielebny już zacierał ręce, z nadzieją nową komórkę społeczną i rodzinę katolicką, bo to przecież ślub konkordatowy.
Kiedy byliśmy przed domem w oczekiwaniu na wyjście Młodych, żona podniosła wzrok do góry i krzyknęła
– Spójrz do góry!
Pod dom podjechała właśnie czarna dyplomatyczna Czajka. Kiedyś woziła sekretarzy komitetu, teraz młodych roześmianych i odważnych ludzi. Do ślubu kościelnego, co jest swego rodzaju chichotem historii.
Słońce wyszło za delikatnej chmury, oświetlając te początki wspólnej drogi, niezbyt gorącym, a raczej dodającym optymizmu światłem. Na niebie zaś,dokładnie nad samym domem krążył bocian. Leciał skądś – dokądś. Zatoczył dwa koła na domem Młodych, po czym powrócił do swoich zajęć.
- Ciekaw jestem jaka agencja je wynajmuje – zażartowałem.
- To chyba dobra wróżba na ten dzień – dodała żona.
Była to pierwsza, ale z pewnością nie ostatnia dobra wróżba tego dnia
- Wyprzedziliśmy sunącą z godnością Czajkę i skierowaliśmy się do kościoła.
Tu oczywiście powitanie rodziny, która się zdecydowała i znajomych których zapraszaliśmy.
Nosząc w butonierce czerwona różę, taką sama jak drugi teść czułem się kimś ważnym. W końcu było to i moje święto. Uwieńczenie decyzji i działań sprzed lat ponad trzydziestu. I tak smakował ten dzień od początku, niczym dojrzała trzydziestoletnia whisky, przechowywana z należytą ostrożnością.
I tylko oczy zrobiły mi się wilgotne, gdy młodzi składali sobie małżeńską przysięgę.
Żona pociągała nosem już od wejścia Młodych do kościoła. A dziewczyna mojego młodszego syna poprosiła o chusteczkę zaraz potem.
Nastrój tworzyły kościelne organy i obój, do tego jakiś anielski głos. Było niezbyt długo i treściwie.
Po wyjściu z kościoła, na Młodych posypały się płatki róż, bo ryżu ksiądz proboszcz zabronił.
Teściowa zorganizowała więc tych płatków tyle, że można by było załatwić cztery śluby i procesję w około krakowskiego rynku. Potem w ruch poszły jednogroszówki, a ktoś kto nie zna tamtejszego proboszcza sypnął ryżem. Życzenia, życzenia, życzenia.
A potem zwaliliśmy się do pewnego podkrakowskiego dworku, gdzie była organizowana część artystyczna.
Po żwirowej alejce, pod budynek podjechała limuzyna z której wysiedli mąż i żona, czyli jedno już ciało w dwóch osobach. Przyjęli chleb i sól oraz wraz z innymi wypili kieliszek szampana. Rzut szkła za siebie i śmiech. Bo chociaż oba kieliszki rozbiły się na szczęście w drobny mak, Młoda Żona trafiła w kamienne płytki, a Młody Mąż trafił wprost w wypolerowany na najwyższy połysk bagażnik Czajki.
Śmiał się nawet kierowca tej limuzyny i na chwilę chociaż powstrzymał się, by nie rzucić się do klapy i analizować ewentualne uszkodzenia.
A potem do stołu, według rozpiski jak na wczasach w Jastarni.
Młodzi dwoili się i troili, aby dobrać przy stole osoby – rodzinnie oraz wiekowo. To też się chyba udało.
A że zadanie było trudne, niech świadczy przekrój gości. Od zdobnej w elegancki kapelusz emerytowanej pani mecenas, do ubranego w czerwone jeansy, białe trampki i oryginalną biało niebieską koszulkę rosyjskiego marynarza, nauczyciela na kilkanaście lat przed emeryturą. Wino białe, węgierskie i czerwone z Południowej Afryki. Oba bardzo mi odpowiadały. W końcu sam brałem udział w wyborze. Nie mogłem jednak pogrążyć się w degustacji z kilku powodów. W końcu jestem ojcem pana młodego, po drugie następnego dnia przyjdzie jeździć samochodem, a po trzecie żona na wózku. Ten ostatni powód jest najbardziej błahy, ponieważ kobieta mojego życia była wyluzowana i szalała na sali bankietowej jak i na parkiecie. Korzystał z tego kamerzysta i pani fotograf, która co rusz pstrykała zdjęcia moją żoną w akcji. Powiem uczciwie, że tego luzu to jaj jej zazdrościłem, ponieważ sam nie wyluzowałem się do tego stopnia, aby samemu pójść w tany.
Trwam w takim zamkniętym kole - nie lubię bo nie umiem. Nie umiem bo nie lubię. Sam namawiam jednak własne dzieci, aby nie dziedziczyły tej skłonności po mnie.
Starszy pokazał, że nie jest na tę taneczną bierność skazany.
Na pierwszy taniec wybrali walc z Ziemi Obiecanej. Oczywiście z choreografią. Wśród burzy braw i łez wzruszenia, sunęli po parkiecie w rytm melodii z mojego ukochanego filmu. Egoistycznie przyjąłem to jako ukłon w moją stronę. A jednak można tańczyć nawet z moim nazwiskiem.
A potem wszyscy już kręcili się, bez względu na gatunek granej muzyki.
Mój francuski przyjaciel, który nie był w Polsce ponad pięć lat, nie mógł nadziwić się, że o takiej późnej porze w wiaderkach z lodem leżały zakręcone butelki pełne wódki.
- Ale w Polsce zmieniło się za te kilka lat.
Po pierwsze większość przyjęła opcję winną. A po drugie, może tego nie zauważamy, może nie chcemy, ale idziemy do przodu.
Okazało się, że w tamtej rodzinie było również kilkoro francuzów. Mogli więc spokojnie stworzyć frankońskie kółko zainteresowań.
Siłą wyrwałem z objęć zabawy moją żonę. Ktoś w końcu powinien panować nad czasem.
- Jest czwarta trzydzieści – idziemy spać.
Poszła niechętnie, bezszelestnie sunąc kołami po dębowej podłodze odrestaurowanego dworku.
Pełen wrażeń spałem raptem dwie godziny i przed siódmą powróciłem do życia.
Prysznic, świeże ubranie i byłem powtórnie otwarty na świat.
Zestresowałem tylko panią drzemiącą na recepcji.
Koniecznie chciała mi zrobić kawę, a ja chciałem tylko pospacerować po alejkach starego parku. Otworzyłem sobie samodzielnie dworek i poszedłem w dal żwirową aleją. Nie wiem czy to chęć życia, czy emocje nie pozwalały mi spać. Ważne, że chłonąłem chłód poranka pełnymi płucami zachwycając się okolicą. Zauważyłem też pewne drobne niedociągnięcia w remoncie. Takie zawodowe skrzywienie.
Śniadanie na tarasie i wyjazd, tylko po to by zmienić ubranie i pojawić się na niedzielnym obiedzie między rodzinnym. Niektórzy nazywają to również poprawinami.
Wszystkie punkty odhaczone. Wszystko udało się bez wtopy. Mogliśmy więc cieszyć serce widokiem szczęśliwych dzieci. Naszych dzieci.
A człowiek to taki dziwny jest jak nieszczęśliwy to płacze i jak szczęśliwy tez płacze.

22 komentarze:

  1. Gratulacje na nowej drodze życia, Teściu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. I jeszcze dochodzę do siebie

      Usuń
  2. Też tak masz, że łzy na wierzchu?
    Ale ulga, że się udało wielka co?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Należę do tych co się szybko wzruszają . A więc i głos się lamie i oczy wilgotne
      Ale to żadne wstyd nawet dla faceta.
      Poza ty masz rację - ulga
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. dziękuję Ci za podzielenie się z nami tak ważnym zdarzeniem, dobrze czytać o szczęściu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze lepiej w nim uczestniczyć choć przez chwilę. Miło mi o tym pisać. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Tak, człowiek , to jeszcze zawsze psioczy czy jest mu dobrze, czy jest mu źle.Ech! Chciałoby się rzec: i ja tam byłam, miód i wino piłam...ale może innym razem. Pozdrawiam, Hanula
    PS I po co było się tak nakręcać? Skoro i tak musiało się wszystko udać, i po co ja się pytam...chyba dla zasady.
    PSS A zamek widocznie nienaoliwiony...i się zaciął. Może w pracy nie zachowałeś się jak świeżo upieczony teść:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak nie będziesz panikować to zaraz ktoś powie że ci nie zależy.
      A potem sam przekonuje się do tych nerwów i wszystko żyje własnym już życiem
      A do tego zamek nie był używany. Zastępca jakimś cudem go zamknął bo nie wiedział, że się tego nie robi
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Bajka, eh rozmarzyłam się :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świekrem, Mospanie, świekrem:))
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). No i pięknie było i dobrego omenu nie zabrakło - czyli szczęście na całej linii.
    Pozdrawiam Mirek

    OdpowiedzUsuń
  8. Też się wzruszyłam ... :)
    I niech im się szczęści. Cieszę się, że ta jedna z najważniejszych w życiu impreza była tak wyjątkowo udana i wszystko się udało :)
    pozdrowienia teściu!

    OdpowiedzUsuń
  9. Cześć Antoni
    Tak to fajnie opisałeś, że chyba polubię śluby ;) Pozdrawiam, JerryW_54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki
      No wiesz śluby własnych dzieci, jeżeli nie jesteś gderliwym rodzicem z reguły bywają ładne
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. A jakbyś tak jednak podegustował, to ruszyłbyś w te tany? Czy zaciętym antydanserem? ;)
    Gratuluję Antoni nowej roli w życiu i życzę, byście oboje z Małżonką zyskali z miejsca szczere i zasłużone miano (drugich) rodziców, a nie tylko teściów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za życzenia.
      Fakt, że na przeszkodzie w pełnym wyluzowaniu stanęła rozsądna degustacja, ale jakże by mogło być inaczej na ślubie własnego dziecka.
      Pozdrawiam

      Usuń