poniedziałek, 9 czerwca 2014

Niedziela pełna niespodzianek

Szybko przysposobiłem taras, porozkładałem poduszki na twarde drewniane krzesła i zacząłem wystawiać poszczególne elementy śniadania. Stół skryty pod dużym ogrodowym parasolem wyglądał coraz bardziej apetycznie.
Jak zwykle w weekend miałem więcej czasu, w sam raz by pofatygować się do ogródka po cebulkę i rzodkiewkę.
Lubię te wyjścia, dlatego czekam do samego śniadania aby wyrwać z ziemi, umyć i położyć na stole warzywa takie prosto z ogrodu. Przy okazji zaczaiłem się na sałaty przydadzą się do obiadu.
Potem pomogłem żonie usadowić się w swoim czterokołowym centrum dowodzenia i ze względu na opatrunki założone na jej prawej ręce, wypchnąłem ją łagodnie na taras.
Syn dosypiał wczorajszą siłownię i fakt, że z powodu świątek zielonych sklepy nie są czynne.
W sobotę było więc zatrzęsienie klientów w sklepie w którym dorabia sobie do studenckiego kieszonkowego. Jest w ludziach jakaś dziwna potrzeba kupowania wobec informacji o chwilowym ograniczeniu tej możliwości.
- To kogo nam jeszcze brakuje?
- A gdzie kota?
- O tam tam.

Zza krzaka agrestu pojawiła się kota, majestatycznie niosąc zdobycz w pysku. Podeszła na taras i z wielką dumą położyła mi świeżo złapaną mysz pod samymi nogami. Chcąc nie chcąc, pochwaliłem kotkę i wyniosłem prezent poza dom. Czuję się wielce obdarowany, bo w sobotę dostałem taką samą. Również mysz tylko odrobinę mniejszą. Tamta nie była jednak definitywnie zamęczona bo po jakimś czasie widząc brak zainteresowania swoją osobą, podniosła się z betonu, poprawiła wytarmoszone futro i zataczając się skierowała w stronę łanu szumiącej pszenicy.
W piątek zaś dla odmiany, na pojeździe czekał na mnie kret śmiertelnie całkiem zdezorientowany.
Czekać tylko, aż zacznie przynosić większe gabaryty. Na sąsiednich łąkach buszują przecież zające.
- To dostałeś prezent w niedzielę z samego rana – Powiedziała żona i nie wiem czy więcej było w jej słowach sarkazmu czy żalu?
- Nie martw się – powiedziałem nakładając zieloną cebulkę na kawałek białego sera – jest i prezent dla ciebie. Pokaże ci go zaraz po śniadaniu.
Rozbudzić w kobiecie ciekawość to jak wypuścić dżina z butelki. Zjedliśmy w ekspresowym tempie, bo nie było innej możliwości. Zostawiając kawę na później, udaliśmy się za róg domu gdzie na schodach wejściowych prężył się piękne rozkwitły kaktus.



Ostatnio takie samo szczęście przydarzyło nam się w październiku 2012 z innymi kaktusami. Zdjęcie z tego wydarzenia wraz z opisem, znajdują się zresztą nadal po prawej na głównej stronie bloga. Nasze małe radości
- Coś pięknego - zachwyciła się Małżonka.
Był zachwyt, było wspomnienie o tej która go nam podarowała, a której już nie ma na tym świecie.
Kaktusy zaś są jak pamięć o niej i dodatkowo kwitną.
W dobrych humorach wróciliśmy do porannej kawy..
- To jakiś dzień prezentów – powtórzyła żona.
Miała rację bo nie było to ostatnie miłe wydarzenie tego dnia.
Doktor który zaprosił nas na zmianę opatrunku, przy okazji obejrzał efekty swoich poprzednich prac i stwierdził, że idzie jak sobie wymarzył.
No to odhaczamy co było i spoglądamy na to co przed nami.
Kruca paka, jeszcze tego trochę w planach na najbliższa przyszłość.
To co może w piątek druga ręka – spytał?
Doktorze – odezwałem się natychmiast – cieszę się na to Pana zaangażowanie.
Jestem niby niezłomny ale gdyby jednak miał Pan na uwadze mój kręgosłup?
Doktor pomyślał chwile i zdecydował - sierpień
Letni obiad w cieniu drzew był całkiem do zniesienia, ale narzucił swoje prawa. Sałaty, zielenina i zimne soki. Śladowe ilości mięsa i ryż. Ryż jest dobry na upały i na nic więcej nie było ani siły ani ochoty.
Ratowałem się właśnie kolejną kawą, kiedy żona otrzymała SMS a od naszego Starszego, że wraz z małżonką szczęśliwie wylądowali na południu Europy. Rozpoczęły się tygodniowe wakacje mecenasostwa. Zaraz potem zadzwoniła nasza gorczańska przyjaciółka. Zapowiedziała niespodziewaną wizytę. Chyba była bardziej niespodziewana dla niej, bowiem dopiero w połowie drogi do Krakowa usłyszała w radio, że sklepy w niedziele są zamknięte.
Przytulimy ugościmy nie ma sprawy.
W sumie bardzo lubimy wizyty niezapowiedziane. Zezwalaj one na swobodną improwizację w kwestii stołu.
Pojawiła się więc na tym stole butelka wina, jakieś ciastka, sery i własne truskawki. Późny popołudniem pofatygowałem się w te kilka rządów truskawkowych krzaków i zebrałem całą łubiankę. Dzień wcześniej było prawie podobnie. Nie jest więc źle.


 Wiem, wiem, truskawki najlepiej pasują do szampana. Wspomniałem jednak dwa zdania wcześniej, że to improwizacja. Wizyta udała się znakomicie w swoim niezobowiązującym charakterze, bo w końcu najważniejsze są długie Polaków rozmowy, a te trwały na linii żona - domowa przyjaciółka, jeszcze po tym gdy sam wybrałem się spać. Są w końcu tacy co chodzą do pracy na ósmą.
Na sam koniec uchroniłem się jeszcze przed jedną niedzielną niespodzianką.
Zbierałem się właśnie do podlewania pomidorów i pelargonii. Kiedy rozwijałem wąż do podlewania zauważyłem, że kwiat kaktusa już przekwitł i ze sztywnej jeszcze łodygi zwisały smętne jego resztki.
Przez głowę przeleciał mi fragment z piosenki Alibabek – „Kwiat jednej nocy”. 


Stałem tak w zamyśleniu, kontemplując szybkość przemijania gdy z zamyślenia wyrwał mnie czyjś głos.
- Co to podlewa Pan?
- Trzeba jak chce się mieć kiedyś pomidory.
Za ogrodzeniem stała sąsiadka zza pola. Grzecznościowa wymiana zdań trwała.
- Jak tam mijają święta? - spytałem.
- W porządku - odpowiedziała równie grzecznie – w zasadzie to jeszcze nie koniec.
- Nie koniec? A dlaczego? – spytałem naiwnie.
- Bo będziemy palić sobótki – powiedziała radośnie
- To fajnie – pielęgnowałem soją naiwność, nie dostrzegając związku pomiędzy owym starym zwyczajem a wizytą sąsiadki.
- W Gorcach tez paliliśmy sobótki. Całe osiedle się schodziło.
- To już nie te czasy. Będziemy palić w rodzinie, tam na końcu pola w rogu. Przyszłam żeby żona się nie przestraszyła, bo będziemy palić opony.
- A co mają opony wspólnego z sobótkami? Strajk jakiś czy co?
- Ja wiem, że to nie zdrowe ale to jedyna taka okazja -próbowała mnie przekonać.
- Ja rozumiem palić drzewo, gałęzie. Wkurza mnie zwyczaj palenia trawy, ale siano? owszem.
Ależ żeby opony? Nie! Mnie to się nie podoba – powiedziałem zdecydowanie. I za chwilę aby wzmocnić wypowiedź dodałem - Zdecydowanie mi się nie podoba.
Chyba podziałało bo siedzieliśmy na trasie do późnego wieczora nie czując smrodu palonej gumy.
Pokręciły się te czasy. Można palić opony przeciw rządowi, albo na Bożą chwałę. Co kto woli.
Powód w sumie nie jest istotny, najważniejsza jest okazja.

28 komentarzy:

  1. Fajny kaktus ja też mam kaktus podobny.Akurat pokazałam w blogu.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już tam byłem. Bardzo ładny
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. to jednak w okolicach Krakowa ten głupi zwyczaj został. U nas się skończyło wezwaniem straży pożarnej, mam nadzieję, że to było ostatnie palenie opon.
    Kotka Niewasza spasiona należycie. Koty to mają życie. Miłego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak cały dzień szuka cienia. Co rusz wychodzi z jakiegoś klombu
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Nasze kotki też nam przynoszą takie prezenty, jakby chciały powiedzieć: macie coś lepszego bo takie byle co jecie...
    Zazdroszczę takiego niespiesznego kontemplowania posiłku... ja w weekend rzuciłam sie szybko na śniadanie, łopatę w dłoń i do ogrodu. Strasznie się zapuścił przez 2 tygodnie urlopu więc trzeba odgruzować. Walka potrwa jeszcze jedna sobotę ale natchnąłeś mnie na poranne śniadanie na tarasie, przecież robota nie zając.... Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście że robota nie ucieknie. Najwyżej może to być wczesne śniadanie. W te ciepłe dni to namiętnie stołujemy się na tarasie.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Vulpian de Noulancourt09.06.2014, 16:23

    W szkole musiałem czytać, jeśli dobrze pamiętam, "Pieśń świętojańską o sobótce", ale ani nie mam z tej lektury żadnych wspomnień poza tytułem, ani nie sądziłem, że to obyczaj wciąż żywy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety jak widać staje się pretekstem do utylizacji śmieci.
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Ja w sprawie szampana z truskawkami. Moim zdaniem jest przereklamowane, nijak mi się te smaki nie komponują. Osobno - jak najbardziej ale razem nie za bardzo. Zbyt chamskie mam podniebienie:)))
    Palenie opon jako "sobótki" to wiejska, tym razem nie najlepsza, tradycja. Na szczęście w zaniku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ktoś te truskawki wymyślił. Pewnie w zimie bo były bardzo drogie.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Palenie sobótki, a to aby nie w noc świętojańską się robi? Nie znam takiego zwyczaju w okolicy Zielonych Świątek, owszem strojenie mieszkań zielonymi gałązkami było kiedyś, ale ognisk nie pamiętam. A i u mnie sezon tarasowy już się zaczął, nie ma to jak leniwe śniadania i improwizowane chłodniki na obiad...Ech...sielsko, wiejsko i jak przyjemnie, że o zdrowiu nie wspomnę. Hanula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do uroków takiego życia trzeba niestety dorosnąć.
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. Z tych wszystkich prezentów najbardziej zazdroszczę truskawek. Polskie truskawki są najlepsze na świecie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I te zadbane własną ręko to dodatkowo najlepsze
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Okazja okazją, ale ten smród! To już nie wiadomo, na czyją chwałę, chyba głupoty. A kota uznała Cię za kogoś drogiego swojemu sercu, z tymi prezentami utrapienie, ale wyróżnienie i zaszczyt nie do przecenienia :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to właśnie przyjmuję jako bezcenne. Za wszystko inne mogę zapłacić kartą.
      Pozdrawiam

      Usuń
  9. Ten kwiat jest uroczy w fazie tuż przed otwarciem i te kilka godzinpełnego rozkwitu, później już raczej smutno. Tym bardziej smutno gdy kilka pąków rozwinie się w jednym czasie, a ty zdążysz z podziwianiem ich na kilka godzin po przekwitnięciu.
    Milego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to krótka chwila satysfakcji
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Jak widzę u Ciebie też zakwitło to, czego się nie spodziewałeś i też przeżyliście chwile tej miłej satysfakcji z własnego ogródka. Takich zbiorów truskawek to ja niestety nie mam, ma za to mama u siebie w ogródku.
    Ale zostawiłam ją teraz na dwa tygodnie, kto wie, co znajdę, jak wrócę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja teściowa która na co dzień lubi sobie pogrzebać w ziemi jest w tym bardzo dobra.
      Ja wykonuję ciężkie rzeczy i tam mamy kooperację w ogrodnictwie czyli taki maa Spółdzielnię Rolniczą
      Pozdrawiam

      Usuń
  11. Znam tę radość niespiesznego śniadanka na tarasie. I celebrowanego leniwie obiadu w cieniu parasola. Niech nam tego nigdy nie zabraknie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze względu na klimat mamy w tej przyjemności przerwy
      Pozdrawiam

      Usuń
  12. Dobrze, że u nas nie ma zwyczaju palenia opon. Kaktus cudny, szkoda, ze tak nietrwały :-? Kota, fakt, boczki ma, ale milutka, że prezenty znosi, na śniadanie :-)
    Też lubię rano, do ogródka, wyskoczyć, aktualnie po truskawki do owsianki :-)
    Fajne takie niezapowiedziane wizyty, chociaż ja bym, czasami, chyba przywitała gościa jeno światłem w lodówce ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lodówkowe światło tez tworzy niepowtarzalną atmosferę.
      Pozdrawiam

      Usuń
  13. Oj zazdroszczę takiej beztroski na tarasie, pozdrawiam serdecznie :(
    Przypomniała mi się w tym momencie dowcipna piosenka Golców "Kto się leni, ten się ceni "...i tak tez powinno czasem być :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tarasie to te krótki chwile między koszeniem , podlewaniem i innymi tego typu prozaicznymi czynnościami.
      Pozdrawiam

      Usuń
  14. Palic opony w ramach tradycji? Pierwsze słyszę! Bezcenne są te zwyczajne chwile na tarasie i drobne radości, az tak bardzo zachciało mi się wakacji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój sprzeciw pomógł nie było tego palenia.
      Ludziom siedzą w głowie różne rzeczy
      Pozdrawiam

      Usuń