poniedziałek, 27 lutego 2012

Statystyka albo jeszcze o realizacj marzeń

Statystyka to pojęcie, które pozwala nam na analizę i ocenę wielu elementów naszej rzeczywistości. W tym również, albo przede wszystkim naszego życia.
- Statystycznie rzecz biorąc, miałem ciekawe życie - stwierdza ktoś w trakcie nocnych rozmyślań.
- Statystycznie rzecz biorąc, moją stara to dobra kobieta podkreśla inny
Mówiąc statystyka najczęściej mamy na myśli jedno z jej narzędzi czyli - średnią.
Ta średnia nie bardzo mi się podoba ponieważ kojarzy się z jakąś przeciętnością, szarością, od czego chcemy uciec poprzez szalone czyny, lub przynajmniej szalone ubranie i uczesanie.
Nietypowe zdarzenia pomagają jak nic innego, owemu wyodrębnieniu z tłumu i w końcowym efekcie zauważeniu.
Moją gorczańską znajomą oblano kiedyś rosołem, w trakcie przyjęcia weselnego. Plama z tłustego rosołu była z daleka widoczna ku rozpaczy właścicielski sukni. Nikt nie pamięta jak nazywa się Maryśka, wszyscy natomiast kojarzą ją, gdy powiesz - To ta Marysia którą oblali rosołem na weselu Anki od Józefiaków.
Bo czyż marzeniem może być regularne przynoszenie pensji do domu? Znam takich dla których to jest marzenie, ale na Boga, podstawowe sprawy socjalne nie powinny być treścią naszych marzeń.
To wygląda jak jakieś przestępstwo przeciwko człowiekowi.
Celowo wspomniałem o tej średniej, ponieważ poprzednie tygodnie przemijały szybko, ale pozostawiały po sobie niewiele wspomnień, z wyjątkiem topornie zmniejszającej się wagi własnej.
Na zakończenie owego procesu obserwowania wskazań łazienkowej wagi urządziłem imprezę. Słowo impreza to określenie zdecydowanie na wyrost, ale niech tam. W końcu w ten to właśnie piątek, żona rozpoczynała kolejny rok swojego życia. Dzieci pędzą już po szynach własnego życia, a więc aby nie siedzieć we wspólnej samotności, w ten wieczór w sposób sterowany zagościli znajomi. Zaraz po pracy rzuciłem się do zawijania małych paróweczek w ciasto drożdżowe. Oprócz parówki wkładam do środka kawałek papryki i żółtego sera. Po zapieczeniu stanowią doskonałą przekąskę na niezobowiązujące spotkanie przy alkoholu. Czarnuszka którą posypuję bułeczki z wierzchu daje wspaniały aromat, a jeszcze lepszy smak. Przekonałem się o prawdziwości własnych odczuć, gdy wystawione bułeczki „ino się mignęły”- jak mawiają moi sąsiedzi w górach.
Oprócz popularności zapiekanych parówek zauważyłem również, że moja odporność na spożywany alkohol zmniejszyła się wprost proporcjonalnie do utraconej wagi i znajduje się na żenująco niskim poziomie. Nie wpadam jednak z tego powodu w panikę, ponieważ jako pochodzący ze strefy wina, zmuszony byłem do konsumpcji jego destylatów. A to całkiem inna sprawa.
W sobotę już od bladego świtu trawiła mnie niespożyta energia, jak zawsze po udanej imprezie.
Działać, działać. Tylko co robić, kiedy wszyscy jeszcze śpią. Żona zmęczona obowiązkami Pani Domu, a młodszy syn wrażeniami z piątkowego popołudnia.
Otóż On, realizując moje marzenie, które w mniej lub bardziej udany sposób zaszczepiłem do jego umysłu, kupił gdzieś i zwiózł z połowy Polski motocykl. Zasnął dopiero nad ranem a i tak przez sen bełkotał coś o owiewkach po które wybierał się do Krosna. Zapytany o to dlaczego właśnie do Krosna, nie potrafił odpowiedzieć. Wypieki na twarzy z faktu posiadania dwóch kółek z silnikiem nie znikły nawet w niedzielny wieczór.
W sobotnie przedpołudnie udało mi się skorzystać z faktu posiadania dzieci. Zasiadłem wygodnie na tylnym siedzeniu samochodu i pozwoliłem wieść się do rodzinnego domu. Minęła właśnie kolejna piąta już rocznica śmierci ojca i wypadało Go odwiedzić pod jego ostatnim adresem. Starałem się nie narzekać na technikę jazdy młodzieży, chociaż z nietypowego dla mnie miejsca, sytuacje drogowe wyglądały zupełnie inaczej. Jak się później okazało moje milczenie synowie przypisali trudom dnia wczorajszego, a nie chęci porozumienia międzypokoleniowego.
Wypadało uświadomić im, że gdyby trudy poprzedniego wieczora odbijały się w moim samopoczuciu, z pewnością reagował bym na każdą próbę dynamicznej jazdy.
Nie posiadam breloczka z odpowiednim napisem, ale nigdy nie łączę alkoholu z jazdą samochodem. Tym uprawiam również jednego po drugim.
Po powrocie do Krakowa, chłopaki pojechali pod jeden adres, gdzie oddali się pasji polerowania blach chromów i plastików.
Jeden jest wyznawcą crouiserów, drugi ścigaczy. Tak to pogodziła ich Yamaha, która produkuje obydwa typy.
Nie będę ściemniał i przyznam, że strach mi dupę ściska na samą myśl o ścigaczach. Pozostaje jednak wiara we wrodzoną mądrość. Nie potrafię jednak powiedzieć, że jedno uczucie równoważy drugie. Oraz tego po kim ta mądrość mogłaby być wrodzona.
Też miałem kiedyś nieźle nagrzane pod pokrywką.
Z drugiej strony, kiedy w niedzielę oglądałem ich wspólne zdjęcia, widać tę nić braterskiego porozumienia. O nią to nam jako rodzicom chodzi.
Tu spotkał mnie komplement od mojej żony, która publicznie stwierdziła, że chciałaby aby nasze dzieci miały takie kontakty jak ja z moim bratem.
- Zważ na to, że my do tych relacji długo dorastaliśmy
- Liczą się efekty – podsumowała.
Myślę że ma rację.
Dyskusja odbywała się przy okazji niedzielnego, uroczystego, urodzinowego obiadu.
Jubilatka w postaci mojej żony, dzieci ze swoimi połówkami, moja teściowa czyli matka żony i ja.
Wymyślona kiedyś składana nakładka na ławę imitująca duży stół, sprawdza się obecnie rewelacyjnie i jest praktycznie w ciągłym użyciu. Moja „wielka grecka rodzina” myślę czasami w trakcie tych niedzielnych spotkań. Określenie, jak wspominałem użyte przez Starszego. Myślę że jest to powód do radości.
Wczorajszy obiad miał jeszcze jednego swojego bohatera. Był nim prezent, który dzieci wręczyły mojej żonie.
Na oprawionym w antyramie kolorowym druku mogła wyczytać, że oto jeden z klubów spadochroniarskich, zaprasza ją na oddanie skoku z samolotu. Oczywiście łącznie z towarzyszącym instruktorem i kamerą.
Tak to materializuje się pomysł i marzenia, chociaż na etapie realizacji zostałem z niego wyłączony.
Liczą się jednak efekty, ale coś mnie tyknęło.
Żona pokraśniała z radości, chociaż w głosie można było wyczuć strach, jak wtedy kiedy nasze najskrytsze marzenie, nareszcie i nieodwracalnie spełni się.
Skok ma się odbyć do trzydziestego września, w bezpośredniej bliskości ukochanych gór.
Serce jej wali z emocji, a mojej teściowej z nerwów.
Nerwy były reakcją na informację o zakupie motocykla. Prawdziwe uderzenie nastąpiło tak naprawdę po informacji o planowanym skoku. Dobre czerwone wino niwelowało palpitację serca, ale siwa głowa szukała w swoim strachu sojuszników.
- Na mnie proszę nie liczyć powiedziałem pozbawiając ją resztek nadziei.
- I ty nic na to nie powiesz?
- Przecież to córka mamusi. Sama chyba mama wie czego można się po niej spodziewać ?
- Ale motorami to Ty zaraziłeś dzieci – dodała, aby było sprawiedliwie i po równo.
- A Ty nic nie powiesz tato? - spytał Starszy.
- Ja obserwuję – odparłem
Z definicji wspomnianej na początku statystyki wynika, że duża część nauki zajmuje się obserwacją otaczającego nas świata, lub też posługuje się eksperymentem dla potwierdzenia swoich teorii.
O ile ja jestem obserwatorem, o tyle dzieci zastosowały prowokację, i z góry wyobraziły sobie moje przewidywane reakcje.
Zaraz bowiem syn dodał:
- Myślałem, że zrobisz się cały czerwony z nerwów i naupychasz nam. I w ogóle.
- Mówiłem kiedyś, a teraz to powtórzę że nie znają mnie moje własne dzieci. Wymykam się waszym prostym schematom i uogólnieniom. Przypominam też, że powiedziałem kiedyś, iż poznacie mnie gdy odnajdziecie mój blog. Nie jest to w końcu beznadziejna ie trudna sprawa dla tak inteligentnych ludzi jak Wy. Ale jak widzę nie dotarliście tam. Nie musielibyście wtedy zadawać tego pytania. Co sądzę?
Możecie również zadawać pytania. Nie komentuje się otrzymanych przez kogoś prezentów, bo ma to znamiona obgadywania.
Nie chcę przez zwykłą grzeczność, odpowiedzieć banalnym – fantastycznie.
Jeszcze wczoraj z przyjemnością podzieliłbym się z Tobą Synu moimi odczuciami.
Ale, że traktuję Cię poważnie... – tutaj skopiowałem tekst z blogu sprzed kilku tygodni o marzeniach które kształtują rzeczywistość i o moim pomyśle w tej kwestii – masz na piśmie co myślałem na ten temat.
Na zakończenie czytania powtórzyłem - z pewnością niewiele o mnie wiecie.
Potem jeszcze raz oglądaliśmy zdjęcia na których dwóch facetów na motorach stuka się dłońmi robiąc popularnego żółwika.
A potem skończyło się wino, torcik z serków homo i wszyscy rozeszli się do swoich spraw.
Wieczorem, kiedy robiłem podsumowanie weekendu stwierdziłem że statystycznie rzecz biorąc żyjemy bardzo aktywnie i praktycznie nie ma dnia, aby coś się nie wydarzyło. Statystycznie.

wtorek, 21 lutego 2012

Paluszek

Zadawaliście sobie pytanie - skąd  wzięło się powiedzenie, że kto ma coś w małym palcu?
Odpowiedź na to pytanie przynosi nam tekst zamieszczony wczoraj na portalu jegostrona.pl
Tytuł „Receptor orgazmu” w małym palcu. Wiesz gdzie nadusić?
Co prawda określenie „nadusić” jest dla mnie mało romantyczne, ale cóż licentia poetica.
Otóż … „Okazuje się, że w kobiecym palcu ukryty jest „receptor orgazmu”. Obserwacje reakcji na dotyk u pań wykazały, że orgazm wcale nie musi wiązać się z pieszczeniem miejsc erogennych...”
Teraz uwaga gapy w męskim gatunku. Zamiast poszukiwać legendarnego punktu G, co do którego naukowcy nie są nawet zgodni czy w ogóle istnieje, zwróćmy się ku dłoniom. Wystarczy tylko czule pieścić dłonie ukochanej kobiety, zwracając szczególną uwagę nawet nie na całe, ale na palce i to w dodatku małe.
U badanych kobiet podniecenie wywoływał ucisk małego palca u lewej ręki, a dokładnie masowanie wewnętrznej strony palca w jego środkowej części, czyli między jednym a drugim stawem ”
Mała rzecz a cieszy.
Niechaj to będzie nasz mały męski sekret. Albo jeżeli orgazm ma być wielki, to niechże i sekret będzie wielki.
Niestety świadome swojej seksualności kobiety, są z reguły nowoczesne. Wiedza internetowa zaś znajduje się w zasięgu ich ręki, a więc i każdego palca z osobna. Nie popełnijcie przypadkiem mojego błędu. W trakcie wieczornej rozmowy, przy kubku ciepłej herbaty (wiadomo, że wino w piątki) ująłem dłonie mojej ukochanej i rozgrzałem je w swoich. Potem delikatnie głaszcząc całe dla niepoznaki, skierowałem się ku owemu małemu tajemniczemu paluszkowi lewej dłonie. Po chwili wyczułem środkowa jego część.
Żona z delikatnym uśmiechem akceptacji przyjmowała te pieszczoty, by za chwilę uśmiechnąć się szerzej powiedzieć
- Też czytałam ten artykuł w dzienniku, ale chyba na mnie nie działa.
Gdybym miał lat dwadzieścia i dwa, pewnie spłoniłbym się cały i poszukał najbliższej okazji aby ewakuować się z domu. Teraz kiedy dystans do świata jest jakby większy, oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Poprzestanę więc na herbacie, a w ogóle na tym co się sprawdza – zakomunikowałem.
Specjaliści cytowani w artykule uważają że „ W dłoniach znajdują się zakończenia nerwów, które mają bezpośredni kontakt z mózgiem. Akupresura polega na dotykaniu, a właściwie uciskaniu punktów zwanych receptorami. Poprzez masaż receptorów uzyskujemy poprawę ukrwienia narządu powiązanego z danym punktem...
Taki zabieg leczy impotencję u mężczyzn, kobiecą oziębłość, trudności z satysfakcją w łóżku i brak orgazmu – dodaje ekspertka.”
Od teraz Panowie, jeżeli dacie się ponieść pokusie gwałtownego pośpiechu, nie musicie patrzeć w te pełne wyrzutu damskie oczy. Na przeprosiny wystarczy pomasować paluszek lewej dłoni.
Pod warunkiem oczywiście, że partnerka nie czytała tekstu w internecie i nie zorientuje się, że próbujecie się wykręcić sianem, stosując tanie sztuczki.
Z drugiej jednak strony bohater piosenki wykonywanej przez Atrakcyjnego Kazimierza miał następujący sposób :
Sposób na miłość
Żaden intelekt
Jemu starczyło
Że mógł zdjąć beret
A już płeć piękna
Wpadła w zachwyt
Od razu miękła
W miejscach swych pachwin
Więc wciąż
Był sprawcą wielu ciąż
Czego absolutnie nie życzę wyznając ideę planowania rodziny.
A co do beretu, może jest afrodyzjakiem. Przynajmniej w pewnych kręgach.
Jutro jest dobry czas aby ów beret zdjąć, ale nie dla głupot.
Trzeba  przypomnieć sobie skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy

sobota, 18 lutego 2012

Pewna Pani

Kilka dni temu, poczta elektroniczna przyniosła mi wiadomość od Pewnej Pani. Otóż Pani ta, czyli LadyOfSorrows , redaguje serwis internetowy PewnaPani.pl. Przygotowując się do artykułu o uczuciach mężczyzn,  postanowiła zamieścić w nim moje spostrzeżenia. Ponieważ jestem otwarty na wszelkie formy współpracy, wymieniliśmy się kilkoma kolejnymi mailami. Efektem jest artykuł jej autorstwa, który pojawił się dzisiaj na portalu. Tytuł  Męska emocjonalność: o agresji i nie tylko...” A oto link do niego:
Z jednej strony  wywiad mile połechtał moją próżność, ale kiedy to uczucie minęło nadeszły wątpliwości. Robiłem za eksperta. A  bycie ekspertem to posiadanie jakiegoś doświadczenia w tym wypadku życiowego. Mówią, że ekspert to taki gość co nie myśli, bo on wie.
No i co z tego że wiem ? Wiem również jak żyć, tylko żadne z dzieci nie chce z tej wiedzy skorzystać. Kiedy udzielasz odpowiedzi na pytanie jak żyć, znaczy to niechybnie, że swoje życie już przeżyłeś, albo znajduje się ono w znacznym stopniu zaawansowania. Fakt.  Do emerytury, zgodnie z obowiązującymi przepisami pozostało mi jedenaście lat, a po zmianach najwyżej trzynaście. I wtedy jak w pewnej reklamie, będę mógł sobie poudawać życie.
Pogrzebałem w Internecie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie - czy rzeczywiście  jestem już stary?
Wyszło mi tak pól na pół.
·         Jedną z oznak starości jest ponoć fakt pamiętania pierwszego odcinka Klanu, gdy Rysiu był jeszcze młody.  A ja go pamiętam
·         Wiem również, że saturator to nie satelita Saturna.
·         Pamiętam, że za PRL-u nie było tak idealnie.
·         I gryzie mnie poczucie tracenia czasu, to znak że zostaje mi go coraz mniej.
Rzeczy które świadczą  o czymś zupełnie innym,  czyli na moją korzyść nie wymienię. Nie wypada się nimi chwalić  przed 23.00

czwartek, 16 lutego 2012

Terapeutyczna stylizacja

Zarosłem jak przysłowiowy cap. Nie wiem skąd to porównanie do samca kozy, ale słyszę je od dziecka, a więc z pewnością ma długi rodowód.
Powiedzenie to, jak niewiele mu podobnych, wolne jest od rasistowskich sentymentów.
Bo przecież mówimy, że
Ktoś biega się jak żyd po pustym sklepie
Wybrzydza przy posiłku jak husyt.
Ktoś tam ma gębę jak ruski czołg.
Tylko Polak- mesjasz narodów, bez skazy i zmazy (nocnej nie wyłączając)
Wracając do capa, a nawet dalej, to znaczy wracając do mnie.
Skłonność do planowania życia spowodowała, że na lodówce od kilku tygodni wisiała kartka z terminem. Piętnasty luty godzina dziewiętnasta trzydzieści. Wyjście wspólne, damsko-męskie, bo i salon dwupłciowy. Tak jak już kiedyś wspominałem uczęszcza tam cała moja rodzina. A że przez lata uczęszczania wytworzyła nam się z właścicielką taka jakaś więź, chłopaki ciągną tam ze sobą swoje nowe dziewczyny, prezentując je Pani Madzi. Z nami Magda dzieli się potem wrażeniami z oglądu.
Jest okazja aby w ten pośredni sposób podrzucić jakieś treści, które nie są akceptowane z rodzicielskich ust. Zasada obowiązuje w dwie strony.
Wyszło na to, że powoli ale na tyle szybko, że zdążyłem tego zaplanować salon fryzjerski stał się gabinetem terapeutycznym.
Tutaj też, od progu spotkałem się z komplementem dotyczącym mojej wagi.
- Antoni schudłeś i wyglądasz świetnie
Wykazując odrobinę próżności przejrzałem się w wiszącym na ścianie, wielkim lustrze.
- No, to prawda. Widzę teraz wyraźnie, że schudłem.
Bo to jest bardzo dobre lustro powiedziała Magda. Kiedy mam chandrę, staję przed nim i spoglądam na siebie. Zaraz mija.
-To trzeba było od razu mówić, że to lustro wyszczuplające. Czerpałem radość z fałszywego wizerunku.
- Ponoć sklepowe lustra wyszczuplają, to motywuje do zakupu.
Czując się całkiem swobodnie u swojej Pani Madzi, zasiadłem w fotelu i nim fryzjerka zdążyła zacisnąć wokół szyi pelerynkę, opowiedziałem branżowy dowcip.
- Ty jak już przyłożysz, to muszę uważać, żeby nie przyciąć komuś ucha.
- Ostatnio podobało się nawet Paniom z Mszany Dolnej – przypomniałem poprzednią wizytę z moim „artystycznym występem”, wobec czterech czekających w kolejce pań.
- Ma Pan coś do Mszany Dolnej? - spytał nagle i niespodziewanie pan, siedzący dotąd spokojnie w kącie i zagłębiony jak mi się wydawało w sesji zdjęciowej jakiejś modelki w Vivie czy Gali.
- Nic z wyjątkiem dużego sentymentu – starałem się wyprostować dwuznaczność wypowiedzi.
- A to dlaczegóż - drążył temat, nie dowierzając w szczerość mojej wypowiedzi.
- Moi dziadkowie pochodzą z drugiej strony tej góry, która zwie się Lubogoszcz.
Znajomość topografii uspokoiła człowieka, a ja uzmysłowiłem sobie, że mogę ja chodzić rodzinnie do fryzjera, mogą i inni.
- Te cztery panie, to żona siostra i dwie córki Piotra – wytłumaczyła fryzjerka.
Tę część zamknąłem jakimś góralskim dowcipem.
Gdybyś tak kochanie – tu zwróciłem się do mojej żony - powtarzała mi dwa razy dziennie, że świetnie wyglądam, czułbym się bardzo dobrze.
- Czy ja Ci tego nie mówię ?
- Nie dodaj tylko na końcu pochwał tego małego pytania – ciekawa jestem dla kogo?
-To taka nasza damska kokieteria – uspokoiła sytuację Magda
-Po co kusić licho – spytałem nie rozumiejąc motywacji – A jak mi tak przyjdzie ochota sprawdzić „na mieście” czy to prawda?
- Jak Cię znam Antoni to Ci nie przyjdzie taka ochota – włączyła się Magda z nowym komplementem
-Magda. Ty to z tych komplementów miałaś chyba piątkę w szkole, nie?
Zwracając się zaś do żony, poprosiłem - Nie kuś losu kochanie.
- Madziu zapisz mojego męża na następny termin za tydzień, a potem za następny. W ramach terapii powiesz mu, że świetnie wygląda.
- Kochanie! Zważ na to, że pomimo dobrych relacji łączących nas z tym salonem damsko-męskim Madzia, też kwalifikuje się do kategorii „na mieście”. A zwłaszcza Ona. Spójrz jak świetnie wygląda.
- Ty Antoni jesteś jak zawsze miły -powiedziana zmieszana komplementem Magda – Ty też miałeś z tego w szkole dobra ocenę.
- Masz rację Kochanie. Madziu za pięć tygodni i razem ze mną.
Nie mogę zaprzeczyć, oprócz niższej wagi, zaimponowała mi trochę ta odrobina zazdrości, którą zresztą sam celowo podsyciłem.
- Nie dalej niż wczoraj powiedziałem, że Cię kocham i nie musiałaś na to wyznanie czekać całego roku. Nie jest to więc kokieteria – zakończyłem jak mi się wydaje to przekomarzanie. Chociaż znając kobiety, nie mogę być pewien, że za kilka tygodni, miesięcy czy lat, ta sprawa nie wróci z siłą wodospadu. To takie niebezpieczne zabawy. I niech nikt nie mówi – moja żona jest inna. W tym kobiety są do siebie podobne.
Odrobina żelu postawiła mi włosy.
Wyglądam tak, jakbym zobaczył coś co mnie zadziwiło. A w końcu trochę już widziałem.
Żona zajęła miejsce przez dużym, podświetlonym lustrem, ze szklaną półeczką ozdobioną co najmniej tuzinem żółto-czerwonych tulipanów.
Potem już tylko pozostało mi przeglądanie magazynów, ponieważ leżącymi w koszyczku krówkami i mieszanką krakowska wzgardziłem. Czyżbym już całkiem odzwyczaił się od cukru?
Potem odwrót. Winda (dzięki bogu) działała. Korytarz i śliskie, wypolerowane betonowe schody przed budynkiem. Walczyłem na nich o życie moje i małżonki. Wiatr i śnieg tworzący zaspy, próbowały nam we wsyzstkim przeszkadzać.
Na koniec teleskopowe siłowniki klapy bagażnika, które odmówiły posłuszeństwa w trakcie tych dużych mrozów. Zapomniałem o nich zupełnie, ale zaraz przypomniały mi o sobie. W trakcie wkładania wózka do bagażnika, klapa z impetem spadła mi na plecy przyginając do ziemi.
Zakląłem soczyście. Pomogło
Tylko urażona ciężkimi słowami żona, udawała zagniewaną.
Pozwoliłem jej na chwilę boczenia się na mnie ale później rozśmieszyłem i powietrze uszło.
Na zewnątrz szalała zamieć, a nam w tym cichym wnętrzu samochodu było dobrze. Strumień ciepłego powietrza owiewał nas dookoła. Ściszone radio mruczało jakąś melodyjkę w stylów chili.
A my?
My piękni, szczupli, nie tacy starzy. Z nowymi fryzurami moglibyśmy jechać tak hen, aż do Wiednia czy Paryża.
W takich chwilach przypomina mi się powiedzenie mojego przyjaciela, który od kilku lat jest już niestety tylko moim znajomym
- Ech tylko konia i w step. Tylko ta benzyna taka droga.
Nie pomny kosztów wybrałem drogę dookoła osiedla. A co tam

poniedziałek, 13 lutego 2012

Wiadomości z frontu walki

-Mogę teraz sporo zyskać na czasie – powiedziałem do żony, pokazując jej równocześnie jak dopasowane do tej pory jeansy zeszły mi z bioder, bez konieczności rozpinania guzika, o zamku błyskawicznym nawet nie wspominając.
W zasadzie nie wiem po co mi teraz ta umiejętność. To tak jak garb jako magazyn wody dla wielbłąda, który od dziecka mieszka w zoo.
A może? Kiedyś.
Czasem są to umiejętności zawodowe. Jak w tym dowcipie gdzie Jeden z dyrektorów chwali się drugiemu, że ma nową sekretarkę.
- Jak się ubiera? - pyta drugi
- Bardzo szybko – odpowiada dumny manager.
Póki co, doceniam zalety paska do spodni. Pomyśleć, że w młodości miałem mu za złe, bo zostawiał czerwone ślady na tyłku.
Nie, nie pochodzę z patologicznej rodziny. Ot po prostu takie były wtedy metody wychowawcze.
Pamiętam jak w pierwszej klasie ogólniaka bezpośrednio przez zebraniem rodziców, ktoś z moich kolegów wysmarował na czarnej tablicy takie oto hasło:
Wychowanie to trudna sprawa. Bić czy nie bić?
Zrobiła się z tego oczywiście afera, jak zresztą zawsze z byle powodu. A to że potargano na ścierki do tablicy czerwoną szturmówkę, a to że ktoś strzelił z biustonosza koleżanki.
W końcu, że próbujemy mówić głośniej na tematy o których wzorem Dulskiej mówiło się tylko we własnym domu.
Stąd może ten nowy, lansujący się na otwartość ustrój bywał dla młodzieży atrakcyjny. Dochodziło do flirtów i zauroczenia. I jak w małżeństwie prawda wychodziła na jaw, dopiero jakiś czas po nocy poślubnej.
Wtedy też okazywało się, że ta atrakcyjna młoda panna jest jeszcze bardziej pruderyjna niż ksiądz proboszcz z pobliskiej parafii, tylko tamta pruderia jest nieco inaczej ukierunkowana.
A miało być o luźnych spodniach. To wszystko za sprawą odchudzanie. Towarzyszy mi takie rozkojarzenie myśli i trudności w koncentracji.
Wszystkie w zasadzie myśli kierują się wokół jedzenia, a każdy czytany w internecie przepis fantastyczny, a produkt z pewnością wyjątkowo smaczny.
Minęło mi już, że od wieczornego zamknięcia oczu zaczynałem planować swoje śniadanie. Teraz nachodzą mnie tak zwane nieodparte smaki i niczym kobieta w ciąży im ulegam. Nie są to jednak wydmuszki w stylu kawał tortu, a zaraz potem solony śledź. To surówka lub zwykła surowa kiszona kapusta. Organizm domaga się witaminy C.
Ponieważ wierzę w mądrość mojego organizmu, spożywam tę kapustę pełną ostrego, kwaśnego soku, a nawet cytrynę obraną ze skóry i pokrojoną na plasterki. Kwaśne i ostre.
Swoją drogą wyostrzyły mi się zmysły i odnajduję słodycz w produktach, których do tej pory o to nie posądzałem.
Nic nie jest za to dla mnie zbyt ostre i zbyt mocne.
Do codziennej porcji kawy dorzucam jeszcze pół łyżeczki, ponieważ ta poprzednio preferowana wydaje mi się zbyt słaba. Wczoraj na mały plasterek szynki położyłem dwie łyżeczki chrzanu ze słoiczka z napisem „ostry” i pochłonąłem z przyjemnością.
Chili i surowy imbir stały się królami przypraw.
Do czego to prowadzi?
Moja żona uważa, że do absurdu.
Ostatnio próbowała mnie namówić do zjedzenia „chudego”, jak to nazwała żurku na kiełbasie.
Walczyć więc muszę nie tylko z własną słabością ale i z troskliwością małżonki
- A co ty zrobisz w tłusty czwartek? - spytała
Mam czas do północy w środę, aby to przemyśleć
Póki co moja walka z wagą własną przy pomocy tej łazienkowej zamyka się cyfrą minus osiem
Kiedy kończysz ?
Jak mój indeks BMI pokaże mi wynik – waga normalna.
A do tego moi kochani brakuje mi tyko sześćdziesiąt dkg.
Jest to w zasięgu ręki i jest o co walczyć.
Nawet kosztem lukrowego pączka z cukierni obok marketu.

środa, 8 lutego 2012

Monolog starej panny

Kiedyś, kiedy słuchało się radia na kryształki, albo jeszcze trochę wcześniej, młode dziewczęta zasiadały w blasku lamp naftowych, w celu opisywania swoich przeżyć. Przemyślenia spływały na karty pamiętnika, dziennika, czy jak to wtedy mówiono sztambucha.
Ponieważ strony strony były jedynymi prawdziwymi powiernicami tajemnic stąd, one pierwsze informowane były o utracie wianka, bądź planach z ową utratą związanych.
Niektóre karty aż różowe były od treści, jaką ktoś naniósł brudzącym ręce atramentem.
Myliłby by się ten kto uważa, że ową działalnością pisarską zajmowały się wyłącznie grzeczne dziewczynki o nieskromnych myślach, czyli pensjonarki.
Wśród prowadzących dzienniki wymienić można choćby Marię Dąbrowską, Zofię Nałkowską czy Marię Jasnorzewską Pawlikowską.
Dzienniki Marii Dąbrowskiej były tak nasycone tajemnicami, że autorka zastrzegła sobie możliwość wydania pełnych Dzienników dopiero czterdzieści lat po swojej śmierci.
A o tym, że pisanie wspomnień nie było tylko domeną kobiet ,świadczyć może twórczość Gombrowicza czy Mrożka.
W chwili obecnej nastąpił zmierzch tej formy ekspresji, a pisanie dzienników przeniosło się całkowicie do internetu.
I jest to duże zwycięstwo demokracji, ponieważ od tej chwili publikować może każdy, bez względu na to czy ma łatwość przenoszenia myśli na ekran monitora, czy nie.
Taka publikacja wiąże się niestety, z pewnym emocjonalnych ekshibicjonizmem. A od autora zależy ile pokaże siebie.
Często jest to obraz całkowicie prawdziwy, częściej to przelane w tekst marzenia o tym, jakie to nasze życie być powinno.
Z reguły nic nie jest takie jak nam się wydaje, chociażby przez tą mała ludzką cechę, która z reguły pozwala nam na usprawiedliwianie się i pobłażliwość wobec siebie.
Pamiętając jednak o powyższych założeniach, całkiem sprawnie możemy przenosić się w sferę intymną autorów blogów. Zachowując systematyczność odwiedzin, odnosimy wrażenie, że znamy autora jak siebie samego. Pomimo tej całej wiedzy, ze stuprocentową pewnością mogę dodać, że miniemy go nie rozpoznając na ulicy. To jeszcze jeden pozytyw, możliwość ukrycia się wśród ludzi.
Kiedyś w tym celu wychodziło się na Dworzec Centralny, teraz w blogosferę.
Internet dodał jeszcze jedną dyskusyjną możliwość – komentowania przeczytanej treści. I tutaj się zaczęło.
Wspomnianej na początku Marii Dąbrowskiej, w zasadzie było wszystko jedno jak czytelnicy dzienników przyjmą jej zachowania w sferze emocjonalnej. Szczególnie czterdzieści lat po swojej śmierci. Poza tym, z wyjątkiem dziennikarzy od kultury dla których krytyczne czytanie jest elementem pracy, książki kupowali z reguły ludzie myślący z sympatią o autorze.
Teraz wchodząc całkiem swobodnie i bezpłatnie w sam środek cudzych rozmyślań, można wyrazić swoje zdanie. Można również, całkiem bezkarnie wyładować swoje frustracje.
Maciej Stuhr zapytany kiedyś, dlaczego nie wystąpi w tańcu z gwiazdami odpowiedział. że denerwuje go facet który siedząc przed telewizorem, z pilotem w ręce i piwem w drugiej skomentuje mój występ słowami:
- O ten Stuhr to nawet tańczyć nie umie.
Niestety tych facetów z myszką w jednej ręce, a piwem w drugiej, wyładowujących na kimś swoje frustracje nie brakuje. To piwo to oczywiście określenie bez żadnych politycznych odniesień.
Pod ostatnim, moim, bardzo osobistym tekstem niejaki „harlej” wpisał:
Ty jesteś facet, czy gimnazjalistka ?.. Chyba dziewuszka jednak, bo facet robi swoje bez źlamdania na wszystkie strony - a tu typowe popiskiwania i bicie pianki, żeby psiapsiółeczki usłyszały jaki wrażliwy grafomanek ma problemy i dylemaciki...
Oj oj, bidulku...
~harlej
Rzeczywiście bardzo męski login i męski strzał z biodra.
Harleju, co prawda nie wiem co to jest źlamdanie ale zapewniam cię, nic o mnie nie wiesz.
Możliwa jest również postawa radzieckiego komisarza, który zagrzewa do działania, piętnując opieszałość. Dlaczego komisarza? Bo oni z reguły na tym zagrzewaniu poprzestawali
Ale się wziąłeś do działania !.. Wypichciłeś monolog starej panny, że hej ! ~samiec
Samcu, do wielu rzeczy potrzeba czasu, aby życie miało smak wspaniałego czerwonego Cabernet, a nie owocowego jabola. O tym jednak dowiadujemy się z wiekiem, czego ci serdecznie życzę.
Oczywiście życia ze smakiem Ci życzę.
Nie chcę dokonywać ocen, ponieważ sugerowałbym się jednym komentarzem. Być może w innych komentarzach dajecie Panowie przykład zrozumienia problemów drugiego człowieka. Dla informacji dodam że to się nazywa empatia.
Można co prawda, jednym kliknięciem myszy skasować możliwość komentowania postów, ale przez to bezpowrotnie stracę kontakt z rzeczywistością.
A komentarze to to co zawsze z zainteresowaniem czytam
Nie jestem przeczulony na krytyczne zdania. Przecież moje spojrzenie na świat nie jest wcale najlepsze. Omylność to codzienna cecha. Dzięki krytycznym uwagom zdeklarowanych polonistów poprawiłem swój język co widoczne jest choćby w zestawieniu z pierwszymi tekstami. I za to dziękuję.
Wyczulony jestem zaś na taki, popularny ostatnio przejaw bezinteresownej złośliwości graniczącej z chamstwem. Do tego nie bardzo mogę przywyknąć, być może z powodu zbyt cienkiej skóry.
Niektórzy w takim wypadku kasują niechciane komentarze, czego jestem przeciwnikiem. Te czasy cenzury mam nadzieję odeszły z zapomnienie.
Nie mnie decydować kto przekroczył granicę. To Wy macie do tego prawo. Tak zdecydowała ostatnio ANNA odpisując harlejowi.
A ja, po prostu godnie pomilczę .

piątek, 3 lutego 2012

Marzenia wzmacniają sens życia

Przeciwności niczym magnesy przyciągają się i to jest prawda. Czy przeciwności potrafią ze sobą współistnieć? Oczywiście. Pod warunkiem, że jedna strona potrafi drugą zarazić tym, co jest najlepsze w jej pojmowaniu świata. Tak to od trzydziestu lat wymieniamy się spojrzeniem na świat z moją małżonką. Ja zdeklarowany domator, potrafiłem odnaleźć przyjemność z obcowania ze światem zewnętrznym. Żona nauczyła się innego podejścia do praw ekonomicznych, rządzących gospodarstwem domowym.
Fakt. że nie ze wszystkim nadążałem za Nią, hamowany przez rozwagę i umiejętność przewidywania. Z czasem jednak udało mi się, przynajmniej w niektórych sytuacjach, ustawić na pierwszym planie przeżywanie życia pełnymi płucami, pozostawiając rozsądek na drugim planie.
W sytuacji kiedy w naszym domu zmieniło się wszystko, przydał się zaś mój brutalny chwilami realizm. Nie przeszkadza on jednak w uzyskiwania zadowolenia z rzeczy drobnych, z pozoru nieistotnych. Powiem nawet dobitnie, tę radość wzmacnia.
Wiem już jednak, że nie spełni się moje marzenie życia. Nie siądę za kierownicą motocykla i nie pojadę gdzieś w dal, nie bacząc na to, że wiatr rozwiewa moje włosy. Przyznam nieskromnie, że dalej ma co rozwiewać. Chciałbym wtedy założyć koszulkę z następującym napisem na plecach:
Jeżeli potrafisz przeczytać ten napis, to znaczy, że zwiało mi kobietę”
Moja Kobieta nie usiądzie już za moimi plecami na motorze.
Odmówiłem sobie również jazdy na nartach. Kocham to gnanie po zmarzniętym stoku, na złamanie karku. Słyszeć ten chrzęst ostrzy, które wrzynają się w zmrożony śnieg i czuć ulgę, że i tym razem udało się pokonać łuk.
Nie mogę sobie pozwolić na nawet drobną kontuzję nóg czy rąk. I nawet gdybym emerycką techniką próbował ześlizgiwać się ze stoku, nie uniknę kogoś kto wyrąbie ze mnie z całej siły.
Będzie się jeszcze dziwił, że takich ślamazarnych dziadków wpuszczają do wyciągu. Dmucham na zimne, jednak kiedy oglądam prognozę pogody i raport ze stoków narciarskich, coś łapie za serce i ściska aż do wyraźnego fizycznego bólu.
C`est la vie - mawiają moi Francuzi. Zresztą nie tylko oni.
Kilka dni temu zadzwoniła Ona i w długiej rozmowie z żoną zachęciła ją do obejrzenia nowej komedii francuskiej pod tytułem "Intouchables" (Niedotykalni). Film całkiem świeży. Pojawił się nad Sekwaną w drugiej połowie ubiegłego roku .
Jest to historia dość nieprawdopodobnego spotkania między dwoma mężczyznami: Philippem, bogatym arystokratą poruszającym się na wózku inwalidzkim i wynajętym przez niego do pomocy, czarnoskórym Drissem, który niedawno wyszedł z więzienia. Między dwoma bohaterami pochodzącymi z dwóch różnych światów rodzi się z czasem głęboka przyjaźń, pełna zabawnych, zaskakujących i szalonych sytuacji. Ponoć podejście do tematu jest trochę banalne
Większość jednak francuskich widzów przyznaje, że mimo swojej banalności, jest to jedna z najlepszych francuskich komedii, która skutecznie poprawia humor.
Film jest dowodem na to, że mimo przeciwności losu jesteśmy w stanie śmiać się z nas samych
Absolutnie musisz go zobaczyć Mario – powiedziała – Po obejrzeniu zrozumiesz dlaczego.
No i zaczęło się wiercenie z brzuchu.
- Tak bym chciała zobaczyć ten film. Tak bym chciała – powtarzała niczym mała dziewczynka, która chce jeszcze raz zobaczyć zachód słońca nie rozumiejąc, że następny będzie dopiero za dobę i nic tego nie przyspieszy.
- Ale ja chcę, tak bardzo chcę go zobaczyć.
Ponieważ z reguły nie potrafię długo opierać się prośbom żony, co zarzuca mi nawet własna teściowa, wziąłem się do działania.
Zakup biletu do Paryża absolutnie nie wchodzi w rachubę. Mój nowy pracodawca nie przewiduje posiadania u mnie takich marzeń.
Rzuciłem się do internetu. Obok pozytywnych opinii doczytałem się, że nie wiadomo jeszcze, kiedy film wejdzie na ekrany polskich kin. Zapytana o to przedstawicielka wytworni filmowej Gaumont, odpowiedzialna za dystrybucję "Intouchables" na świecie, odpowiedziała, że jak dotąd film nie znalazł jeszcze swojego dystrybutora w Polsce.
Nie pytajcie, bo nie odpowiem, w jaki sposób i od kogo. Udało się. Uzyskałem możliwość obejrzenia.
Film w oryginalnej wersji językowej czyli francuskiej. Nie stanowi to problemu dla Marii, która potrafi myśleć w tym języku, za co ją zresztą szczerze podziwiam. Dla mnie pozostało oglądanie obrazków z niezrozumiałym dialogiem. Nie była to dla mnie nowość, ponieważ w trakcie dotychczasowych pobytów nad Loarą, siedziałem w towarzystwie rodowitych francuzów w podobny sposób. Jest do tego nawet określenie – jak na tureckim kazaniu.
Prawdą jest też, że już po tygodniu pobytu łapałem atmosferę wypowiedzi i sens ogólny jaki przyświecał wypowiadającemu.
Tak również stało się w przypadku filmu, tylko szybciej. Zacząłem łapać koncepcję reżysera i sens poszczególnych scen.
W pewnej chwili główny bohater oddaje w towarzystwie instruktora skok spadochronowy.
Wtedy jasne stało się dlaczego Claire namawiała moją żonę do oglądania filmu.
Pamiętam jak i ona doskonale zapamiętała te sceny, kiedy podróżując po Francji, zmuszony byłem zatrzymywać auto za każdym razem, gdy na niebie pojawiali się spadochroniarze. Szczególny urodzaj skoczków spotykaliśmy zawsze w okolicach Pirenejów, gdzie panowały wspaniałe warunki dla skoczków i lotniarzy.
Raz nawet o mały włos nie doszło do realizacji tego szalonego pomysłu, ale delikatnie i spokojnie wytłumaczyłem Marii jak szkodliwy dla jej kręgosłupa, może mieć taki skok. Później szło mi sprawniej. Mówiłem tylko, że rozkręcą jej się śrubki którym wzmocniona jej kręgi.
Stała więc bezradnie koło samochodu i przysłaniając otwartą ręką oczy, patrzyła z dziką zazdrością na ludzi unoszących się w powietrzu. Na błękitnym niebie paradowały różnokolorowe czasze. Opadały powoli, a czasem zdawało się, że szybują do góry wbrew prawom ciążenia.
Maria wiedziała doskonale, że taki wstrząs mógłby być dla nie tragiczny, ale opamiętanie przychodziło zawsze w drugiej kolejności. Na koniec mówiła do mnie z wyrzutem:
- Tobie to dobrze. Ty latasz we śnie. Wiesz ile ja bym dała, chociaż za taki sen?.
Kiedy wszystko zmieniło się w naszym życiu, a żona zaczęła uczyć się pokonywać na wózku zakręty z przedpokoju do kuchni i pokoju, wyrzuciła z siebie:
- Przepadło. Już nigdy nie skoczę na spadochronie. Próbowałeś mnie ochronić przed kłopotami, ale te kłopoty były mi widocznie pisane. Zamknąłeś drzwi, weszły oknem. Wkradły się jak złodziej, w taki głupi sposób, że pozostaje żal tych wszystkich rzeczy, których nie zrobiłam
Doszliśmy do momentu w którym główny bohater skacze i leci w powietrzu. Żona powiedziała:
- Już wiem dlaczego Claire chciała, abym obejrzała ten film. Zaraz dodała:
- Widzisz kochanie. Nic nie jest stracone. Mogę jeszcze skoczyć na spadochronie i zrobię to, jak mi Bóg miły.
Zauważyłem u niej ten błysk w oku. Gdzie tam w oku, w obu oczach, które lśniły w przygaszonym świetle niczym dwa brylanty.
Przyznam że i mnie udzielił się ten entuzjazm. A może?
Być może nawiążę kontakt z jakimś dobrym klubem spadochronowym. Być może letnia porą poddam się emocjom, chowając rozsądek do kieszeni, tak jak mnie uczyła Maria.
Sam bowiem doskonale wiem jak boli to, że nie możemy zrealizować swoich marzeń.
A jak uskrzydla gdy ktoś nam powie, że to nie jest wcale prawda.