14 kwietnia 2026

Jak pies z kotem

Ludzie mówią, że ktoś żyje jak pies z kotem. Trochę to naciągane, bo gdyby trzeba było tak naprawdę zaakcentować dramaturgię sytuacji to nie wahałbym się powiedzieć, że ktoś żyje jak człowiek z  drugim człowiekiem.
Przez dziesięć lat obserwowałem to życie psa i kota w jednym domu, naszym domu.
Pierwszy pojawił się kot. Sprowadził się od sąsiadów i postanowił z nami zamieszkać. On, a dokładniej Ona za nic miała wynoszenie jej z domu na prośbę sąsiadów opiekunów.
Po tym jak czternaście razy w trakcie jednego dnia wynosiłem ją, a ona wracała, poddałem się, sąsiedzi też.
Potem pojawił się pies, a w zasadzie suka.
Od dawna zapowiadałem tego psa, motywując żonę do rehabilitacji. Gdzieś na horyzoncie jej wysiłków rehabilitacyjnych majaczyła sylwetka psa.  Kiedyś zaś trafiła mi się fucha ekstra i zarobione pieniądze przeznaczyłem na ten cel.
Nie będę podejmował polemiki na temat tego czy kupować psa czy brać ze schroniska. Każdy ma w tej kwestii swoje racje. Przechodząc zaś do meritum, mała bokserka pojawiła się w naszym domu  tak mniej więcej w czerwcu lub lipcu, 11,5 roku temu.
O tego czasu kotka wychowywała ją po swojemu czyli kociemu, w końcu była o dwa lata starsza.
Zadziwiające było to jak przynosiła szczeniakowi do zabawy żywą mysz, a kiedy mała gapa traciła zabawkę, kotka jednym skokiem odzyskiwała zgubę- uciekinierkę.
Potem zwierzaki stały się partnerkami hołdując oczywiście swoim gatunkowym cechom. Zawsze jednak znalazły czas, by położyć się koło siebie zgodnie i bez lęku. Czasem widziałem jak kotka prowokuje zabawę podbiegając do psa i uciekając w widowiskowy sposób. Suka przyjmowała propozycję zabawy i zwierzaki goniły koło domu. Potem zmęczone kładły się  koło siebie w cieniu i zasypiały.
Tak to na różnych zdarzeniach śmiesznych i poważnych minęło nam 10 lat. Kot najpierw zachorował poważnie, ale po kosztownym leczeniu kupiliśmy mu trochę czasu. To trochę to było 3 miesiące.
Kiedyś po powrocie do domu, wypuściliśmy kotkę i ona już nie wróciła. Odeszła od nas dosłownie na stopniach naszego domu.
Zostaliśmy z suką, która starzała się wraz z nami. No może trochę szybciej jak to psy. Dodatkowo bokser nie należy do długowiecznych ras.
Posiwiała mordka i coraz większy spokój w zachowaniu towarzyszyły nam codziennie.  Codziennie też już z samego rana  witały nas te oczy pełne miłości i ta potrzeba bliskości coraz bardziej pożądana przez psa. Myślę, że nigdy jej zwierzakowi nie odmówiliśmy.
A jesienią zaczęły się problemy ze zdrowiem suki.  Utykanie sztywność kończyn.  Diagnoza była druzgocąca - nowotwór złośliwy kości.
Choroba zaatakowała w takim miejscu, że niemożliwa okazała się amputacja. Pozostało jedynie tłumienie bólu i oczekiwanie na najgorsze.  
To najgorsze zaczęło się dziać błyskawicznie.
Guz na łapie rósł błyskawicznie, a ból co było widać wyraźnie,  stawał się nie do zniesienia.
Suka wychodziła z domu, ale już nie miała siły do niego wrócić. Przynosiłem ją na rękach.
W nocy czasem i kilka razy podawaliśmy środku przeciwbólowe.
Coco  znosiła ten stan z wyjątkową godnością. Nie szczekała, nie skomlała. Zwijała się tylko na kanapie którą okupowała już  przez całą dobę.  Garnęła się  do tego by być blisko. Przytulić się być i trwać jakby ten kontakt z człowiekiem sprawiał jej ulgę. Uważała, że nasz dotyk złagodzi jej ból.
A w nas rosła niemoc. Z dnia na dzień z godziny na godzinę.
Suka odeszła od nas  w jedną z grudniowych niedziel ubiegłego roku. 
Do dzisiaj wydaje nam się, że pies stoi gdzieś z boku.  Widzimy to kątem oka, czujemy jakąś podświadomością. 

                                                      

I zostały już tylko fotografie. A przecież jak pisała Maria Jasnorzewska Pawlikowska  :  

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia
Czyjeś ciało i ziemię całą
A zostanie tylko, tylko fotografia
To jest, to jest bardzo mało

Mam nadzieję, że nie przyjmiecie tego jako nadużycie, a jak przyjmiecie to i tak to przeżyję.
 



Postanowiliśmy nie mieć więcej zwierząt. Wiąże się to również z tym, że często wyjeżdżamy do różnych placówek medycznych. W NFZ wiadomo, czas przyjęcia jest nieokreślony. Pal licho godziny, dni wiążą się z koniecznością znalezienia zastępstwa. Nasza suka na gościnnych występach, nawet u syna powstrzymywała się od spożywania posiłków do naszego powrotu.
Zwierzę jest wspaniałym i oddanym przyjacielem. ale wymaga odpowiedzialności i pewnego poświęcenia. Niewielkiego, lecz regularnego. Nie da się odłożyć opieki z całego tygodnia na weekend i skumulować jak pranie.
Od pewnego czasu obserwujemy relacje na linii człowiek zwierzę na wsi którą zamieszkujemy od 13 lat. Mamy też swoje doświadczenia ze wsi górskiej w której pomieszkiwaliśmy okazjonalnie przez poprzednie 20 lat. I co ? I rysuje się z tego całkiem nieciekawy obraz.
Zastanawia mnie to, że tak mało miejsca poświęca się tematyce stosunku człowieka do braci mniejszych w kościele katolickim, a przecież ma on swoich świętych od zwierząt.
Najsłynniejszym "świętym od ptaków" jest Święty Franciszek z Asyżu, który nauczał i przemawiał do ptaków, traktując je jak braci, chwaląc w nich Stwórcę za ich piękno, wolność i dary, a one słuchały go z uwagą, symbolizując harmonię z naturą, co opisują "Kwiatki św. Franciszka". Franciszek jest najbardziej znany, w chrześcijaństwie ale jest też św. Hubert. Jest on patronem zwierząt leśnych, Jego to właśnie wzięli na sztandary myśliwi. Ciekaw jestem czy Święty byłby zadowolony z tego patronowania, zwłaszcza od czasu gdy polowanie przestało być sposobem na zdobycie pożywienia, a stało się rozrywką. Zabijaniem dla dreszczyku emocji, bo jak inaczej wytłumaczyć zabicie kilkudziesięciu ptaków w ciągu kilku godzin pobytu w lesie.
Do tego lunetki na broni i noktowizory przy których zwierzę nie ma szans.
Tych dwóch świętych przywołałem w rozmowie z proboszczem w trakcie tradycyjnej kolędy.
Poprosiłem o to, by poświęcił  kilka słów  o stosunku do zwierząt w czasie kazań. 
Pewnie domyślacie się jaki przyniosło to skutek. A przecież kto jak kto, ale proboszcz w środowisku wiejskim na jakiś posłuch.
Kilka miesięcy temu temu Inspekcja Weterynaryjna w towarzystwie wolontariuszki odebrała psa sąsiadom.
Pies w wieku ok 10 lat, przypięty do budy i nie spuszczany z niej wbrew przepisom. Buda dziurawa, bez choćby odrobiny siana na legowisku. Dodatkowo położona bez pośrednio na ziemi. Mrozy nocą około -16 stopni. Wydano zalecenia których przez dwa tygodnie nikt nie zrealizował.
Znalazły się za to osoby z urzędu gminy gotowe bronić kontrolowanych. Że to niby za mało czasu, a że zima i zimno. A przecież pies przypięty był do tej budy co najmniej siedem lat.
Po kolejnym tygodniu,  wobec braku poprawy dobrostanu psa, nakłaniano właścicielkę do oddania.
Szło to topornie bowiem twierdziła, że nie odda psa, bo go kocha.
Nie popisał się też sprowadzony lekarz weterynarii sprowadzony na miejsce.
Twierdził, że psy po prostu lubią zimno, bo taka ich natura.
Może nie wszyscy powinni być lekarzami od zwierząt.
Koniec końców pies trafił do nowych właścicieli i pewnie pierwszy raz do wielu lat mógł pobiegać na długiej  smyczy.
Nie byłem świadkiem tej interwencji, a wiedzę o niej czerpię z udostępnionej na Facebooku relacji. 
Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że w domu jest  inny mały piesek trzymany w pokojowej atmosferze. Ten mały jest rasowy, a winą dużego było tylko to, że był zbyt mało rasowy.
Miałem i ja doświadczenie z tym psem i tą rodziną. Skończyło się to dla mnie zakazem zbliżania się do psa.
Do tej pory dokarmiałem go co było tolerowane, ale moja próba naprawy budy była już nie do przyjęcia przez właścicieli  
Podziwiam wolontariuszy z różnych organizacji społecznych.  Oni codziennie narażają się na obelgi ze strony właścicieli zwierząt, którzy opiekę nad żywym stworzeniem pomylili z posiadaniem starego krzesła które można wyrzucić za chałupę i zapomnieć.
I mają w tym działaniu sojuszników nawet bardzo wysoko postawionych
A żona ustawiła  sobie  na pulpicie laptopa zdjęcie numer dwa  i czasem  widzę jak jej oczy zaczynają się szklić gdy patrzy na ekran.


2 komentarze:

  1. Przez 250 lat nic się nie zmienilo
    «Dlaczego ty śpisz w izbie, ja marznę na mrozie?» —
    Mówił mopsu tłustemu kurta na powrozie.
    «Dlaczego? Ja ci zaraz ten sekret wyjawię —
    Odpowiedział mops kurcie — ty służysz, ja bawię».
    Ignacy Krasicki

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam, JerryW_54

    OdpowiedzUsuń