czwartek, 26 kwietnia 2018

Książki na indeksie

Parafrazując pewne popularne powiedzenie, złożyłem do kupy taki oto rym:
Cała Polska śmieje się z Was, programiści ludzkich mas.
Mnie też poniższe zdarzenie rozbawiło do żywego, ale po chwili dało mi jednak do myślenia. 
"W Lubartowie na jarmarku" - śpiewał kiedyś Andrzej Rosiewicz. Piosenka ta oprócz wprowadzenia elementu wesołości, spowodowała, że nie mylę już Lubartowa z Lubaczowem.
I kiedy wydawało się już, że poza nuceniem  -" W Lubartowie na jarmarku można kupić tanie piwo" - okazało się, że miasto to znane stało się z całkiem innego powodu
Czytam oto jakiejś regionalnej gazecie, że dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3 w Lubartowie odwołał Tydzień Harry’ego Pottera.
Miasto natychmiast znalazło się na ustach całej Polski. Powstały dziesiątki zabawnych memów i artykuły o tym, jak w bohaterze popularnej książki dla dzieci zwietrzono diabła. 
"W poniedziałek, w szkole rozpocząć miała się impreza zorganizowana przez anglistów. Jej celem była promocja czytelnictwa oraz kultury krajów anglojęzycznych. W oparciu o bestseller, po który dzieci sięgają z wielką przyjemnością. Miało się odbyć szereg wydarzeń: wspólne czytanie, pokazy fizyczno-chemiczne, wystawy fotosów, konkursy. Uczniowie przygotowywali się do akcji przez kilka tygodni, robiąc dekoracje czy kompletując kostiumy. W piątek dyrektor jednak wszystko odwołał.
Ponoć to na prośbę rodziców
   Pytali, dlaczego pozwalam na takie rzeczy. Mówili, że to książka nieodpowiednia dla dzieci – tłumaczył, dyrektor szkoły  – Przynosili mi wydruki fragmentów książki, gdzie mowa była o cmentarzu, jakimś przywiązanym bohaterze i spuszczaniu krwi. Mocno naciskali. Straszyli mnie sądem, jeśli nie wycofam się z organizacji. Chcieli sprawę „skierować dalej”.
Rodzice, których oburzyła decyzja dyrektora, są przekonani, że dyrektor uległ naciskom katechetek, proboszcza i burmistrza. – Tym bardziej, że podobna sprawa zdarzyła się kilka lat temu w innej z lubartowskich podstawówek – podkreśla mama jednego z uczniów."
"Za Lublinem za Rzeszowem
w mieście zwanym Lubartowem
mej młodości przyszedł maj
w Lubartowie piękny kraj"
I do tego mentalnie w czasach młodości naszych rodziców, co z pewnością spodoba się gościom z nowoczesnego świata. Kto by nie chciał, choć tylko na chwilę, do skansenu.
Pytanie pozostaje jedno, jak wielki jest ten skansen i czy granic jego nie należy szukać wzdłuż granic administracyjnych naszego pięknego kraju.
W końcu - Piękna nasza Polska cała. Piękna żyzna i nie mała.   
Z własnego doświadczenia wiem jak trudno pozostać niezauważonym gdy się ma  kontakt z  kontrowersyjną literaturą.
Grubo ponad dziesięć lat temu znalazłem się  w szpitalu w  Cesarsko Królewskim Mieście Krakowie.  
Przygotowując się do zabiegu, porzuciłem kontakt z telewizją, a w celu odtrucia organizmu założyłem na uszy słuchawki z tak zwaną muzyka poważną. Zaraz też sięgnąłem po książkę. Hitem w tym czasie stała się powieść Dana Browna Kod da Vinci.
Czytałem sobie tę książkę, czytałem, przerywając na czas posiłku lub obchodu lekarskiego.
Właśnie do sali weszła grupa medyków, która pochyliła się nad moim problemem ze zdrowiem. Szybko odłożyłem książkę.
Coś tam pogadali, coś zanotowali i już odchodzili gdy jedna z sióstr powiedziała do mnie:
- O, czyta Pan tę książkę od której można stracić wiarę.
Stwierdzenie mocne, szczególnie, że rzecz cała miała miejsce w szpitalu prowadzonym przez Ojców Bonifratrów, zaś opiekunkami chorych były w dużej części siostry zakonne.
Grupa medyków odwróciła się w milczeniu pełnym ciekawości.
Nie pozwoliłem jednak na to by ta niezręczna chwila trwała i odpowiedziałem tak
- Droga siostro, a ileż by była warta nasza wiara, gdyby jedna głupia książka mogła już zniszczyć?
- Ma Pan rację - powiedziała lekko zawstydzona zakonnica.
Medycy wrócili do swoich zajęć, ja do lektury, ale pamiętałem już by na czas przerwy w czytaniu odkładać książkę tytułem do spodu.
Po co mierzyć się z zarzutami, gdy już musiałem mierzyć się z bólem.
Książki nikt mi nie zabronił czytać i przy okazji nie zabronił myśleć.
Zastanawiam się jednak,  jak daleko w głąb sięga nasza wiara, kiedy już zedrzeć z niej tę ludową i nieco odpustową powłokę.
Może okazać się, że pod skorupą nic już nie ma



A to dopiero może okazać się bolesne. 
 
     

12 komentarzy:

  1. hmm, a gdyby tak odwrócić sytuację i wyobrazić sobie, jak do pacjenta, czytającego Biblię zwraca się inna osoba z personelu:
    - I warto tak sobie zaśmiecać głowę zabobonami i bzdurami? I to w dwudziestym pierwszym wieku, wieku naukowych osiągnięć?

    By się działo..!
    Jak daleko można ingerować w granice ludzkiej intymności?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cały czas te uwagi:
      Jak ty możesz to jeść
      Co ty w niej widzisz
      A co Was to wszystko obchodzi
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ja też mieszkam za Lublinem,
    za Rzeszowem,
    ale uważam że nic tam nie ma, serio, serio

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja wizytowałem te tereny i zaręczam że jest pięknie.

      Usuń
  3. Pięknie to ująłeś, a @ Małgośka genialnie skomentowała

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak mi się ostatnio wydaje, że stracić wiarę można zupełnie z innego powodu...

    OdpowiedzUsuń
  5. Hm...niejedna skorupa zadusiła już na "ament" tolerancję i zdrowy rozsądek.
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobre! :) To chyba o filmie nakręconym na podstawie "Kodu" jeden z nieżyjących już polityków wygłosił pamiętne hasło na pytanie dziennikarza, czy oglądał film: "Nie oglądałem, bo mi się nie podoba" czy coś takiego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elity nie muszą oglądać by wiedzieć czy im się podoba czy nie

      Usuń