wtorek, 27 marca 2012

Wciąz o sobocie prawię chociaż mamy wtorek

To już wiosna.W piątek wieczorem, żona zdarła ze mnie kurtkę wojskową M-65. Wrzuciła ją do pralki. Zaraz też zaczęła się kręcić w bębnie maszyny, pokazując, że przez czas jakiś nie może mi służyć i ochraniać. Dobrze że zdołałem wyciągnąć z kieszeni: trzy komplety kluczy, portfel i telefon. Zapomniałem kartki z listą zakupów, ale te już zostały zrobione. Trzymam ją czasem jako dowód, że kupiłem wszystko. Na pytanie:
A sera nie kupiłeś?
Wyciągam kartkę i pokazuję – zapisane, zakupione, przekreślone.
Czasem to broń obosieczna, bo wprawne oko żony wyłapie ten drobny zapis w dole kartki, który umknął.
Pozbawiony kurtki pocieszałem się, że wojsko też idzie czasem do pralni. Nie będę się tutaj rozpływał nad zaletami kurtki, bo uczyniłem to już na tym blogu, kilka lat wcześniej.
Całą radość noszenia (po latach materiał ułożył się do człowieka), psuje mi fakt, że niektórzy ochroniarze postrzegają mnie jako materiał na menela. I to z każdym praniem bardziej. Teraz doszyłem na ramieniu znak formacji. Duża czarna jedynka.
Nie, nie. Tą jedynką nie muszę sobie nic udowadniać.
Zanim włożę kolejną, w drodze do samego t-shirta kurtkę, muszę się psychicznie nastawić.
Czerwony kolor z jasnymi lamówkami. Model z wyprzedaży posezonowej jednej ze znanych młodzieżowych firm. Założyłem i spojrzałem w lustro. Poczułem się jak weteran wojny wietnamskiej na wycieczce w Disneylandzie.
Przyzwyczaisz się lada dzień - pocieszałem się nieskutecznie.
Zamiast prozacu wyciągnąłem mąkę i zagniotłem ciasto na chleb. Do tego będą bułeczki ze słonecznikiem. Możecie się śmiać, ale widok rosnącego w piekarniku chleba poprawia moje samopoczucie. Parzę kawę w ekspresie i z filiżanką w dłoni mogę patrzeć jak ciasto podnosi się, pęka od nadmiaru gazu wewnątrz, na koniec uzyskuje ten złoty kolor.
W najbardziej prostych rzeczach, może kryć się tyle piękna i ukojenia.
Zona śmieje się, że co sobotę o godzinie siódmej rano, otwieram piekarnię. Zapach piekącego się chleba nie pozwala już zmrużyć oka.
W reklamie TV, kobieta wstaje drażniona aromatem parzonej kawy. U mnie może budzić zapach chleba.
Sobota rozkręciła się na dobre koło południa. Mocne wiosenne słońce nie pozwoliło siedzieć w domu. Dodatkowo, ostatni weekend spędziłem w galeriach.
- Na Rynek! - postanowiłem dla równowagi.
Duże wyzwanie, ponieważ ostatni raz, żona była tam na własnych nogach. Nawet musiałem ją trochę namawiać do tej konfrontacji ze sobą. Udało się.
Po raz pierwszy widzieliśmy Plac Szczepański po remoncie. Ładnie.
Płyta rynku jak zwykle tętniąca życiem. Kawiarniane ogródki, obecne i oblężone. Szum gwar, ale w pozytywnym klimacie. Objechaliśmy Sukiennice dookoła, Koniecznie rundka koło Głowy Mitoraja.
Na płycie kończyli montować stoiska handlowe. Jak przed każdymi świętami będzie tutaj kiermasz ludowy.
- Jaka to szkoda, że już nie działają – powiedziała żona.
- Jakie to szczęście, że jesteśmy o tydzień za wcześnie – pomyślałem.
Przystanęliśmy chwilę, obserwując popisy tańczących młodzieńców. Grupa szczudlarzy rozdawała kwiaty przechodniom. Potem zwrot. Sienną w Mały Rynek, Floriańską, Marka,i Jana.
Kino Sztuka reklamowało „Wszystkie odloty Cheyenne`a „ z Seanem Pennem. Ponoć to rola Penna godna Oskara. Tak piszą. Do tego kupa dobrej muzyki.
Trzeba zobaczyć.
Spacerując ulicą Szewską wróciliśmy do samochodu.
Po drodze zawinęliśmy się do jednego sklepu z ciuchami. Myślę, że tutaj jest jakaś dopłata ze względu na prestiż ulicy.
Chwilę szarpałem się z drzwiami auta
W czasie zimowych mrozów wysiadły siłowniki do tylnej klapy. A może to nie wina mrozu tylko starości? Zwał jak chciał, nie trzymały
W związku z powyższym do zabezpieczenia podniesionej klapy, używałem kawałka metalowego profilu. Utrzymywał klapę na czas wkładania wózka i schodołazu. Nowe siłowniki kupiłem wczoraj, olewając te z firmowego sklepu. Za te nie firmowe zapłaciłem tylko 20 % wartości firmowych. Własnoręczny montaż zaplanowałem na drugą cześć dnia.
I tak jakoś uskrzydliło mnie to spotkanie z historią i odrestaurowaną przeszłością miasta, że niczym za piórko złapałem wózek. Z szerokim rozmachem wsadziłem go do bagażnika.
Niestety euforia wyłączyła rozsądek. Kółka zawadziły o poprzeczkę Nie wiedziałem, czy stałem się ofiara napadu?, czy potrącił mnie samochód?. Czy może kawałek gzymsu, z tej historycznej kamienicy przed którą parkowałem, spadł mi na głowę?.
Wszystko wirowało z bolesnym rozpędem.
Po chwili gdzieś z oddali zaczęły dobiegać nerwowe pytania żony. „Uwięziona” na swoim siedzeniu, nie mogła w żaden sposób pomóc mi. Chwilę trwało nim doszedłem do siebie, jeszcze chwilę nim zamknąłem bagażnik. Kiedy dowlokłem się do siedzenia kierowcy, trzymając się rękami za głowę
- Nic Ci nie jest ? - dopytywała się raz po raz żona.
Nie potrafiłem jej powiedzieć. Nie wiedziałem, gdzie? Co? i jak?.
Za chwilę jednak, wyraz ulgi zagościł na mojej twarzy
- Antoni!. Jasne, że Antoni
Kiedy to ustaliłem, mogłem śmiało odpowiedzieć na pytanie żony
- Żyję.
Siłowniki klapy wymieniłem w ciągu dziesięciu minut. Teraz otwierając bagażnik, muszę uważać na uzębienie. Klapa gna do góry jak oszalała. Radość po szkodzie.
Jeszcze tylko gałęzie z widocznymi pąkami, do wazonu. Dzięki sprytnej sztuczce wypiliśmy kawę na świeżym powietrzu i powróciliśmy do domu.
Tutaj odpowiadam na pytanie - dlaczego nie piliśmy kawy na rynku?
Opłaty za dzierżawę chodnika są tak wysokie, że restauratorzy starają się stłoczyć jak najwięcej stolików na jednym metrze kwadratowym, do tego parasole i betonowe obciążniki na ziemi.
Trzeba naprawdę bardzo chcieć, aby do takiego ogródka wejść z wózkiem inwalidzkim.
Wieczorem otworzyłem butelkę czerwonego wina.


Bułeczki i chleb z domowego wypieku, w towarzystwie sera i wina, na te parę chwil zamieniły na w koneserów.
- Ja Ci chyba zabronię pieczenia tego chleba – stwierdziła dogryzając kolejną kromeczkę, żona.
- A to z jakiego powodu?
- Ponieważ w żaden, ale to absolutnie żaden sposób nie potrafię mu się oprzeć.
- To tak jak mnie. Nie potrafisz się oprzeć, ale nie cierpisz chyba z tego powodu?
- A odchudzanie na ślub syna, a nowe ciuchy, a wiosna?
- A może, na początek ten Merlocik ?
Sobota powoli tuliła się w mroku. Telewizyjni prezenterzy informowali o zmianie czasu.
Szanowna ślubna małżonka potraktowała to jak najbardziej poważnie. Zresztą godzina była już późna. Kanały telewizyjne opanowały gorące dziewczyny.
Sprawdziłem pocztę. Chyba już wszyscy śpią.
Przed snem przestawiłem wszystkie swoje zegary na nową, jedynie słuszną godzinę.
Rano było jak znalazł.

sobota, 24 marca 2012

Abyśmy zdrowi byli

 Nie znam chyba  żadnego przyjemnego badania . Bo przecież trzeba nacierpieć się, aby być zdrowym. Na mojej liście przewodzą  zdecydowanie gastroskopia  i kolonoskopia.
Czym jest kolonoskopia? Polega na wprowadzeniu przez odbyt kolonoskopu przy użyciu specjalnego wziernika zakończonego kamerą i przesłaniu obrazu na zewnątrz. Kolonoskop to giętki instrument. Gastroskopia zaś polega na wprowadzeniu gastroskopu przez jamę ustną.
Przeszedłem oba badania w kolejności odwrotnej. To znaczy najpierw gastroskopię a po kilku latach  kolonoskopię.
Mocno wystraszony,  zjawiłem się w gabinecie  zabiegowym. Sama myśl o łykaniu węża, który przypominał  przewód podłączeniowy do pralki automatycznej wywoływała u mnie odruch wymiotny. Co prawda dostałem jakąś tabletkę na uspokojenie, a pogrubione zakończenie w którym znajdowało się oko kamery, miało być posmarowane  maścią znieczulającą. Aby dodać sobie odwagi,  pielęgniarce przygotowującej sprzęt opowiadałem dowcip za dowcipem. Był akurat poniedziałek i powiedziałem, że z tego się bardzo cieszę.
- Dlaczego? – zapytała pielęgniarka.
- Bo tego uniwersalnego  urządzenia z pewnością w dni nieparzyste używacie do badania przełyku, a w parzyste do układu pokarmowego wchodzicie od drugiej strony.  
Salwa śmiechu, którym zakrztusiła się pielęgniarka przekonała mnie o braku takiej możliwości.
Nie wpłynęło to co prawda na obniżenie mojego lęku, ale skróciło czas oczekiwania na tortury.
Zaraz też pojawił się lekarz, dał mi do zagryzienia coś takiego jak końcówka do odkurzacza. Pomyślałem nawet, że zaraz otrzymam elektrowstrząsy. Ale badanie ograniczyło się do samych wstrząsów.
- Proszę się nie dławić. Oddychać proszę - mówił doktor, penetrując kamerą moje wnętrze.
A wnętrze mam delikatne i łatwo zwrotne.
- Łatwo Ci powiedzieć nie dławić się. Chodź, zamienimy się – myślałem wojowniczo.
Potem pielęgniarka opowiedziała o  wymyślonym przez mnie sposobie wykorzystania sprzętu. Tutaj doktor powtórnie zapewnił mnie, że taka możliwość jest niemożliwa.
- Jakby tak przyszło robić, to znaczy że z naszą służba zdrowia jest bardzo niedobrze – podsumował na poważnie.
Wróciłem na salę i pozostało mi tylko opowiadać o moim bohaterstwie podczas badania.  Jakie to kłopotliwe ,  jakie nieprzyjemne. Z czasem trochę podkolorowałem i wzbogaciłem swoją opowieść.
I tak naprawdę to dzisiaj już nie wiem, ile jest prawdy, a ile  fantazji w moim opowiadaniu.
Kiedy zaś, pojawiłem się  na badaniu od drugiej strony, nie dowcipkowałem za bardzo.  Wystarczającym upokorzeniem było to, że w obecności dwóch obcych osób, w tym nie bardzo starej kobiety, pakowano mi w tyłek przewód dłuższy ode mnie samego. Gdy teraz nad tym myślę to jest to właśnie numer jeden na mojej liście dolegliwości medycznych.
 Opowiedziałem kiedyś w szpitalu dowcip o używaniu sprzętu wziernikowego. Wszystko po to,  aby pocieszyć znajomego,  czekającego na badanie.
Niestety kolega był bardziej zwrotny niż ja.
Soczysty paw który zaległ na kołdrze, przekonał mnie, że nie był to najlepszy sposób pocieszania.
- To niemożliwe - powiedziałem mu na odchodnym, ale i tak żegnały mnie pełne wyrzutu oczy jego małżonki.  W tej chwili, z przyjemnością skopałaby mi tyłek.  
Teraz, po latach muszę wycofać się z tych zapewnień. Nie ma rzeczy niemożliwych
Dowodem  na to jest artykuł z dnia  20.03.2012. w portalu  Gazeta.pl 
Tytuł – gastroskopia i kolonoskopia tym samym sprzętem
„- To jakieś kuriozum, by sprzętu, który wprowadza się pacjentowi do odbytu, używać również do badania wykonywanego przez usta i przełyk - dziwią się lekarze z rzeszowskiego szpitala "na górce". 
 ...Ordynator gastroenterologii Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie, zalecił personelowi dwa tygodnie temu, by kolonoskopię, czyli badanie dolnego odcinka przewodu pokarmowego, przeprowadzać tym samym sprzętem co gastroskopię. Lekarze i pacjenci odmawiają zabiegów...
… Sam ordynator nie widzi w tym  żadnego problemu twierdząc, że Lekarza, księdza czy adwokata rozlicza się ze skuteczności.
- Ja problem rozwiązuję – twierdzi.
Zapewnia też, że pacjentom nie grozi żadne niebezpieczeństwo, bo sprzęt po każdym badaniu przechodzi termiczną dezynfekcję w wysokiej temperaturze. - Nie jesteśmy nienormalni, by pacjentowi wsadzać do ust coś, co jest brudne - broni się  ordynator.
I uważa, że większym problemem dla pacjentów jego oddziału jest jedna obskurna toaleta i jeden prysznic”
Fakt że brudna toaleta to wstyd dla szpitala, ale przecież z obsranego kibla nikt nie każe mi pić.
Z umytego i chlorowanego również. W końcu co innego służy do picia, a co innego do srania.
W tym miejscu aż prosiłaby się  jakaś celna pointa.
Ale jak ją dopisać, kiedy ręce i nogi się uginają.
Z bezsilności. 

wtorek, 20 marca 2012

Osoba decyzyjna

Dzwonek telefonu rozciął jak nożem ciszę, która od kilkunastu minut panowała w pomieszczeniu.
Antoni zajęty pisaniem, siedział pochylony nad klawiaturą. Zerknął więc tylko zdegustowany na brzęcząca bezprzewodową słuchawkę. Skrzywił kąciki warg i powrócił do pracy, której od pewnego czasu poświęcał się z całym zapamiętaniem.
Ktoś kto dzwonił, nie ustępował. Sygnał dzwonka stawał się nie do wytrzymania.
Antoni wycedził delikatne, oraz dodatkowo przekręcone w kierunku poprawności przekleństwo. Zamknął pokrywę laptopa i podszedł do aparatu.
Zerknął na wyświetlacz – Numer zastrzeżony. Tak, te lubię najbardziej.
- Tu „Firma w której pracuję”. Antoni Relski, czym mogę służyć?
- Monika Dogadana, firma doradcza „Bat na dłużnika”. Chciałabym rozmawiać z osobą decyzyjną.
To po to odrywałem się od pisania - pomyślał Antoni - Trzeci raz dzisiaj
Zapanowała jakaś dziwna moda, na rozmowy z szefem. Czy to mała rodzinna firma, czy moloch organizacyjny, przyuczona do rozmowy panienka chce rozmawiać wyłącznie z szefem.
Na uzupełniające pytanie - czego ma dotyczyć rozmowa? Pada odpowiedź - spraw służbowych
Co ma mniej więcej znaczyć - spadaj parobku z twoim Panem chcę negocjować.
Po co w takim razie zatrudnia się tych wszystkich, merytorycznie przygotowanych pracowników? Oni to w cierpliwych słowach próbują wytłumaczyć dlaczego:
  • Nie chcemy zmieniać konta bankowego,
  • operatora komórkowego,
  • radcy prawnego,
  • strony WWW,
  • na nawet kserokopiarki.
Szef Antoniego z reguły używał takich rozmów. Na wszystkie propozycje tego typu używał jednego odsyłacza.
- Niech spier...
Mówił tak oczywiście tylko do Antoniego, bowiem to jemu pozostawił wstępną selekcję rozmówców.
On zaś swoimi złotymi ustami cierpliwie tłumaczył, że wynegocjowana umowa z inną, firmą jest najkorzystniejsza, a kopiarka znajduje się jeszcze w okresie gwarancji. Pod warunkiem oczywiście, że dostał taką szansę. Uczciwie musi stwierdzić, że osoby z tak zwanym stażem pracy częściej podatne są na bezpośrednią rozmowę, wtedy jest miło.
Przykładem była rozmowa z panią od szkoleń.
Po wstępnych grzecznościach Pani stwierdziła
- Po głosie, poznaję że rozmawiam z osobą która podejmuje w tej firmie decyzje strategiczne
- Niestety nie - zaprzeczył - Pod nieobecność szefa rzeczywiście tak się czuję. Proszę mu jednak o tym nie wspominać gdy będziecie ze sobą rozmawiać.
- A będziemy?
- Z mojego doświadczenia wiem że nie. Ponieważ temat szkoleń w naszej firmie nie istnieje. My zaś jesteśmy świetnie wyszkolenia, a może nawet wytresowani.
I wymienili jeszcze kilka uwag na tematy ogólne i na koniec, z uśmiechem odłożyli słuchawki.
Nawet jeżeli nic nie zostanie załatwione, pozostaje sympatyczne wspomnienie miłej rozmowy. Wszak rozmowy biznesowe też mogą być sympatyczne.
Rozumiał to, że te osoby wykonują taką pracę, z braku innych możliwości. Marnie wynagradzaną i mocno stresującą. Codziennie przez osiem godzin.
I tak do wyrzygania - jak mówił Adaś Miauczyński.
Ale nie ważne jest ile to co robisz jest warte, tylko to ile chcą za to zapłacić i czy w ogóle.
W obecnym okresie dekoniunktury, kiedy z kasą różnie, ważne jest abyśmy choć trochę szanowali się nawzajem. Lżej wtedy znosić upokorzenia fundowane przez los.
Wyznawca powyższych wartości, Antoni Relski, spytał zgodnie z zasadami, chętną do rozmowy z szefem rozmówczynię
- Czego ma dotyczyć rozmowa?
- Spraw służbowych – odpowiedziała zgodnie z jakąś wewnętrzna instrukcją Pani Monika.
- Co za dzień – rozpoczął planowe użalanie się nad sobą - Jest Pani już trzecią osoba, która dzisiaj dzwoni i każda, tak jak Pani chce rozmawiać z osoba decyzyjną. A dlaczego nikt nie chce rozmawiać ze mną?
- A Pan jest może decyzyjny?
- Po pierwsze, to jestem proszę Pani kompetentny. Po to kończyłem szkoły, co prawda bez wyróżnienia, ale papiery mam. Na kompetencję.
Po drugie nie bardzo wiem co znaczy decyzyjny. Przecież nasze życie to decyzja ze decyzją. Czy wstać?, czy myć się? czy iść do pracy? i czy w końcu odebrać ten telefon?.
Oj,chyba w podręczniku rozmowy z klientem nie było tego punktu, bo w słuchawce zapanowała cisza. Kontynuowałem natarcie.
- Halo! Jest tam Pani? Nie chce Pani ze mną rozmawiać? A ja jak chyba każdy, chciałbym porozmawiać z kimś miłym, kto ma sprecyzowany pomysł na życie. Z pewnością jest Pani miła osobą.
Odpowiedziała mi cisza.
- No więc jak? Jest Pani miła?
- Chyyyba tak - odpowiedział lekko zmieszany głos.
- Z zazdrością słucham jak miłe Panie składają różne propozycje mojemu szefowi – tutaj nabrałem już pełny wiatr w żagle, wiedząc, że to ja kontroluję sytuację.
A ja proszę panią mam swoje imię i nazwisko, mam swoje potrzeby. Przez te całe cholerne osiem godzin chciałbym, żeby wydarzyło się coś innego, niż każdego powtarzalnego szarego dnia. Boże! jak ja bym chciał.
Cisza z drugiej strony aparatu, a nie dźwięk odkładanej słuchawki świadczyły, że słowa nie trafiły w pustkę. Być może trafiły w samo sedno, albo poruszyły serce. Tego jednak oczekiwać nie mogłem.
- Z pewnością, .... na pewno jest Pan bardzo miły - dobiegł mnie cichy głos, ale ja jestem w pracy.
- To tak jak ja. Ja też jestem w pracy.
- To może mi Pan w takim razie powiedzieć, jaka jest możliwość nawiązania współpracy z firmą w której Pan pracuje, w zakresie ścigania nieuczciwych płatników?
- Oczywiście, że mógłbym powiedzieć - nie mamy z tym problemu, ponieważ nie prowadzimy sprzedaży na przelew. Najpierw kasa potem towar. To nasza zasada.
- Szkoda. Bo wie Pan, poszukujemy firm z którymi moglibyśmy nawiązać taką współpracę. To znaczy takie jest moje zadanie i brakuje mi jeszcze jednej firmy, aby wykonać plan minimum. Czy nie mógłby mi Pan w jakiś sposób pomóc?
- Oczywiście, że mógłbym. W przyszłości, na wypadek problemów z płatnikami, bo jakąś tam szczątkowa sprzedaż kredytowaną mamy, zwrócimy się do Państwa. Proszę powiedzieć przełożonym, że jesteśmy zainteresowani szerszą informacją. Potem przesłać na mój mail szczegółowa ofertę. Potem wymienimy się mailami. A moja już głowa w tym, żeby w pierwszej kolejności zwrócić się do Was. Oczywiście pod warunkiem, że będziecie konkurencyjni. No to do widzenia.
- A cha – odezwał się jeszcze raz głos w słuchawce
- Tak?
- Dużo się od Pana dzisiaj nauczyłam
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Antoni odłożył słuchawkę. Zakończył ogólnie miłą, chociaż trochę sterowaną, rozmowę telefoniczną.
Kiedy zasiadł powtórnie nad klawiaturą usłyszał dźwięk, a na pulpicie pojawiła się ikona nieodebranej poczty.
Powrócił do pisania. Do rozmowy z szefem miał kilka dni.
Oferta była rzeczywiście konkurencyjna. Raz spróbować testowo – to żadne poświęcenie.
Po około dwóch tygodniach od rozmowy z przedstawicielką firmy „ Bat na dłużnika” i odbyciu ponad dwudziestu rozmów telefonicznych z innymi , różnymi w treści ofertami współpracy, Antoni Relski siedział jak zwykle nad klawiaturą komputera. Zadzwonił telefon. Odebrał go odruchowo. Temperatura na zewnątrz stała się już znośna, a więc oprócz akwizytorów zaczęli dzwonić klienci, dający nadzieję na wpływ realnej gotówki do kasy firmy.
- „Firma w której pracuję” Słucham?
- Chciałabym rozmawiać z Panem Relskim. A to Pan. Mówi Monika Dogadana, pamięta mnie Pan?
- Rozmowę pamiętam, a i nazwisko jakoś tak zapamiętałem. Czym mogę służyć?
- Dzisiaj dzwonię specjalnie do Pana. Jeszcze raz dziękuję za naszą poprzednią rozmowę.
- Dał mi Pan wtedy szkołę. Ale od tamtego czasu, chyba lepiej rozmawia mi się z klientami. Pomyślałam, że zadzwonię bo jeżeli się uczyć...
- Zdolna – pomyślał Antoni - Teraz to Ona kontroluje tę rozmowę.
to choćby od diabła. Tak brzmi to przysłowie – dodał zaraz, aby nie od razu oddać całe pole.
A jednak można.

sobota, 17 marca 2012

Przytulanie - pocieranie

Mroki realnego socjalizmu, szarego i chmurnego, co rusz niczym raca świetlna rozjaśniał dowcip polityczny. Uśmiech powodował, że wszelkie niedogodności przyjmowało się z uśmiechem. Po dobrym dowcipie, najpodlejszy papieros smakował niczym markowe amerykańskie cigarettes, a wódka z czerwoną kartką jak piętnastoletnia whisky.
Wśród dowcipów opisujących radziecką rzeczywistość, królowały te o Radiu Erewań. Było to radio, które odpowiadało na wszystkie pytania słuchaczy. To było jakieś novum, ponieważ świadome socjalistyczne społeczeństwo nie miało żadnych wątpliwości, tym bardziej pytań
Oto jeden dowcip z tej kolekcji:
- Drogie radio Erewań - pyta słuchacz - Czy to prawda, że w Moskwie rozdają samochody za darmo?
- Tak drogi słuchaczu, to prawda – odpowiada Radio Erewań – Tylko, że nie w Moskwie a w Leningradzie i nie samochody a rowery i nie rozdają ale kradną.
A kiedy przyszły nowe wszystko się zmieniło. Dziś trudno o dobry dowcip polityczny. Trudno w ogóle o dobry dowcip, kiedy życie to jeden wielki kabaret.
Dowcip o Radiu Erewań przypomniał mi się po przeczytaniu notatki na Onecie.

Onanista zatrzymał tramwaj na 20 minut
14 marca - Moje Miasto Poznań
W środę w Poznaniu z powodu ekshibicjonisty tramwaj linii nr 4 stanął na prawie 20 minut.
Do zdarzenia doszło w środę chwilę po godzinie 6 rano w tramwaju linii nr 4. Na skrzyżowaniu Pułaskiego i al. Wielkopolskiej bimba miała przymusowy postój z powodu ekshibicjonisty, który zaczął onanizować się przed jedną z pasażerek.
Mężczyzna rozebrał się, po czym uprawiał miłość na własną rękę przed kobietą – wyjaśnia dyżurny ruchu MPK.
Ekshibicjonistę zatrzymał jeden z pasażerów, którym okazał się policjant w cywilu. Później zatrzymanego mężczyznę przekazano wezwanym na miejsce policjantom.... koniec cytatu

Okazuje się jednak, że na początku stanął nie tramwaj, ale onanista. Na wysokości zadania oczywiście.
Jak wynika z tekstu, dopiero w efekcie tej stójki zatrzymał się tramwaj.
Wydawało mi się, że do prowadzenia, a więc i zatrzymywania tramwaju uprawniony jest motorniczy. Dlatego przez chwile myślałem nawet, że tytułowy onanista to równocześnie motorniczy.
Nie podejrzewałem onanistów o specjalne predyspozycje dziedzinie prowadzenia pojazdów szynowych.
Znam jeszcze jeden, mniej skomplikowany sposób stopowania.
Z wczesnej młodości pamiętam, że funkcjonowało takie jedno powiedzenie.
Gdy ktoś krzyczał za nami - Ej Ty!
Na „ty” to tramwaj staje – odpowiadało się pospiesznie.
Czy działa? Nie wiem. Nie próbowałem.
Czy motorniczy z onanistą byli na Ty? Nie wiem, notatka o tym nie wspomina.
Autor pisze, że była to miłość na własna rękę. Ja dodam, że precyzja wymaga określenia, „z własną ręką”.
Woody Allen twierdzi, że onanizm to nie zboczenie, to seks z kimś kogo się kocha.
A może tytułowy onanista bądź jak wolą inni masturbator, za bardzo wziął sobie do serca informacje o Dniu Przytulania.
Z ta różnicą, że przytulanie wzbogacił o pocieranie.
A swoja drogą i całkiem na poważnie, chociaż utrzymanie powagi jest tutaj niezmiernie trudne. Wyobraźcie sobie tego faceta, rozebranego do rosołu w zimnym tramwaju, wypełnionym zaspanymi ludźmi, spieszącymi na poranną szychtę. On cały pokryty gęsią skórką i męczy tego swojego, przemarzniętego równie jak on, krasnala.
Ale kondycję, to trzeba przyznać ma.
Według informacji prasowej przerwa w ruchu trwała dwadzieścia minut.
Rozumiem, że funkcjonariusz w cywilu, kulturalnie poczekał na widowiskowy finał.
Proszę, proszę. Dwadzieścia minut !
Podczas gdy statystycznemu małżonkowi, ze średnim stażem małżeńskim, zajmuje to z grą wstępną niecałe pięć minut.

czwartek, 15 marca 2012

Poręczna torba na wino

W przepastnej szafie znalazłem całkiem zapomnianą torbę na wino. Leży tam od czasów, kiedy to wino kupowałem w ilościach półhurtowych, czyli co najmniej pięć butelek. Czasy te należą do odległej już przeszłości, bo i miejsce zatrudnienia się zmieniło i priorytety. W chwili obecnej kupuję na bieżąco, na własne potrzeby, a te ograniczyłem.
Nie tu mowy o żadnych względach zdrowotnych, bo ostatnie badanie krwi pokazało idealny cholesterol i takie jak trzeba próby wątrobowe. Znaczy to, że używam życia z umiarem i rozsądkiem pięćdziesięciolatka. Czasami jednak, po imprezie, nad ranem, myślałem o sobie coś zupełnie innego.
Okazuje się, że wątrobie i nerkom, nie należy pobłażać, ale oczywiście nie wolno z nich również ciągnąc tak zwanego łacha. Ja wszystkie moje organy wewnętrzne traktuje po partnersku, a bardziej wyrozumiały jestem dla kilku zewnętrznych. Pobłażam zaś tylko jednemu.
No tośmy sobie wytłumaczyli, że nie jestem zwykłym ochlaptusem. Jestem koneserem, to znaczy facetem, który do pitego szczególnie w piątkowe wieczory wina konsumuje ser.
Komuś tak wytłumaczyłem etymologię słowa „koneser” i co najdziwniejsze, uwierzył.
W tym tygodniu zrobiłem użytek ze wspomnianej powyżej torby. Zawiera ona wewnątrz, sześć przegródek aby szkło nie pobrzękiwało w trakcie niesienia. Pamiętacie te sceny z dzieciństwa, gdy jako szczenięta wracaliśmy do domu z mlekiem w butelkach?. Możliwe też, że z kilkoma mineralnymi o pojemności 0,33 każda. Dzwonił człowiek wtedy jak przysłowiowy ksiądz na roraty. Przeszkadzało to wszystkim oprócz głównego dzwoniącego. Celowo wprowadzało się flaszki w jeszcze większe drżenie i wibracje, co w kilku przypadkach skończyło się rozbiciem szkła. W domu pokazałem zakapslowaną i urwaną główkę. I było w dupę. Szyjki świadczyły o tym, że powierzone pieniądze nie zostały zdefraudowane. Brało się w skórę tylko za nieostrożność. A teraz, po latach, cichutko bezgłośnie niosę to swoje wino i tylko duży napis po angielsku, na zewnętrznej stronie torby świadczy o zawartości.
Imieniny teściowej. Taki jest powód mojej rozrzutności.
W ramach podziału ról, ja kupuje wino i piekę chleb. Sałatki, pasztety i ciasta spadły na kobiety.
I jak w starych czasach, sobota wieczorem zapachnie sosem tatarskim i chilijskim winem.
Z logistycznych powodów przyjmujemy imprezę pod swój dach. I żonie prościej i mnie spada z głowy powrót. W naszym przypadku, nie jest to bowiem takie proste.
Teściowa zresztą przebywa większość swojego czasu u nas. Pretekst pomocy córce jest idealny, bo niepodważalny i bezdyskusyjny. Pod tym kryje się domowa samotność, gdy ze względu na wiek, każdego miesiąca skreśla się kolejne nazwisko z książki telefonicznej.
Kiedy tak czytam to co napisałem, to myślę że łagodnieję z wiekiem.
Poza tym potrafię odróżnić wojny konieczne, od tych zbędnych. Długo dorastałem.
Przegapiłem lub zaniedbałem parę spraw. A teraz oczekuję dojrzałości od własnych dzieci.
Taki paradoks przemijania. Sobie przede wszystkim rezerwujemy prawo do błędów.
Wine-bag” stoi w rogu pokoju i działa na wyobraźnie szanownej małżonki.
Na moją również.
Ale podchodzę do tego spokojnie. Dokarmiam zakwas niczym zwierzątko Tamagotchi.
Codziennie wieczorem mąka i woda. Zamieszać. Rano zamieszać bez karmienia.
A on, znaczy się zakwas, odwzajemnia się puszczając od czasu do czasu uśmiechnięty bąbel dwutlenku węgla na dowód, że podoba mu się ta opieka.
Młody wyjeżdża dzisiaj do stolicy. W Warszawskiej Stodole występuje Rise Against. To jedna z najpopularniejszych na świecie punkowych grup, założona w 1999 roku w Chicago.
Słuchałem trochę. Punk mieści się w kategorii, którą definiuję jako muzyka. Zresztą mój chrześniak wali w gary w jednej z regionalnych punkowych kapel. Mnie Stodoła bardziej kojarzyła się jazzem, ale czasy zmieniają się.
Jazz kiedyś czynił nas wolnymi, teraz wszyscy wolni i niezależni.
Prosiłem tylko aby w ramach szeroko rozumianej wolności, nie zakładał na tę okazję żadnej krakowskiej koszulki klubowej. Uśmiechnął się tylko. Myślę, że adrenalinę zabezpiecza mu nowo nabyty ścigacz. Mnie zresztą też. O żonie i teściowej nie wspominając.
A ja planuję sobie życie rymem
Gdy w sobotę chleb wystygnie
Wtedy Antek wina łyknie”
Pod warunkiem oczywiście, że goście będą punktualni.
Może i jestem koneser, ale z zasadami.

poniedziałek, 12 marca 2012

Ryś za złotówkę

W piątkowy wieczór wracałem do domu. Jak co tydzień, z torbami pełnymi zakupów.
Od czasu gdy wykorzystuję ogromne torby z Castoramy, wszystko mieści mi się we dwie Są ciężkie, ale nie muszę schodzić dwa razy. Skoncentrowałem się maksymalnie na utrzymaniu właściwego balansu i uniknięciu nieprzyjemnego, ale jakże widowiskowego posrania się od wysiłku. Na parterze minąłem sąsiadkę, która poprzez uchylone drzwi zażarcie dyskutowała z młoda dziewczyną, stojącą na wycieraczce.
Żaluzje okienne?, drzwi antywłamaniowe? - próbowałem dopasować towar, którego akwizycję prowadzi. Zrezygnowałem jednak z domysłów, zastanawiając się - czy rozpłakać się już na klatce, czy cichutko w łazience po dojściu do domu.
Udało się. Doniosłem torby z zakupami i czyste spodnie. A o popłakiwaniu zapomniałem, bo trzy kontrolne pytania żony, skierowały moją uwagę na braki w zakupach.
Rozkładanie produktów i komentarze do zakupów zostały przerwane dzwonkiem do drzwi.
Uchyliłem je zdecydowany powiedzieć, że nie jestem zainteresowany. Na progu stała dziewczyna. Po pierwsze ładna i młoda, a po drugie przystrojona w zielone wdzianko z pandą i napisem WWF.
Ekolodzy - pomyślałem.
I zaraz też przez głowę przeleciał mi mały rachunek sumienia. A więc tak:
- ścieki odprowadzam do kolektora,
- unikam plastikowych butelek
- w tych butelkach które wyrzucam, pozostawiam szyjki bez nakrętek.
- nie palę a więc panuję nad emisją CO2.
W sumie jestem ekologiczny.
- Czy słyszał Pan o rysiach. O naszych polskich rysiach? - Spytała dziewczyna i nim spróbowałem popisać się wiedzą ciągnęła dalej - One są bardzo osłabione i potrzebują dobrego materiału genetycznego.
- Nie bardzo domyślam się mojego w tym udziału – odpowiedziałem - Co do jakości materiału genetycznego to osobiście nie mogę narzekać. Ale jeżeli chodzi o przekazywanie, to ja już swój materiał przekazałem. Niech Pani spojrzy jak mi wyszło.
Tutaj wskazałem dłonią na mojego młodszego, który stanął z boku, obserwując rozmowę.
Widać że i On zauważył. Ta ekolożka jest rzeczywiście całkiem zgrabna. Zganiłem się jednak zaraz za seksizm i postanowiłem kontynuowałem rozmowę. Jak dorwę się do głosu oczywiście.
- Musi mieć Pani wesołe życie – zwróciła się do mojej żony, nie tracąc zupełnie rezonu.
- Nawet Panie nie wie jak mi bywa wesoło – stwierdziła żona.
- Zaproś Panią do domu – dodała ugłaskana komplementem
Ekolożka weszła, rozejrzała się po przedpokoju i spytała:
- Czy złotówka, to jest dla Pana dużo?
- Wie pani. Milion składa się ze złotówek
- Chciałam z Panem wypełnić ankietę, na mocy której mógłby Pan adoptować rysia. Za pieniądze mięzy innymi od Pana, sprowadzimy rysie z Litwy. Aby te nasze wzmocniły materiał genetyczny.
- Rozumiem więc, że moim materiałem już Pani nie jest zainteresowana. Przyznam że mi ulżyło.
Co zaś do tej akcji. Chodzi o to, żebym zafundował adoptowanym samicom eksportowe bzykanko?
- Mniej więcej, trzymając się Pana konwencji rozmowy - dodał dziewczyna - I na to pójdzie właśnie, ta Pana złotówka dziennie.
- Dziennie? - Spytałem - Dlaczego więc nie zadała pani pytania, czy trzydzieści złotych miesięcznie to nie jest dla mnie duża kwota?
- W dłuższym okresie – postanowiła zagrać w otwarte karty dziewczyna.
- W dłuższym okresie – poprawiłem się.- Jestem proekologiczny. Lubię rysie i popieram idee ich ochrony. Ale czy nie mógłbym załatwić tego jedną małą dotacją na konto?
- Może Pan ze strony internetowej. My mamy jednak innym pomysł.
- Z pewnością tak uczynię, zgodnie z moim pomysłem. Bo to z tymi adopcjami to tylko kłopoty. Wie Pani potem trzeba je przygotowywać do różnych imprez. Jak w tym znanym dowcipie o biskupie.
Uprzejmie powiedzieliśmy sobie - do widzenia, życzyliśmy również miłego weekendu.
Nie wiem co sobie myślała o mnie, kierując się schodami do góry, zgrabna i ładna ekolożka.
Ja zamknąłem swoje drzwi na zasuwkę i stwierdziłem:
- Jak w powiedzeniu o Cyrylu i Metodym
- Jakim ? - spytała żona
- Cyryl jak Cyryl, ale te metody.
Po stwierdzeniu, że złotówka to dla mnie niewiele, trudno się z wycofywać z dalszych deklaracji.
A gdyby tak przyjąć, że każdy dar serca jest wiele wart i nie dyktować warunków brzegowych?
Taka agitacja nie jest chyba najlepsza, szczególnie wśród mieszkańców komunalnego w końcu jeszcze bloku.
To pewnie dlatego działaczka w zielonej pelerynce, tak szybko dotarła z parteru na trzecie piętro.
A ja naprawdę lubię rysie i niektóre działania ekologów.
Nie kupuję wypchanych zwierząt i nigdy nie trzymałem psa na łańcuchu.
Tylko trzy dychy miesięcznie w dłuższym czasie czasu, nie bardzo mnie przekonują.


czwartek, 8 marca 2012

Romantyczna waluta

Mój, prawie wiekowy, a nieżyjący już dziadek zadawał takie pytanie-zagadkę:
- Kiedy kramarz utarguje?
I nie czekając na naszą reakcję dopowiadał
- Jak głupi pieniądze ma.
Co prawda nie wiedziałem wtedy kto to kramarz, na czym polega owo „uhandlowanie”.
Teraz przygotowanie do życia na allegro, dzieci mają już od czasu, kiedy nacisną piąty raz enter na klawiaturze swojego komputera. Tak ze dwa dni temu czytałem, że jakaś sześciolatka kupiła apartament za 750 tysięcy złotych. Dzięki temu podświadomemu zmysłowi handlu, o mało nie została podwójną sierotą. A to z powodu bliskości zwału mięśnia sercowego rodzicieli, na widok maila potwierdzającego zrealizowanie transakcji.
Oczywiście nie dostałą w dupę, z powodu funkcjonowania niebieskiej linii. Jeżeli mała jest w stanie kupić mieszkanie, to z telefonem alarmowym również sobie poradzi.
A wracając do dziadka, a właściwie do owego mitycznego kramarza.
W grudniu, z okazji rocznicy ślubu, udałem się kwiaciarni. Nie myślałem nawet nad tradycją, w myśl której mężczyzna dyma z bukietem kwiatów w jednej ręce i aksamitnym pudełeczkiem w drugiej. Całuje dłoń i usta, dziękując za kolejne pięć lub dziesięć lat wspólnego pożycia.
Prezenty i hołdy zostaną zwykle przyjęte, a w zamian spotyka go symboliczne podrożenie palcem i stwierdzenie
- Tylko mi się popraw na te kolejną dekadę.
A czy któraś z Was chciała by mieszkać z takim idealnym, świętym Franciszkiem?
W optymistycznej wersji, oczekuje nas wieczorna nagroda.
- Bo Wam facetom chodzi o zawsze o jedno – to typowy komentarz.
I oczywiście wtedy nasze zachowanie nie powinno mieć nic wspólnego z życiorysem świętych.
Pal licho tradycję.
Wypatrzyłem wazon z różami o łodygach długości około 80 cm. Kosztowały dwa razy więcej niż te inne, ale przecież nie będę oszczędzał na kobiecie mojego życia.
Kiedy płaciłem rachunek i sprzedawczyni zauważyła nerwowe drżenie warg, powiedziała:
- Będzie Pan naprawdę zadowolony, spokojnie wytrzymają dwa tygodnie, pod warunkiem przycięcia końcówek i zmiany wody. Zabrałem wiąchę ze sobą i wróciłem do domu.
Życzenia, wręczenia. Później przycinanie, rozgniatanie, wymiana wody. Wręczenie miało miejsce w piątek. W niedzielę pierwsza główka róży w kolorze głębokiego burgunda schyliła główkę ku ziemi. W poniedziałek uczyniła to następna. Tak główka po główce, do środy został tylko pusty szklany wazon z dedykacją na poprzednią jeszcze rocznicę.
- W chłodni trzymają te kwiaty i wyciągają po trochu. Nie ma się co dziwić że taki schłodzony kwiat pada jak poczuje trochę ciepła – to typowy komentarz do mojego opowiadania.
Z frezjami mi się udało. Pachniały ładnie i stały kilka dni, jak na delikatny kwiat przystało. Być może ta delikatna budowa sprawia, że nie nadają się do dłuższego chłodzenia.
W ostatnią niedzielę z oficjalną wizytą pojawiła się u nas babcia narzeczonej mojego syna.
Pierwsza oficjalna wizyta, do której wykorzystaliśmy moją teściową, aby różnica pokoleń nie wpłynęła na atmosferę spotkania. W ręku babci róża. Długi kwiat przybrany liściem palmy, gałązką eukaliptusa i jakąś trawą z sawanny. Delikatny róż wyglądał prawie niewinnie.
Całość wybłyszczona tym sprayem do połysku. No pięknie.
W poniedziałkowy ranek zauważyłem jak główka róży smutno spoglądała w dół.
Ze względu na świeżość dodatków, po zerwaniu płatków trzymaliśmy w wazonie resztę zieleniny do środy, ale to było takie dziwne, że rankiem wyniosłem gałązkę na śmietnik.
- Ktoś nas tutaj wali – grzmiał mój wewnętrzny głos.
Najpierw sól z odpadków, pasta z jajek bez jajek i wiele rzeczy o których jeszcze nam się nie śni.
No i te kwiaty z chłodni. Kto parę razy kupował chryzantemy na święto zmarłych ten wie, że katalog kwiaciarskich sztuczek jest szeroki.
Niestety nie zawsze kwiaty dajemy oficjalnie i służbowo.
Często, bo jestem zdania że mężowie kupują swoim żonom kwiaty, przychodzi żyć z takim wręczonym bukietem pod jednym dachem. I rodzą się podejrzenia, że oto bukiet był z gatunku promocji ostatniej szansy - do natychmiastowego wręczenia. A ja na przykład nie kupuję gotowych wiązanek wietrząc w nich takie odgrzewane kotlety.
Dlaczego tak właśnie dzisiaj narzekam na kwiaciarzy?
Bo w drodze do pracy mijam te kwiaty, przygotowane do okazjonalnego wręczenia.
Podpuszczone by szybciej, wyhamowane by później, gotowe na 8 marca.
I potem wręczony tulipan, po rozwinięciu z celofanu zawija się tak i wisi główką w dół. Tworząc obraz, którego tak nienawidzą kobiety.
A gdyby tak zamiast oszukanego kwiatka, powiedzieć trzy miłe słowa?
- Dobrze że jesteś. Że jesteś obok mnie.
To jedno z najpiękniejszych moim zdaniem męskich wyznań. Słowa są męskie, więc siłą rzeczy muszą być skromne.
Oczywiście warunkiem zamiany kwiatów na słowo, jest czynienie tego częściej niż raz do roku. Powiem więcej częściej niż raz w tygodniu.
A jak kogoś stać, to może nawet palnie jakiś wierszyk. I szepnie (tylko broń boże czytać z kartki) delikatnie, w uszko, wieczorową pora.
Chyba, że partnerka jest z gatunku osób praktycznych.
Ty nie mów do mnie w romantycznej walucie
Ty bardziej praktycznie do mnie mów” jak śpiewała Ewa Błaszczyk.
Wtedy pozostaje nam już nawet nie kwiat, a zawartość aksamitnego pudełeczka.
Ale to już całkiem inna historia.

niedziela, 4 marca 2012

Butelka w sieci

Co prawda mija już powoli acz niebłaganie czas, kiedy wszystko załatwiało się za pomocą flaszki. I nie mam na myśli inflacji która zmieniłaby ten wymiar wdzięczności do dwóch flaszek. Po prostu ogólna dostępność wszystkiego na rynku  powoduje, że z reguły wystarczy zapłacić, aby mieć.  Nową jakość zyskało po latach  powiedzenie, że od czasu kiedy Fenicjanie wymyślili pieniądze, wdzięczność nie jest już taka uciążliwa. O prawdziwości i popularności tego przysłowia świadczą co rusz odkrywane przez CBS CBA  afery i  publikowane informacje o stanach szwajcarskich kont świecznikowych postaci.  Tym niemniej u ludzi w pewnym wieku, pokutuje dalej powiedzenie:
- Za to  masz u mnie flaszkę. Tak mówi nie jeden mój znajomy.
- Pod warunkiem, że wypijemy ją wspólnie  - dodaję zawsze.
I ten nasz dialog, wydawać by się mógł takim „austriackim gadaniem”, gdyby nie rozmowa  z połowy ubiegłego tygodnia:
- Tych flaszek zebrało nam się już  tyle, że czas były coś naruszyć z tej piwniczki wdzięczności
- Tylko jak to zrobić, gdy dzieli nas ponad sto pięćdziesiąt kilometrów, a każdy lubi jazdę samochodem i ma rodzinne obowiązki?
- Wiesz co - stwierdził Znajomy  -  jeżeli może być seks na odległość i ktoś brandzluje się  na Skypie,  patrząc na panienkę z drugiego końca Polski, to chyba możliwym jest wypicie w ten sposób kilku butelek wina?
- A nie trąci to trochę takim piciem do lustra?
- W lustrze to ty widzisz swoją  pomarszczoną twarz. A na imprezie przez Skypa zobaczysz moje hedonistyczne  oblicze.
- Wiesz co. Zaryzykuję.
Uzgodniliśmy szybko jakie wino pijemy. Dogadaliśmy też kiedy zasiadamy do stołu.
W piątek, późnym wieczorem, rozpoczęliśmy  piknik wdzięczności.
On mi był coś winien, ja jemu. Kupiliśmy więc po dwie butelki południowoafrykańskiego wina. O ustalonej porze zalogowaliśmy się do sieci.
No cóż. To całkiem nowe, dziwne doświadczenie.
Trudno powiedzieć czy to mi się podobało czy nie.
To tak jak w dowcipie o góralu, z niezłym stażem małżeńskim, któremu pewien letnik zaproponował, aby spróbował małżeńskiego seksu przy włączonym świetle.
Na pytanie - jak było? Odpowiedział z góralską powściągliwością
- Mnie? Jak zawsze. Ale za to dzieciska miały wielką uciechę.
Wino czerwone  smakowało mi jak zawsze. Spotkałem się tylko ze złośliwymi docinkami  ze strony domowników, dla których widok z boku był z pewnością dosyć zabawny.
Aby odeprzeć zarzuty picia do lustra, chociaż w przypadku wina to uchodzi, podjąłem pewne działania  
Po  pierwsze musiałem podzielić się winem i impreza zrobiła się pół na pół. Pół tak, pół siak. Bo jak to bywa w takiej sytuacji?  Szanowna małżonka za swój patriotyczny obowiązek uznała konieczność  skomentowanie, albo dopowiedzenie  czegoś do zasłyszanej rozmowy. Z niezłym więc powodzeniem udało jej się obniżać mój prestiż.
Ja mam świadomość że to tylko żarty. Ale nie każdy funkcjonuje na tym samym etapie  dowcipu. Niektórzy biorą życie wprost. A potem zaczynają się komentarze.
W końcu, nie jesteśmy tacy jak o sobie mówimy. Mówimy o sobie tak, jak chcielibyśmy być postrzegani. Mówiąc żartem - w rozmowach budujemy wizerunek skromnego macho i rozbudowanym intelektem i wewnętrzną wrażliwością. I to wszystko przy tysiąc pięćset pensji. I pewnie bylibyśmy w stanie w to uwierzyć,  gdyby nie najbliżsi, którzy potrafią wyciągnąć  cegłę z tego mozolnie wznoszonego cokołu.
Oczywiście, najlepiej robi się to przy obcych. Publika rzecz ważna.
Na pytanie - dlaczego ? Odpowiedź jest jedna. To działanie terapeutyczne. Szpilka  szyderstwa spuszcza powietrze z tego balonika zarozumiałości.
No normalnie trzeba by wypuścić takie odznaczenie  „Sprawiedliwy wobec własnej rodziny”  i dekorować wszystkie żony.  Piszę sprawiedliwy, gdyż od czasu do czasu można by przypinać ten medal również własnym dzieciom.
Dzięki Bogu, tu wierzę w jego wolę sprawczą, żona poczuła się senną i opuściła Web- imprezę. Spotkanie utraciło część uczestników ale zyskała na dynamice.
Znajomy, przy drugiej flaszce rozkręcił się. Mnie, w co trudno w zasadzie samemu uwierzyć, przypadła rola słuchacza. W ciszy piątkowego wieczoru, puściły hamulce zwierzeń.
W zasadzie, trzymając się terminologii używanej powyżej, nadał żonie medal sprawiedliwych. Alkohol wyzwala emocje , a wino w przeciwieństwie do wódki, pozwala je artykułować w jasny sposób.
Narzekał na podcinanie skrzydeł przez  najbliższą osobę. Może nawet nie podcinanie a wyrywania po jednym piórku.
-  Z razu tego nie widzisz lub o to nie dbasz. Myślisz sobie dam radę będzie OK. A kiedy przyjdzie wzbić się, okazuje się, że ze skrzydeł zostały tylko kikuty pokryte gęsią skórką. One tak błazeńsko machają w bezlocie. Po co to? Pewnie  po to, żeby facet nie odleciał. Ale po co im nielot jeżeli całe życie marzą o orle?
- Nie wiem – odpowiedziałem, nie będąc do końca szczery -  ale ja staram się idealizować damskie zachowania. Moja kobieta świadczy o mnie, a więc niechaj w moich oczach będzie wspaniała.
 - No właśnie – emocjonował się -  One zaś chcą pokazać, że własnoręcznie wyrwały nam kły i siekacze. I że jemy z ręki. A potem pretensje, że facet nie jest dziki jak czarna pantera. Nie zrywa z niej odzienia, nie wpija się w rubiny warg.
Może jestem już stary, ale pamiętam, że jak byłem dzieckiem miałem już wyrobioną świadomość. Nie można mieć wszystkiego.
Kurwa!. Chyba się jeszcze napiję, ale w barku została mi tylko łącka śliwowica, albo greckie Quzo. I nie wiem co gorsze?
Mnie również od niepamiętnych czasów zalegała butelka Quzo. To jakaś pamiątka po podróży. Ze względu na anyżowy smak, który lubi powracać czkawką do  samego rana, nie odważyłem się do tego przyznać.
- Chyba umrę, a nie zrozumiem kobiet – podsumował.
- Ja nie umieram, ale a barku mam tylko orzechówkę – ponownie skłamałem – Nie chcę psuć smaku wina. Co do smaku wina, wyznanie było szczere.  
Musimy to kiedyś powtórzyć – podsumował  Znajomy.
- Koniecznie – powiedziałem – Zalegamy sobie jeszcze kilka flaszek. Mówiąc krótko, zdzwonimy się.
Zaraz też doszło do mojej świadomości, że to określenie – zdzwonimy się – to odkładanie spotkania w daleką i nieokreśloną przyszłość.
W końcu nie pierwszy raz piję wino na smutno. Albo te smutki przychodzą po wypiciu.
Pierwszy raz spotkałem się z dosłowną „samotnością w sieci”. Bo zatytułowanej tak książki Wiśniewskiego nie dałem rady doczytać do końca.
Bo być może nie jestem takim do końca smutasem i samotnikiem.