poniedziałek, 30 stycznia 2012

Chleb na zakwasie

Przeszedłem na wyższy stopień wtajemniczenia. Od dłuższego czasu  zbierałem się w sobie,  aby upiec chleb na zakwasie. Podstawowa trudność polega na tym, że ów zakwas trzeba przygotowywać kilka dni wcześniej i regularnie dokarmiać. Na masochizm z mojej strony może zakrawać sama myśl o chlebie,  w środku procesu odchudzania. Może to i dobra pora, ponieważ nabrałem dystansu do jedzenia jako czynności samej w sobie. Poza tym wiedząc, że nie będę jadł tego chleba, albo czynił to w stopniu minimalnym, mogłem sobie pozwolić na celebrację.
Zalałem więc pół szklanki mąki żytniej letnią wodą, do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Słoiczek postawiłem w okolicy kaloryfera i codziennie uzupełniałem dwiema łyżkami mąki,  dolewając w razie potrzeby wody. W piątek wieczorem zagniotłem ciasto i odstawiłem do wyrośnięcia. O ile w przypadku drożdży ten czas nie jest długi, o tyle żytnie ciasto na zakwasie dojrzewa od sześciu do dwunastu godzin.  Pozostawiłem w słoiku dwie łyżki zakwasu, nakarmiłem go mąką i schowałem do następnego razu. Ciasto dojrzewało całą noc, a w sobotę, bladym świtem  rzuciłem się do  wypieku. Rozgrzałem piekarnik do dwustu stopni,  a przygotowaną formę  wysypałem otrębami. Trochę byłem zawiedziony ponieważ ciasto nie było wyrośnięte i lepiło się do rąk. Napełniłem jednak formę i  z dużym sceptycyzmem wsadziłem do pieca.
Nie wyrośnięte, chyba nic z tego nie będzie – powiedziałem sam do siebie
Przy okazji wzbudziłem zainteresowanie małżonki, która korzystając z wolnej soboty dolegiwała jeszcze  w łóżku. Nie było zresztą w tym żadnej przesady, ponieważ świecące na zielono cyfry   kuchennego zegara wskazywały godzinę szóstą dwadzieścia.
Nie bacząc na protesty i wątpliwości ślubnej kontynuowałem  eksperyment
Posiadając  możliwość podświetlania piekarnika, co chwila śledziłem postępy wypieku. Za chwilę też zostałem zaskoczony tym, że ciasto ładnie i bez przesady wyrosło. Uformowało się w całkiem zgrabny chlebek.
Po około godzinie wszystko było zakończone. Pozostało tylko poczekać aż chleb wystygnie.
Uwielbiam ciepłe pieczywo, a na wsi zawsze poluję na gorące jeszcze podpłomyki. W przypadku  pieczywa z mąki żytniej zaleca się konsumpcję  zimnego już chleba. Ciepły ma tendencję  zaklejania przewodu pokarmowego, a szczególnie jelit.
I tym razem mogłem pozwolić sobie na oczekiwanie. W końcu wyznaczona samodzielnie norma spożycia to jedna cieniutka kromeczka dziennie.
Ale  kiedy już ukroiłem pierwszą kromeczkę i wsadziłem  kęs do ust,  doznałem cudownego przeniesienia w czasie. Był to smak chleba który pamiętam z dzieciństwa. Lekko kwaskowy  o zapomnianym prawie smaku i aromacie. Jak ten na który czekałem pod piekarnią PSS Społem. Gorące jeszcze bochenki sprzedawano tam wprost z wózka. Ikażdy chciał kupić gorący, lekceważąc te z rannych wypieków. Nazywano go chleb krakowski, lub zakopiański przyczy,m ten ostatni posypany był dla rozróżnienia kminkiem.
Niosłem go do domu, w plecionej na zajęciach technicznych siatce.  A w domu, matka nie pozwalała jeść gorącego, bo mógłbym się rozchorować. 
Dopiero dzięki internetowi zdołałem odkryć na co.
Żułem kolejny kęs z zadowoleniem przymykając oczy,  a pod powiekami migały obrazy i wspomnienia. Wspomnień i skojarzeń miałem niczym nie przymierzając Marcel Proust, dla którego natchnieniem była magdalenka, ciastko w mijanej cukierni .
Widziałem więc moje miasto, ulicę w końcu dom. Mieszkańców kolegów i członków rodziny,  wyrwanych z gomułkowskiej  przaśności do czasu kiedy oto  siedziałem w rozmarzeniu  pomiędzy maszyną do chleba, a piekarnikiem z termoobiegiem.
Dlaczego tak to jest, że nie cenimy tego co jest nam dane w tej chwili, traktując to jako pewną normę. Dopiero kiedy wyrastamy i doroślejemy,  z sentymentem rzucamy się na takie strzępy wspomnień i pojedyncze obrazki. Rozpamiętujemy to co nam się wtedy zdarzyło w kategorii niebywałego wprost szczęścia.
Prawdą jest, że tak trudno nam dogodzić.
Z racji prowadzonej diety musiałem przejść nad wspomnieniami do współczesności.
A tu po chwilowej euforii spowodowanej spadkiem wagi, mój organizm okopał się  na na kolejnym przyczółku cyfr,  traktując to jak granicę nieprzekraczalną.
Złamałem go jednak, ale od tej pory jak na froncie, boje trwają o każdy gram, który w trudem składa się w dekagramy, a jeszcze trudniej w kilogramy.
Wczoraj włożyłem spodnie, czarne Wranglery, zupełne nówki. Żona kupiła mi je kilka lat temu i już wtedy były na mnie zbyt ciasne.
- Zostaw je – powiedziałem - dopasuję się do nich, a to będzie motywacja.
Motywacja przeleżała w szafie kilka lat, ale dzięki niej lub raczej nim  bo mowa o spodniach,  udowodniłem, że nie rzucam słów na wiatr.
Z okazji   siedemdziesiątych piątych urodzin mojej teściowej, stół  napełnił się ciastami.
Była więc rolada owocowa, tarta cytrynowa i pączki. Spoglądałem na to wszystko bez emocji, popijając wodę z cytryną. Woda była gazowana, to jedyne odstępstwo od kanonów odchudzania. Ja  po prostu  nie cierpię wody niegazowanej. Pijąc ja odczuwam jakieś oszustwo. To jakby ktoś nalał mi do szklanki zwykłej kranówy. Gaz w moim przekonaniu  na to oszustwo nie pozwala.
Za oknem zimno, Minus siedemnaście. No to jakaś odmiana chcieliśmy zimy to ja mamy.
Z zazdrością patrzę na serwisy narciarskie. Jakże bym chciał poszusować w dół na skręcenie karku.
Tylko ta moja odpowiedzialność nie pozwala mi na to.
Zawsze byłem taki akuratny. Czasami to nawet sam sobie współczuję.

czwartek, 26 stycznia 2012

Ogniste refleksje

Kiedy  opowiadałem znajomym o  niedawnym włamaniu w miejscu pracy, któryś z nich potakując głową wypowiedział te pełne empatii słowa:
- No tak to  wstrętne, gorszy może być tylko pożar.
Potwierdziłem słuszność tej uwagi, chociaż to takie rozważanie czy lepsze jest zaparcie czy rozwolnienie. Obie dolegliwości są  kłopotliwe.
Nie przypuszczałem  wtedy, że jest to proroctwo, które niechybnie się spełni.
Sobotni weekend zapowiadał się raczej nudno. Poza okularami w których pękło szkło i nadawały się tylko do kosza. Zlepiłem je jednak klejem błyskawicznym, szukając fachowej pomocy.
Wolna sobota  spowodowała, że poprzestałem na wyborze oprawek.
To znaczy, że oprawki zaakceptowała żona. Lata wspólnego pożycia małżeńskiego robią swoje.
Do lekarza okulisty miałem zgłosić się dopiero w poniedziałek.
Satysfakcja z porannego ważenia musiała zrekompensować mi wykreślenie z planu dnia wieczornej degustacji mołdawskiego wina.
Wino to, w jakiś złośliwy sposób ukryło się w kącie barku i pozwoliło się odnaleźć  wtedy, gdy wypadało mi apogeum negatywnych odczuć związanych z podjętą decyzją.
Zaparzyłem sobie herbatę z podwójnej torebki „green z lemonem”, kiedy zadzwonił telefon.
- Iskry się panu sypią ze skrzynki elektrycznej, wezwałem pogotowie energetyczne -  jakiś anonimowy głos pochwalił się swoją obywatelską postawą. Czynił to jednak w pełnych emocji słowach.
Nie bacząc na formę podziękowałem i czym prędzej zebrałem się do wyjazdu.
Kiedy podjeżdżałem w dobrze znane okolice,  na horyzoncie  migały już niebieskie światła.
Cała kupa strażaków pokrywała rozdzielnie elektryczną  zawartością z gaśnic proszkowych.
Podszedłem do grupy  operacyjnej, wskazali mi dowódcę, który opisał sytuację.
Rozdzielnia elektryczna na wskutek zwarcia zaczęła wyrzucać z siebie iskry. Strzelały w górę i na boki niczym sylwestrowe fajerwerki. Później doszło do zapłonu.
Strażacy nie chcieli mnie dopuścić w pobliże, z powodu obawy  porażenia prądem.
Wskazałem miejsce gdzie znajduje się główny wyłącznik, a następnie osobiści odłączyłem zasilanie.
Reszta akcji odbywała się już wyłącznie w blasku latarek.
Że też te wszystkie kłopotliwe rzeczy uwielbiają się wydarzać w weekendy.
Za jednym pociągnięciem wajchy minęło niebezpieczeństwo, ale  przestało działać  całe mnóstwo urządzeń.  Począwszy od banalnej  żarówki, poprzez elektroniczne udogodnienia, internet, a na zasilaniu pieca centralnego ogrzewania skończywszy.
Podpisałem protokół przekazania terenu po akcji i ekipa  wozu bojowego straży oddaliła się. Pozostałem sam, a w zasadzie w towarzystwie Młodszego,  pośród zwęglonych  i niemiłosiernie śmierdzących elementów elektrycznych.
W ferworze walki zapomniałem, co teraz wyszło,  że wejścia na plac broni solidna brama przesuwna,  sterowana silnikiem elektrycznym.
Odblokowałem napęd i wspólnie z Młodych przepchnęliśmy bramę w pozycje „bezpiecznie zamknięte”
Ja zostałem na zewnątrz, a Młody zablokował  napęd. Zaraz też miał okazję popisać się kondycją, wspinając się na ogrodzenie i przeskakując z drugiej strony.
- Patrz jak to robię - powiedział złośliwie - ponieważ aby wejść w poniedziałek, będziesz  to musiał powtórzyć w drugą stronę.
- Spoko Maroko, mam od tego ludzi - powiedziałem uspokajając sam siebie.
Wróciliśmy do domu, a ja nie mogąc skorzystać z monitoringu, jeszcze późnym wieczorem pojechałem w miejsce zdarzenia.  A później w niedzielę.
Tak to minął mi weekend planowany jako leniwy i spokojny, bez marnowania energii w związku z trwającym procesem  odchudzania.
W poniedziałek uzbrojony w termos z kawą stawiłem się  w miejscu pracy.
W poniedziałek również, odzyskaliśmy prąd w części  obiektu. We  worek nie było już śladu po złowrogim działaniu sił natury. Uf - udało się .
I w zasadzie  nie wiem czy cieszyć się,czy martwić?
Bo złodziej  w końcu nie ukradł wiele, a pożar nie zniszczył  wszystkiego.
A może to pretekst do jakiejś refleksji?
Nachodzi mnie taka, że ktoś zebrał w słoik po dżemie powietrze z mojego otoczenia.
Korzystając  z fragmentu otaczającej mnie aury, ulepił coś na kształt  lalki  Voodoo.
Nie, nie  tylko moją podobiznę  niedużego, dojrzałego faceta z nadwagą, ale całość. To znaczy, że jestem  ja w takim kokonie, gdzie ukryto również dom i pracę.
Ktoś z perwersyjną radością wbija szpilki w ścianki, powodując coraz nowe problemy, albo co najmniej utrudnienia.
A może jestem tylko przewrażliwiony i rozdrażniony
Przecież wypadki się zdarzają. Statystycznie
Tylko dlaczego nie statystycznie wypadło dwa razy na mnie?

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Czym zastąpić fusy w dobie rozpuszczalnej kawy

Odkładam projekt  ACTA ad acta, bo o czym dyskutować gdy całe przedsięwzięcie jest tajne. Śledziłem dzisiaj tytuły newsów. Liczyłem, że coś zainteresuje mnie w ten smętny poniedziałek, który od świtu już mówił, że miłe chwile kończą się i następuje powrót do szarej codzienności. Dobrze że jest Internet, alternatywa dla telewizji. Może lepiej powiedzieć, że telewizja powoli przestaje być alternatywą dla Internetu?
Na jakimś portalu zauważyłem smakowity tytuł, który  brzmiał:
„Wróżbita Kazimierz wróży z pośladków i odsłania tajniki rumpologii”
Ponoć widzi w pupie to, czego nie dostrzeże nawet długoletni partner jej właścicielki. Wszystko dlatego, że odkrył tajemnice owej  tajemniczej rumpologii.  Zrozumiałem z tego, że rumpologiem  jest  każdy facet uwodzący cudzą żonę. Zyskuje jej względy, przecież dlatego, że widzi w jej pupie to, czego od dawna nie zauważa długoletni mąż, czy konkubent.
Ponoć kultura północna preferuje pośladki, a biustem zachwyca się kultura śródziemnomorska. Wychodzi na to, że mam wśród swoich przodków jakiegoś Greka, albo, o co mnie  posądzał jeden z handlujących na Kleparzu, kogoś z tak zwanego wyznania bankowego.
Ale przecież trzeba być otwartym na kulturę innych. Skorzystam, nie skorzystam, wypada wiedzieć.
Ekspert w tej dziedzinie, Kazimierz Olszewski, na łamach Super Expressu daje próbkę swoich niezwykłych umiejętności.
Oto podział pup ze względu na ich kształt:
- okrągłe – ich właścicielkami są kobiety otwarte i uczciwe, dobre kochanki i koleżanki, kobiety sukcesu;
- sercowate – odzwierciedlają ogromną wrażliwość kobiety, a jednocześnie skłonność do awantur; kobieta z taką pupą może okazać się kłopotliwą małżonką;
- gruszkowate –  posiadają je kobiety nieśmiałe, nudne i słabe w łóżku, jednak wierne i stałe w uczuciach;
- płaskie – wskazują na zaradność i samodzielność; kobiety obdarzone płaską pupą świetnie odnajdują się w każdej sytuacji, miewają jednak huśtawki nastroju i skłonność do grania partnerowi na nerwach.
I już wiesz mężczyzno, z kim powinieneś wędrować do nieba bram, a z kim regularnie odbywać nudny małżeński seks.
W powyższym rozumowaniu tkwi jednak pewien haczyk. Wspomniana pupa jak i biust podlega prawom grawitacji Z wiekiem się zmienia.
Sam słyszałem jak jedna kobieta mówiła do drugiej, klepiąc się w biodra
- Po dzieciach dupa mi strasznie urosła
 Na to druga odwzajemniła się informacją
- A moja  dupa  całkiem klapnęła.
Znajomy po przejściach, stwierdził że
- Coś w tym jest, gdyby na to spojrzeć bliżej. Mniej więcej w tym samym czasie zmienia się i dupa i charakter.

środa, 18 stycznia 2012

Spiesz się powoli

Lekceważąc zniechęcenie, wstałem dzisiaj tylko kilka minut później i podjąłem trud realizacji planu dnia. I jak to zwykle bywa, kiedy czas wyliczony jest do ostatniej minuty, złośliwie zaginie jakiś element garderoby, albo kluczyki do samochodu. O te kluczyki właśnie, wraz z dokumentami poszło. Kiedy odruchowo klepnąłem się po kieszeni, nie usłyszałem charakterystycznego chrzęstu. Sprawdziłem jeszcze raz, a później raz jeszcze. Rozejrzałem się wokół, na ławie ani na komodzie nie stwierdziłem ich obecności.  Umysł zwiększył obroty i nie bacząc na brak cukru w organizmie , odtwarzać zaczął sceny dnia wczorajszego. Lewą ręką potwierdziłem obecność portfela w kurtce. Wyciągnąłem go i zajrzałem do środka. Karty były, jeden banknot o niskim nominale również.
Nie było za to dowodu rejestracyjnego. Ciśnienie podskoczyło mi do góry, ukazując świat w mocno różowym kolorze. W zasadzie ten kolor kwalifikował się już jako czerwień.  Zanim głos rozsądku dotarł do mnie, zagrały emocje. Udałem się do pokoju Młodszego. Na biurku leżały spokojnie i dowód i kluczyki.
Fakt – puknąłem się w czoło.
Wczoraj, kiedy zapadłem w wieczorny letarg przed telewizorem i laptopem,  pojawił się  Młody aby pożyczyć auto.
Zgodziłem się i teraz pamiętam już, że nie było go jeszcze gdy gasiłem światło, włażąc do łóżka.
Młody podniósł głowę, bełkocąc coś niewyraźnie.
Nie wdawałem się więc w dyskusje o miejscu pozostawienia  kluczy. Wsadziłem tylko dowód do portfela i szybko wyszedłem z domu.
Energicznie zbiegłem po schodach. W końcu jestem już trochę lżejszy.
W drugą stronę czyli w górę,  pomimo osłabienia organizmu pokonuję w dalszym ciągu po dwa stopnie. Ten szczeniacki nawyk, paradoksalnie powoduje, że czuję się mniej zmęczony niż dostojnie drobiąc po jednym. Minąłem drzwi wejściowe  i rozejrzałem się wokół. W lewo i w prawo, aby zlokalizować miejsce postoju samochodu. Wypatrzyłem go po chwili, poznając po relingach dachowych.
Zdecydowanym krokiem ruszyłem w wybranym kierunku i natychmiast też, to zdecydowanie dostało ukarane. Śliski chodnik, co jest normą o tej porze roku, podciął mi nogi.
Na moment też zobaczyłem czubki butów na wysokości wzroku. W ułamku sekundy dachy budynków i niebo jaśniejące z każdą chwilą.
- Głowa! Uważać na głowę! -  myślałem, odruchowo kuląc głowę. Udało się
Głuche gruchnięcie o ziemię, pozbawiło mnie resztek powietrza w płucach. Leżałem tak chwilę bardziej ogłupiały niż obolały, próbując złapać odrobinę tlenu.
Udało się to po dłuższej chwili. Łapczywie łapałem je, nie bacząc na panujący ponad sześciostopniowy mróz.
Jeszcze raz dla przyzwoitości  dotknąłem głowy.
Wszystko w porządku.
Pomyśleć, że kiedyś nie uważałem głowy za najbardziej użyteczną część ciała. Ech młodość.
- Jak się człowiek śpieszy to się Nergal cieszy – zacytowałem na głos, to zmodyfikowane ludowe przysłowie.     
-To Ty ? –  pytaniem powitał mnie sąsiad, który wyrósł za moimi plecami. -  Tak sobie myślałem idąc chodnikiem. Kto to się wyleguje, kiedy porządni ludzie muszą iść do pracy?.
- I to tak demonstracyjnie się wyleguje na oczach, nie?  - dodałem.
- Ty wiesz ile pompek potrafi zrobić Chińczyk w minutę? – spytał sąsiad, co oznacza, że jest już po porannej lekturze internetu.
- No nie
- Trzy
I nie czekając na moje pełne zaskoczenia pytanie  - jak to ? - sam dodał:
- Dwie do piłki i jedną do roweru.     
- A co z kotem? - spytałem zmieniając temat, nie bacząc na wcześniejszy pośpiech, który sprowokował wywrotkę.
Sąsiad jechał kiedyś samochodem, gdy na poboczu drogi zobaczył poruszające się tekturowe pudełko. Zatrzymał auto i zajrzał do środka.
Wewnątrz znajdował się czarny, wychudzony kotek. Wielkie przestraszone oczy na czarnym futrze. Widocznie ktoś  z oczywistym zamiarem  porzucił na poboczu.
Znajomy zabrał kota. Schował pod kurtkę i przywiózł do domu.
Weterynarz który zajmował się kotem, stwierdził, że w wychudzonym organizmie tkwi rasowy Majkun.
Nie było to najistotniejsze w tej chwili.
Kot został podleczony i wykarmiony. W rewanżu niczym psiak, ganiał za domownikami, preferując iście psie rozrywki.
Niestety po trzech miesiącach kot miał atak i zdechł nim dotarli do weterynarza.
Wet stwierdził chore serce.
No cóż. Z dobrych rzeczy wierzę,  że przez te trzy miesiące kot uwierzył, że są również dobrzy ludzie.
A że dobroć potrafi być nagrodzona, a nie tylko przykładowo karana jest i ciąg dalszy.
Jakiś tydzień później miejsce miało pewne zdarzenie.
Do samochód sąsiada wsiadła miła starsza pani, która w trakcie przedłużającej się podróży, opowiedziała o prezencie jaki zrobiły  jej dzieci.
Malutki kot rasy majkun zagościł w jej domu.  Radość była wielka. Niestety radości tej nie podzielał  pies, który miał wyrobione zdanie na temat ulubionego zwierzątka domowego. W ten to sposób kiedy jedno korzystało ze swobody poruszana, drugie obserwowało te wolność  z kojca.
W trosce o życie kotka, pani poszukiwała dobrych ludzi, którzy się nim zajmą.
Sąsiad zaoferował pomoc i przygarnięcie kota, a ponieważ w obsłudze klienta zawsze zachowuje elegancję, starsza pani zaakceptowała wybór.
Tak to piękny, malutki, bało-rudy kotek zamieszkał z sąsiadami.
I to cała odpowieść, gdyby nie to, że we wszystkim tkwi jakiś słaby punkt.
Starsza Pani dzwoni średnio dwa razy w tygodniu, pytając o kondycję, humor i apetyt kotka. Przypomina również o wszystkich szczepieniach i wizytach u weterynarza.
Jak w życiu nic nie jest idealne.
- Z kotem wszystko w porządku – odpowiedział sąsiad, strzepując mi z pleców resztki śniegu - Pan doktor tak wczoraj powiedział.
- No to miłego dnia
- I pracowitego, bo nie ma nic gorszego niż nudzić się w robocie.
- No może, tylko jak to powiedział autor Kubusia Puchatka:  Och, żeby mi się tak chciało jak mi się nic chce. - popisałem się znajomością  Milne`a - Walczę z wagą  i niewiele mi się chce.
- To ty stosuj Asekurellę – poradził sąsiad – Reklamują, że obniża wagę i podnosi libido. A libido to w końcu jakaś forma entuzjazmu, tylko konkretnie ukierunkowanego.
- Dziękuję. Wiedziałem, że zawsze mogę na ciebie liczyć.
A potem już spokojniutko do pracy.
W końcu te pięć minut to nie koniec świata. Chociaż jest to jakieś naruszenie zasad, w moim zorganizowanym świecie.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Moja lewa noga jest ciężka. Moja prawa noga jest ciężka. Moja prawa ręka jest ciężka tak samo jak lewa.
Nic mi się nie chce.
Nie jest to jednak  element  jakiejś autohipnozy. To mija pierwszy tydzień odchudzania.
Z rana  muszę się zmotywować by wstać.  Czasami nawet potraktować prostym żołnierskim słowem. To działa najlepiej.
Oczywiście nie mam zamiaru dopasować się do rozmiaru zero, ale muszę powrócić do tej poprzedniej dziurki w pasku na którą się do tej pozy zapinałem.
Pomysły na zrzucenie zbędnej wagi podrzucali mi członkowie rodziny, ale ja najlepiej wiem kiedy nadchodzi ten właściwy czas. Dwadzieścia pięć lat temu tak wyczułem możliwość rzucenia palenia i od tamtego czasu nawet raz nie zaciągnąłem się tytoniowym dymem.
Gotowość spadku wagi, mój organizm wskazuje brakiem zainteresowania jedzeniem. Wcześniej pochłania jakby na zapas tworząc uciążliwą w  posiadania oponkę. Szczególnie ten nadmiar dopieka mi przy wiązaniu butów.
Tak więc  jak wspomniałem powyżej, doszedłem do etapu, w którym wypada zmienić rozmiar jeansów na większy. Do tej pory stosowałem zasadę, że lepiej abym to ja dopasował się do rozmiaru  w którym czuje się najlepiej. Zasady zaś są po to aby je respektować.
W ubiegły poniedziałek z samego rana powąchałem tylko  opieczoną grzankę i udałem się do pracy.
Zabezpieczone wcześniej jogurty w lodówce i owocowe musli dawało mi to ważne poczucie bezpieczeństwa.
I tak to się zaczęło. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z jakimiś postanowieniami  noworocznymi, a wynika wyłącznie z jakiejś egoistycznej, ale podświadomej troski o własne ciało. Zakładam bowiem, że powinno służyć mi  jeszcze ze dwadzieścia lat. Co do życia również nie mam przesadnych oczekiwań. Motywacyjna jest również tocząca się w tej chwili kampania  anty-cukrzycowa. Być bohaterem i uratować życie, czy to nie jest fascynujące. Nawet gdy chodzi o życie własne.
Jest to o tyle istotne, ponieważ znajduję się w genetycznym kręgu zagrożenia cukrzycą.
Pierwszy dzień minął bez emocji, chociaż  do domu wchodziłem już na ostatnich mocach,  gotów pożreć obiad już w przedpokoju jeszcze przed  zdjęciem butów.
Wtorek przyniósł mi wsparcie w postaci wizyty współpracującego z nami przedstawiciela handlowego i kolegi w jednej osobie. Przygotowaną kawę wypił bez śmietanki. Nie pozwolił też na postawienie pierniczków z lukrem.
- Odchudzam się, lekarz mi to zalecił – powiedział, protekcjonalnie  zamykając pudełko -  Zero chleba , słodyczy i w ogóle prawie wszystkiego.
- To jest nas  już dwóch -  przyznałem się.
Znajomy postanowił sobie ambitny cel, w postaci dziesięciu kilogramów. Ja nie określam celu tak precyzyjnie.  Zakładam minimum i w każde przekroczenie świętuję jako sukces.
Od lat prowadzę regularne i uporządkowane życie
Pobudka, fizjologia, ablucje, dresing,  grzanka z dżemem i do pracy.
Kiedy jak co dzień, zażądałem od swojego organizmu realizacji planu, zaczął się stawiać.
Już przy drugim punkcie ironizował:
- Jaja sobie robisz ? Nie?
- Takie są zasady – postanowiłem
- Zasadą jest również grzanka z dżemem, a tego mi żałujesz - odciął się mój organizm.
Zdusiłem próby buntu żelazną ręką. Partnerstwo ma swoje granice.
Spadająca waga cieszy, chociaż pierwszy tydzień to po prawdzie kontrolowane odwodnienie organizmu.
Myśli kręcą się wokół jedzenia i gdy zamykam oczy zaczynam planować swoje najbliższe śniadanie.  Sobotni twaróg śnił mi się pół nocy. Zauważyłem, że chętniej czytam przepisy kulinarne, niż newsy. Każdy zaś opublikowany w internecie  przepis, wydaje mi się wspaniały.
Dzisiaj rano zauważyłem ten sympatyczny luz w pasie po założeniu spodni.
Nie ma rady pójdę tą drogą Yedi.
Po rycersku bowiem, odrzuciłem korzystanie z alkoholi pod każda postacią.
Nawet chilijskie wino nie wzbudza mojego zainteresowania.
Wprawną ręką przygotowałem żonie whisky z lodem i Schweppesem. Sam  sobie zaordynowałem dwie torebki zielonej herbaty z grapefruitem.
Nie wyznaję bowiem zasady, że w trakcie mojego postu inni wokół mnie muszą się solidarnie umartwiać.
Jest przysłowie, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze, ale  ja mogę spokojnie rozmawiać nad wyższością pieczenia mięsa w rękawie foliowym. A co mi tam.
Niestety nie jestem specjalnie rozrywkowy, bowiem reakcje na bodźce wydają się spowolnione.
Z jednej strony umysł kombinuje nieźle. Jak nie ma co jeść, to tu się naprawdę nie ma z czego śmiać.
Z doświadczenia wiem, że po poczuciu humoru przyjdzie czas na libido. Bo mnożyć to się można drodzy państwo wtedy, kiedy jest jakaś stabilizacja.
Z drugiej strony jest teoria, że gdy się człowiek zajmuje seksem, to nie myśli o jedzeniu.
Lekarz powiedział mi kiedyś
- Niech Pan wybiera.  Albo pan będzie szczupły, albo szczęśliwy.
Postawiłem oczywiście na szczęście, ale w tym rozumowaniu jest chyba jakiś słaby punkt.
Nie, nie nie mówię, że jestem nieszczęśliwy.
Dla odmiany zaś spróbuję choć na chwilę być szczupłym.
Najgorzej bowiem siedzieć tak na środku barykady.
   

sobota, 14 stycznia 2012

Rozczarowanie

Wracałem  kilka dni temu do domu. Zatłoczonymi  ulicami Krakowa posuwałem się niczym żółw, od światła do światła. Dla zabicia nudy słuchałem audycji radiowej. W jednym gadającym
radiu  Daniel Passent, nagrodzony mianem felietonisty roku, opowiadał o swoich odczuciach na rzeczywistość i metodzie pisania felietonów.
Najważniejsze to od czegoś zacząć, a potem już samo leci. Krótka forma zawsze zwycięża, ponieważ przez lata pisania do gazet, tę umiejętność w sobie wyrobił.
Z początkiem tygodnia rozmawia z ludźmi, przegląda prasę i szuka energicznie szuka tematu. Tego pierwszego zdania, którego można się uchwycić jak  holu, a potem już pójdzie samo.
Gdzie mi tam do Passenta, chociaż od dawna stanowił dla mnie pewien wzór uprawiana publicystyki. Przeglądając  jednak wiadomości na ulubionych portalach internetowych, podświadomie myślę sobie –  i to się nadaje na bloga.
Efekty przemyśleń i polemiki znajdują tutaj swoje miejsce  od czasu do czasu.  No może to bardziej są prześmiewania niż przemyślenia, ale czasami trzeba dać sobie luz.
Jak to sugeruje Andrzej Mleczko w jednym z rysunków – Karolu! Nie możesz myśleć bez przerwy.
Chciałem żeby było miło.
Niestety, efekty przeglądu wiadomości nie napawają optymizmem.
Nie wkur….  Mnie, chociaż wiek po temu.  Zdecydowanie jednak rozczarowują.
Co się stało z ludźmi?  Gdzie zaginął drzemiący w nich człowiek?
Pytanie zadawał już Diogenes z Synopy. W biały dzień chodził z zapaloną latarnią i twierdził, że szuka człowieka.
- W mediach trwa podszczypywanie Owsiaka. Pochwały i zarzuty dzieli ta sama linia która rozdziela elektorat wyborczy. A wydawało mi się do tej pory, że akcja była w zamyśle apolityczna. Orkiestra bowiem trwa bez względu na to, jaka opcja zajmuje aktualnie rządowe gabinety.
Coś co jest fenomenem w skali światowej, dla nas jest okazją do wojny polsko-polskiej.
Sami umniejszyliśmy swój udział na ostatnią Wiosnę Ludów w Europie, teraz kwestionujemy nasze dobre serce.
Z braku innych odniesień pokutuje dalej stereotyp Polaka pijaka i złodzieja.
A może by z tym powalczyć drodzy Panowie politycy.
- Amerykańscy żołnierze zachowują się haniebnie w Afganistanie czego dowodem jest amatorskie wideo zamieszczone w ostatnim tygodniu na każdym portalu informacyjnym.
Wojna wypacza charaktery, zakrzyknie ktoś powołując się na stres i tym podobne duperele.
Potrafię zrozumieć spowodowane stresem oddanie strzału do przeciwnika.
Nie potrafię zrozumieć braku szacunku dla zwłok.
I to, że ktoś inny  był brutalny nie jest usprawiedliwieniem.
Amerykanie mają zresztą poczucie misji w dziele krzewienia demokracji na całym świecie, nawet tam gdzie ta demokracja jest kulturowo obca.
Takie działania tym bardziej źle jej służą.
- Brytyjski 'The Guardian" opublikował szokujące nagranie, na którym półnagie kobiety z zagrożonego plemienia Jarawa, tańczą na polecenie policjantów. W nagrodę dostają... banany
Zachodni turyści wybierają się swego na  swego rodzaju safari, gdzie  trofeum jest takie właśnie nagranie dzikusów tańczących na kiwnięcie palca, w zamian za rzucone pożywienie.
Nie wolno tak traktować człowieka.  Żywego człowieka.
Że to nie u nas?
- Zdjęcie pewnego oficera, który próbował popełnić samobójstwo. Ciało leżące w kałuży krwi.
Epatowanie tragedią, bo to się sprzedaje.
Sprzedaż podniesie się o kilka procent, a rodzina desperata pogłębi traumę.
Takie są koszty bycia osobą publiczną – to najprymitywniejsze wytłumaczenie. 
Dowodem zaś na powyższą tezę o kosztach bycia osobą publiczną są  setki zdjęć  dokumentujących braki w wyglądzie aktorów, aktoreczek  i celebrytów.
•    Co ona ubrała?
•    Jak bardzo przytyła.
•    Strasznie schudła.
•    Ma brudne zęby.
Przez prasę przetacza się dyskusja – założyła majtki, czy nie?
Hasło dnia, miesiąca i roku brzmi – „must have” czasem dodaje się „absolutely”
 A gdzie „Must be…” przede wszystkim  „God Man” , aby trzymać się anglosaskiej konwencji.
- Aż chce się wstać i wyjść – jak mówił inżynier Mamoń z „Rejsu”
I wie pan, ja wstaję i wychodzę.
A wydawało się, że wystarczy odrzucić politykę, by uwierzyć, że człowiek to brzmi dumnie.
Tak mi wbijano do głowy w okresie mojej edukacji. W końcu w to uwierzyłem.
I najgorsze, że jak harcerz dalej wierzę.
Tylko w potoku takich informacji czuję się rozczarowany.
A w polityce nastała moda na starożytność.
- Nasz minister spraw zagranicznych  bawi się w Katona. Co prawda nie ma nic do Kartaginy,
ale wzorem Cenzora,  po raz kolejny sparafrazował słynne: Ceterum censeo Karthaginem delendam esse (łac. Poza tym uważam, iż Kartagina powinna zostać zburzona).
Z Sejmowej trybuny padło – Poza tym uważam że Pałac Kultury powinien zostać zburzony.
To już nie jest rozczarowujące, to jest śmieszne.

wtorek, 10 stycznia 2012

Rzeczywistość co skrzeczy

Miało być o weekendzie, w trakcie którego zabawiłem czas dłuższy z moim młodszym bratem.
Patrząc na jego zakola i siwiznę, oraz blizny po bajpasach, trudno bezkrytycznie przyjąć to „młodszeństwo”. Z roku na rok coraz bardziej przypomina mi Ojca. Z postury, zachowań i reakcji na zdarzenia.
Ja również, z pewnością przypominam Ojca, ale widuję się ze sobą codziennie, obserwując twarz w lustrze.
Nie ma więc szoku.
Utrwalaliśmy więzy rodzinne i pielęgnowaliśmy nocne Polaków rozmowy. Aż po sam świt.
Słuchaliśmy chilijskich pieśni rewolucyjnych, wspomnienia naszej młodości. Zapijaliśmy nuty równie chilijskim winem, który z kolei ze smakami młodości nie miał nic wspólnego.
Dziwne te nasze ludzkie losy. Ktoś napisał, jeżeli dobrze pamiętam i zrozumiałem, że czas jest jest pewną krzywą, która przypomina łuk. Dzięki temu możliwa ponoć jest podróż w czasie.
Nasz relacje w czasie, są dowodem na to zakrzywienie. Wychodząc z jednego gniazda rozeszliśmy się w różnych kierunkach, nierzadko oddalając od siebie. Po latach coraz bardziej przekonujemy się, że więcej rzeczy nas łączy niż dzieli. Wystarczyło tylko pozostawić pewne sprawy swojemu biegowi, a w odpowiedniej chwili po prostu chcieć. I bez znaczenia jest, który z nas chciał bardziej. To nie jest istotne. Istotne jest to, że ojciec byłby z pewnością zadowolony. Do ostatnich swoich dni łączył i sklejał rodzinę, z jakimś uporem lepszej sprawy.
Ten wczorajszy upór dzisiaj nazywam mądrością. Ale pewnie trzeba dorosnąć do takich ocen.
W niedzielę wieczorem, kiedy za zakrętem zniknęło auto brata ,powiedziałem do swoich dzieci:
- Chciałbym abyście mieli takie same relacje ze sobą, jak ja mam z moim bratem. Życzę Wam tego. Tobie Starszy do pięćdziesiątki zostało tylko dwadzieścia pięknych, szybkich lat.
Czas leci jak oszalały.
- A Ty bez względu na czas jesteś patetyczny – skwitował moje życzenia Starszy.
- Ufam że z czasem zrozumiesz szczerość tych życzeń.
Wieczorem krótkie telefoniczne – dojechałem - zamknęło wydarzenia świątecznego weekendu.
Ojciec tak samo meldował powrót do domu.
W poniedziałkowy ranek bez stresu przystąpiłem do obowiązków dnia codziennego.
I pewnie byłoby miło przez cały poniedziałek, chociaż dzień zapowiadał się pochmurny.
Szybko jednak miłe wspomnienia zastąpił brutalny zgrzyt realizmu.
Podjeżdżając pod budynek biura zauważyłem uchylone drzwi. Wyrwane elementy świadczyły, że do otwarcia nie używano klucza.
Zawiadomiłem Policję, a czekając na ekipę przejrzałem monitoring.
Trzecia w nocy, tak wynika z zapisu kamery. Młody człowiek w kominiarce, przy pomocy łomu próbuje wyłamać drzwi. Ze dwa razy spojrzał w oko kamery, raz odszedł na chwilę, najpewniej w związku z przejeżdżającym samochodem. Po dłuższej szarpaninie drzwi w końcu ustąpiły. Potem kradzież i odchodzący złodziej skrył się w mroku.
Pozostało tylko zniszczenie i wymierne materialne straty.
Dodatkowo, kiedy po raz kolejny przeglądam ten monitoring, ogarnia mnie uczucie takiego nieokreślonego niepokoju. Ktoś bezczelnie wtargnął na mój teren, gwałcąc zasady. Poczułem się jakoś mniej bezpieczny. I taki bezsilny.
Kiedy coś tworzysz, nie przyświeca ci jedynie chęć zysku. Każdy chyba potrafi odnaleźć w sobie to zadowolenie jakie daje budowanie.
Jednak nagle ktoś postanawia powiedzieć dość i siekierą odrąbuje grubą czerwoną kreskę.
Pal licho kasę, przyszła i poszła. Dobrze że tylko tyle
Życie jest najważniejsze. Niestety, czasem i jemu ktoś postanawia powiedzieć dość.
Policyjni technicy zebrali ślady, zabezpieczyli nagranie z monitoringu i odjechali, wzywani informacją o kradzieży kół samochodowych.
- Weekend się skończył – powiedział wysoki dobrze zbudowany funkcjonariusz – dzień jak co dzień.
No chyba nie do końca i nie dla mnie.

wtorek, 3 stycznia 2012

Mądrości Ksiu-Tanga

Mai-Chim szedł wąską ścieżką  ułożoną nad  brzegiem  stawu.
Złote liście spadające z drzew, utworzyły kolorowy kobierzec na żwirowych alejkach.  Kilku ogrodników  z wielkim zapamiętaniem  zbierało kolorowe liście do wielkich wiklinowych koszy, które  następnie  opróżniali, usypując  pryzmę w rogu parku.  Mai  spacerował  pomiędzy  uwijającymi się  robotnikami podziwiając uroki października, kiedy w oddali zauważył  swojego nauczyciela i mistrza.
Specjalista od kaligrafii   Ksiu Tang  stał na brzegu wcinającego się w jezioro pomostu.  Patrząc w ciemnozieloną toń  stawu, rzucał w nią  małym kawałkiem żwiru na przemian z kawałkiem precla. Kolorowe ryby, które nadpłynęły do brzegu pomostu, chwytały kamyki  i chleb z tą samą łapczywością.  Z tą jednak różnicą, że okruchy żwiru wypluwały natychmiast. Rozmoczone kawałki precla pochłaniały z dużym zapamiętaniem.
- Jakąż to mądrość  objawił Ci świat  o Szlachetny  Tangu?  - Spytał  Mai - Czy ten kamień i chleb nie są  na przykład symbolami prawdziwej i fałszywej wiedzy. Fałszywą wiedzę odrzuca się zaraz, gdy tylko minie fascynacja powierzchowną urodą, zaś  ta prawdziwa  jest podwaliną pod wszelkie dobro?
- A czy ze wszystkiego musi wynikać jakaś mądrość? – Odpowiedział pytaniem  Mistrz - Codziennie budzimy się, wstajemy  czyniąc zadość naszej fizjologii.  Jemy i pijemy na przemian, aby dotrzeć do  kresu dnia. Jakaż mądrość wynika z tego codziennego powtarzania siebie?  Z powodu każdej porannej kupy robimy się lżejsi, nie mądrzejsi.  Dzisiaj dla zgrywy  karmię ryby kamieniami.  Czy  więc ze wszystkiego musi płynąc mądrość?
Patrząc gdzieś daleko ponad głową Mai Chima dodał:
- Zrób co chcesz z tym co ode mnie usłyszałeś  i odejdź w pokoju.
- No tak- pomyślał Mai. Mistrz jest zdenerwowany, to zawęża postrzeganie świata. Jak się nie denerwować?. Źle się żyje nauczycielom kaligrafii w czasie kiedy króluje Word. Microsoft Word.
Wnioski  wyciągnąć można nawet z wymyślonej  przez siebie historyjki.
A wnioski wyciągnęły się okolicznościowe.
- Może więc nie bacząc na fizjologię wypić  i zakąsić?. Szczególnie, że czas poświąteczny i noworoczny.
Od słów do czynów, niczym w monologu Wiesława Dymnego.  Było mniej więcej tak:  
A w czwartek, to piliśmy wino. Białe Cabernet Savignon. Trochę mnie dziwiła ta biel, ale nowy świat zadziwia co chwilę.
A w piątek, to piliśmy wino czerwone, z Afryki. Dowiedzieliśmy się  bowiem z żoną, że w sobotę wpadną znajomi.  Oni dla odmiany nie lubią wina, a więc  planowany, sobotni urok degustacji nie wchodził w rachubę
W sobotę więc,  to piliśmy wódkę z powodu tego wspomnianego tatara, który zgodnie z  tradycją musi być zapity zmrożoną wódką, a nie jakimś tam kwasem z  Toskanii. Tak mówi znajomy.
Prawdę powiedziawszy, nie jestem entuzjastą włoskiego wina. Jest dla mnie zbyt delikatne. Swoją drogą, dziwne to, że ci pełni temperamentu i porywczości Włosi robią takie delikatne wino.
Robią też delikatne buty, znane z braku trwałości.
- Włoskie buty dobre są do trumny – to z kolei  stwierdzenie kolejnego z moich znajomych.
Ale w to sobotnie popołudnie nie wybierałem się w smutne rejony mojego życia tym bardziej do trumny, chociaż żegnaliśmy stary rok.
A o północy, to piliśmy wino z bąbelkami, które o dziwo okazało się właśnie włoskie.
Po tatarze  z zimną wódką nie mogłem docenić delikatności wina, ale nie o to chodzi, gdy trącasz się szkłem przy dźwiękach Dzwonu Zygmunta.
Oby nam się …
A w niedzielę,  to piliśmy wino  czerwone i białe, a nawet musujące. Goście również  się zmieniali. Inni do każdego rodzaju.
Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok.
A w poniedziałek,  to piliśmy herbatę. Z tym, że je zieloną z dwóch torebek, a żona wiśniową w ramach wspomnień po tym lecie, co już go od dawna nie ma.
- Nie mógłbym  mieszkać w tej całej Ameryce - stwierdziłem pociągając spory łyk zielonego naparu. Oni ciągną te swoje drinki codziennie, a ja po kilku dniach mam już nieskrywaną niechęć. To chyba efekt tajnego porozumienia mózgu z wątrobą.
- Tak nie będziemy pić żądnych alkoholi przez najbliższy miesiąc – wyrzuciła z siebie żona. Ona jest taka szybka do składania deklaracji.
- Kochanie –  przypomniałem  –  skrój obietnice na swoją miarę. Już za cztery dni kolejny długi weekend i święto. Mówiąc krótko, Trzej Królowie czyli…
- Kacper Majcher i Baltazar – popisał się swoją wiedzą Młodszy, który zagubił się jakimś przypadkiem w strefie przebywania geriatrycznej mafii.
- Melchior, nie  Majcher. Zlituj się Syneczku – poprawiła go żona.
- Wiesz, Google na smartfonie ma taką małą czcionkę – znalazł błyskawiczne usprawiedliwienie
- A wychowanie?
- Wychowanie to trudna sprawa – zauważył Syn.
- Kiedyś to był tylko dylemat: Bić? Czy nie bić?. Prawie jak z Hamleta.
- Ja też myślałem, że ten drugi to Majcher i to jeszcze przed wymyśleniem samrtfonów – przyznałem się żonie,  ale dopiero wtedy, gdy Młody zamknął drzwi do swojego pokoju.