czwartek, 28 lipca 2016

Niech żyje bal

Kiedy prawie dojeżdżałem do dobrze znanego przystanku, ustawiłem się w pełnej gotowości do wyjścia, na środkowym pomoście tramwaju.
- No Panie Antoni dojeżdżamy.
- Jak co tydzień Panie Wacku. Dowiózł mnie pan sprawnie i bezpiecznie. Dziękuję.
Tramwaj zatrzymał się ze zgrzytem szyn, niczym u Tuwima. Nacisnąłem przycisk automatycznego otwierania drzwi, a one zgodnie z oczekiwaniem rozchyliły się na boki. Wyskoczyłem na chodnik. Szybko ruszyłem w dobrze znanym kierunku. Z przyzwyczajenia przeskoczyłem nad nierównością kostki, chociaż tę nierówność naprawiono już trzy miesiące temu. Jednak ostatnie pięć lat straszyła swoją obecnością i przyzwyczaiła do ostrożności.
Minąłem stare, ręcznie kute ogrodzenie które ktoś pomalował na granatowy kolor. Zżymałem się trochę nad tą decyzją, będąc wyznawcą zasady wyboru koloru Forda T.
Każdy może sobie wybrać kolor swojego samochodu pod warunkiem, że będzie to kolor czarny.
Od ponad pięciu lat myślałem o tych fordach mijając wspomniane ogrodzenie, od ponad czterech sam będąc mocno znudzony tym porównaniem. Przyzwyczajenia są drugą naturą, ale gdybyśmy mieli wpływ na własne skojarzenia, to kojarzyłbym co miesiąc z czymś innym.
W końcu to jakaś inność – pocieszałem się – z reguły wszystko pozostałe kojarzy ci się z seksem.
Jeszcze plakat z hasłem żywcem wyjęty z ubiegłego stulecia, dokładnie z wczesnych lat pięćdziesiątych – „Odwiedź swoja stolicę”. Poniżej ktoś młody zapewne bez stołecznych naleciałości umieścił zdjęcia trzech pustych słoików.
Dlaczego pustych? Dlaczego nie ma w nich bigosu, fasolki po bretońsku albo smalcu z cebulką?
Takie puste słoiki powinny uzupełniać hasło „Wróć do korzeni, odwiedź rodzinę na wsi”.
Jak ja ostatnio odwiedziłem swojego kuzyna na wsi, to dostałem dwa kilo białego sera i dwadzieścia jajek, a jak pojechałem do stolicy to musiałem zapłacić menelowi za pilnowanie auta zaparkowanego w pobliżu Pałacu Kultury.
- Bo wie pan ni stąd ni zowąd, mogliby by porysować panu to piękne auto.
Auto nie jest piękne i jest stare w dodatku, ale aluzję zrozumiałem.
Jeszcze przejście dla pieszych, na którym mijałem się często z jedną starsza panią. Nie wiem nawet jak ma na imię, ale los stykał nas tak często, że w pewnym momencie kiwnąłem jej głową na powitanie. Ona odwzajemniła gest i tak już zostało. Stało się to nawet elementem jakiejś celebry.
Zastanawiałem się nieraz, ile przypadku jest w tym naszym spotkaniu na skrzyżowaniu?
Starsza Pani nie zawiodła i precyzyjnie pojawiła się na środku zebry, w tej samej co i ja chwili.
Kiwnąłem głową a ona odwzajemniła gest z uśmiechem.
- Siedemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia jeden.
Drzwi na klatkę schodową ustąpiły lekko a ja niczym nastolatek wskoczyłem od razu na drugi stopień i przeskakując dalej tak samo, pokonałem pierwsze półpiętro. Na zakręcie sprawdziłem obecność napisu, który ktoś wykonał zwykłym ołówkiem HB, na malowanej emulsją ścianie.
„Ludzie myjcie ręce po zabawie polityką”
„Chyba huje” - ktoś dopisał długopisem
„I koniecznie usta” – rozbawiony dopisałem podobnym ołówkiem
„To chyba we Francji” - długopis dopisał tym samym charakterem.
A niby tylko ja mam jedną kategorię skojarzeń.
Nie kontynuowałem jednak tej wymiany myśli. Szkoda mi było ściany.
W czasie poniżej jednej minuty pojawiłem się pod dobrze znanymi drzwiami.
Z pamięci mógłbym wymienić wszystkie ich rysy i zadrapania. O, to od kluczy tu poniżej zamka i ta resztka kleju po plastrze nad wizjerem. Zakrywał kiedyś otwór w drzwiach, gdy ktoś rozbił szkiełko. Trudno było znaleźć część do przedwojennych drzwi a jednak udało się. Tylko ten klej z plastra zasechł i ktoś machnął nad nim ręką.
- Przeszlifuje się przy malowaniu.
Właściciel mieszkania od dłuższego czasu coś remontował i w zasadzie do renowacji pozostał już tylko przedpokój z owymi właśnie drzwiami, zdobnymi w dużą mosiężną klamkę.
Odruchowo ją nacisnąłem.
Z zaskoczeniem przyjąłem opór materii. Drzwi pozostały zamknięte.
Od pierwszej wizyty tutaj, zawsze spotykałem drzwi przyjaźnie otwarte, a lata odwiedzin przyzwyczaiły mnie do pewnej poufałości i pewności siebie.
Złapałem za klamkę jeszcze raz. Nie, nie myliłem się. Drzwi były zamknięte
Rozejrzałem się wokół futryny w poszukiwaniu dzwonka. Był, równie stary jak reszta drzwi, nadając wnętrzu jakiś taki secesyjny wygląd.
Nacisnąłem czarny guzik a wewnątrz rozległo się donośne dzwonienie.
Przystawiłem ucho do drewna. Przez chwilę nie stwierdziłem żadnego zainteresowania moim przybyciem. Z głębi mieszkania dobiegała znajoma muzyka. Maryla Rodowicz drugi raz powtarzała refren

Niech żyje bal!
Bo to życie to bal jest nad bale!
Niech żyje bal!
Drugi raz nie zaproszą nas wcale!
Orkiestra gra!
Jeszcze tańczą i drzwi są otwarte!
Dzień warty dnia!
A to życie zachodu jest warte!

„Moje” drzwi pozostawały zamknięte.
Nacisnąłem dzwonek jeszcze raz i może odrobinę bezczelnie, raz jeszcze.
- Zaraz, zaraz - usłyszałem w odpowiedzi na natarczywość
Dało się słyszeć zgrzyt zasuwy w zamku i jedna połowa drzwi uchyliła się ledwie na klika centymetrów. Przez powstałą szparę usłyszałem pytanie
- Ma Pan zaproszenie?
- Nie nie mam, ale ja tu bywam regularnie. Przynajmniej raz w tygodniu.
- Ja tam Pana nie znam. Poza tym, bez zaproszenia nie wpuszczam
- No ale właściciel mnie zna
- Mnie proszę Pana właściciel zatrudnił by nie musiał się trudzić z takim co to chcą bez zaproszenia wejść, nie wiadomo w jakim celu.
- Ale ja zawsze mam szlachetne intencje. Zdarza się, że mam w zanadrzu parę złośliwości ale to są zawsze złośliwości życzliwe. Dworskie rzekłbym, aluzyjne.
- Ja tam się na aluzjach nie znam i jak powiedziałem tak mówię. Bez zaproszenia Pan nie wjedzie.
Daremne żale, próżny trud, Bezsilne złorzeczenia! bo argumentów żadnych moc nie złamie tego postanowienia.
- No proszę parafrazuje Pan Asnyka. Pan nie może być tylko ograniczonym ochroniarzem.
- Ja proszę Pana jestem nieograniczonym ochroniarzem i pana nie wpuszczę jak pan nie ma zaproszenia. A jak pan nie ma, to dla mnie pan jest już historią. A jak mówi poeta?
- No jak mówi ? - Nie skojarzyłem,
- Trzeba z żywymi naprzód iść, Po życie sięgać nowe...
- A nie w uwiędłych laurów liść, z uporem stroić głowę – przypomniałem sobie ciąg dalszy - A może to tylko jakieś niedopatrzenie i da się je wyjaśnić? Może jakaś pomyłka ?
- Pomyłka, pomyłka. Pomyłka to było imię mojej pierwszej żony o której i bez pana przypominania nie mogę zapomnieć.
- A może jest jakaś lista.
- Nie ma listy, są zaproszenia. Jak Pan nie ma to Pan nie wjedzie. I niech pan nie nudzi bo gospodarz ludzki pan, przygotował poczęstunek i dla ochroniarzy. Strogonow mi stygnie a wódka się grzeje.-
No do strogonowa to pewnie smirnoff pasuje – rozmarzyłem się ale zaraz wróciłem do rzeczywistości - A kto to w pracy pije?
Złapałem się byle czego jak ten tonący co to się brzytwy chwyta.
Ja piję Panie...Jak się Pan nazywa ?
- Relski. Antoni Relski
- Panie Relski jesteś pan historią. A jak pan wiesz, teraz i historię piszemy na nowo. Taka zmiana, dobra zmiana – powiedział i zaczął rechotać tak strasznie, że aż ciarki przeszły mnie po kręgosłupie. Spotęgowało to jeszcze gasnące właśnie na klatce schodowej światło.
Próbowałem odnaleźć przycisk. Zamiast tego nacisnąłem dzwonek do sąsiednich drzwi.
Nie czekałem na finał pomyłki i zbiegłem schodami na dól, na tyle szybko na ile mrok pozwalał
Nie starałem się nawet na rozróżnianie poszczególnych schodów. Już na parterze słyszałem jak z otwartych drzwi dobiegł mnie niski tubalny głos.
- Na tych pijaków to siły nie ma. Zośka jak chyba wykręcę ten pieprzony dzwonek. Codziennie jakiś buc mnie zrywa sprzed telewizora. Piwo się grzeje a ja ligę tracę.
Nie przepraszałem za pomyłkę nawet z oddali, wyszedłem przed dom.
Dalej pozostawałem w ciężkim niedowierzaniu i stresie. Tylko piekące policzki dawały tej chwili odrobinę realizmu.
Stanąłem na szczycie czterech schodów prowadzących do drzwi wejściowych na klatkę.
Spojrzałem jeszcze raz w okna. Światło sączyło się przez niedosunięte zasłony, a poprzez uchylone okno dobiegały końcowe frazy piosenki

„Sucha kostucha - ta Miss Wykidajło,
wyłączy nam prąd w środku dnia.
Pchajmy wiec taczki obłędu, jak Byron,
bo raz mamy bal!
Niech żyje bal! …”

- Nie zaprosili?
Podniosłem oczy na wysokość postaci. Przede mną stał starszy mężczyzna z delikatną siwa bródką. Dałbym sobie rękę uciąć, że wyglądał niczym Ignacy Rzecki, subiekt. Gdzie tam subiekt wyglądał jak szef wszystkich subiektów w ziemi obiecanej dla wszelkiej maści słoików. Dla tych typu „twist” albo „weck” (czyli tych z gumką)
Zastanawiałem się nad tym nagłym skojarzeniem, ale w oddali mrugał zepsutym reflektorem plakat zachęcający do odwiedzin stolicy. Wszystko stało się jasne.
- Nie zaprosili – potwierdziłem niechętnie.
- Tak to już w życiu. Raz na wozie raz pod wozem. Nie można cały czas liczyć na miejsce w bufecie, czasem trzeba tak po chrześcijańsku odbić się od drzwi.
- A co ma chrześcijaństwo z tym wspólnego ? Zapytałem lekko poirytowany
- Ono uczy pokory.
- Pokory to u mnie potąd – zaznaczyłem wskazującym palcem poziomą linię na wysokości czoła.
- No to jeszcze trochę miejsca zostało.
- Liczyłem, że te parę lat coś znaczy.
- Toś się przeliczył drogi przyjacielu.
Nie był moim przyjacielem, ale pomimo irytacji wprowadzał jakiś pierwiastek spokoju do mojego nerwowego osądu aktualnej sytuacji.
- Powiedz mi ale tak szczerze, mieli taki obowiązek?
- No nie mieli
- Nie mieli i nie zaprosili. Czyż to nie zamyka tematu ?
No niby tak. Ale tak, żeby ochroniarz drzwi przed nosem ciach ?
- A jak byś chciał inaczej? Długiej wypowiedzi w trakcie której ktoś narazić się może na twoją ripostę?
- Mnie by wystarczyło, Jakoś cię kurwa nie lubię.
- Miej umiar. Nie każdy z byle powodu używa tego wulgarnego określenia. No a bez niego, przyznam szczerze, wypowiedź nie ma takiej mocy.
- Oj panie Rzecki - pomyślałem - świat Pana zmienił. Może i czas by zmienił mnie.
Odblokowałem smartfona.
Kontakty – wybierz – edytuj – usuń.
Potwierdź.
Chwilę trwało zanim nacisnąłem - OK
- Załatwione - powiedziałem ni to do siebie ni to do starego subiekta.
Jego już jednak nie było przede mną. W głębi ulicy zobaczyłem oddalająca się postać. Szedł lekko utykając, widać było jednak ciągle ten czarny płaszcz, kapelusz i śnieżnobiały szalik oddzielający od siebie obie części garderoby.
Wstaje idę i nie odwracam się. Minę tylko ten baner i ten parkan pomalowany na granatowy kolor.
Boże jak irytuje mnie ten kolor
Przystanek i jakby na żądanie jest potrzebny tramwaj.
Kiedy rozsunęły się drzwi i stanąłem na stopniach przedniego pomostu, usłyszałem znajome
- No Panie Antoni, coś się pan szybko dzisiaj uwinął.
- Tak jakoś wyszło.
Zająłem miejsce, a tramwaj ruszył. Jeszcze dwa przystanki dalej walczyłem ze sobą by nie odwrócić głowy. To była jedna z niewielu walk ze sobą które wygrałem.
Patrzyłem tylko za odjeżdżającym wagonem. Długo jeszcze w mroku wieczora majaczyły mi jego tylne światła. Potem znikły a ja zostałem sam w ten parny lipcowy wieczór.
Sam jak ten... Nie znalazłem odpowiedniego porównania.
Nic już nie będzie takie jak było wczoraj.
No pewnie, że nie będzie bo nie liczy się wczoraj. Liczy się tu i teraz. Liczy się też jutro ale to już niekoniecznie.

wtorek, 26 lipca 2016

Spadkobiercy Pawlika Morozowa





Na pozór paralela.
Lubię użyć sobie  jakiegoś mądrego określenia. Potem robię to raz jeszcze by nie zapomnieć. Pomimo tego powtórnego użycia i tak zapominam, dlatego też   język mój jest prosty jak pochodzenie Jaśka z „Wyźniego Dziołu” w moich ukochanych Gorcach.
Nie Jaśka chcę jednak dzisiaj brać na tapetę a zapomnianego już mocno Pawlika Morozowa.
Rosjanin znany był z tego, że doniósł do władz na własnego ojca. W imię idei to zrobił, bo ojciec kułakiem był i przeciwko władzy rad występował, chowając zboże po kątach.
Tutaj z pewnością aż zmroziło niektórych ojców, którzy w obecności swoich dzieci spuszczali szambo do rowu, kradli prąd albo choćby alkoholizowali się przeklinając polityków w sobotni wieczór przy grillowanej karkówce.
Spokojnie, ta historia Pawła Trofimowicza to tylko wersja na potrzeby radzieckiej propagandy. Potrzeba bowiem było wtedy młodego bohatera dla całych zastępów socjalistycznej młodzieży.
Co to za bohaterstwo podpieprzyć własnego ojca?
Coś takiego to według mnie solidna próba charakteru, w tamtych czasach  to była jak to się mówiło w skautach – nowa sprawność.
Inna z wersji tej historii mówi, że Pawlik robił to po prostu dla pieniędzy, albo za namową własnej matki, co daje drugie albo i trzecie dno dla analizy upadku rodziny w komunistycznych realiach.
Chociaż  i teraz nie brakuje żon szczujących na własnych mężów (bądź odwrotnie) nawet w najbardziej rozwiniętych demokracjach.
Historycznie brak jednak potwierdzenia tezy o udziale matki w denuncjacji, a jedyne co jest do końca pewne to to, że Paweł Trofimowicz tragicznie skończył swe bujne życie już w wieku 16 lat.
Nagłe rozstanie z życiem  w połączeniu z obywatelskim donosem na rodzica postawiły go w jednym szeregu z innymi niezłomnymi kandydatami do spiżu.




Perwersyjny pomysł na denuncjację własnego ojca wykorzystał również Orwell w swoim „1984”. To już samo w sobie pokazało, że takie podejście do tematu to coś totalnie absurdalne i zarazem straszne.
Okazało się, że proroctwa rodem z Orwella powoli spełniają się.  A nim dojdę do potomków Pawlika zauważę, że dochodzi już do permanentnej inwigilacji.
Wszystko to zaś w imię naszego bezpieczeństwa czyli interesu którego nie potrafimy jeszcze nawet sobie uzmysłowić.
Na szczęście władza nie śpi, władza czuwa.
Podejrzewam, że tak jest bo w wyspanych głowach nie rodziłyby się takie szalone pomysły.
Porównując  z Orwellem zauważyłem pewne podobieństwa z opisywanym szeroko poprawianiem historii.  Powoli  wymazuje się bądź uwypukla rolę niektórych postaci
Jak rasowy masochista, pozwoliłem sobie raz jeszcze na lekturę „1984” aby przygotować się na nadejście  niespodziewanego.
A dlaczego wspominam Pawlika Morozowa i Orwella do kupy?
Otóż czytam w wiadomościach , że "W związku z programem 500 plus do lubelskiego MOPR napisał nastolatek. Doniósł na rodziców, że (chyba) marnotrawią pieniądze na jego korepetycje. Informację do ośrodka wysłał e-mailem. Podpisał się.”
Nie znalazłem w tekście artykułu oceny postępowania młodego.
To w końcu dobrze, że napisał czy nie?
Wielcy tego świata, chyba za bardzo rozpieściliście mnie tymi podsuwanymi przez siebie ocenami i wnioskami.
No i co? Nie skusicie się na powtórną lekturę Orwella?




czwartek, 21 lipca 2016

Jak trwoga do Boga

Czytam w mediach wiadomości które mnie szokują. Dziwią i szokują. Wydawało mi się, że w moim wieku już niewiele rzeczy może mnie zadziwić, a jednak.
Media są nieustannym źródłem tych uczuć o których wspomniałem powyżej.
Zawsze po przeczytaniu wiadomości (szczególnie krajowych), nerwowo sprawdzam datę i miejsce w którym żyję.
Środkowa Europa? Zgadza się
Laptop też nie najstarszy, a odnoszę wrażenie, że cofnięto mnie w czasie do epoki sprzed Internetu, komputerów, ba nawet telefonów na drucie.  Sam  Alexander  Graham Bell urodzi się dopiera za jakiś czas. 
Nawet nie wiem jak to pisać, bo co rusz ktoś twierdzi, że właśnie obrażono jego uczucia.
Może najlepiej wprost. 
Znalazłem tekst o bakteriobójczych zaletach krzyża, dodatkowo przeczytałem  u Jaskółki informację o uśmierzaniu bólu zęba za pomocą modlitwy.
Wszystkie zaś tego typu informacje podparte są  jakimiś nazwiskami funkcjonującymi w strefie publicznej, czyli można przyjąć znanymi. 
Do czego to wszystko zmierza i gdzie są tęgie umysły kościoła?   Może to już czas by wypowiedzieć się w tej sprawie?
Czytam w Tygodniku Powszechnym wywiad z Ojcem  Ludwikiem Wiśniewskim.
Tytuł znamienny - Do jakiej Polski przyjedzie Papież? 
I co ? I żartobliwy uśmiech znika mi z twarzy.
O. Ludwik Wiśniewski  Jak pisze redakcja - jest dominikaninem, długoletnim duszpasterzem akademickim i działaczem opozycji antykomunistycznej w czasach PRL. Jest laureatem Medalu Świętego Jerzego. Słynie z kontrowersyjnych wypowiedzi na temat polskiego życia publicznego. W przyszłości od jego tez odcinał się oficjalnie zakon dominikanów.
Tak...
Czy naprawdę zależy nam by dominująca w naszym kraju była taka tradycyjna i luddyczna wiara ?
Nie jest moim celem obśmiewać się czy szydzić z czyichś uczuć, zwłaszcza religijnych. Sam mam własne.
Każdy niech wyciągnie z tego własne wnioski.
Ja zaś korzystając z tematu chciałbym wrzucić kamyk do tego ogródka
Zdjęcie nalepki na samochodzie (znalazłem na Facebooku).


I komentarz autora
"Tym niemniej jakieś poduszki powietrzne i pasy bezpieczeństwa też by się przydały."
Zwlekam czasami z publikacją postów na tematy drażliwe bądź kontrowersyjne. Dzisiaj publikuję  taki przetrzymany tekst. Niech mam to już za sobą.
Bodźcem była chyba informacja o tym, dlaczego na biletach komunikacji miejskiej w Krakowie w czasie trwania  ŚDM nie będzie logo tej imprezy.*
Taki bilet z logo to pamiątka  a że pragniemy praktycznych pamiątek to być może ilość gapowiczów ( kto wtedy będzie sprawdzał bilety?) w tych dniach byłaby mniejsza. 
Ta informacja nie dziwi mnie ani nie szokuje, ona mnie po prostu śmieszy. 
Dlaczego śmieszy?
Bo gdy byłem szczeniakiem nie rozumiejącym ani życia ani jego mechanizmów rynkowych, słyszałem jak dziadek recytował taki  sobie wierszyk.
Wtedy byłem jakby oburzony insynuacjami, bo wierzyłem w szczere powołania i prawdziwą miłość (a może odwrotnie, w prawdziwe powołania i szczerą miłość ? ) 
Teraz  jestem obarczony bagażem  własnych doświadczeń. Dziadek urodził się jeszcze w XIX wieku, a oto zapamiętany fragment
Za pieniądze ksiądz się modli
Za pieniądze świat się podli
Za pieniądze się ożenisz
Za pieniądze babę zmienisz
Boże. Takźno odkrywam jak mądry był mój dziadek, chłop z Beskidu Wyspowego.  
- Ja tam nie dla księdza chodzę do kościoła - mówi zawsze w takich sytuacjach  moja teściowa. Ona też ma prawie osiem dych.




Bilety MPK bez logo ŚDM 

   
   

wtorek, 19 lipca 2016

Robaczywa uwaga

Na początku taki suchar jako wprowadzenie
 Przychodzi baba do lekarza psychiatry. Ten rozpoczyna badanie i pokazuje babie trójkąt.
- Z czym to się pani kojarzy?
- Z seksem - odpowiada baba.
- A to? - pyta lekarz pokazując koło.
- Z seksem.
- A to? - lekarz demonstruje kwadrat.
- Z seksem.
- Cierpi pani na obsesję seksualną - pada diagnoza.
- Ja?!! Przecież to pan mi te wszystkie świństwa pokazuje!
Lojalnie ostrzegam, że mam z tą babą coś wspólnego.
W okresie wakacyjnym TVN nadaje nowe reality show „Projekt lady”. Dla zasady nie oglądałem ani jednego odcinka, bo w końcu jakieś zasady mieć trzeba.
Z reklam nadawanych dość regularnie dowiedziałem się pobieżnie o co biega.
W roli prowadzącej Pani Małgorzata Rozenek, wcześniejsza specjalistka od testu białej rękawiczki.
Żeby jednak nie być całkowity ignorantem czytam na foch.pl ocenę tego programu
„W pilotażowym odcinku „Projektu Lady” poznajemy fajne, autentyczne i rozczulające w swej naiwnej szczerości dziewczyny. Najmłodsza ma kilkanaście lat, najstarsza jest przed trzydziestką, ale wszystkie „marzą o lepszym życiu”. Żeby się do niego zbliżyć, „muszą się zmienić”. Tak przynajmniej twierdzą ich toksyczne matki, nietolerancyjni sąsiedzi, i wreszcie, święta trójca chłodnych blondynek, ubranych, jakby w każdej chwili miały dosiąść konia, podać pudding księciu George'owi albo postawić pałę Harry'emu Potterowi."
Koniec cytatu
Czytam ostatnie zdanie jeszcze raz i jeszcze raz, ale odczucia pozostają wciąż takie same.
No tak. Mało kto to zauważa ale rzeczywiście, Harry Potter nam wydoroślał.


źródło Internet
Jeśli chodzi o moje skojarzenia z pewnością oblałbym jakąś odmianę testu białej rękawiczki w temacie myśli. Nie mam pewnie szans na start w programie typu „ Gentleman projekt”
A może właśnie mam? A może tu idzie o prawdziwe wyzwania? Polecam w takim razie swoją osobę odpowiedniej redakcji.





Na podstawie tekstu






piątek, 15 lipca 2016

O przekręcaniu

Nie będzie o radykalnym przekręceniu się, testamentowym albo i beztestamentowym, ani o tym łagodnym z dowolnie wybranego boku na ten drugi. Pod gruszą, jabłonią czy śliwką węgierką. Mam na myśli przekręcanie w znaczeniu fałszowania, krzywienia, odwracania, przeinaczania, przekłamywania, wypaczania, zakłamywania, zmieniania oraz zniekształcania.
W przepastnym archiwum moich postów nie udało mi się niestety odnaleźć tekstu sprzed wielu lat. Dotyczył rozmów z moim ulubionym sąsiadem.
Pokrótce powiem tylko, że przy kawie i papierosku ( tak kiedyś paliłem, ale przestałem jakieś trzydzieści lat temu) opowiadał mi o pogmatwanych losach polskiej Armii, która wyszła ze Związku Radzieckiego. Jak dobry gospodarz wysłuchiwałem tych opowiadań nie prostując nawet tego, że dowódcę nazywał generałem Andersonem.
Sąsiad był, sympatyczny i uczynny. Nie wypadało mi więc prostować jego wersji najnowszej historii Polski. Przełknąłem nawet tego Andersona, biorąc pod uwagę jego stałą skłonność do przekręcania nazw nazwisk i określeń. On to w końcu jest autorem tego jakże poetyckiego określenia na zakończenie układu pokarmowego – kiszka sztorcowa.
Kiedy opowiedziałem tę historię pewnemu mojemu znajomemu, on wprost nie mógł doczekać chwili gdy podzieli się nią z własną żoną.
Rzeczywiście, perlisty śmiech żony był nagrodą za opowieść przy kolacji. Zawsze podejrzliwy, zwłaszcza w stosunku do inteligencji swojej żony spytał
- A ty to w ogóle z czego się śmiejesz?
- Hi hi hi, bo to przecież nie był Anderson a Andersen.
Mam nadzieję, że Generał Anders w grobie się nie przewraca.
Dlaczego o tym piszę ?
Jakiś czas temu mój ulubiony Anioł z Krakowa Krzysztof Globisz przeszedł wylew. Cały Kraków (ba, cały kraj), zainteresował się losem aktora. Anna Dymna i przyjaciele organizowali koncert z którego dochód przeznaczono na rehabilitację i powrót do zdrowia pana Krzysztofa. Od tamtej pory śledzę wszystkie informację z prostej i życzliwej ciekawości.
Nie kto inny jak On powiedział kiedyś do Premiera Tuska
- Panie Premierze, za błazna w tym towarzystwie robię ja.
Przypomnę tylko, że wtedy jeszcze żarty z Donalda Tuska wymagały chociaż odrobiny cywilnej odwagi.
Ileż to było wtedy komentarzy, a materiał filmowy jest do dzisiaj na You tube.
Wracając zaś do tematu zdrowia
Taki oto artykuł przykuł moją uwagę Dobre wieści dla sympatyków Krzysztof Globisza
.



Trzymam kciuki i jak zauważyłem w komentarzach wielu innych robi tak samo


????
Chwila na refleksję, ale niestety refleksja nie nadeszła
 A wydawać by się mogło, że Panów Globisza i Ibisza nie sposób pomylić, a łączy ich li tylko imię.

 



środa, 13 lipca 2016

Dwa miliony plus i Czarny Anioł

- Chwalmy Pana – jak mówił szanowny James Brown w Blues Brothers. Jedną z praktykowanych form jest już chwalenie samego siebie. To chyba najpopularniejsza forma pochlebstwa.
- Udałem się Panu Bogu.
Dziwne to, bo to samo zadnie wypowiedziane przez kogoś innego nie ma już tak pozytywnego wydźwięku.
- Udałeś się Panu Bogu – zwykła mówić moja teściowa zawsze gdy ktoś coś zawalił.
- Ale o co chodzi? O co chodzi? - chciało by się zapytać, bo zwykle mam raczej skłonność do narzekania?
Z wielką przyjemnością zauważyłem, że w ostatni weekend licznik mojego pierwszego bloga na Onecie przekroczył dwa miliony wyświetleń. Zauważyłem to po czasie, bo w trakcie tego okrągłego przekręcania cyfr, z pewnością byłem po raz kolejny w trasie do, albo z Zakopanego.


Blisko osiem lat prowadzenia „Sumy lat...” to prawie dziewięćset pięćdziesiąt zamieszczonych tekstów. Moja polonistka byłaby ze mnie dumna. Chociaż kto to wie? Teraz zapanowała moda na wstyd za tych z których byliśmy do tej pory dumni.
Wracając do polonistki. W ogólniaku miałem zwyczaj pisać wypracowania na przekór sugerowanym tezom i o lepszą ocenę niż tradycyjna trójcyna musiałem się wykłócać publicznie. Nierzadko decydowałem się publicznie czytać wypracowanie. Stąd chyba bierze się we mnie taki ekshibicjonizm, chociaż mam nadzieję, że zawsze pamiętam o granicach.
Było minęło. Kiedy ostatnio poprzez Internet zajrzałem na listę nauczycieli w moim ogólniaku, nie znalazłem tam żadnego z nazwisk które zapamiętałem w ten czy w inny sposób. Jak zresztą miało by tam być w sytuacji gdy maturę zdawałem trzydzieści dziewięć lat temu?
Jak ten czas leci.
Dwa miliony a nawet stosując zapożyczenie od obecnego rządu dwa miliony plus. Bo na wskutek kłopotów z prowadzeniem bloga na Onecie, umieściłem kopię bloga na inną platformę. To na blogspocie doczekałem kolejnych dwustu tysięcy odwiedzin.
Było minęło. Nowy dzień, nowa noc, nowy tydzień. Wszystko nowe tylko ja stary i z każdym dniem jakby straszy.
Zapowiada się, że i w tę sobotę zasiądę na wąskim motocyklowym siodełku i ruszę zdobywać góry. Zdobywać w szeroko tego rozumianym znaczeniu.
Ostatnio na oczach żony zdobyłem serce pewnej starszej góralki z Poronina. Za dowcipy o mądrości górali. Postanowiła, że koniecznie musi je opowiedzieć swojemu staremu. Co z tego dowiozła do domu ? Nie wiem, ale podziwiam jej pozytywne podejście do życia.
Pogoda na sobotę zapowiada się ciekawie. Bez opadów, nie za zimno i nie za gorąco.
Istnieje jednak pewne ryzyko, bo prognozy sprawdzają się w około 95%. A mnie się lubi skomplikować. Póki co nie nastawiam się więc zbyt mocno. Uda się będzie fajnie.
Mógłbym pojechać samochodem. Po ostatnim wyjeździe, gdy mijałem boczkiem gigantyczny korek przed mostem w Białym Dunajcu i tylko nieco mniejszy za mostem w Czarnym Dunajcu, powiedziałem sobie – nigdy więcej samochodem z własnej woli.
Z własnej zaś i nieprzymuszonej woli, stojący w kolejce kierowcy skręcali lekko w prawo by umożliwić mi przejazd. Byli i tacy którzy z tej samej woli i nie przymuszani przez nikogo dojeżdżali do samego pasa na środku drogi, aby ten przejazd specjalnie utrudnić.
Swoistym rekordzistą był młody człowiek cierpiący na jakiś kompleks ( być może właśnie małego penisa) który dodatkowo uchylił drzwi swoje drzwi, tuż przed nadjeżdżającym motocyklem.
Astra była stara, ale nóg szkoda. Wspominałem że mamy z żoną jedną parę na spółkę
Można lubić jednoślady, można ich nie lubić. Zawsze jednak powinno się zachować się w sposób przyzwoity.
Mój „serwisman” wybudził mnie z pięknego snu w którym trwałem od roku.
- To za chwilę koniec gwarancji - zauważył
- Jak to tak, dopiero minie rok a miało być dwa lata ?
- Dwa lata albo sześc tysięcy kilometrów
- Wiem, wiem. Co szybciej minie.
Spojrzałem na licznik było 4700 km (dzisiaj rano wskazywał 5300)
Prawie sześć tysięcy w rok to chyba całkiem przyzwoity wynik?
Jaskółeczko, dobrze jest?
Moja teściowa też cieszy się wynikami.
Pod nieobecność żony, wczoraj machnęliśmy wspólnie i w porozumieniu dwadzieścia cztery słoiczki dżemu wiśniowego.
Mój udział był raczej skromny. Nalewałem i dokręcałem. W czasie zaś drelowania kosiłem trawę, cały czas mając teściową na oku.
W końcu jak mawiają …..... A co to ja jestem Tewje Mleczarz by cytować mądre księgi.
Skąd tytułowy Czarny Anioł ? To pseudonim osoby (kobiety) która pierwsza zamieściła na moim blogu komentarz.
Od tego czasu pojawiło się ich ponad 23000. A każdy cieszy.



czwartek, 7 lipca 2016

Szału nie ma

Czasy się zmieniły.
Ja też się zmieniłem, ale pamiętam jeszcze wierszyk którego uczono w podstawówce
„Choćby cię smażono i pieczono w smole, nie mów tego nikomu co się dzieje w szkole.”
Teraz jest moda na mówienie. Wysypał się więc worek ze szkolonymi aferami.
Wszyscy dyskutują i dziwią się, szczególnie starsi. Powtarzają też przy emeryckiej herbatce – za naszych czasów takich rzeczy w szkole nie było.
Owszem były, bo szaleństwa nie wymyślono wczoraj. Od kliku lat nazywa się go tylko inaczej - ADHD.
Tylko narzędzia ewoluują z czasem. Miejsce kałamarza zajął smartfon z dostępem do sieci i nie tylko. Czego tam zresztą nie ma ? Pełny asortyment występków i wykroczeń. Od A do Z
Za naszych przemilczanych czasów też się szalało na granicy ustalonego porządku.
O wygłupach wiedzieli tylko ludzie z wąskiego kręgu i oczywiście ofiary.
Teraz, za chwilę mamy trzysta tysięcy odsłon na Youtubie.
Warto było? Z pewnością tak, bo łatwo pomylić (szczególnie w naszych czasach) dowcip od czynu zabronionego czyli przestępstwa.
Koszty zaś są takie, że między innymi przez to rośnie nam pokolenie zupełnie nieodporne na stres.
A stres stał się nieodłącznym elementem naszego życia. Nie twierdzę broń boże, że kiedyś było lepiej. Sugeruję tylko, że wahadło odgięło się w drugą stronę i trzeba czasu by znaleźć tak zwany złoty środek. Tylko, że złoty środek nie jest zgodny z ideą wahadła.
I czy Unia na to pozwoli?
Albo coś innego. W zasadzie to cytat podobny, tylko źródło inne.
„Brudy trzeba prać we własnym domu”
Kto to? To nieśmiertelna Pani Dulska z „Moralności Pani Dulskiej”
Jak się to ma wobec wszechobecnych kolorowych magazynów, programów telewizyjnych typ talk show i w końcu przepastnych zasobów internetowych.
Bez wychodzenia z domu wiemy już, która gwiazda była molestowana w dzieciństwie przez swego ojca. Kto zdradził aktora B, w jakich okolicznościach i koniecznie w jakiej pozycji.
Kto zrobił tak zwany coming out a kto jeszcze z tym zwleka bo ma dopiero zadatki. Na co choruje pan B i gdzie z tego powodu dostał wysypki.
Najdziwniejsze jest to, że każdy sam wyrzucił to z siebie w specjalnym wywiadzie, w komplecie z całą kolorową sesją zdjęciową, poprawioną w Photoshopie
Żeby to była tylko domena celebrytów.
Kiedyś zerknąłem okazjonalnie na „Rozmowy w toku” i nie mogłem wyjść z podziwu. Pokazać całą swoją duszę wraz z poziomem umysłowym w gratisie, za jakąś stówę lub dwie?
Szaleństwo
Oto jedna z czytelniczek modnego ostatnio poradnika pyta
- Panie doktorze, mój facet troszczy się o mnie ale ma małego penisa. Czy mam go zostawić?
- Nie męcz się – odpowiada fachowiec zapominając jednocześnie, że gdzieś tam truje się uczciwym ludziom, iż nie liczy się długość instrumentu bo tak naprawdę prawdziwe pożądanie rodzi się w głowie?

W zasadzie to taki kącik porad mógłby prowadzić i rabin. On zawsze ma wiele dobrych rad w każdym temacie. Niektóre z nich znakomicie sobie przeczą.
Szaleństwo.
Nie ma również odpowiedzi na pytanie, czy lepiej być pięknym czy bogatym?
Ktoś mówił ( albo pisał ), że kobieta ma zawsze inne oczekiwania od tych na jakie może liczyć w aktualnym związku.
Jeżeli jest żoną bogatego faceta, odejdzie z kloszardem o odpowiednich parametrach. Biednego ale przystojnego faceta porzuci dla bogatego kurdupla z brzuszkiem.
Myślę, że wtedy nie pisze do popularnych poradników z pretensjami do życia, bo jak szaleć to szaleć.
A może pisze, bo chciałaby od życia full serwis ?
Jak usłyszę zarzut po tej wypowiedzi, że jestem męskim szowinistą, powiem krótko
- Ja męskim szowinistą ? To jakieś szaleństwo.
Czasy się zmieniły co sugerowałem na początku tekstu.
Teraz facet ma być piękny, bogaty oraz hojnie obdarzonym przez naturę. Dodatkowo z owej hojności powinien robić odpowiednio długi użytek.
 i tak, chociaż spotkałem się z tekstem że naprawdę liczy się tylko wymiar portfela.
Informowałem zresztą o tym już w poprzednim poście.
Szaleństwo.
A propos szaleństwa.
Samo szaleństwo też zmienia swoje znaczenie wraz z wiekiem.
Inaczej szaleństwo rozumie kilkulatek, inaczej nastolatek. Inaczej zaś moja teściowa, która mówi
do swojej przyjaciółki
- Zaszalałam. Zjadłam dwa kawałki ciasta z truskawkami.
Ja też popadłem w schemat i po powrocie ze sklepu budowlanego wyrzuciłem z siebie
- Zaszalałem i kupiłem o taki komplet wierteł.
W zasadzie to kupno wierteł to jest tylko preludium do jakiegoś głębszego szaleństwa. W filmie "Nic śmiesznego" jest taka scena gdy w windzie dużego bloku mieszkalnego, lokator z wyraźnym podekscytowaniem zwierza się głównemu bohaterowi
- Dzisiaj przyjdą do mnie koledzy z wiertłami udarowymi to sobie powiercimy.
A wy pamiętacie swoje szaleństwa/ Zwłaszcza te dla Was najfajniejsze?
Myślicie, że szaleć i szumieć można tylko w młodości?
Otóż nie. Niezapomniany Jan Sztaudynger pisał w jednej ze swoich fraszek
„Starość nie młodość musi się wyszumieć, bo żeby szumieć trzeba mieć i umieć”
I byłbym w stanie uwierzyć mistrzowi Janowi, gdyby nie rysunek Jana Kozy w którejś z ostatnich Polityk. Oto jak wygląda szaleństwo w wieku pięćdziesiąt plus.

Smutno się zrobiło.
Nie traćmy jednak nadziei. Szaleją wszyscy nawet popularny Rysiu z Klanu. Chociaż on sam (jako postać) w tym Klanie zginął bohaterską śmiercią już z tysiąc odcinków temu.

Jak żyć w takim szaleństwie?
Albo bardziej ogólnie – jak żyć ?
Kogo teraz można o to zapytać?






poniedziałek, 4 lipca 2016

Zero - jeden, ale to nie o futbolu

Czy jest może coś bardziej dołującego w poniedziałkowy poranek niż sama już konieczność zwleczenia się z łóżka ( szczególnie po wczorajszym meczu na  Euro) i wyjście do pracy?
Oczywiście, że jest i sam tego doświadczyłem.
To była chwila zaraz po wejściu do pracy, kiedy świeżo odpalony komputer poinformował mnie, że mam osiemset siedemnaście nieprzeczytanych wiadomości. Osiemset dwanaście pomimo tego, że w piątek na koniec dnia uczciwie sprawdziłem służbową pocztę, chociaż myśli krążyły już wokół sobotniej eskapady do Zakopanego. 

Pierwszy rzut oka wystarczył by zauważyć, że ponad siedemset dotyczyło tak zwanych opcji binarnych.
O co chodzi w tych opcjach? Pamiętam ze szkoły, że w układzie binarnym idzie o system zero jedynkowy. Nikomu jednak nie marzy się chyba mój powrót do średniej szkoły?
 Nie. Idzie tu o inwestowanie w akcje, tak chyba mogę w skrócie powiedzieć, bo nawet Wikipedia zamiast wytłumaczyć, pogmatwała mi wszystko swoim przykładem.
Chodzi więc o pieniądze, pieniąchy pieniądzory. O ich pomnażanie, bo reklamy mówią o 240% zysku. O możliwości straty profilaktycznie się nie wspomina. Po co?
Jak sępy rzucili się na mój kapitał który na dobrą sprawę składa się z tej kasy która pozostaje mi po opłaceniu wszystkich mediów i kredytów. Garna się do tego kapitału którym miesiąc w miesiąc wspomagam fortuny pana Carrefoura, Tesco, Lidla i tego Portugalczyka, co to dla niepoznaki nazwał się swojsko Biedronką.
Od Konga do Kaliningradu ślą do mnie maile ludzie zatroskani stanem mojego kapitału.
Koniecznie muszę go powiększyć.
To znaczy, że co? Że rozmiar mojego penisa przestał ich już martwić?
Pomyślałem chwilę i doszedłem do następujących wniosków.
Jestem po prostu ofiarą własnej popularności. Popełniłem całkiem nie dawno tekst w którym wykazałem za pomocą jednego kolorowego tygodnika, że tak naprawdę najważniejszy jest rozmiar portfela.
Przeczytali i postanowili wzmocnić mi tę ekonomiczną protezę.
Dobrzy ludzie, szansę dali.
Lecz jak nic się w tej sprawie nie zmieni i poczuję się przywalony tą korespondencją mailową, będę musiał publicznie oświadczyć, że ten cały seks jest potwornie przereklamowany, choć codziennie jeszcze proszę Boga by nie skłaniał mnie do formułowania takich wniosków.
Poza tym, czy wtedy będę miał lżej? Rzucą się nam nie prezenterzy cudownych garnków, uzdrawiającej pościeli i pożyczek w parabankach.
I czy wtedy będzie mi rzeczywiście lżej?
Może tylko fizycznie, bo czy psychika wytrzyma to, że zostałem wrzucony do ostatniego koszyka konsumpcji? Wtedy już tylko pozostanie decyzja – jaka urna? W macie czy raczej na wysoki połysk?
I niech ktoś mi powie, że seks nie determinuje naszego życia.
Że determinuje?
To dlaczego ostatnio otrzymałem maila który zaczynał się od słów „Ty mały zboczeńcu !”
Odpowiedziałem tylko jednym zdaniem
Jeżeli już, to dlaczego zaraz mały?