wtorek, 26 kwietnia 2016

Parasol

Tak dokładnie to nie wiem jaka to była formacja. Faktem jest to, że mundur pasował jak trzeba. Bluza panterka, spodnie w taki sam wzór i wszystko jasne jak jasne były buty wojskowe. Zdziwiłem się nawet że znaleźli tak mały rozmiar na mnie. Kawa z mlekiem to kolory południa. Zdecydowanie dalej niż południowa Europa.
- Co ja tu kurde robię ?
Rozejrzałem się nerwowo dokoła dopinając równocześnie szeroki, parciany pas wokół bioder.
Tak prawdę powiedziawszy to wybierałem się na jakąś konferencję do Irlandii, a może nawet do samej Anglii. Szczegóły jakoś mi się rozmyły. Pamiętam tylko, że sprawdziłem pogodę panująca na wyspach brytyjskich i postanowiłem zabrać ze sobą parasol.
- Jaki parasol? - Zadałem sobie pytanie i równie szybko na nie odpowiedziałem. Jak to jaki? Duży, solidny i czarny. Angielski jednym słowem. Drugim słowem, jedyny jaki posiadam.
Nie zmieścił się do walizy a więc wcisnąłem go za pasek spinający bagaż.
Z tym parasolem to tak jakby wybrać się do Francji w berecie. Te błędne jak się okazało wyobrażenia o Francji porzuciłem po pierwszej wizycie.
Ponieważ nie byłem dotychczas na Wyspach, przeciętnego anglika postrzegałem jako gentlemana w meloniku na głowie i z dużym czarnym parasolem w ręce.
- Jeszcze sobie narobisz problemów z tym parasolem – powiedziała żona oglądając bagaż
- Gdzie?
- Choćby w samolocie.
Kto by jednak słuchał żony w chwili podenerwowania przedwyjazdowego.
O dziwo, nie zarejestrowałem żadnym problemów ani na lotnisku ani w samolocie. Po prostu zabrali mój bagaż, pozostawiając mi jedyny kłopot, który polegał na odnalezieniu swojego fotela.
Ponieważ nie gustuje w wyspiarskich przyprawach, pozwoliłem sobie tylko na jedną lub dwie whisky, które sączyłem patrząc przez owalne okienko samolotowe.
Budynki w dole stawały się coraz mniejsze i mniejsze a potem stawały się tak malutkie że zyskały w końcu statut nieistotnych. Na samym końcu chmury przysłoniły mi całkowicie widok na ziemię rodzicielkę.
Może tych szklaneczek było więcej niż trzy? To całkiem niewykluczone, gdyż powtórna rejestracja rzeczywistości zaczęła się dopiero na lotnisku.
Tu dostaliśmy te mundury
- Niczym do paintboola – pomyślałem.
Takie było pierwsze skojarzenie i nie opuściło mnie ono nawet wtedy, gdy po dopasowaniu pasa, ustawialiśmy się w kolejce do broni. Małe automatyczne pistolety, niczym nie przypominające strzelb z kolorowymi kulkami, jeden po drugim znajdowały nowych właścicieli. Rozpoznawałem wśród nich współpasażerów mojego lotu.
Wszystko szło płynnie aż do czasu gdy to ja stanąłem naprzeciw wydającego broń oficera.
- Name ? - spytał z angielska żołnierz
- Relski – odpowiedziałem natychmiast i najwyraźniej jak mogłem. Odniosłem przy okazji wrażenie że chwilowy problem z wyraźną dykcją mam już za sobą.
- Antony? - zadał dodatkowe pytanie
- Yes – powtórnie potwierdziłem swoje dane ciesząć się że ktoś mnie w tym całym bałaganie zna.
Facet pochylił się i spod biurka wyciągnął czarny, długi, angielski rzec by można parasol.
Podał mi go bez słowa i zaraz krzyknął w tłum
- Next !
Spojrzałem na rączkę. Charakterystyczne zarysowania od razu uświadomiły mi, że to mój parasol. Ten sam który zabrałem dla ochrony przed angielska pogodą.
Temperatura panując wokół oraz wspomniane kolory mundurów sugerowały inny niż deszczowy klimat. Poza tym wszyscy trzymali w dłoniach karabiny, co chyba nie przyda się do spacerowania po londyńskim City.
- A Ty co tam chowasz za sobą? – spytał jakiś wysportowany i krótko ostrzyżony młodzieniec.
- Parasol – powiedziałem nad wyraz spokojnie i naturalnie, nawet nie bardzo denerwując się za to „tykanie”
- A na huj ci parasol na pustyni?
- Tajemnica wojskowa – odpowiedziałem szybko i równie szybko zmyśliłem – a może to jest parasol atomowy ?
Chyba zaskoczyłem tym mięśniaka bo odwrócił się bez słowa i z zapamiętaniem kontynuował ładowanie i rozładowanie magazynka.
- Parasol atomowy, też masz Antoni pomysły.
Otworzyłem czaszę i równie szybko ją złożyłem. To było tak jakbym potarzał czynność repetowania broni. W tej samej chwili przypomniał mi się fragment filmu „Indiana Jones i ostatnia krucjata”. W tej to scenie Sean Connery będąc na plaży otwiera i zamyka parasol, powodując wzbicie się całego stada mew które wpadają w śmigła niemieckiego samolotu, powodując jego katastrofę.
Jeszcze raz otworzyłem czaszę i wtedy wpadł mi w oko napis na metce wszytej do środka.
„A. Tom Parasole - wyrób i naprawy”
No proszę z tym atomowym parasolem to wcale nie przesadziłem.
Zaraz, zaraz, wróć. Jaka pustynia? Gdzie my w ogóle się wybieramy?
Łapałem przechodzących za rękawy powtarzając to pytanie.
- Gdzie my jesteśmy?
- Na misji jesteśmy. - odpowiedział ktoś po polsku - Na pokojowej żeby nie było.
- Na pustyni?
- Na pu- sty- ni ! - widocznie poirytowany, wysylabizował mi odpowiedź.
- Zbieramy się do wyjścia! – ktoś wydał komendę i wszyscy zaczęli formować dwuszereg.
Ze stu facetów z małymi automatycznymi karabinkami i jeden z dużym czarnym parasolem.
Otwarły się drzwi wejściowe. Oczom moim ukazał się bezkresny piasek pustyni i niebo tak niebieskie, że mogłoby się stać wzorcem bezchmurnego nieba, przechowywanym w Sevres po Paryżem.
Orientalny obrazek zaburzyła natychmiast seria z karabinu maszynowego.
- Co to ? - krzyknął mój sąsiad.
Zaraz też usłyszał chóralną, nie dającą spokoju odpowiedź :
- AK 47, ulubiona broń naszego wroga. Przy strzelaniu wydaje charakterystyczny dźwięk.
No to jestem w domu. Znam na pamięć ten film – puknąłem się w czoło.
Nie był to jednak film Clinta Eastwooda i nie siedziałem w ciepłych paputach przed telewizorem.
W tym spektaklu przyszło mi uczestniczyć osobiście.
- Ty z tą umbrellą wypierdalaj na koniec - mięśniak wydał komendę którą wykonałem bez sprzeciwu. Wcześniej zdobyłem się nawet na żart do sąsiada
- Nie wiem jak ty, ale ja rzeczywiście wypierdalam.
Tylko najpierw pójdę do kibla. W końcu na pustyni tak trudno o krzaczek za który można wskoczyć.
Podpierając się złożonym parasolem niczym kijkiem nord walking szedłem za strzałkami. Mijałem korytarze, schody. Przechodziłem nawet całe klatki schodowe a dwa razy skorzystałem z windy.
Kiedy moja potrzeba stawała się jeszcze bardziej doskwierająca, dotarłem na miejsce.
Jedne drzwi oznaczone wizerunkiem kobiety a drugie również wizerunkiem kobiety tyle że na wózku.
Drzwi z facetem jednak nie było.
Na cholerę mi to całe NATO, ma nie kibla dla faceta z parasolem. Dla informacji dodam że nie ma tez dla faceta bez parasola.
Skąd mi się to NATO wzięło?
Może przez ten szczyt? Na razie uważałem jednak, że ta niekomfortowa sytuacja to już jest szczyt szczytów sam w sobie.
Stałem jak ten idiota, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Stałem tam tak samo jak wtedy, kiedy wylądowałem przed toaletą na basenie w Budapeszcie. Na jednych drzwiach napisano NOI a na drugich FERFI. I bądź tu mądry gdzie wejść.
Nie. W Budapeszcie miałem jakiś dylemat, tu nie mam żadnego. Żaden wybór nie jest dobry.
- Gdzieś Ty miał ten męski kibel ? - spytałem sam siebie w kierunku gościa, który pokazał mi pierwszą strzałkę z kierunkiem.
- Miał, miał miał – echo powtarzało wyrwany fragment mojej wypowiedzi.
Jak to miał? Przecież to echo powinno powtarzać „kibel, ..el, ..el, ..el
Echo jakby w dupie miało moje uwagi i z uporem maniaka powtarzało swoje miał, miał, miau, miau. Miauuu..
Otworzyłem oczy, była czwarta trzydzieści. Na biurku obok łóżka siedział kot miaucząc żalośnie. Intensywnie domagał się wyjścia z domu.
Wstałem, uchyliłem drzwi balkonowe przez które kotka natychmiast wymknęła się z domu.
A potem bez trudu odnalazłem te swoje właściwe drzwi. Nie miałem dylematów typu - wejść czy nie wchodzić ? Na drzwiach nie było żadnego symbolu.
- Może nie trzeba było pić tego piwa przed snem – zapytała z troską żona.
- Boże, są chwile kiedy tę troskę mogłaby sobie podarować, albo chociaż ograniczyć.
- Wstałem bo kot chciał wyjść – odpowiedziałem krótko.
Przypomniała mi wtedy wypowiedź mojego byłego przyjaciela z którą natychmiast się zgodziłem
- Całą noc szukałem sobie kibla, a jak się rano obudziłem to dziękowałem bogu, że go nie znalazłem.
Swoją drogą to co ja wieczorem jadłem i oglądałem przy okazji?
- Sen mara, bóg wiara – powtórzyłem by nie zapomnieć starej mądrości ludowej
Kiedy jednak w pracy odbierałem pocztę e-mail, w oko wpadła mi taka oto informacja.

Zainwestuj w swój parasol bezpieczeństwa.
Coś jednak z tym snem jest na rzeczy. A wnioski jakie? Jak to jakie? Najprostsze.
Chyba to już była pora by kupić Prosta... coś tam czyli wyciąg z pestek dyni i palmy sabałowej.
W końcu o parasol czy to atomowy czy bezpieczeństwa dbać należy nie tylko od święta.
Swoja drogą, parasol i prostata to niezła paralela. Z głupimi porównaniami nie miałem jednak nigdy problemu.

piątek, 15 kwietnia 2016

Co komu w domu gra

Nie takie popularne jak jest teraz „pińcet” plus, ale zwykłe doskwierające codziennie plus „pińdziesiąt”
To taki wiek przy którym niektórzy chcieliby powiedzieć - Oj dziadku, ale jeszcze się boją, że mogą za to dostać w ryja.
To taki czas kiedy irytuje cię książka – „Internet dla seniorów czyli jak korzystać z Internetu po pięćdziesiątce” bo z siecią radzisz sobie bardzo sprawnie. Przedkładasz jednak osobiste znajomości i rozmowy choćby telefoniczne nad komentarze na Facebooku.
Olewasz te wszystkie lajki, ale gubisz się już przy hasthagach, powiadomieniach push, snapchatach. Słyszałeś o Istagramie, ale masz lustro w domu i widząc wyrazisty brzuch piwny, albo obwisły tyłek rezygnujesz ze  zrobienia sobie selfie.
To zdjęcie które ukradkiem zrobiła ci w takiej sytuacji żona to już nie jest selfie, a jakiś makabryczny żart, bądź załącznik pod ewentualny pozew rozwodowy.
Chociaż jestem z natury bardzo punktualny, co rusz spotykam się z zarzutem spóźnienia.
Kiedyś zniosłem do domu parodię bardzo popularnej francuskiej piosenki.
Polski tytuł zachęcał – „Zaje...y żule mi”. 
Młody spojrzał przelotnie na ekran telewizora i powiedział - Jesteś spóźniony o jakieś dwa lata.
Pięć, dziesięć minut. Ja nie dyskutuję pół godziny, ale dwa lata?
Kiedy przyszło mi to usłyszeć po raz kolejny i kolejny, zrozumiałem w końcu, że w sprawie mediów społecznościowych jestem spóźniony i nic tego nie zmieni. Ot po prostu następuje zmiana pokoleń i obowiązywać będą gusta tych co zasilą ZUS z przeznaczeniem na moją emeryturę.
Tak naiwnie liczę że się doczekam. Wszak nie nadużywałem ZUS i za cały okres pracy zawodowej korzystałem ze zwolnień chorobowych przez jakiś miesiąc „zussamen do kupy”
Wracając do mojego spóźnienia w odkrywaniu sieci.
Nie zdziwiłem się przeto bardzo gdy usłyszałem pewną piosenkę a sprawdzając historię zespołu usłyszałem, że stali się sławni (miarą jaką w tej chwili mierzy się sławę) jakieś dwa lub trzy lata temu.
- Taka karma widocznie – powiedziałem do siebie. Postanowiłem też nie czuć wstydu po wysłuchaniu teraz tych utworów jak też po przeczytaniu opinii niektórych, że teksty są pensjonarskie.
Lubię filmy o których jednym słowem można powiedzieć, że są pokręcone. Lubię pokręcone piosenki, a w słuchaniu muzyki dotarłem aż do etnicznej muzyki Afryki.
Kiedy w czasie jednej z wizyt u doktora mojej żony, podczas gdy doktor dokonywał zmiany opatrunku, pozwoliłem sobie na jakiś dowcipny komentarz.
To mnie sprowokowało do dalszej wypowiedzi a kiedy zauważyłem zdziwiony wzrok doktora, wyznałem
- Wie pan doktorze, tacy jesteśmy razem z żoną. Jesteśmy trochę popieprzeni.
- Wiem i za to Was lubię.
Zrobiło się miło. Nawet w szpitalu może być miło.
Dlaczego przywołuję tę rozmowę?
Na dowód, że nie mam problemu z krytycznym spojrzeniem na siebie. No taki już się mamie urodziłem. Resztę zrobiła żona w ciągu tych trzydziestu pięciu lat małżeństwa.
Nie, nie, nie. Nie myślcie tylko, że można ze mnie łatwo lepić jak plastelinę.
Jeśli już przyrównać mnie do plasteliny to takiej do której jakiś żartowniś ukrył garść szpilek.
Nigdy nie wiadomo kiedy ostrze ukłuje.
Jednak nie Freudowskie rozważania nad samym sobą są tematem dzisiejszego wpisu a piosenka.
Piosenka zespołu „Domowe melodie”. Jak wyczytałem w Internecie który jest ponoć zagadką dla seniora, członkowie zespołu tworzą muzykę w konwencji „lo-fi”
To tajemnicze określenie oznacza, że muzykę, zagrano i nagrywano w warunkach domowych. Ich utwory cechuje melodyjność, prostota i bogate w kontekst słowa piosenek.
O to właśnie chodzi, o te teksty bogate w kontekst. Lekko absurdalne ale bogate.
Oglądam młodych ludzi, jestem pod wrażeniem prostych melodii i doszukuję się znaczenia słów.
W obecnych, za bardzo politycznych czasach z przyjemnością słuchałem utworu „Panie Prezydencie”

Panie Przywileju
Kto ci nadał prawo
Żeby brać mnie w swoje ręce?
Ręce, które leczą
Od za dużych marzeń
Jeden mamy świat, nic więcej

A wy się bijcie, gińcie, zesrajcie
Zróbcie sobie wojnę
Na połamanie nóg, pohybel
Czasy niespokojne
I tylko WON z mojego domu
Nie ma was tu, nie ma was tu
Nie ma was tu, nie ma was tu (*1)

Jeśli ktoś zarzuci koniunkturalizm to powiem tylko, że test powstał w 2013 lub 2014 roku. Spokojnie więc mogę go sobie uogólnić i zuniwersalnić.
Nie moja to liga wiekowa, ale stosunek do polityki podobny.
Różnica polega na tym, że ja mam to już w dupie, przed nimi całe życie.
Prawdę powiedziawszy to zacząłem od „Grażki” (*2),  największego ponoć hitu Domowych melodii.
Tekst też jakby poniekąd polityczny i aktualny, bo znowu robi się politykę na   ludzkiej tragedii
A potem zachwyciłem się jeszcze „Zbyszkiem” (*3). Być może dlatego, że nie był osadzony w polityce.
Czy określenie „oranżowe stopy” nie działa na Waszą wyobraźnię?
Jeżeli ktoś z niesmakiem wyłączy Youtuba i powie - ten Antoni jest pokręcony -
to przypominam, że sam to napisałem na wstępie niniejszego posta.
A jak oderwę się od muzyki to przyjdzie odpalić kosiarkę, bo przez nawóz i ostatnie opady mocno podrosła.
W niedzielę wraca żona. Wypada by przywitać ja tak po gospodarsku.
Liczy się w końcu pierwsze wrażenie.
1.
3
 

piątek, 8 kwietnia 2016

O sobotnich sentymentach i wódce. A może w odwrotnej kolejności?

- Smacno ta wódka – powiedziałem zaraz po tym gdy przechyliłem kieliszek który następnie z zapamiętaną gracją strzepnąłem energicznie z resztek płynu, by następnie podstawić go przed Frankiem. Wlałem ostrożnie choć zdecydowanie płyn aż po złoty pasek okolicznościowego kieliszka na którym wytwórca dopisał jeszcze „Zdrowie Młodej Pary”.
- Niby ten napis sugeruje coś innego ale to twoje zdrowie Franuś.
- Napisami się nie kierujcie, bo po weselu zostało nam ponad sto takich kieliszków, jest więc czym obdzielić każdą imprezę.
- Tylko żeby broń boże na jakiej stypie nie użyć bo by było małe Qui pro quo.
- Co pro? - spytał Franek, który właśnie wypił strzepnął kieliszkiem i sam wstrząsnął ramionami jakby pierwszy raz w życiu pił tradycyjną góralską gorzałkę, wyrób miejscowy.
To wstrząsanie ramionami bardziej wynikało ze swoistej etykiety picia niż z niesmaku. Zaraz bowiem przejechał językiem po pozostałych już zębach i wyrzucił z siebie wyższą ocenę
- Bardzo smacno ta gorzałka.
Marysi nie wypadało chwalić tego co sama postawiła na stół więc szybko przepiła do mnie, odwołując się do zdrowia.
Drogą za oknem od czasu do czasu przejechał traktor lub furmanka z nadpalonymi belkami, pozostałymi z rozbiórki mojego kiedyś, ponad stuletniego domu. Nowi właściciele dokończyli dzieła rozbiórki i w sobotę wieczorem na placu, pośród rzędu tuj i świerków pozostał tylko komin do którego z jednej strony przylepiona była wiejska kuchnia z cegieł a z drugiej strony stylowy kominek. Z trudem można było dojrzeć zakopcone na czarno oryginalne kafle ze scenami rodzajowymi.
Wszystko to dalej posępnie góruje nad osiedlem. Nie podzielę się skojarzeniami.
Wyć albo pić?
- Rzeczywiście Franiu, wódka bardzo smacno.
Pomimo dwudziestu lat spędzonych z moimi góralami i ponad trzech bez nich, nie wyrobiłem w sobie nawyku nazywania wódki gorzałką.
- Tośmy się wstępnie przygotowali na urodzinową imprezę u Jaśka – powiedziałem, tradycyjnie przecierając usta wierzchem dłoni.
Zaraz to samo zrobił Franek a Marysia odniosła do spiżarni pustą butelkę.
Tak Franek jak i ja wzorem sienkiewiczowskiego Zagłoby, nie cierpimy widoku pustych naczyń.
W każdym z nas, czy to orle pióro przy kapeluszu czy pawie przy rogatywce, pozostało nieco z sarmaty na własny użytek. Więc używamy, w szerokim znaczeniu tego słowa.
Przy ulicy zapłonęły pierwsze lampy, widoczny znak zapadającego wieczoru.
Tutaj nikt nie siądzie do stołu nim wszystko w gospodarstwie nie zostanie zapięte na ostatni guzik. Zwierzęta nakarmione i napojone a narzędzia pracy schowane.
Popularnie zestaw tych czynności nazywa się „odbywaniem”.
- Kiedy wpadniecie do nas - pytałem sąsiadów
- Już my odbyli więc możemy przyjść
Trafiliśmy w dobry czas bowiem gospodarz był już odbyty a przy stole siedziała spora grupa gości.
Rozpoznałem wszystkich z wyjątkiem dzieci, które przez te trzy lata wyrosły tak, że naprawdę trudno je poznać.
Do kolorowej torby z prezentem dorzuciłem życzenia, godne rodowitego górala.
Żeby zaś z góralszczyzną nie było żadnej wpadki, podparłem się gotową góralską pieśnią Nieco zmodyfikowaną

Syćka se Wom zycom to i owo a my Wom zycymy scyńścio zdrowio
Zycymy Wom zdrowio nolepsego równego pstrągowi w Morskim Oku
a do tego siły do koździćkiyj zyły do setnego roku.


- Do koździćkiyj ? - Zapytał przekornie Jubilat
- Do koździćkiyj - potwierdziłem, porozumiewawczo mrugając.
Udało się. Pomyśleć, że kiedyś szło mi lepiej a nawet do Związku Podhalan chciałem się zapisać. I nie byłem w tej kwestii taki całkiem bez szans.
Siedliśmy do suto zastawionego stołu, ale primum inter pares był dla mnie ser zwany powszechnie sznurówkami lub korbaczami. Po co napisałem po łacinie?
No właśnie. Po góralsku można przecież powiedzieć, że wszystkie zakąski były "bardzo smacne"





Muszę tu stwierdzić i będzie to jedyny kamyczek do ogródka jubilata, że tylko atmosfera była nieco statyczna niczym stypa po śmierci cara.
A od czego tu jesteśmy my? Wyluzowani i przygotowani do imprezy.
W żyłach już buzowała gorzałka, złodziejka umiaru i dobrego smaku.
Zgodnie ze starym obyczajem rzuciłem garść anegdot na swój temat, obśmiałem małżonkę i przykleiłem łatkę swoim dzieciom.
Oj zrobiło się weselej a niektórzy, aż zacierali ręce. Wszak nie co dzień zdarza się taki co to dla radości innych obśmieje się z siebie i wykpi rodzinę.
Poczekajcie, poczekajcie zaraz wezmę się za was i niech mi który próbuje się boczyć.
- Gdzie ta wódka? - zapytałem rozglądając się dokoła.
- Już, już polewamy.
Wypiłem kieliszek i po dokonaniu wszelkich wyżej wymienionych już tradycyjnych czynności, puściłem w obieg.
- Coś mi dzisiaj bardzo ta wódka smakuje – wyznałem publicznie – albo coś się stało ze mną, albo po prostu zbyt długo mnie tu nie było.
Twarz jubilata rozjaśniła się uśmiechem. Wszak gospodarz nie po to ponosi koszty by goście zachowywali wstrzemięźliwość.
Gość opity to gość dobry. Najlepszy zaś jest taki, który po wyjściu z imprezy długo kalkuluje w którym kierunku iść domu.

Pijcie chłopcy wódkę, bo wódka nie woda, kochajcie dziewcenta - pójdziecie do nieba!

- No to mamy jubilata Stasiu - powiedziałem do sąsiada z drugiej strony stołu.
- Nie jeden świeży sześćdziesięciolatek tu siedzi.
- A kto jeszcze obchodził urodziny?
- Ja – odparł nierozważnie Staszek
- Ty ? A kto to widział?
- No dzieci były, żona.
- Dzieci się nie liczą – odpowiedziałem zdecydowanym głosem, a potem zwróciłem się do zebranych.
- Czy ktoś z Państwa był na urodzinach Staszka?
Cisza wypełniła pokój
- No proszę nikogo nie było. Stasiu to się nie liczy. Popraw się chłopie, lada dzień imieniny to zrób je razem z urodzinami. A żeby było sprawiedliwie, w ramach rewanżu zjawisz się z tymi samymi biesiadnikami u mnie za dwa lata.
Nie wiem czy Staszek był zadowolony z powodu tego wytykania i zapraszania mu gości. Pod wpływem alkoholu pewne rzeczy wydają się niesamowicie zabawne. Niestety refleksja przychodzi później, u mnie tradycyjnie nad ranem.
Nie czas jednak na refleksje, kiedy na stół wkracza tort ozdobiony równą sześćdziesiątką.
Wyrób własny na jajkach od szczęśliwych kur i maśle od równie szczęśliwych krów.
Czy pszenica na mąkę też była zadowolona? Nie wiem i nie będę tego kontynuował, bo jak dojdę do szczęśliwych buraków to znaczy, że odleciałem.

„Niech latarka policjanta w oczy mu nie świeci! Kto kieliszka nie wypije, niech ma głupie dzieci!”


No tego jeszcze nie słyszałem.
- Imprezujmy tak jakby świat miał się jutro skończyć – chciało by się zakrzyknąć, ale ciśnienie już poszło do góry, a i położyć trzeba się już o rozsądnej porze. Poza tym mamy już świadomość własnych możliwości i wiemy, że nie damy rady wypić całej wódki co jest na tym świecie.
Przychodzą jednak jeszcze takie chwile kiedy wydaje nam się, że jest inaczej i to jest fajne. A potem przychodzi ta refleksja i o dziesiątej żegnam gospodarzy, bo tak się umówiłem z synem.
Siadamy do auta i wracamy do domu. To drugie też jest bardzo w porządku.
Nim jednak usłyszałem tę wewnętrzną trąbkę co do odwrotu wzywa, ze dwa razy jeszcze zakrzyknąłem - gdzie ta wódka ?
Niczym Japończyk pstryknąłem telefonem zdjęcie z dmuchania świeczek na torcie i powiedziałem, że ich wszystkich kocham co do jednego i że mi bez nich tęskno.
Przy stole atmosfera robiła się coraz cieplejsza, ktoś nawet zaintonował

Ej, śniło mi się śniło; Ej, ze się ciele gziło; Ej, gził się bycek bury; Ej, mioł ogon do góry.;


No i jak za tym nie tęsknić?
Wszystko to szczera prawda i to, że zjeżdżając w dół koło miejsca gdzie kiedyś stała chałupa odwróciłem głowę w drugą stronę, bo serce bolało. To wszystko szczera prawda, gdzieś tylko przyozdobiona fantazją i marzeniami.
Na odchodne dostałem butelkę "nasy gorzałki" i była to jedna z najdroższych otrzymanych za darmo flaszek.
Aby zachować ostrożność i by w czasie jazdy butelka nie latała, wsadziłem ją z namaszczeniem w pojemnik na butelki znajdujący się pomiędzy siedzeniami.
W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku usiadłem na fotelu pasażera, czekając aż Młody pożegna się ze znajomymi.
Wsiadł rozejrzał się wokół i spytał
- Kto tu wsadził te butelkę ?
- Ja – odpowiedziałem dumny z własnej przezorności
- Rozwaliłeś mi okulary
- A kto trzyma okulary w otworze na butelki? Poprzednio trzymałeś tam chipsy
- Ja trzymam
- No tak to kończy sprawę, w końcu to twój samochód
- Dorzucę się do nowych oprawek – zadeklarowałem - Może i dobrze się stało jak się stało bo miałeś już dawno zmienić szkła
- Tylko oprawek mi szkoda
- Jakaś specjalna ?
- Jak to specjalna? To były oryginalne Ray-Bany.
- To znaczy, że dorzucę Ci więcej – powiedziałem do niego a bardziej do siebie, bo jak mówi ludowe przysłowie - Kto pije i płaci honoru nie traci.
W ramach tego porozumienia rodzinnego, wylądowaliśmy koło północy na Placu Żydowskim. Urodził się pomysł a raczej smak na kultowe zapiekanki u Endziora.
Nie, nie żebyśmy zaraz byli głodni, ale tak dla fantazji. Mnie jej nie brakowało, a Młody ocenił chyba, że można się ze mną pojawić wśród ludzi. Nie było więc tak źle, albo było już lepiej.
Kolejka na pół godziny ostudziła nasz zapał. Skończyliśmy na hot-dogach na stacji BP.
Jak już sobie coś człowiek ubzdura...
Nocny Kraków tętnił życiem nawet bardziej niż w samo południe. Sztuką było gdzieś zaparkować i pewnie tak samo było ze znalezieniem miejsca w knajpie. Lubię ten klimat miasta które nigdy nie śpi, a jednocześnie jest tak bardzo tradycyjne.
Ileż to już lat nie byłem na Kazimierzu, sobotnią nocą ?. Chyba od czasu kiedy żona przestała chodzić. No to uzbierało się tego ponad sześć lat.
Nie wszystko da się zmienić jak w zasłyszanej w trakcie imprezy przyśpiewce

Gdybym miał spirytus i źródlaną wodę, pozmieniałbym panny, ze starych na młode. Nie mam spirytusu, ni źródlanej wody, panny się starzeją, a ja ciągle młody!


Młody, albo nie stary i tylko w kościach łupie na zmianę pogody.
- A jutro od rana – zaczął syn, próbując wieszczyć jakieś problemy zdrowotne.
- Co tam jutro Syneczku. Najważniejsze jest tu i teraz.
A teraz, teraz podobała mi się nawet słabo oświetlona wiejska droga.


wtorek, 5 kwietnia 2016

Wtorek


Wtorek 5 kwietnia. Słońce wzeszło o 5:57.
Imieniny obchodzą: Irena, Jeremiasz, Wincenty oraz Borzywoj, Izbor, Jeremi, Julianna, Katarzyna, Krescencja, Maria, Tristan
I jak to bywa przy tej okazji jest przysłowie powiązane z imieniem. Tym razem ludowa mądrość na tapetę wzięła Wincentego
„Jak się Wincenty rozdeszczy, źle chłopu wilga wieszczy”
Skomplikowane to przysłowie. Był w naszej historii inny Wincenty który kiedyś tam lakonicznie zawołał
- Kto wyrąbie więcej niż ja ?
Historia nie chce o nim pamiętać, a w myśl nowych przepisów pewnie wkrótce znikną ulice jego imienia. I po co było się tak szarpać?
Swoją drogą, kiedy pominiemy tę cała obudowę błędów i wypaczeń to jakie to pole do rywalizacji.
Kto wyrąbie więcej niż ja? Bez względu jak by to zawołanie interpretować.
Wracając do piątego kwietnia.
Oprócz imienin mamy dzisiaj i nietypowe święta (jakby same imieniny Borzywoja, Izbora czy Kresencji były typowe). Dzisiaj obchodzimy:
Dzień Niewidzialnej Pracy
Czy to praca wykonywana w ramach tak zwanej Niewidzialnej Ręki? Kto to jeszcze pamięta? A może chodzi o robotę aniołów?
Dzień bez płacenia gotówką
Zawaliłem. Bo dzisiaj w wiejskim sklepiku płaciłem za pieczywo gotówką. Wysupłałem drobne trzy dwadzieścia bo wystraszył mnie napis na ladzie – Płatność kartą od kwoty 10 zł,-
I jak tu święcić i honorować?
Dzień Leśnika i Drzewiarza
Tu nie mam nic do powiedzenia co raczej rzadko się zdarza. Nie chcę po prostu ruszać tematu puszczy bo zaraz zrobi się z tego polityka. Wszyscy zaś wiedzą gdzie i jak głęboko mam politykę.
Dzień Grzeczności za Kierownicą
No to jest temat.
Pamiętam jak wiele lat temu, mniej więcej w tej porze roku, kierując samochodem marki Fiat 126p wymusiłem pierwszeństwo przejazdu w efekcie czego przejechałem swoim zderzakiem przez przedni błotnik, przednie i tylne drzwi oraz tylny błotnik Łady.
Ozdobne srebrne listy fruwały przed moimi oczami niczym fajerwerki, połyskując w ostrym wiosennym słońcu. Zjechałem na pobocze, a podchodząc do Łady powiedziałem:
- Bez względu na to jak to zabrzmi to jednak przepraszam Pana bardzo
Facet spojrzał na mnie spod swoich krzaczastych brwi, starł pianę z ust i warknął
- Na chuj mi twoje przepraszam.
No i czy opłacało się być grzecznym za kierownicą?
Dlaczego szarpałem się z tymi grzecznościami ? W końcu jestem jaki jestem, może odrobinę staromodny ale jestem sobą. On też pewnie w tej chwili pozostał sobą.
Ten ostatni wniosek wzbudził we mnie mieszane uczucia szczególnie po przeczytaniu
cytatu dnia:
„Przyjaciel to ktoś, kto daje ci totalną swobodę bycia sobą.” - Jim Morrison
No właśnie a myśmy dali sobie taka swobodę. No i gdzie tu jest jakaś logika ?

zdjęcie internet

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Nie ma takiego miasta, to może i nie ma takiego kraju jak....

- Nie ma takiego miasta jak Londyn. Jest Lądek Zdrój – mówi sympatyczna Pani z okienka pocztowego w filmie Miś.
- Ale to w Anglii
- To trzeba było tak od razu mówić.
Klasyka którą pamiętam obudzony bez ostrzeżenia, o trzeciej nad ranem, po zakrapianej imprezie.
Bo ja mam jakąś taką genetyczną skłonność do zapamiętywania rzeczy śmiesznych. Mądre przelatują mi gdzieś przez to sito selekcji.
Jednak nie o własnej pamięci chciałem tu napisać choć i do niej przyjdzie się odwołać.
Kilka dni temu oglądałem newsy na jakimś portal informacyjny, a tam zdjęcie zgrabnych nóg
Nicole Scherzinger a dokładnie Nicole Prescovii Elikolani Valiente Scherzinger.
No który z facetów nie pamięta zespołu Pussycat Dolls ?
Zespół zakończył działalność, ale z czegoś trzeba żyć więc Nicole została celebrytką.
Celebrytką i przechodnią nagrodą dla popularnych sportowców.
Niczym puchar, przechodzi z rąk do rąk. Nie chciałbym jej jednak skrzywdzić bo może tych rąk nie było tak wiele,, a po drugie oglądam jej zdjęcia z życzliwą sympatią.
Porzucając zazdrość i złość na siebie, że w dzieciństwie nie wziąłem się za uprawiane sportów, spojrzałem na zdjęcie. Ale to nie pęciny celebrytki przykuły na dłużej moja uwagę a podpis pod zdjęciem- „Partnerska bułkarskiego tenisisty.”

Co?
Odwołałem się do swojej pamięci szkolnej. Nie ma takiego państwa Bułkaria.
Fakt, że szkołę skończyłem dawno a od tego czasu na świecie powstało wiele nowych tworów.
Ten jednak wyleciał mi z pamięci, a może w ogóle do niej nie wleciał.
Od czegóż jednak jest internet?


To wiele wyjaśnia.
Tylko czy w państwie piekarzy może bezkarnie funkcjonować tenisista?
Sam sobie natychmiast odpowiedziałem - Chyba może, tak jak funkcjonuje szewc, krawiec czy zdun. W końcu trudno wyobrazić sobie komin z chleba.
Gdzieś tam, nieco dalej dowiedziałem się też coś o ustroju Bułkarii


 A kiedy już obśmiałem się z tej niechlujności w pisaniu ze słuchu, co jako żart mogłoby zakończyć ten tekst, trafiłem na coś co, zamiast uśmiechu wywołało gorzki sarkazm.
Trafiłem na jedną ze stron agencji turystycznej, która proponuje wyjazdy do Bułkarii
Przez litość nie podam nazwy agencji


I teraz sam już nie wiem. Jeżeli znalazł się Londyn to może i w kwestii Bułkarii mam jakieś luki i zahamowania?
Może to kwestia tego sita o którym pisałem a początku?

piątek, 1 kwietnia 2016

Kilka słów o własnym wdzięku w oparciu o słowa znanej piosenki

Żonusia, żonusia wybrała się do wód
Mężusia, mężusia ogródków mami cud
Więc żywo, więc żywo, krew kipi w nim i gra
Wyrusza na piwko, no i et cetera

Słomiany wdowiec
Ile wdzięku ma ten stan
Słomiany wdowiec
Ach to wesolutki pan

Moją obecną sytuację można by rzeczywiście określić jednym zdaniem Słomiany Wdowiec.
I są w mojej sytuacji pewne analogie do tekstu Juliana Tuwima który najbardziej utrwalił się w mojej pamięci za sprawą piosenki w wykonaniu Ludwika Sempolińskiego.
Zraz też z pojawiły się różnice, bo nie mami mnie ogródków cud, a jeden cudowny ogródek któremu poświęcam cały wolny czas.
Obrączka w kieszonce albo jeszcze lepiej w szafce, w moim pokoju, żeby nie ześlizgnęła się w czasie prac z glebogryzarką. Ta to dopiero potrafi coś ukryć pod ziemią. Wtedy dopiero trudno byłoby się żonie wytłumaczyć.
Kufelek a i owszem ale po całym roboczym dniu, kiedy liczę kości i zastanawiam się czy dam rady podnieść się ze swojego fotela.
W zasadzie to jem też po kawalersku, czyli na zimno. Tyle zostało zapasów po świętach, że aż szkoda gotować. Zresztą komu by się chciało?
Teściowej.
Zgoda, ale jej zabroniłem. To jedyna i niepowtarzalna okazja by zrzucić coś z wagi zanim ogród ze mnie wyciągnie resztę.
Tak więc w drugi dzień świąt sanatorium w Busku Zdroju powitało moją żonę na trzytygodniowych wywczasach z zabiegami leczniczymi. Masaże, okłady i siarkowe kąpiele po których nic nie pachnie już tak jak pachniało kiedyś. Do tego codzienne raporty.
Dlaczego raporty?
Bo w naszej wsi dość kiepsko działa sieć telefoniczna, w sanatorium niestety nie jest lepiej.
Przy ciągłym połykaniu końcówek i całych wyrazów, trudno mówić o rzeczach mało praktycznych.
- Kocham Cię
- A ja nie szlocham, nie pierwszy raz jestem w sanatorium. A dlaczego tobie źle?
- A ja o kochaniu
- Tak i ja też o szlochaniu.
No i gadaj do woli, w takich razach już nie tylko wiarę można stracić ale i cierpliwość. Wiarę w technikę a cierpliwość do żony.
Nie ma co kusić losu więc i nie kuszę.
We wtorek po pracy przejechałem glebogryzarką cały warzywniak a przy okazji ogródek sąsiadów. On mi za to już wcześniej wędzili boczek na święta. Co to znaczy potęga sąsiedzkiej współpracy.
U siebie wytyczyłem ścieżki i podzieliłem grządki. Równiutko i od sznurka.
W środę jeździłem wertykulatorem po trawniku a że działa trochę jak kosiarka, zebrała się cała kupa zeschłej, ubiegłorocznej trawy pomieszanej z zielonymi odrostami. Jak po koszeniu.
Wczoraj czyli we czwartek nawoziłem, trenując rozrzut granulek. Podpatrzyłem to na starych filmach gdzie siew wiosenny Boryny był na pierwszym miejscu. Z każdym rokiem ten wyrzut od siebie idzie mi sprawniej. Poza tym uzupełniłem korę wokół tuj, zasypałem dziury które suka wygrzebała w ziemi i obsadziłem je nową trawą. Ciekam jestem na jak długo.
Mógłbym kupić taki mikro siewnik, ale sam pomysł wywołał uśmiech politowania na mojej twarzy.
Dzisiaj miałem docinać krzaki i podwiązać pnąca różę kropi jednak więc z roboty mogą wyjśc nici i tylko powrót motocyklem w tym deszczu będzie ciekawy.
Kiedy wczoraj wieczorem zasiadłem do tego wspomnianego w piosence piwka, powiedziałem do teściowej która jak może, wokół domu ćwiczy niedawno złamaną rękę.
- Jak tak patrzę wokół to mamy całkiem zadbane odejście.
Teściowa łyknęła ten mikro komplement niczym młody pelikan kawałek chleba.
No niech ktoś nie powie, że nie zauważyłem jej wysiłku. Wystosowałem też kolejny apel by jednak i pomimo wszystko oszczędzała rękę.

Wypiję kufelek
A może nawet dwa
A potem sznycelek
No i et cetera

Nie będę oszukiwał, że w najbliższą sobotę ma się trochę dziać
Jasiek z mojej byłej gorczańskiej wsi obchodzi sześćdziesiątkę. No jak tu nie uczestniczyć?
Jak nie podnieść szklanicy i nie odśpiewać po góralsku :
„Pierdzi koza pierdzi Z dupy jej się kurzy
Hej niech nam ten nasz Jasiek żyje jak najdłużej”
A wszystko w myśl słów z innej ludowej pieśni
Muzyko góralska góralska muzyko
cały świat przeszedłem nie ma takiej nikaj
Pozostajemy w życzliwej pamięci naszych byłych sąsiadów
A na tle relacji z naszymi następcami to dodatkowo rosną nam jeszcze anielskie skrzydła.
Tak to przynajmniej odbieram ze strzępów rozmów.
Aktualnym pozostanie pytanie, jak przejść obok spalonej chałupy która przez dwadzieścia lat kawałek po kawałku gładziłem własnymi rękami?
Jak przejść obojętnie obok agonii spełnionych marzeń?
Chyba pierwszego drinka wypiję już przed wjazdem w osiedle.
Młody jest chętny by towarzyszyć ojcu w góralskiej eskapadzie i to jako kierowca.
Jak dobrze pójdzie to za dwa lata ja będę oczekiwał podobnych niespodzianek
Lata lecą.