wtorek, 28 kwietnia 2015

Unisex

Nie bardzo mogłem zdecydować się na rozpoczęcie sezonu. Co prawda rower odczyszczony i przesmarowany a w oponach odpowiednie ciśnienie, ale coś zawsze przeszkadzało. A to brak lampki przedniej a to zużyte siodełko. Wiadomo zaś, że z wiekiem cenimy komfort, przynajmnije jeśli idzie o siedzenie.
Kiedy jednak w zeszłym tygodniu los skierował mnie ze służbową sprawą tuż obok sklepu rowerowego, wiedziałem, że nie umknę przeznaczeniu.
Przekroczyłem progi „biker shopu” w poszukiwaniu siodełka. Już, już znalazłem odpowiednie co do parametrów mojego tyłka i klasy twardości gdy w rogu opakowania zauważyłem symbol kółka po którym postawiono krzyż. Cholera. A tu nawet nawet kolorki wykończenia pasowały do ramy.
- W czymś mogę Panu pomóc ? - sprzedawca zauważył moje zagubienie.
- Znalazłem sobie siodełko o odpowiednich gabarytach, tylko ten znaczek mnie powstrzymuje od zakupu.
Tu puknąłem palcem w symbol kółka z krzyżem.
- Nie mogę go używać.
- Nie bo będzie Pana ugniatać w niewłaściwym miejscu. Wie pan...
- Wiem – przewałem mu wywód na tematy anatomiczne - z własnego doświadczenia wiem jaka jest różnica między kobietą a mężczyzną.
- No więc choćby z własnego doświadczenia pan wie, że siodełko powinno być nieco inne
Pan pokazał mi kilka wzorów ale nie spełniały moich oczekiwań. Z wiekiem jakby bardziej wybredny się zrobiłem.
- Nie podoba mi się model a la stringi. Z pewnością to wąskie siodełko z takim samym zacięciem wciska się w tyłek jak stringi. Stąd mój porównanie.
- Ma Pan wyobraźnię – ocenił sprzedawca
- Od dziecka – pochwaliłem się - To z kolei jest zbyt szerokie jak na moje parametry i z pewnością taka kanapa nie jest mi wcale potrzebna.
Przerzuciłem jeszcze parę modeli w założonym przedziale cenowym.
- Myśli pan, że moja prostata nie wytrzyma tego siodełka? - spróbowałem raz jeszcze
Sprzedawca podrapał się po głowie i zaproponował model unisex, ponoć skryty gdzieś na magazynie. Za chwilę pojawił się z produktem oznaczonym symbolem kobiety i mężczyzny oraz stosownym napisem. 


Rozumiem, że to siodełko sprawiedliwie uciska i tu i tu. Skierowałem palec w dół aby obrazowo pokazać miejsca ucisku, ale w porę przypomniałem sobie kindersztubę.
Matka powtarzała mi w dzieciństwie, że nieładnie jest pokazywać palcem.
Mamusiu byłabyś ze mnie dumna.
- Nie ważne zresztą – zakończyłem wywód - Biorę. Proszę mi tylko zapakować bo przez ten widoczny kawałek napisu „sex”, koledzy z pracy pomyślą, że w godzinach służbowych zaliczyłem sex shop
- Unisex – poprawił mnie sprzedawca.
- Wie Pan jak to jest z facetami. Widzą nie to co jest ale to co chcą zobaczyć
Kiedy wyszedłem ze sklepu wiedziałem, że ustały wszelkie przeszkody ali i braknie mi pretekstu do zaniechania.
Siodełko pasuje jak ulał. Nie jest za duże ani za małe i rzeczywiście sprawiedliwie uciska mnie i w męskim i w damskim miejscu.
Unisex.
Impulsem do zakręcenia rowerowym kołem dał mi mechanik, biorąc na warsztat nasz samochód.
Już myślałem, że ten miesiąc zakończy się bez napraw, ale jak to mówią - nie chwal dnia przed zachodem słońca. Po części to sam jestem sobie winien bo sprowokowałem taki stan rzeczy.
Wymieniłem opony na letnie. Dokładnie to na nowe letnie bo stare nadawały się już tylko do utylizacji.
Fachowiec zrobił co trzeba i na odchodnym rzucił – Ma Pan luz w prawym przednim kole. Trzeba to usunąć bo szkoda opony.
- Rzeczywiście szkoda – pomyślałem spoglądając raz jeszcze na wydruk potwierdzenia transakcji karta płatniczą.
Tak więc zaliczyłem debiut, a nawet powtórkę bo naprawa się lekko przeciąga.
Wczoraj grzało, dzisiaj jechałem pomiędzy kroplami deszczu. Jak to mówią, mam przerobiony pełen wachlarz klimatów.
- Jak dojechałeś do pracy? - spytała wczoraj żona, zaraz po tym jak dojechałem.
- Jak starszy Pan w moim wieku – odpowiedziałem, a trzeba Wam wiedzieć, że od wczoraj muszę podawać całkiem inne cyfry przy pytaniu o wiek.
Suma cyfr to 12, a że cyfry są dwie to średnia wynosi 6.
Nie będę udawał bufona i opowiadał, że u mnie wszystko na szóstkę
Inni wyznawcy horoskopów i magii cyfr twierdzą, że skoro suma wynosi 12 to powinno się zsumować dodatkowo wynik czyli jedynkę z dwójką. Wtedy jednak wychodzi trója.
Aż tak surowo siebie nie oceniam.
Powiedzmy mocna czwórka – będzie uczciwe, ale z matematyki wychodzi że na tę uczciwość będę musiał poczekać jeszcze jeden cały rok.
Mechanik milczy, chmury deszczowe jakby większe. Na popołudnie zapowiedział się facet od drzwi wejściowych, znajoma z mężem na herbatkę i rehabilitant żony ze stołem do masażu.
Już sobie wyobrażam ten cyrk i zamieszanie, gdy pojawią się wszyscy w jednym terminie a potem nadciągnę ja na swoim rowerze. Niespiesznie, pedał za pedałem.
I wtedy pewnie zadzwoni mechanik z kwotą która zwali mnie z nóg.
 
 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Hasło


- Hasło! Podaj hasło! - Krzyk atakował mi w głowę i czułem jak wwierca się w najgłębsze zasoby mózgu.
- Hasło! - ostre światło latarki spowodowało zwężenie źrenic do granic możliwości.
Boże, tylko przypomnieć sobie. Jak to leciało ? „ Karol 5489” czy „ Oral 8954”
Czułem, że jeżeli nie podam hasła stanie się coś niedobrego. Dochodziłem do wniosku, że od tego zależy cała moja najbliższa przyszłość.
Żądanie hasła odbiło się od sklepienia całkowicie pustej w tej chwili głowy. Odbijane dźwięki zwielokrotniły się tworząc najpierw echo a później już taką kanonadę, że czułem powolny krach swojej marnej egzystencji.
Może gdy otworzę oczy zyskam umiejętność jasnego myślenia?
Otworzyłem oczy. Byłem bezpieczny w bezpiecznej pościeli, zegarek wskazywał drugą trzydzieści w nocy.
Pies podniósł łeb w moim kierunku, ale ocenił sytuację jako bezpieczna i zaległ ponownie na swoim posłaniu.
Ech te szpiegowskie filmy przed zaśnięciem – pomyślałem.
Już wiem, że zwykła skleroza może być zabójcza w tym zawodzie.
Wstałem żeby napić się wody i zaraz ta wypita wieczorem upomniała się o wolność.
Lata lecą.
„Najlepsze kasztany są na placu Pigalle”
„Zuzanna lubi je tylko jesienią”
Któż tego nie pamięta. W dzieciństwie często bawiliśmy w te zabawy wzorowane na popularnym serialu. Wtedy nie zauważaliśmy śmieszności podawania haseł koledze z którym wspólnie stawiało się pierwsze kroki na trawniku przed domem. Taki był scenariusz.
Każdy z nas chciał być Jankiem tych od czterech pancernych bądź tym innym, ukrytym za pseudonimem J-23. czyli mówiąc krótko szpiegiem.
Co prawda z filmów sensacyjnych wiedzieliśmy, że szpiedzy w PRL-u kończą marnie.
J-23 nie był jednak dla szpiegiem ale specyficznym patriotą, nazywanym w tamtych czasach internacjonalistą. Niewielu to jednak wtedy przeszkadzało.
- Kto im te wszystkie hasła wymyśla – zastanawiałem się w trakcie seansu i ponoć były to rozważania nie przystające do młodego wieku, ale ja zawsze lubiłem zadawać pytania.
Minęły lata i ja już oglądałem Klossa razem ze starszym dzieckiem. A potem przyszedł Internet który dał szansę wszystkim dla których szpiegowanie było fascynacją czy sensem życia.
A hasła? Hasła weszły do codziennego użytku.
Już wiem, że takie hasło trzeba wymyślić samemu. Wobec konieczności codziennego używania haseł, wymyślanie staje się trudne. Wymyślić to jedno a zapamiętać to drugie.
Komputer Świat podał wykaz najpopularniejszych na świecie haseł w 2014 roku. Oto one
1. 123456
2. password
3. 12345
4. 12345678
5. qwerty
6. 1234567890
7. 1234
8. baseball
9. dragon
10. football
No i co ? Czy komuś zrobiło się gorąco?
Ponieważ jest to zestawienie globalne, nie ma typowo polskich haseł jak „piwo” czy „wino”
O „dupie 1234” już nawet nie wspominam
Z radością stwierdzam, że nie korzystałem nigdy z powyższych haseł ale czy to świadczy, że mam fantazję?
Niezupełnie.
W związku z podpisaniem nowej umowy z dostawcą usług internetowych, instalowałem nowy router bezprzewodowy. Kiedy nacisnąłem przycisk instalacji, jedno z pierwszych pytań brzmiało
- Nazwa sieci bezprzewodowej?
Użyć starej nazwy? A może pokusić się o nową? Zacząłem kombinować jak przysłowiowy łysy pod górę
Wszystkie moje sieci posiadały nazwy związane z górami i tak stało się tym razem.
Kiedy podawałem gotowe dane do logowania, żona nie odmówiła sobie komentarza
- No tak znowu góry. Łatwe do przewidzenia.
Poczułem się posądzony o brak fantazji.
Fantazji nie można za to odmówić studentom. Wczoraj spędziłem kilka chwil w akademiku.
Pomijając fakt, że czułem się tutaj jak postać z całkiem innej bajki to radziłem sobie całkiem dobrze.
W pewnej chwili włączyłem swojego szpanerskiego ( jak mi się wydaje) smartfona by pokazać jakieś zdjęcie z sieci.
Po odruchowym naciśnięciu Wi Fi ukazał mi się całkiem spory wykaz dostępnych sieci. Zacząłem je przeglądać i wciągnęło mnie bo ich nazwy okazały się ciekawe, nawet powalające.
Można by je od biedy pogrupować
A więc na początek – prosto:
„503”, „602”,”713”, to z pewnością numery pokoi. Ktoś tam nazwał swoją sieć „ pokoik” co sugeruje, że nie ma głowy do numerów
Ktoś inny ma głowę i swoją sieć nazwał całkiem tajemniczo
„B 593-0087”. Kto to zapamięta?
Dalej - imiona własne, zwłaszcza damskie: „Merry”, „Aga & Gujdzia”. Swojskie „Halina”.
czy „Gosiakowo” bo to też jakby do imion.
Zaraz potem - zdrobnienia : „kocia”, „kitunia”, „bunia”, „nuka” no i równie damskie „gospodynie”
Nie ma męskich zdrobnień?
Są, a to przed wszystkim: Netgear, Darth Vader czy Capitan Faqu
Inna grupa to takie sobie i nijakie:
„ Amamam” to z pewnością nazwa jakiegoś miłośnika jedzenia. Jest i Mapetropa”. Chcę wierzyć, że to od gościa z miasta Ropa.
Bez fantazji są autorzy „TP-linuks” bo to narzuca producent, albo „fizjo”, „ przy arce”, „wirless”.
Na koniec moje hity
„Rolnik szuka żony”
„Czadowi najemcy”
„Siecidziałaj”
Wychodzi na to, żę te moje góry to rzeczywiście jakieś pójście na łatwiznę.
Przychodzi jednak taki wiek w życiu człowieka kiedy szuka nazwy prostej do zapamiętania a i skłonności do hasła „1234” jakby są większe.
Sorry takie jest to życie.
Póki nie zapomniałem to pozdrawiam.
Dla porządku zaś i prawdy niemal historycznej, chciałem dołożyć zdjęcie kota w obróżce z dzwoneczkiem. Niestety dzisiaj z rana, przy dokładnym głaskaniu okazało się, że obróżki już nie ma. Może zawisła w jakimś wąskim przejściu przy płocie.
W takim razie aż prosi się by pod zamieszczonym zdjęciem umieścić napis – Ktokolwiek widział?
Obróżkę oczywiście.



piątek, 17 kwietnia 2015

A na horyzoncie pierwszy pokos, czyli odrobinę ambiwalentnie

Nie ma radości w rodzinie, ale jest równość. Teraz i pies i kot paradują po obejściu w obrożach. Suka w modela a la Pocahontas a kotka dźwiga wersję z brzęczącym dzwoneczkiem.
Ptasi sezon rozpoczął się na dobre i drania zaczęła znosić do domu pojedyncze ptaszki. W zeszłym roku też daliśmy wyraz naszej desperacji i założyliśmy obróżkę ale zgubiła ją gdzieś w krzakach. Teraz babcia własnoręcznie założyła ustrojstwo na kocią szyję i ta chodzi z kąta w kąt podzwaniając jak pokutująca dusza w piekle.
Trzeba być przygotowanym do tego dźwięku gdy usłyszy się go zaraz po nagłym przebudzeniu, powiedzmy o drugiej w nocy.
Z elastycznej kociej obróżki cieszy się i suka. Wymyśliła nawet taką zabawę, łapie zębami za obróżkę i ciągnie do siebie. Kot próbuje uciec, materiał się naciąga. W odpowiedniej chwili obróżka wypada spomiędzy zębów suki ( bądź jest przez nią świadomie puszczana) i kotka dostaje nagłego przyspieszenia. Prawie do dwóch G (nie mylić z punktem G).
Nic jednak brutalnego nie kryje się w tej zabawie bo już za chwilę Kota kręci się w okolicy psiego pyska. Może ona to lubi? Ech ta kobieca przewrotność.
Próbowałem interweniować w tych nierównych zwarciach, ale wtedy najpierw spogląda na mnie zdziwiony pies a potem równie zaskoczony kot.
W końcu nie muszę się narzucać ze swoją wizją współżycia międzygatunkowego.
Ponieważ suka od pierwszych miesięcy mieszkała z kotem, nabrała kilku typowo kocich zachowań.
Boki zrywam gdy kot broni się przed psem wyciągając w charakterystyczny sposób łapę. Za chwilę pies robi to samo w kierunku kota.
O mamlaniu w pysku myszy już wspominałem więc nie będę się powtarzał, szczególnie, że i dla mnie to widok kontrowersyjny.
A tak a propos miłości międzygatunkowej. Czytałem dzisiaj artykuł w Onecie zatytułowany „Potomkowie Yeti” *
Dotyczył on Zany - tajemniczego hominida nie będącego Homo sapiens, który żył we wsi Tchina na obszarach Abchazji w połowie XIX wieku.
„Oswojone stworzenie noszące cechy ludzkie i zwierzęce ponoć budziło strach i przerażenie. Miejscowi nazywali je Dziką Kobietą. Co najciekawsze, urodziła ona kilkoro dzieci. Potomkowie samicy "małpoluda" żyją do dziś w tamtym rejonie Abchazji i odznaczają się niezwykłymi cechami...
… Z ustaleń wynika, że olbrzymka zachodziła w ciążę przynajmniej pięć razy. Ojcami jej dzieci byli prawdopodobnie lokalni mężczyźni. Jak do tego dochodziło, lepiej nie pytać”
Ja też nie miałbym odwagi zapytać a wyobraźni, tu przyznaję, zaczyna mi brakować.
„ Badacz ustalił, że pierwsze dziecko zmarło, bo Zana obmyła je w zimnej wodzie strumienia. Później miejscowi odbierali jej kolejne noworodki. Wiadomo, że czwórka przeżyła.”
Nie odmówię sobie również zacytowania jednego z komentarzy znajdujących się pod tekstem
„~rozbawiony : Na całym świecie nikt nie spotkał yeti, ale Ruscy nie dość, że złapali to jeszcze wydymali skutecznie. Szacun.”
Od zawsze uważałem, że Rosjanie to twardzi ludzie. Teraz zauważam, że są twardsi niż przypuszczałem.
Na końcu podaję link do artykułu, ponieważ mnie samemu co chwilę wydaje się, że to mi się przyśniło, a tu jednak nie. Pewnie, że nie bo ustaliliśmy już, ja nie mam aż tak bujnej wyobraźni.
Ale, że nie jest jeszcze z moją wyobraźnią bardzo źle, zaprojektowałem i zrobiłem taki oto chodniczek do ogrodu.


Dziura w ziemi wybrzegowana listwami plastikowymi, zabezpieczona włókniną a wypełnienie stanowią pozostałe po poprzedniej właścicielce płyty w kształcie płaskich kamieni i żwir z miejscowej żwirowni.
Zdjęcie robiłem na świeżo. Jak zieleń wróci do stanu normalnego z pewnością będzie wyglądała lepiej. Żwir stanowią malutkie otoczaki w przedziale 8 - 16 mm po których suka wprost uwielbia ganiać. Żłobi przy tym łapami różne wgłębienia. Od czasu do czasu, niczym japoński ogrodnik, zamiatam i grabię kamyczki do odpowiedniego poziomu. Oni posypują ścieżki piaskiem, ale to i tak teraz nieistotne. Okazało się, że prócz wzrostu coś więcej łączy mnie z mieszkańcami Kraju Kwitnącej Wiśni.
We wszystkich pracach obowiązkowo pomaga mi suka, kopiąc, drapiąc bądź wyciągając kołki z ziemi. A kiedy nic nie robię, tylko siedzę i patrzę na ogrom tego co mnie czeka, ona zastyga
obok w pozycji sfinksa i staje się łatwym celem dla obiektywu.


Jak mam sfinksa w domu to po co mnie jechać do Hurgardy? (tu charakterystyczny niczym w reklamie gest falujących dłoni).
I nawet pasuje bo nie tylko Kopernik ale i Sfinks była kobietą. 


Patrzę na ogród z niepokojem ale i nadzieją. Jak tak dalej pójdzie to pierwsze koszenie wypadnie jeszcze przed długim weekendem.
Dlaczego z nadzieją? Bo piwo najlepiej smakuje mi po takim koszeniu



wtorek, 14 kwietnia 2015

Dwie strony medalu. Może nawet trzy

Lubię spacery z psem, ale o tym już wspominałem nie jeden raz.
Cieszę się przede wszystkim z tego, że nie należę do osobników z tak zwaną ciężka dupą i potrafię ją, zwłaszcza w weekendy podnieść i przetransportować nad Wisłę. Nie raz już zachwycałem się, że w trakcie spaceru odkrywamy z suką przyrodę która budzi się dożycia jak i tę która wystrzeliła już bujnie w promieniach wiosennego słońca.


W ostatnią niedzielę dane nam było obserwować sarnę, która długimi susami przemierzała stromy brzeg rzeki jakby za chwilę miała odbić się i poszybować na drugą jej stronę. Zwierzęta posiadają jednak w sobie dużą dawkę racjonalizmu lub jak kto woli instynkt i właściwie oceniają swoje możliwości. Sarna więc nie podjęła próby. Skoczyła gdzieś w bok i tyle ją widziałem. Do lotu zerwał się za to wypłoszony z wysokiej, suchej trawy bażant. Podjął się gwałtownego lotu i wyglądał przy tym jak przeładowany boeing. Chociaż czynił to niewprawnie, odskoczył na wystarczająca odległość by wylądować i spoglądając na mnie kpiąco pomyśleć
- Ty i tak nie potrafisz.
- Masz rację - pomyślałem z zazdrością w oczach.
Wszystko to zaś wokół zaprawione odrobiną wiatru który powoduje, że to wiosenne słońce opala nim zdążysz się zorientować. Mnie w każdym razie opala.
Gdzieś tam pracowicie przeleciał trzmiel i może to był nawet ten sam któremu otworzyłem okno by uwolnić go z pułapki okna w którą wpadł przez owadzią ciekawość
Wsi spokojna, wsi wesoła chciało by się powtórzyć za Kochanowskim, bo dalej już trudno cytować poetę ze względu na łamańce językowe stosowane w dawnej Polszcze.
Nim już całkiem spłoniecie z zazdrości, że oto tak beztrosko włóczę się z psem i mam przyrodę na wyciągnięcie ręki, otwieram słoiczek by łyżką dziegciu zaprawić stojącą przede mną beczkę miodu.
A jak mówi stare przysłowie - łyżka dziegciu potrafi zepsuć cała beczkę miodu
Pomiędzy mną a żwirownią znajdują się pola które nie są pokryte żądnym romantycznym kwieciem czy zbożem, tylko zwyczajnie obornikiem ale takie są prawa natury. Jest przecież napisane w Biblii „jest czas siewu i czas zbioru”. Z cyklem rolnym i Święta Księgą nie będę przecież dyskutował.
Dalej dom sąsiadów, jeszcze jakieś pole i ściana zieleni odgradzająca nas od terenu żwirowni.
Ktoś tę ścianę zaczął wycinać na dwie zmiany z jednej i drugiej strony małej rzeczki. O ile nie dziwię się właścicielom żwirowni dla których ważny jest rachunek ekonomiczny o tyle dziwę się sąsiadowi z domku koło żwirowni. On to pochwalił się pracami drwalskimi przy nabrzeżu małego potoku od naszej strony.
Na pytanie o powody wycinki, usłyszałem
- A jaki teraz jest fajny widok na wodę. Nie?
- Ja tam widzę jaskrawo żółty barak, skarpę z wysypanym gruzem i transportery do żwiru. Widać mamy zupełnie inne poczucie estetyki - skwitowałem to najbardziej delikatnym określeniem.
Mnie przecież potrafi zachwycić byle co, ale i to byle co ma też swoje wyraźnie zakreślone granice.
Wycinka odsłoniła za to brzeg rzeki stanowiący takie mini mokradła. Okazało się, że stał się on od jakiegoś czasu miejscem gdzie wywalano byle co. A to lodówkę, a to kawałki eternitu, a to stare opony jeszcze od Poloneza.
Nagły dostęp światła ukazał mizerię tych ludzkich zachowań
I tu określenie „ludzkie zachowanie” nabiera jak najbardziej negatywnego charakteru.
Jednak, jak to mówi sąsiad, widok na wodę jest fantastyczny.
Nie będę się już zapędzał w to miejsce, szkoda. Kogo jednak obchodzi dziwak, szwendający się z psem po mokradłach gdy tuż obok biegnie wygodna asfaltowa droga.
Pewnie poszedł coś wyrzucić.
Nie będę świecił oczami za nieswoje winy.
Kiedy zeszliśmy z wału przeciwpowodziowego, oczom naszym ukazała się panorama rzeki. Spowijał ją gęsty dym niczym w utworze Deep Purple „Smoke on the Water "  Pamiętacie jeszcze?


Nie było tu jednak nic rockowych klimatów, bo dym brał się od płonących łąk które jak co roku dymią z inicjatywy tych dla których tradycja to rzecz święta i pierwsza przed rozumem.
Stanąłem tylko na chwilę z jednej strony rzeki by spojrzeć jak szeroko rozlały się jęzory ognia.
Poniżej wału ujrzałem kolejne śmietnisko.


Przyjdzie woda i zabierze - zdają się myśleć niektórzy.
Ta postawa nie jest zarezerwowana dla jakiegoś konkretnego rejonu kraju. Tak samo robili dumni górale w Gorcach, chłopi w Małopolsce i zarozumiali mieszkańcy Cesarsko - Królewskiego miasta Krakowa. Jestem gotów postawić dolary przeciwko orzechom, że w innym częściach kraju jest podobnie.
Woda zabierze, bądź przyjdzie walec i wyrówna.
Pytanie tylko ile wytrzyma ziemia. Ta ziemia.
Nie, nie zapisałem się do wojujących ekologów. Oni też maja podniebienia w różnych kolorach.
Pytanie brzmi inaczej - dlaczego ja ganiam z plastikami do żółtego worka, z butelkami po winie do białego, a zupę w wczoraj wylewam do kompostu? Dlaczego potrafi mnie to cieszyć, bo wydaje mi się, że jestem w ten sposób lepszy. Chociaż trochę lepszy.
Spuszczane do małego potoku szambo pieni się i kotłuje wpadając do Wisły. Wiatr podrywa kawałki piany które zaraz ulatują do góry zgodnie z kierunkami podmuchów wiatru. I jest w tym coś (pomijając smrodek) takiego hollywoodzkiego, co wzbudziło moje zainteresowanie i ucieszyło mojego psa. Zainteresowanie rzecz jasna gorzkie, pies nie potrafił dokładniej określić.
A przecież taka piana to setki tysięcy mikro baniek mydlanych, połączonych w gigantyczne grona. 



Tymi dużymi pojedynczymi bańkami mydlanymi zachwycają się dzieci na krakowskim rynku, te na rzece bardzo denerwują.
To jak z metanem, który cieszy gotując wodę na herbatę w naszej kuchence lub irytuje w stajni gdy jest zasługa poczciwej krasuli. Czytałem że ten ze stajni dodatkowo szkodzi atmosferze.
Czyli wszystko ma swoje dwie strony medalu. Z doświadczenia wiem, że w niektórych przypadkach rzeczy mają cztery gęby niczym Światowid i każda jest inna.
- Zazdroszczę Wam tego spaceru – powiedziała na powitanie żona.
- Wszystko jest kwestią nastawienia - powiedziałem wymijająco - Dzisiaj nie ma czego.
Tylko suka była zadowolona bo w tych „pamiątkach” można było doszukać się tylu nowych i ciekawych zapachów.
Niektóre były naprawdę fantastyczne i śmierdziały tak intensywne.

środa, 8 kwietnia 2015

Wujek dobra rada

W CK mieście Krakowie, wtedy kiedy było ono jeszcze tylko królewskie, szalał smok okrutny. Osiadł w jamie poniżej zamku, jadł pił i popuszczał pasa, nie gardził też dziewicami które dla uspokojenia bydlęcia, podsyłano mu w okolicę wejścia. Znany powszechnie ze swego sprytu Szewczyk Dratewka podrzucił smokowi owcę nafaszerowaną siarką, przez co bydlę zaczęło zionąć ogniem by na samym końcu tej historii rozpaść się na kawałki.
Wiem, że każdy od dziecka zna tę bajkę, ale proszę o odrobinę cierpliwości, bowiem ja nie chcę o smoku a o zadowoleniu.
Wszyscy byli z tego obrotu sprawy zadowoleni z wyjątkiem dziewic, co do których nie ma pewności. Nie zachował się bowiem w tej kwestii żaden dokument źródłowy.
Że na temat smoka i szewczyka też się nie zachował?
Spróbujcie w Krakowie poddać w wątpliwość istnienie smoka!
Poza tym jest pomnik, postawiony na pamiątkę dzielnego Szewczyka, pomyślany na zasadzie odwrotności. Niezorientowanym przypominam, że pomnik smoka stoi na bulwarach nad Wisłą, nieopodal smoczej jamy. Pomnik upamiętnia ostanie chwile smoka, kiedy ten jeszcze dumnie wspiera się na skale ale już zieje ogniem i cierpi z powodu piekącej siarki w trzewiach.
Może i coś tam przekręciłem ale minęło ponad pięć dekad od czasu gdy mnie opowiadano tę historię.
Patrząc zaś z perspektywy doświadczenia życiowego mogę stwierdzić, że smok upamiętnia zło, bo jak wiadomo dobro i zło są komplementarne i jedno nie może istnieć bez drugiego.
Odczucia są zresztą różne. Inaczej na sprawę patrzą dzieci zaraz przed zaśnięciem, inaczej działacze związani z ochroną zwierząt. Przecież dla takich na przykład działaczy WWF (tych z pandą w logo, którzy zawitali u mnie kiedyś za sprawą rysi) być może zabicie ostatniego przedstawiciela gatunku, to okrucieństwo bez uzasadnienia.
A dziewice? Mój dziadek mówił, że "tego kwiata pół świata", mając na myśli kobiety które na początku swej drogi życiowej dziewicami są. Później bywają damami ale to już całkiem inna historia. Dziadek zaś to jednak pokolenie pierwszej połowy XX wieku i nie wiem czy powinienem się podpierać jego opinią.
A dzisiaj możemy podziwiać statyczną wersję gada, lub tę dynamiczną z płomieniami wydobywającymi się z ohydnej paszczy.
Wystarczy tylko wysłać na wskazany numer SMS-a, za chwilę paszcza smoka wyrzuca z siebie jęzory ognia albo gdy ktoś podziela inna estetykę, SMS-a nie wysyłać.
Wszyscy są zadowoleni. I turyści i budżet CK Krakowa.
No i gitara.
Dlaczego czepiam się bajek i historii? Daleko mi do historycznej wiedzy Wachmistrza, więc tylko delikatnie ją nakreślam, ponieważ szukam analogii.
Kto szuka ten znajdzie, brzmi stare powiedzenie i ja analogię znalazłem w Warszawie.
Istnieje w Warszawie plac a na tym placu postawiono nowoczesne dzieło sztuki.
Europa była zachwycona, Polska została podzielona.
Polaków można podzielić byle czym, więc to jakby mało odkrywcze. Kto lub co jest teraz sprawcą zamieszania? Tym razem to Tęcza.
Od dziecka fascynowała mnie ona i tej fascynacji nie zepsuł nawet mój nauczyciel od fizyki, który przepuścił białe światło przez pryzmat i niczym bóg stworzył tęczę. Dumnie spajała rzutnik ze ścianą pracowni fizycznej a on dopisywał na tablicy jakieś robaczki wzorów, dla udowodnienia.
Co udowadniał ? Ja humanista siłą skazany na klasę o profilu mat-fiz już nie pamiętam.
Wybaczyłem zespołowi Pink Floyd umieszczenie takiego pryzmatu na swej najbardziej znanej płycie, bo ich muzyka tak podkręcała moją wyobraźnie jak tytułowa Ciemna strona księżyca.
Było w niej również coś boskiego.
Tęcza, która w biblijnych czasach pojawiła się na niebie jaka symbol przymierza Boga z ludźmi, nabrała z czasem wielu znaczeń. Tęczowe kolory kojarzyły mi się w dzieciństwie z barwami spółdzielców. W czasie święta majowego dumnie powiewała przy narodowej bieli i czerwieni na placówkach PSS Społem. Był też Dzień Spółdzielcy ale już nie pamiętam kiedy.
Nadszedł jednak czas, że wielobarwną tęczą zaczęto straszyć dzieci i emerytów z powodów o których tu pisać nie muszę. To zło, a zło trzeba tępić ogniem i mieczem, dlatego bogu ducha winna tęcza zapłonęła raz i drugi.
Palenie tęczy stało się dla niektórych formą sportu narodowego.
I co z tym fantem zrobić?
Gdzieś na sąsiednich uliczkach siedzą w autach strażnicy i pilnują instalacji. Tajniacy kręcą się w te i wewte, chroniąc pogodne dzieło sztuki jak uważają ci z drugiego końca politycznych zapatrywań.
Tak sobie przynajmniej tę ochronę wyobrażam.
A gdyby tak iść po rozum do głowy, a nawet za rozwiązaniem krakowskich centusiów?
Pomysł mój jest taki
Zabezpieczamy odpowiednio konstrukcję tęczy w którą montujemy specjalną instalację gazową.
W widocznym miejscu umieszczamy tabliczkę z numerem SMS.
Po uiszczeniu opłaty za SMS-a Premium czyli na przykład 9,99 + VAT, tęcza pokrywałaby się ogniem ale w sposób planowy i bezpieczny.
I już wyznawcy jednej opcji mogą sfilmować się na jej tle z hasłem dla kogo tak naprawdę jest ten kraj.
Za dwie godziny inna opcja polityczna przechwala się, że jesteśmy prawdziwymi Europejczykami bo oto tęcza stoi i nikomu nie wadzi.
Jednych i drugich nagrywają wszystkie istotne telewizje od lewa do prawa i pokazują w głównych wiadomościach, z odpowiednim oczywiście komentarzem.
Dzięki temu:
Primo, zluzowanych strażników można wysłać do walki z sikającymi po bramach bez podtekstów politycznych.
Secundo, na całym zamieszaniu zyskuje budżet Stolicy, bo przecież lwia część kwoty z SMS-ów premium wędruje do miejskiej szkatuły.
Wszyscy zadowoleni, a kasa gra i przecież o to głównie politykom chodzi.
A może nie?
Zadowolony elektorat nie pójdzie na wybory, grillując i popijając piwko w pięknych okolicznościach przyrody i wolnej niedzieli.
Najlepszy wyborca to wyborca wkur...ony lub wystraszony, dlatego mój pomysł na tęczę nie ma szans na realizację.
Tu widać jak na dłoni, że w czasach Kraka nie było spin doktorów i ośrodków badania opinii publicznej. Przecież na kontrolowanym centralnie strachu przed smokiem można było ugrać więcej. Po co więc zabijać. Lepiej dyskretnie karmić i nagłaśniać ekscesy ze smoczym udziałem.
A dziewice? Tu jak ulał pasuje powiedzenie mojego dziadka.
Tylko, że Kraka opinia publiczna nie interesowała bo nikt inny nie miał zdolności wyborczej. I to ani czynnej ani biernej.
Niezadowolonych nikt nie widział, bo nie wystawali ponad tłum. Już przy pierwszych oznakach marudzenia malkontent stawał się krótszy o głowę. Krak nie Krak, tak się wtedy rządziło i nikt mnie nie przekona, że białe jest białe, a czarne czarne. Czy jakoś tam tak podobnie.
A szkoda bo gaz staniał.

środa, 1 kwietnia 2015

A tu znowu idą święta

- Popielec za nami. Nie? - zapytał z gracją Pan Nieistotny, zaraz gdy tylko podniosłem słuchawkę.
- No tak, była już Popielcowa Środa. Przerabiałem już i popiół i ryby, które gdzieś tam kupiłem prawie bez glazury
- A co to znaczy?
- Że bez glazury? To znaczy, że bez wody co zmienia się na powierzchni ryby w lód i zwiększaj jej wagę.
- Nie, nie. O konsekwencje Popielca mi idzie
- To, że kończy się karnawał ?
- No dobrze dobrze. I ?
- Zaczyna się okres Wielkiego Postu
- Tak tak. I ?
- I co?
- Że idą święta. Nie?
- No tak, jak co roku. Teraz rzeczywiście dość wcześnie. Piątego i szóstego kwietnia czyli w tym tygodniu. Pytania o Popielec tez masz jakieś spóźnione.
- Popielec to po to by tak zgrabnie od czegoś nawiązać. No bo właśnie zajrzałem w sieć i co jest u mnie na blogu? Post pod tytułem „idą święta”. Ty jeszcze poczekaj trochę i post znów stanie się aktualny. Pozmieniasz tylko choinki na gałązki bazi i prezenty na pisanki.
Będziesz miał jak znalazł. Prawda jest tylko taka, że starzejesz się. Chyba już ci się nie chce?
- Czekaj czekaj po pierwsze to jest mój blog o tobie. A to nie to samo, zapewniam Cię.
Co do reszty to wiesz co najmniej tak samo dobrze jak to jest. Czasem rzeczywiście mówię do siebie mniej więcej te słowa - Och żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce. A tak całkiem na marginesie to i u Ciebie jakiś zastój. W życiu osobistym i służbowym constans jak to mówią uczeni w piśmie.
- Ty sobie powagi nie dodawaj. To, że nie wydzwaniam i nie opowiadam to nie znaczy, że u mnie zastój. Wiesz jak jest, nie zawsze chcesz się pochwalić, że dostajesz po dupie.
- A dostajesz?
- To tylko taka figura retoryczna
- Rozumiem. To taka figurae ad delectandum jak dobrze opamiętam
- Ty mi od dyletantów nie wyjeżdżaj !
Gdzież bym śmiał. To tylko taki typ figury retorycznej, które urozmaicając styl mają sprawiać przyjemność odbiorcy.
- No i sprawiło ci przyjemność?
Przyjemność a przynajmniej zaciekawienie. U mnie wywołało to drugie. No to co tam u Ciebie?
- Wszystko po staremu.
- A więc miałem racje constans. O co więc ten szum?
Uległem pokusie typowej odpowiedzi. A tak naprawdę to coś tam się jednak dzieje. Auto mi się zepsuło więc miałem wydatki, a że nie wygrałem w kumulacji Lotka więc zrobiłem sobie debet.
- To tak jak u mnie. A poza tym ? Czy to wypada, żeby post składał się tylko z jednego krótkiego zdania – U mnie po staremu?
- Wypada nie wypada. Pamiętasz jakie ksiądz Maliński miał krótkie kazania? Pamiętam takie jedno taki sprzed wielu lat, z okazji Świat Wielkanocnych, to jakby na czasie. Stanął przed ludźmi i powiedział - „Chrystus zmartwychwstał. Ale wy w to nie wierzycie.”
Koniec i ta cisza która nastąpiła potem. Coś cudownego jedno zdanie, a trafiło w głowę i samo serce.
- Trochę Ci do ks Malińskiego brakuje ale przyjmuję, punkt dla Ciebie. Rozbuduj tylko odrobinę to ostatnie zdanie.
- A więc po staremu walczę by każde kolejne przebudzenie skutkowało dniem wartym pamięci.
- I jak Ci to wychodzi?
- Ze zmiennym szczęściem.
- Obiecuję Ci, że pomyślę nad tym wszystkim w najbliższe Święta
Póki co złożę w Twoim imieniu życzenia Zdrowych i Spokojnych Świąt.
Bez wierszyków o baranku i kurczątkach.
- Niech i tak będzie. Podpisuję się pod życzeniami i przyjmuję Twoją propozycję, ale po Świętach koniecznie coś o mnie napisz.
- W porządku celebryto.
- Zaraz celebryto. Po prostu spodobało mi się, że o mnie.