środa, 31 grudnia 2014

Wątpliwości

- Nie wiem co o tym wszystkim myśleć – odpowiedziałem teściowej na pytanie o zachowanie zwierząt w Noc Wigilijną.
- To co, nic nie mówiły?
- Wieczorem kot wystawił ogon niczym peryskop i kręcąc koniuszkiem raz w lewo raz w prawo, odszedł schodami w górę by zawracać głowę mamusi. Nic nie szeptała ?
- Ja coraz gorzej słyszę – odpowiedziała – Poza tym, po winie spałam jak małe dziecko.
- No to kot źle obstawił adresata.
- A pies?
- Suka? No właśnie nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć? Jak mama wie, mam czuły sen i to ja wstawałem po nocy do  zmiany pieluch dzieci w wieku niemowlęcym.
- Pamiętam.
- No właśnie. Zaraz jak usłyszałem, że suka wierci się na posłaniu, otwarłem oczy. Na środku pokoju stała ona. Suka miała oczy szeroko otwarte, a w tych ciemnobrązowych ślepiach odbijały się światełka, które kilka dni wcześniej zainstalowałem przed domem. Chwilę zajęło mi rozważanie na temat – myśli toto czy nie? Chwilę też trwał bezruch zwierzęcia
- Masz mi coś do powiedzenia? - zapytałem ośmielony mrokiem nocy i magiczną atmosferą świąt.
Suka spojrzała na mniej jeszcze uważniej a może tylko bardziej krytycznie, po czym zakaszlała i zrzygała się na środku pokoju. Bez słowa też odwróciła się z głośnym szurgotem pazurów i udała na posłanie. Zakręciła się wokół własnego ogona, po czym legła układając głowę na przednich łapach.
Odruchowo wyrwało mi się słowo które nie miało nic wspólnego z duchem Bożego Narodzenia,
bowiem jest powszechne i nadużywane.
- Coś się stało? - spytała rozbudzona światłami żona?
- Spij! Nic się nie stało – odpowiedziałem szybko, a małżonka nadspodziewanie skrupulatnie wykonała polecenie.
- No proszę. Żeby tak z innymi sprawami było – powiedziałem już raczej do siebie.
Rano kiedy Maria pytała o powody nocnego zamieszania, wyrzuciłem z siebie:
- Nie wiem jak ja się mam czuć w tej chwili. Rozumiem, że suka mówi – Nie chce mi się z Tobą gadać. To w końcu cytat z „Psów”, więc jakby tematycznie. Spojrzeć w komuś oczy i zrzygać się? To jest już niepokojące.
- Przypomnę Ci że i Tobie kiedyś zdarzyło się coś takiego – podtrzymała mnie jak zwykle na duchu żona.
- Dawne to i szczeniackie czasy. Pamiętam do dziś, że własny ojciec chyba to samo z siebie wyrzucił co ja tej ostatniej nocy. Ale to były kochanie całkiem inne święta.
Postanowiłem nie wracać wspomnieniami do młodości. W końcu najważniejsze jest tu i teraz.
Tu i teraz, teściowa wzięła winę na siebie. Nakarmiła sukę suszoną wołowiną. Pies wprost wyrwał jej spory kawałek z rąk. Tak suce zasmakował, że łyknęła bez gryzienia, jak to mówią „ niczym młody pelikan”.
- No nie wiem nie wiem ? – wraziłem po raz trzeci wątpliwość w temacie gadających zwierząt
Po trzykroć ? Jak pewien ważny święty? To było by nawet tematycznie, ale nie w te święta.
Niby wiem, że to tylko kłopoty żołądkowe i łatwiej doczekać w świątecznej atmosferze by to teściowa powiedziała coś ludzkim głosem, ale pamiętam tamte oczy w których odbijały się kolorowe lampki.

wtorek, 23 grudnia 2014

Czas na Święta



Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, Przyjmijcie  proszę najserdeczniejsze i z głębi serca płynące życzenia:
Zdrowia i radości, spokoju ducha oraz pomyślności w realizacji nawet najskrytszych marzeń w Nowym 2015 Roku. 
 

Jan Maria Nieistotny 

Przed pierwszą gwiadką

Kiedy dzisiaj, przy porannej kawie, zapytałem małżonkę co kupić przy okazji wizyty w sklepie? odpowiedziała, że nic bo wszystko już mamy.
Z jednej strony to sygnał, że Święta już za drzwiami. Z drugiej zaś ten brak potrzeb był jak balsam na moje uszy, Żadnych list zakupowych, kolejek, popiskiwania skanera przy kasie i desperacji klientów którym karta płatnicza nie chciała się zalogować.
Pozostaje mi już tylko uruchomić czasowy wyłącznik do iluminacji przed domem i zająć należne miejsce przy Wigilijnym stole.
Spokój i dobrze rozpisana na role sztuka pod nazwą Święta Bożego Narodzenia.

Zanim włączę światełka przy tej iście sztormowej pogodzie, pozwólcie, że złożę Wam Najserdeczniejsze Życzenia Spokojnych i Zdrowych Świat, podpierając się przy tym kartką znalezioną w przepastnych zasobach Internetu.

 

 

niedziela, 21 grudnia 2014

O rzeczach koniecznych

Zamiast siedzieć i tkwić w zadziwieniu, że oto jak co roku o tej porze, wywala się wszystko z szaf i szafek by całą ich zawartość po chwili wsadzić z powrotem tylko według innego porządku, wybrałem spacer. Spacer z psem. Zwierzaki zresztą łapa w łapę siedziały przy oknie, obserwując świat w nadziei na coś co może się zdarzyć.

Zdarzy się, spokojnie.
Zasznurowałem buty i założyłem wojskowa kurtkę. Wziąłem do ręki psią uprząż.
Kota trudno wyprowadzić, bo wiejski kot ma sobie tylko wiadome ścieżki.
Suka przestała już nerwowo reagować na widok czerwonych szelek i popuszczanej smyczy. Teraz traktuje to jako szansę na obwąchanie nowych paruset metrów kwadratowych łąki, ziemi onej czy betonowego chodnika. A jak jeszcze trafi się świeży kopiec kreci, to już szczęście jest pełne.
- Skąd się bierze u niej to kopanie? - zastanawia się żona – czyżby miała w rodzinie jakiegoś teriera?
- Każdy pies kopie, nawet te dogowate – odpowiedziałem mądrze, dopinając szelki.
Jeszcze tylko rękawiczki i do zobaczenia za jakiś czas.
Kiedy zamknęła się za nami bramka i nie słyszałem już szczęku porcelany, poczułem ulgę. Mogłem nastawić się wyłącznie na odbiór przyrody.
Tak prawdę powiedziawszy, to bez psa nikt by mi nie kazał samotnie szwendać się po wertepach, nierównych łąkach i wałach wiślanych. Nawet świąteczne porządki nie byłyby pretekstem, tym bardziej powodem.
Wały wiślane od dawna działały na moją wyobraźnię. A tu do pracy autem, po pracy autem i chociaż ciekawość podpowiadała pojedyncze ścieżki, rozum tłumił ochotę w zarodku.
A tu  choćby aa stara chałupa z początków ubiegłego wieku.



Stoi w sadzie całkiem niedaleko naszego domu.
Za rok dwa lub trzy zawali się dach i o wszystko upomni się ziemia rodzicielka. Przyroda jest w tej kwestii bezwzględna.
- A gdyby tak wyremontować? - myśl taka pojawiła się już za pierwszym razem gdy widziałem ją z daleka. Doświadczenia ze starymi chałupami przecież mam.
- Korzyści byłyby ewidentne – kontynuowałem wywód w obecności żony - Przede wszystkim w porównaniu z Gorcami, mocno zaoszczędzimy na benzynie. Tam nie trzeba jechać. Wystarczy spacer. A w razie potrzeby to po sól, chleb czy butelkę czegoś wzmacniającego, zawsze można skoczyć do domu.
- Nie wystarczy ci już remontów starych chałup - spytała lekko wystraszona małżonka.
No wiesz to tkwi ta we mnie. Ostatni stary dom remontowałem przez dwadzieścia lat. Weszło mi to w krew. Reparare necesse est.
Łacińska sentencja na podsumowanie dodaje bowiem mocy każdej, nawet głupiej wypowiedzi.
Pewnie, że głupotą byłby taki remont, o kosztach nawet nie wspominając. Ale te marzenia, marzenia są bezcenne.
Snując tak remontowe plany nawet nie zauważyłem jak znaleźliśmy się z drugiej strony wału przeciwpowodziowego.
Zawsze dziwiłem się dlaczego ludzie lokują się w pobliżu rzek nie bacząc na zagrożenia.
Teraz sam mieszkam w podobnym miejscu i chociaż miejscowi mówią, że najstarsi nie pamiętają by tu kiedyś wylało, czasem mnie ta bliskość rzeki niepokoi.
- Zawsze jest ten pierwszy raz – podpowiada mi doświadczenie.
­- Nie krakać ! Nie krakać ! - skarciłem rozum i zaraz nastawiłem się na radość z obcowania z przyrodą.
Jak tylko zszedłem z wału otoczyła mnie zieleń i brak śladów cywilizacji. Rozległe niekoszone łąki o wyrastających z nich, zasuszonych roślin o wysokości ponad półtora metra.



Trochę mi to przypomina tundrę.
Dlaczego przypomina? Tak mniej więcej ją sobie wyobrażam.
Starymi zarośniętymi koleinami które jednak śladami cywilizacji są, dotarliśmy do brzegu Wisły. Jakże inaczej wygląda tu  niż tam, dumnie obmywająca skały Wawelu.
Sztuczka ze stopniami wodnymi w mieście jest rzeczywiście trafiona. Tutaj brak jej tego dostojeństwa. Tak prosta i wiejska można by powiedzieć.



Rozważania na tema potęgi królowej rzek przerwał mi trzepot skrzydeł dzikich kaczek, które zwietrzyły nasza obecność.
Kilkadziesiąt ptaków z głośnym krzykiem zerwało się do lotu. Zaraz też pofrunęła druga i trzecia grupa. Potem nastąpiła ciszą i nad rzekę wrócił spokój.
Wycofaliśmy się znad wody, wracając w wygodne koleiny prowizorycznej drogi.
Suka chwyciła w pysk koniec smyczy by nim szarpać i patrzeć na mnie bardziej niż niemiłosiernie.
Był to nad wyraz czytelny przekaz, żeby psu podarować trochę wolności.
- Puszczę cię, puszczę jak zaczniesz odrobinę słuchać. Nie będę cię szukał po krzakach.
Suka zrezygnowała w końcu, przerzucając swoje zainteresowania z wolności na świeży kreci kopiec. Pozwoliłem jej na tę ciekawość, bo i ja sam nie byłem ciekaw postępów w porządkowania kuchni.
Prawie trzy kilometry w jedną stronę, tyle samo w drugą. To chyba całkiem przyzwoicie jak na urzędnika w całkiem średnim wieku ?
Szliśmy tak a mnie napełniała duma z tego, że sam, z własnej woli, na własnych nogach, z psem.
W pewnej chwili usłyszałem szum wodospadu.
Wodospad? Tu ? Góry potrafię zrozumieć ale pod Krakowem?
Szum wody nasilał się w miarę zbliżania się do rzeki.
Kiedy wyłoniliśmy się zza krzaków oczom naszym rzeczywiście ukazał się wodospad


Proszę bardzo, jest.
- Więc nie mówicie mi, że to jest niemożliwe - zdawała się mówić rzeka.
Wodospad stał się celem ale i kresem naszej włóczęgi. Potem już tylko powrót w jesienno-zimowym słońcu, do domu. Niespiesznie do domu
Suka jakby wyczuła moje intencje obwąchując co druki krzak i rozgrzebując co trochę świeży kopiec.
Minęliśmy wierzbę która jakiś drwal rozebrał z gałęzi.

Rozejrzałem się dokoła w nadziei, że namierzę jakąś traperską chatę z jakże modnym ostatnio drwalem w kraciastej koszuli.
Niestety nikogo nie było. Tylko wyobraźnia podpowiadała scenariusze rodem w filmów sensacyjnych lub horrorów.
Weszliśmy na wał. W oddali widać było maszyny wydobywcze żwirowni. Do domu już niedaleko.


Jeszcze tylko powrót koło starego domu i ponowna niepoprawna myśl o jego remoncie.
Bramka i drzwi. Suka rzuciła się na wodę a potem na posłanie.
- Coś ty temu psu zrobił że śpi jak zabity – spytała dwie godziny później żona.
Pozwoliłem sobie na luksus nie odpowiadania na to pytanie. Uśmiechnąłem się tylko szeroko.
W domu panowała już cisza wysprzątanego domu, a wokół roznosił się zapach drożdżowego ciasta

PS
Zdjęcia z telefonu nie grzeszą jakością. Przepraszam

czwartek, 18 grudnia 2014

Zrobić coś szalonego

Nieistotny nie żyje tylko ostatnią ziemską podróżą i chociaż głęboko schowana, od czasu do czasu dusza wędrowca pika go boleśnie, powodując ostre kłucie w klatce piersiowej.
Na te okoliczność Jan Maria Nieistotny przeszedł nawet komplet badań na podstawie których domowy doktor zdiagnozował
- Ma pan klasyczny Weltschmerz. To taki zespół nastrojów i emocji typu: depresja, smutek, apatia, melancholia wynikające z myśli o niedoskonałości świata.
- Ból istnienia mówi Pan Doktor? A przecież nie jestem już w wieku Wertera, tym bardziej Wertera młodego
- Ja mówię co widzę. Medycyna a szczególnie jej część dotycząca naszej psychiki co rusz nas zaskakuje. Niech Pan zrobi coś szalonego. Gdzieś pojedzie, z kimś zabaluje. Czy ja wiem co dla pana oznacza szaleństwo?
- A nie wystarczy gdybym się tak raz lud dwa spóźnił do pracy? Po tylu latach punktualności to byłoby szalone.
- I widzi Pan, to właśnie tak dusi i przytłacza, to poczucie obowiązku. Ktoś to ostatnio docenił?
- No...
- No właśnie. Nie namawiam do podróży dokoła świata. Ale takie na przykład Indie?
- Indie mówi Pan?
- Indie mówię. Na przykład.
- Z czym szalonym kojarzą mi się Indie? - Zaczął zastanawiać się na tym po drodze z przychodni.
Jak przedstawiciel starszego pokolenia najpierw wymieniłby przyprawy.
Cynamon, gałka muszkatołowa, imbir, kurkuma, kardamon i szafran.
A potem na jednym wdechu:
Bajecznie kolorowe sari
Joga
Święte krowy
Indira Ghandi. O Mahatmie nie zapominając
Świątynia szczurów
Metamorfoza Anny Kalaty
Nie zyskał jego miłości Bollywood ze swoimi roztańczonymi i rozśpiewanymi filmami, ale nawet on wie kto to jest Aishwarya Rai
Indie.
Chyba z dziesięć razy oglądał Indianę Jonesa i Świątynię Zagłady, a więc jego wiedza jest prawie na poziomie eksperckim.
No i to, że miał te biznesowy kontakt ze stalowym imperium Laksmi Mittala, podpowiadało mu po raz kolejny - Indie
Wszystko to co napisał wyżej okazało się nic niewarte wobec tego co zobaczył w ostatnią niedzielę w salonie jednej z sieciówek.
- Wieża Eiffela! - zawołał przedzierając się przez stos bibelotów.
Nieistotny lubi czasem oglądać działy rzeczy niepotrzebnych. Bo czymże by było nasze życie bez rzeczy których przeznaczenia trudno się doszukać poza jednym, że nas urzekły?
Sporych rozmiarów wieża, kusiła swoją bezużytecznością. Podszedł do niej i wziął do rąk.
A może tylko Paryż? Po prostu Paryż z jego szaloną atmosferą?
No w końcu skąd jest „Crazy Hors” szalony z samej choćby nazwy?
To jest chyba wystarczająco szalone i praktycznie niedalekie.
Wzrok jego powędrował na zwisającą na sznurku metkę, czy jak kto woli przywieszkę. 



„A journey to India”
Zwiedzaj Indie, bo tak chyba można to przetłumaczyć. Od tej strony nie znał tego kraju. A więc to inżynier Eiffel bezczelnie skopiował jakiś stary hinduski zabytek? A może jest tylko odwrotnie?
Co ma przysłowiowy piernik do wiatraka? To jakby wizytówką Warszawy był miś Koala, a Berlina duńska Syrenka.
Co innego widzę, co innego czytam
W jakim kraju żyję? Ja Was wszystkich pytam - wyrzucił z siebie wierszem. Bo wiadomo, że wszystko co niej jest prozą jest wierszem.
Odnosił wrażenie, że odebrał solidne przygotowanie w państwowej szkole i to jeszcze przed reformami. Ten widok jednak wywołał w jego pojmowaniu świata pewne zamieszanie.
- Indie - krzyczał napis
- Indie! Indie - starał się słodko szeptać stojący na sąsiedniej półce Budda.
- Indie - mówił doktor od pierwszego kontaktu.
Wszystko mi mówi, że właśnie Indie
Zaraz, zaraz. Doktor mówił żebym zrobił coś głupiego. Ta przywieszka do Wieży Eiffela jest też wystarczająco bez sensu.
Zaraz też zaczął budować swój wykaz głupich rzeczy, które można zrobić za dużo mniejsze pieniądze, a co wykracza poza zwykłe spóźnienie do pracy.
Że miały być szalone a nie głupie? A ileż jest od szaleństwa do głupoty?
Uzbierało się tego.

wtorek, 16 grudnia 2014

Próba oratorium na dwa suchary i pracującą dziewczynę

 - Gdzie idziecie chłopaki – spytał krecik, który właśnie wychylił się z kopczyka świeżej ziemi.
Co prawda krecik był ślepawy ale zajączki tak hałasowały, że krecik bez trudu je rozpoznał.
- Do burdelu sobie idziemy. Hen za trzecia polankę.
- Chłopaki weźcie mnie ze sobą
- Nie bierzemy, bo ty się nie potrafisz w takim miejscu zachować. Gbur i samotnik jesteś.
- Ja? Ja się nie umiem zachować​? Zjadłem cały poradnik dobrego zachowania i jak tylko powiecie mi, że jesteśmy na miejscu to już ja się zachowam właściwie.
Krecik był chyba przekonujący bo zajączki zabrały go ze sobą.
Nakręcone wizją nadchodzącej zabawy straciły czujność. Jeden z nich, przewodnik grupy potknął się o wystający korzeń. Grzmotnął o glebę tak, że po polanie rozniósł się głośny jęk, a potem krzyk
- O kurwa !
- Dzień Dobry – powiedział natychmiast krecik, dodatkowo nisko się kłaniając.
Bo przecież w każdej sytuacji trzeba jakoś zacząć. Zwykłe dzień dobry może być doskonałym starterem. Nie można przecież zastukać w drzwi lupanaru gotowym do użycia argumentem i wpaść do środka niczym lew polujący na antylopy u wodopoju.
A może tak właśnie trzeba? Nie wdawać się w żadne kurtuazyjne rozmowy i wstępne gierki. Tylko jakże to tak?
Kiedyś uczestniczyłem w pewnym „biznesowym” spotkaniu, na którym po kilku głębszych doszło do dyskusji na temat seksu. To nic niezwykłego bo z reguły wszystkie męskie rozmowy kończą się dyskusja o seksie. Wiele z nich od tego się zaczyna.
To spotkanie wyróżniało się tym, że ktoś cwany zaproponował bardzo ważnej osobie, załatwienie (w domyśle sfinansowanie) pracującej dziewczyny. Zazgrzytało lecz nic to bo facet licząc na przyszłe konfitury gotów był złamać obowiązujące prawo i towarzyskie normy. Wszyscy bowiem wiemy, że stręczenie do nierządu jest karalne. Więcej oleju w głowie miała ta „pewna ważna osoba” która ze zdziwieniem ( udawanym lub nie) zapytała:
- I co ja niby miałbym z nią zrobić?
No jak to co? Wiadomo co
I tak od razu? Panowie ja tak nie potrafię. Ja bym musiał z nią przynajmniej zatańczyć.
Nie był to jednak lokal z dancingiem, a więc sprawa upadła.
Kiedy to sobie przypomniałem utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to bardzo ważne by jakoś zacząć.
W porządku, krecikowe „Dzień dobry” i co dalej?
Zaraz dyskusja o cenniku? Przecież to nie zakład fryzjerski, czy zapomniany już powszechnie punkt repasacji pończoch.
- O czym tu gadać, jak płacisz za poświęcony ci czas ? – spytał kiedyś mój młody podwładny, w takcie luźnej, męskiej rozmowy. Zaraz też dał popis swej praktyczności.
- Jak ograniczysz gadanie to w najniższej jednostce cennikowej zdołasz powtórnie zrealizować cel swojej wizyty. Gadanie tylko rozprasza.
Oczywiście do wyartykułowania myśli użył dużo mniej parlamentarnych określeń. Sen był jednak mniej więcej taki sam. Gadanie niepotrzebnie kosztuje.
- Ja bym tam zagadał – pomyślałem sobie. Oczywiście dla uspokojenia opinii publicznej chciałbym dodać, że te moja rozważania miały charakter wybitnie teoretyczny i dotyczyły nie sedna sprawy a jedynie zachowania na wstępie. No bo przecież korzystając z pomocy panienek można nie
przestać być gentlemanem.
Tu z pewnością damska część przyjaciół i znajomych królika zarzuci, że gentlemani na dziwki nie chodzą.
Zburzę ten wyidealizowany wizerunek. Niestety chodzą.
Sam pamiętam takie powiedzenie z czasów mojego dzieciństwa a zarazem młodości mojego ojca.
„Gentleman się syfa nie boi gentleman go ma”
Podsłuchując gdzieś z rogu pokoju rozmowy starszych w trakcie hucznych imienin, nie rozumiałem tego powiedzenia. Ba nie znałem nawet znaczenia słowa „syf”.
Z wiekiem przyszło zrozumienie dla tej jednej z wielu mądrości życiowych.
Wydawało mi się, że wypada tak przyjść i zagadać. Powiedzieć może coś o sobie, w ostateczności od siebie. W końcu to jedyna okazja by wykreować takiego siebie, jakiego sami chcielibyśmy widzieć. Prostytutka w dowód osobisty nie zagląda. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Zapytać o pracę ale w jakiś taki delikatny sposób. W żadnym wypadku nie pytać o romantykę tego zawodu, jak powszechnie mówią najstarszego zawodu na świecie.
Nie dane mi było sprawdzić w działaniu tego przepisu na rozpoczęcie, ale nie będę się tutaj kreował na kogoś bez skazy, ani też na modnego ostatnio „stalowego drwala”.
Nie odpowiem więc też na pytanie - czy tego żałuję czy nie ?
Problem pozostawał dalej aktualny
No więc jak to jest? wdawać się w rozmowy z prostytutką czy nie?
A czy One w ogóle życzą sobie takich rozmów? Oczekują zwierzeń? A jeżeli tak to kiedy? przed czy po? a może o zgrozo w trakcie?
Historie małżeńskiego seksu notują przecież przypadki omawiania choćby list zakupów na dzień następny.
Otóż wychodzi na to, że one wcale tego nie oczekują. Powiem więcej są takimi próbami zmęczone i poirytowane.
Skąd to wiem?
Przeczytałem w Newsweeku artykuł pod tytułem „Na kozetce u prostytutki”
„ Ostatniej rewolucji na rynku płatnej miłości polskie prostytutki mają już po dziurki w nosie. Tego, że zamiast seksu klienci domagają się pieszczot, pocałunków i psychoterapii.„
chcecie przykładów?
Proszę bardzo oto wypowiedzi kilku z nich
„ – Ostatnio zadzwonił do mnie student z pytaniem, czy w ramach usługi mogłabym mu opowiedzieć bajkę na dobranoc – mówi Andżelika, siedem lat w zawodzie.
– A teraz większość domaga się czułości, a nawet, szlag by to trafił, całusów. Sandra dziesięć lat pracy
- Łysy mecenas po pięćdziesiątce. Dobrze płaci, nawet 250 złotych za godzinę, więc Jolanta w zasadzie nie powinna narzekać. Po co przychodzi? Chce, by go miziać, głaskać, poużalać się nad jego losem. Nie dość, że żona go nie kocha, kochanka rzuciła, to jeszcze córka zaciążyła z Mulatem.
- Zamiast się bzykać jak ludzie, oni ciągle gadają o problemach. Co to ja Ewa Drzyzga jestem? – denerwuje się Jolanta. „
- Trafił mi się klient, który chciał zapłacić tylko za to, bym go drapała za uchem. Odmówiłam zboczeńcowi – przyznaje.
To co rzuciło mi się w oczy w powyższym tekście poza meritum to jest ciekawe zakreślenie obszaru zboczenia.
To już drugi przykład, że pracujące dziewczyny inaczej postrzegają ten problem. Pierwszym był poniższy dowcip.
Pewien facet krążył od panienki do panienki w jednym z poznańskich Night Clubów.
Rzecz cała równie dobrze mogła mieć miejsce w Krakowie.
Każdej proponował to samo, nietypowy seks. Żadna nie chciała się jednak podjąć być może ryzykownego zadania.
Problem na „klatę” obdarzoną zresztą jeszcze całkiem kształtnym biustem postanowiła wziąć szefowa agencji, ze stażem ponad dwudziestu lat w zawodzie.
Przez taki szmat czasu niejednego przecież mogła się napatrzyć, a tym bardziej doświadczyć.
Dziarsko weszła z młodzianem do pokoju, by wyrzucić go już po chwili z głośnym krzykiem
- Wynoś się stąd zboczeńcu jeden !
- No i jak chciał? - spytały jedna przez drugą, panienki
- Jak chciał ? Za darmo chciał, zboczeniec jeden
Zamówienie, wykonanie i honoracja. W takiej kolejności. Czasem honoracja wyprzedza wykonanie, ale to tylko kwestia umowy.
Pogadać to se można było w maglu. Tylko czy ktoś współcześnie widział jeszcze coś takiego?


inspiracja

czwartek, 11 grudnia 2014

Jaja se robicie?. Makabreska

Pan Nieistotny podjął decyzję w kwestii zasadniczej. Uczynił to już jakiś czas temu i nawet poinformował o tym swoich bliskich.
- Życzę sobie aby po śmierci spopielono moje zwłoki, a jeżeli tylko prawo na to pozwoli, rozsypcie je w moich ukochanych górach.
Na sprzeciw rodziny, że oto przed nim z pewnością sporo jeszcze, mniej lub bardziej udanych lat, odpowiedział :
- Z pewnością tak, ale lepiej mieć pewność, że wszyscy zrozumieli jak brzmi tak zwane ostatnie życzenie.
Było, minęło i Jan Maria nie wraca do tego przy każdej okazji. No może tylko raz do roku przy dniu Wszystkich Świętych. Zapalając lampkę na grobie najbliższych mówi do syna
- A mnie …
- Wiem wiem – odpowiada Syn – Ciebie spopielić.
W swoim zdecydowaniu Jan Maria Nieistotny miał jednak chwilę zawahania. Stało się to po przeczytaniu tekstu na Onecie o tym, że wielu Brytyjczyków nie stać na tradycyjny pogrzeb swoich bliskich.
„ Pogrzeby w Wielkiej Brytanii są tak drogie, że część rodzin decyduje się na spalenie ciał bliskich w ogrodzie. Prawo na to pozwala - informuje "Mirror"
...
„Dlatego, aby obniżyć koszty do minimum, rodziny decydują się na palenie zwłok swoich bliskich na własnych podwórkach. Steve Rotheram, wspierający Lewell-Buck w przeforsowaniu reformy usług pogrzebowych przyznaje, że to dość powszechny zwyczaj. Brytyjskie prawo na to zezwala - trzeba tylko dostosować się do restrykcyjnych wymogów sanitarnych. Ciało nie może znajdować się zbyt blisko źródeł wody i musi spoczywać minimum pół metra nad ziemią.”
- Jaja se robicie - pomyślał przez chwilkę Pan Nieistotny.
Sprawdził jeszcze raz datę publikacji jak również jej treść. Zgadza się.
- Cholera. Ponoć za dziesięć lat całkiem dogonimy zachód. A, że nam najłatwiej przychodzi doganiać skrajności, to los mojego ostatniego życzenia nie jest już taki całkiem taki pewny.
Los jak los ale sposób jego realizacji.
Prośba o pomoc, jaką Pani Nieistotna zgłosiła, przerwała potok myśli który zaczął wypełniać pewne ośrodki w mózgu Jana Marii Nieistotnego.
Coś przełożył, coś położył, jeszcze coś innego odniósł na miejsce. Wieczór zleciał i nadszedł czas nocnego wypoczynku.
Gdy nadchodzi noc budzą się upiory - tak chyba brzmi to stare powiedzenie?
Tak naprawdę brzmi ono - gdy rozum śpi, budzą się upiory. Ale od czego w końcu jest noc? Od spania. Od spania całego człowieka.
Pan Nieistotny przed samym zaśnięciem ogarnął jeszcze plan prac na dzień następny a zaraz potem wcisnął w uszy słuchawki od telefonu komórkowego i włączył aplikację radia.
Radio nastawione na ulubioną falę od razu zaczęło nadawać dyskusję na temat dysfunkcji wątroby
i sposobów jej leczenia. Alternatywą było wsłuchanie się na innej częstotliwości w przepis na to jak zostać świętym. Ponieważ świętym już nie zostanie,nie zostanie nawet świetnym dlatego też Pan Nieistotny wrócił do wątroby.
Lekceważył już ją od dawna, a zwłaszcza zalecenia w sprawie dbania ten organ, dlatego też Jan Maria Nieistotny ziewnął przeciągle raz i drugi, a potem całkiem oddał się w objęcia Morfeusza nie bacząc na to, że nomen omen był to uścisk jednopłciowy.
Świat delikatnie zawirował i rozmył się w gęstej nieprzeniknionej szarej mgle.

***
Ostre światło uderzyło go w oczy, Nie podniósł jednak powiek. Nie mógł bowiem tego uczynić.
Leżał wyciągnięty na plecach a ręce ułożone wzdłuż ciała były bezwolne. Tak samo jak powieki i cała reszta ciała.
- Gdzie ja jestem – myśli kłębiły się pod czaszką, zapętlając się z nowymi pytaniami.
- Spokój, tylko spokój może mnie uratować – pomyślał i wbrew rodzącej się histerii zaczął liczyć od dziesięciu do jednego, a potem odwrotnie od jednego do dziesięciu, dwudziestu i trzydziestu.
Gdzieś tak koło osiemdziesięciu pojawiła się świadomość miejsca. Pomimo zamkniętych oczu, widział swój ogród kwitnący i piękny o tej porze roku. Obsypane kwieciem jabłonie pachniały tak, że ich zapach przyprawiał o zawrót głowy. Pachniał bez, ukazując światu swoje bladoniebieskie kwiaty. Kwitło zresztą wszystko, co było w ogrodzie. Wywołało jego zdziwienie, bo przecież każda roślina ma swój czas. Czas życia i czas umierania.
Nie to jednak zdumiało najbardziej Pana Nieistotnego. Najbardziej zaskoczył go widok kogoś leżącego w cieniu drzewa.
To był on. Jan Maria Nieistotny leżał nieruchomo na trawniku w pozycji określanej jako horyzontalna.
- Zaraz, zaraz, dlaczego ja widzę siebie?
- Halo halo jest tam kto? Czy ktoś mnie słyszy? Co to za żarty?
Nikt nie odpowiedział, tylko duża czarno złota wypasiona mucha siadła mu na czole, łaskocząc niesamowicie. Nie mógł jednak wykonać żadnego ruchu by ją z tego czoła zgonić.
Nie zwracając uwagi na niego i jego wątpliwości, a tym bardziej muchę łażąca mu po twarzy, w ogrodzie krzątali się jacyś ludzie.
Jeden układał drewniane palety. Dwie w pierwszej warstwie, dwie w drugiej. Potem dołożył jeszcze warstwę trzecią i zmierzył całość metalowa taśmą mierniczą.
- Jest pięćdziesiąt centymetrów – powiedział jeden – Daje palety bo to drzewo świerkowe więc dobrze się pali.
- Musisz dołożyć buka. Buk długo trzyma ciepło – doradził drugi.
- Co fakt to fakt. Buk trzyma dobrze i płonie powoli. Nasz bohater zgromadził go zresztą sporo w swojej przezorności. Tylko ręką sięgnąć.
- Dwadzieścia metrów od kranu też jest – dodał - tak więc odległość od źródła wody została zachowana.
- W zasadzie to można powoli zaczynać - Pierwszy spojrzał na zegarek – Za kwadrans dwunasta. Zaczniemy w samo południe.
- Możesz machnąć na sąsiadów. Siedzą na tarasie, a wdowa przygotowała szwedzki bufet. W końcu to wszystko jedno gdzie się pije to wino. Nie?
Trudne do rozpoznania osoby były mu bliskie i obce zarazem. Nie to było jednak problemem. Problemem był brak możliwości porozumienia się z nimi. Usta nie chciały wydusić z siebie najmniejszego grymasu. Krzyk który rodził się w głowie, grzązł gdzieś w tchawicy, czyli wbrew fizyce zapadał się w dół.
- Co wy chcecie robić?
Odpowiedziała mu cisza. Jego umysł już znajdował się na granicy wrzenia.
- Zaraz, zaraz. Myśleć, myśleć. Pięćdziesiąt centymetrów, daleko od źródła wody - Coś mu to zaczęło przypominać.
Zaskoczył w końcu, że owi tajemniczy oni przygotowują dla niego tę specjalną i ostatnią uroczystość
- To se facet odejdzie po angielsku - stwierdził pierwszy
- Znałem go. On zawsze lubił z imprez wychodzić po angielsku.
- No to będzie miał jak lubi.
- Hej tam. Słyszycie? Wychodzić to nie znaczy odchodzić. Hej tam czy mnie kto słyszy? Nie chcę, nie chcę po angielsku! Cholera i fuck do kompletu, to nie ma już dla mnie profesjonalistów?
Napiął się i ile sił znalazł w zgasłych płucach, wyrzucił z siebie protest poprzez krótkie -
- Nieeeeeeee!
Udało się! Krzyk rozdarł ciszę. Zaraz też pociemniało mu w oczach, co nie wydawało się niczym dziwnym biorąc pod uwagę wysiłek włożony w krzyk.
- Jan, Jan!. Jezus Maria - usłyszał krzyk i zaraz poczuł szarpanie.
Ręce. Ręce drgnęły i ruszyły. Powieki podniosły się powoli i w tej chwili nie był już w ogrodzie ale leżał we własnym łóżku. Obok Najważniejsza, która najpierw szarpała go za ramię a teraz trzymała mocno jego dłoń w swojej, jakby chciała utrzymać duszę wyrywającą się, to znowu wpadającą w ciało małżonka.
- Jak już to Jan Maria – wydusił z siebie
- Co się stało? Tak krzyczałeś przez sen?
- Ja? Co? Ja ... w ogrodzie. Ja Ja - najwyraźniej bełkotał Nieistotny.
- Oj kochany. Po raz ostatni jesz tak późno przed snem.
- Nie o jedzenie tu idzie – stwierdził po chwili, kiedy dotarła do niego moc świadomości.
- Nie o jedzenie ? A o co?
- O czytanie. Co to za głupi pomysł by czytać przed snem? W życiu już tego nie powtórzę.
- ? ? ?
- Rano Ci to wszystko wytłumaczę.
Kiedy w końcu doczołgał się do rana bo o spaniu nie było już mowy, Jan Maria Nieistotny siadł przy kuchennym stole w towarzystwie zaniepokojonej małżonki.
- No i co się stało tej nocy – dopytywała ślubna znad kubka z kawą.
- Uczestniczyłem we własnej kremacji. To efekt czytania artykułu we wczorajszym Onecie. Muszę zmodyfikować swoje ostatnie życzenie.
- To znaczy?
Po śmierci spopielić, ale tylko za sprawą profesjonalistów.
- Ty to masz sny. Ciekawa jestem, co by było gdybyś przy tym czytaniu zapalił jeszcze.
- Przecież ja nie palę.
- Jakieś zioło zapalił, bo przy twojej wyobraźni...
- Ja bardzo proszę – wyrzucił z siebie Jan Maria Nieistotny - Przynajmniej dzisiaj nie mówmy nic o paleniu.


 

wtorek, 9 grudnia 2014

Grudzień szybko zleci.


- Macie koguta!
Z tą radosną informacją zadzwoniła sąsiadka, w sobotę, zaraz po śniadaniu. Po naszym śniadaniu oczywiście, bo dla nich to były dopiero pierwsze chwile po otwarciu oczu.
Sprawdzali pogodę i wtedy też zobaczyli dorodnego koguta który konstrukcję pod winogron, przy garażu wykorzystywał jak swoją grzędę. Sprawiał wrażenie mocno już zadomowionego.


Wyszedłem za dom. Z daleka słychać już było marudne gdakanie, jakby gallus przed całym światem pożalić się chciał ze swego wygnaństwa. 


Dingo, pies sąsiadów marki rottweiler mix, czyli mieszaniec tego pierwszego z ch.j wie czym (jak twierdzi sąsiad), zerwał się z łańcucha i pędził radośnie przez drogę, zganiając na pobocze wszystko w czym tłukło się serce, bez względu na ilość nóg, łap czy pazurów. Wyżerał przy okazji cała zawartość misek wystawionych przed domami.
- Dobrze, że oszczędził karmniki – pomyślałem, znając zaangażowanie właścicieli w dokarmianie żywego inwentarza.
Ukryta za solidnym ogrodzeniem suka mocno oszczekiwała się zza rogu, nie wzbudzając żadnego zainteresowania a tym bardziej strachu w buszującym po ulicy i trawnikach, psie.
- Chcesz przygarnąć koguta? - spytałem żonę
Nie chciała, przecierając pracowicie podłogę po zabawie naszej suki z adoptowanym jakiś czas temu kotem, a w zasadzie kotką.
Nie nalegałem. 
Widząc mnie, kogut postanowił ustąpić grzędy i zeskoczył na trawę, przemierzając drogę przy ogrodzeniu w tę i tamtą stronę.
Suka wyczuła sytuację i postanowiła zaprzyjaźnić się z kogutem. Ten, pomny świeżego doświadczeniu z innym psem, wcale do tego nie dążył. Postawił natomiast pióra w bojowym szyku i przygotowywał się psychicznie do odparcia ataku.
Wziąłem psa za kark w zaprowadziłem do domu ku rozpaczy żony, która właśnie wykonała pożegnalne pociągnięcie mopem po kamiennej posadzce.
- Kogut szykuje się do ataku i ta głupota może stracić oko – postraszyłem żonę, dzięki czemu
łatwiej przełknęła to, że całe to mycie zdało się jedynie jak to mówią „psu na budę”.
Uzbrojony w miotłę, żeby kogut nie wodził mnie za nos jak małe dziecko, zagnałem stworzenie do rogu. Widząc beznadziejność sytuacji, kogut zdecydował się na lot - nielot i wylądował za płotem u sąsiada. Dyskretnie spojrzałem w okna. Sąsiad był jeszcze przed śniadaniem, a więc z pewnością niczego nie widział.
- No i w porządku – powiedziałem do siebie odkładając miotłę.
Kiedy wypuściłem sukę do ogrodu, ta od razu namierzyła koguta u sąsiada. Jakże zabawnie było znad kubka z kawą obserwować jak pies i kogut zgodnie łapa w pióro, przemierzają całą długość siatki oddzielającą nas od posesji sąsiada.
- Wobec tego jej biegania to ja odpuszczę sobie dzisiejszy spacer. Spójrz jak ona nabija kilometry.
- Świetnie – powiedziała żona - pomożesz mi dekorować pierniki.
Pożałowałem tego odwołanego spaceru ale cóż było robić.
Kuchenny stół zaczął robić za domową manufakturę a my uzbrojeni w sprzęt, nanosiliśmy kolorowy lukier na powierzchnię pierniczków.

 
- A je się je tak szybko – jak co roku, żona tradycyjnie już poczęstowała mnie tą mądrością. 
Nie zwróciłem jej uwagi ponieważ  tradycja rzecz święta i to nie tylko od święta.
- Co ty tak szybko malujesz? - przystopowała mnie małżonka.
- Na to jest tylko jedna odpowiedź. Doświadczenie.
- Ty byś pewnie wolał robić coś innego?
- Od czasu jak widziałem jedną z amerykańskich kartek świątecznych to mógłbym być nawet mikołajem.

 
 A z braku laku to wezmę się za montaż światełek na zewnątrz. Nawet dokupiłem dodatkowy wąż świetlny w sklepie, ale na to mam jeszcze czas. Nie chcę iść ramię w ramię z Carrefourem.
Wieczorne winko pozwoliło odreagować stresy minionego tygodnia a zwłaszcza te związanie z rozliczeniem z mechanikiem.
- Chyba mógłbym być już mikołajem - przyznałem się żonie - Kiedyś po winku myślałem o spotkanie Wenery, a teraz tylko Morfeusz bierze mnie w objęcia. No cóż przywilej wieku.
Jakże miło zamknąć oczy w głębokim fotelu, pod polarowym kocem, przy trzaskającym w ogniu kominka drewnianym polanie. W żyłach krąży odrobina Pinot Noir i jest tak spokojnie.
Odrobina jakież to niedokładne określenie



czwartek, 4 grudnia 2014

Od rzemyka do konika

- Ho! ho! Ho! Ho! - rzucił do telefonu, a ja poczułem jakby to Mikołaj przyszedł do mnie i to jeszcze przed Barbórką. Szybko jednak dotarło do mnie, że to raczej ja po takim „ho, ho” przejmę fuchę sponsora Świętego Mikołaja.
- Pracujemy tu z kolegą razem. Trzeba było upalić śruby, żeby to wszystko zdemontować. Teraz zobaczymy co nada się do zamontowania z powrotem i wtedy się podsumujemy.
Przez plecy przeszedł mi zimny dreszcz, jakby śmierć przemknęła tuż obok.
A może i przemknęła, wszak serce pięćdziesięciolatka to nie to samo co takie trzy dekady młodsze.
Trzeba się będzie zmierzyć ze sobą, bankowym kontem i to przed samymi świętami.
Od pewnego czasu zaczęło mi śmierdzieć w aucie. Nie, nie myszą ani zepsutym jogurtem z porzuconego pod siedzeniem kubka. Porządku w swoim aucie pilnuję bowiem z zasady.
Śmierdziało benzyną z rana i spalinami gdy potem czekałem na światłach. Piekące spaliny wdzierały się do samochodu i drażniły nozdrza.
- W końcu to też taki męski zapach – pomyślałem, oddalając od siebie wizję naprawy samochodu.
- Trzeba coś z tym zrobić - powtarzała mi żona która inaczej definiuje tak zwane klasyczne zapachy.
Z czasem silnik zaczął pracować coraz głośniej niczym rasowy diesel, co podsunęło niektórym znajomym pomysł na komentarz w stylu - jak benzyniak chodzi jak diesel to znaczy, że to jego ostatnie dni.
- No może wiekowo to on już trochę ma ale przebieg nie jest powalający – czarowałem rzeczywistość.
Nadszedł w końcu ten dzień, kiedy udałem się do zaprzyjaźnionego mechanika.
Ten wlazł pod auto, stuknął puknął i zawyrokował - plecionka.
- Co plecionka ? - Zapytałem odwrotnie gdyż przyznam uprzejmie, że słyszę to określenie po raz pierwszy.
- To taki element układu wydechowego koło katalizatora. Trzeba rozebrać, wyciąć i wspawać nową.
- Plecionkę ? - utrwaliłem sobie nowo poznane fachowe słowo.
- Plecionkę. Trzeba udać się tam gdzie robią tłumiki - powiedział i mocnym drutem związał mi rurę wydechową, abym jej nie zgubił gdzieś po drodze.
- Z tydzień wytrzyma - powiedział.
Wytrzymała znacznie dłużej
- To był bardzo solidny drut – pocieszałem się po trzech, czterech i pięciu tygodniach.
Do warsztatu z tłumikami było mi daleko, a jedyny znany koło dużego centrum handlowego jest koszmarnie drogi.
- A może u nas Ci to zrobią – podpowiedziała mi żona, wskazując na mały warsztacik ze znajomym już mechanikiem.
- To jest pomysł – pochwaliłem małżonkę, bo uświadomiła mi, że on jako miejscowy wie gdzie? Co? i jak?
Wiedział. Kazał jechać paręset metrów dalej i skręcić ze dwa razy. Raz w lewo, raz w prawo. Zapamiętałem.
Blacharz przyjął zlecenie. Ustaliśmy warunki a kiedy inną drogą wyjeżdżałem od niego, okazało się, że jego warsztat znajduje się ze czterysta metrów w linii prostej od mojego domu.
- No proszę. Nie minęły dwa lata i poznajemy okolicę – rzuciłem do małżonki
Oddałem auto do naprawy i tu kończy się sielski fragment tej historii.
Zraz też rozsypały się zamki a aucie Młodego. Ze złamanym kluczem i drzwiami związanym linką holowniczą, aby nie otwierały się na zakrętach, dojechał do domu zły jak osa.
Podpowiedziałem mu blacharza u którego stało już moje auto.
- Aut ci u mnie dostatek – zdawał się mówić fachowiec ale i to przyjął do naprawy.
- Samochody – Relscy, dwa do zera - oceniłem - I spokojnie, więcej nie będzie.
Nie wiedziałem jeszcze, że mylę się i to bardzo. Na trzydzieści procent, a to więćej niż nieważnych głosów w ostatnich wyborach.
Młodszy pożyczył od Starszego auto, które postanowiło nie odblokować alarmu o północy, na placu przed marketem.
- Nie, bo nie! - charczało rozrusznikiem, mrugając światłami i odcinając paliwo.
- A jednak, trzy do zera - powiedziałem zaraz z rana gdy tylko odczytałem SMS-a od Syna.
- A mówiłeś, że więcej nie będzie.
- Myliłem się – odpowiedziałem podziwiając się zarazem, jak łatwo przyszło mi przyznać się do błędu - Już dzwonię do Starszego, niech nigdzie nie wyjeżdża bo w terenie grasuje „Prawo Serii”.
Starszy miał pracę na miejscu. Ulżyło mi
Następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, zadziałał pilot i trzecie auto „zagadało”
Drugie po naprawie, zamykało drzwi i otwierało je na komendę.
Dobrze idzie – pomyślałem – wykręcając numer do mechanika w sprawie auta numer jeden.
Wtedy to usłyszałem to charakterystyczne pohukiwanie mechanika.
Okazało się, że żeby wspawać plecionkę trzeba wykręcić kolektor. Aby wykręcić kolektor trzeba rozkręcić układ kierowniczy.
- A jak już go rozkręcą to niech wymienią prawy drążek kierowniczy, co to miał luzy stwierdzone przy badaniu, jeszcze wiosną.
- Dojdą do tego jakieś gumy, łączniki. Może łożysko? Wszystko wyjdzie w trakcie roboty. Coś tam musiałem upalić bo się nie dało odkręcić. Teraz będę spawał.
- Mam tylko nadzieję, że na powitanie nie ściągniecie mi spodni przez głowę – powtórzyłem to od czego zacząłem pierwszą rozmowę.
Uciszałem w ten sposób swoje wątpliwości i pierwsze objawy paniki.
Może więc już dziś wieczorem, znany nam będzie poziom świątecznych prezentów.
A gdyby tak na Gwiazdkę kupić nowe auto? Nawet dzisiaj na pocztę otrzymałem stosownego maila, z zachętą do zakupu samochodów pewnej renomowanej firmy.


No co ? W końcu, każdemu wolno marzyć.
Nawet jest taka piosenka sprzed wojny - Każdemu wolno marzyć.
Że niby kochać? A cóż to za różnica?
I tylko dręczące jak zwykle pytanie. Skąd oni wiedzieli? Ci o maila oczywiście.
A jak się darzy to się darzy.
W atmosferze zmasowanej padaczki środków komunikacji, żona odebrała wiadomość, że oto teściowa wylądowała na SORze z dolegliwościami układu pokarmowego.
Nie muszę chyba opisywać atmosfery przygnębienia spowodowanego naszą komunikacyjną niemocą. Nie odważyłem się wyartykułować tego co pomyślałem.
A pomyślałem - cztery do zera
Że to bezczelność zaliczyć teściową do grupy pojazdów?
Dlaczego? Ona się tak dobrze prowadzi.