środa, 27 sierpnia 2014

Zycie jak stary sweter

- Dlaczego ciągle chodzisz w tym samym swetrze – spytała
- Lubie go
- Ale to nie jest powód
- Dla mnie wystarczający. A czy w ogóle musi być jakiś powód?
- Ale on jest sfatygowany
- Jest jak moje życie. Prześwitujący, wyciągnięty na łokciach i popruty przy rękawach.
Czuję, że jest częścią mnie W nim jestem pewien, że nie udaję nikogo kim nie jestem.
- A przecież w szafie leżą inne nieużywane swetry.
- Ja o życiu, Ty o swetrze.
- Sweter wygląda fatalnie
- A życie lepiej? Pamiętasz taką scenę z filmu Pretty Women, kiedy bohaterka ruga swojego aktualnego klienta czyli, że na mecz w polo kazał jej się ubrać elegancko a potem powiedział koledze, że jest dziwką. - „Gdybym była w ubraniu dziwki wszystko byłoby w porządku. A tak ? Pomyśl jak ja się czułam.” Może z moim ubraniem jest tak samo.
Nie cierpiał oszustwa. A w ten sposób czuł się uczciwy, przynajmniej wobec siebie.
Sprane jeansy, buty z sieciówki, T-shirt z reklamą czegokolwiek i ten schodzony sweter, który był jak druga skóra.
Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że tak ubrany wzbudzał zainteresowanie ochrony w eleganckich sklepach, bo przecież taki to zawsze może coś zapieprzyć. Stereotypy wrzucane na szkoleniach. Sam znał więcej biednych i uczciwych niż bogatych i uczciwych.
- No i ciul z tego – mówił do siebie – Taki mają ochroniarski schemat.
Poza tym co miałby robić w eleganckich sklepach?
Nie przypuszczał, że kiedyś w dojrzałym życiu będzie preferował „być” zamiast „mieć”. A może jego preferencje nie mają tu nic do gadania. Po prostu życie tak wybrało za niego. Teraz rży po kątach, ale on nie da mu satysfakcji. Nie będzie tego rozpamiętywał.
Z przynajmniej chciałby nie wracać do tego tematu w nocnych rozmyślaniach podczas bezsennych nocy których coraz zaczęło się przydarzać od pewnego czasu.
Usiadł do stołu. W porcelitowej misce dymiła jakaś zupa. Zjadł szybko nie zapamiętując smaku.
Tak samo z drugim daniem. Bez tak zwanych krótkich wspomnień odszedł od stołu. Jadł żeby żyć i nie przywiązywał wagi do tego co je. Inaczej było z oprawą. Zawsze pilnował by na stole znajdowały się talerze z jednego kompletu. Tak jak i sztućce. Po prostu nie umiał posługiwać się noże i widelcem nie od kompletu. A już nie do pomyślenia było by filiżanka i spodeczek były z różnej parafii. Po prostu kawa nie smakowała w takim zestawie Miał kubki z których pił herbatę i takie z których absolutnie by do tego nie zrobił.
- Starcze naleciałości – tak oceniała to żona
- Po prostu uporządkowane życie – mówił w odpowiedzi na te zarzuty.
Bo nie o gatunek herbaty tu szło a o anturaż.
Poza tym tę skłonność do używania rzeczy od kompletu ma od zawsze. Dziwło go inne zachowanie - Przecież buty i skarpety z reguły używamy kompletami.
Za oknem wiatr targał drzewami a całość obficie była polewana letnim deszczem, który miał już coraz więcej jesiennych naleciałości.
- Dupa z roboty – powiedział do siebie – Niepotrzebnie planowałem




wtorek, 26 sierpnia 2014

O pieniądzach co nie śmierdzą

Jak dobrze pamiętam, w filmie „Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową” jest taka scena:
Kiedy nasz bohater Franek Dolas suszy mokre banknoty wieszając je na sznurku.... A może kładzie na stoliku ? a na sznurku suszą się w całkiem innym filmie. W każdym bądź razie tę mokrą kasę podbiera mu knajpowa piosenkarka. A potem jest jak zwykle mordobicie.
To suszenie banknotów zawsze działało bardziej na moją wyobraźnię niż wspomniane mordobicie.
Teraz przyszły czasy kiedy owoce wyobraźni zmaterializowały się. Wczorajszy dzień poświęciłem na suszenie banknotów, które jakimś trafem zostały zalane deszczem w automacie na zewnątrz.

Deszcz o tej porze roku to normalne. Dziwne, że zalało solidną dosyć obudowę.
Tu też okazało się, że moja wyobraźnia i towarzyszące jej marzenia nie były precyzyjne.
Powinienem marzyć by suszyć własne pieniądze. Poprzez niechlujną wyobraźnię babram się w cudzych pieniądzach, nie mając okazji zamoczyć swoich, bowiem te ostatnie natychmiast po otrzymaniu (czytaj zarobieniu) trafiają do dostawców mediów, szambiarzy, benzyniarzy i innych którzy patrząc na mój numer PESEL, bądź tylko nieruchomości, co miesiąc niecierpliwie zacierają ręce w nadziei, że coś im tam zaraz skapnie.
Resztę pozostawiam w spożywczym, kupując żarcie na złość organizatorom ostatniej drogi w życiu, a może nawet poza nim.
Nie martwicie się hieny i wy się doczekacie.
Rozkładam więc na wiklinowej skrzyni te śmierdzące, mokre pieniądze i każdym ruchem dłoni zaprzeczam łacińskiemu maksymie, że pecunia non olet.
Poza tym jest nieprzyjemnie. A propos nieprzyjemnie.
Jakieś dwa tygodnie temu przyszedł do mnie biznesmen który po złożeniu zamówienia, płacił za nie gotówką. Z przepastnej kieszeni spodni wyciągnął gruby plik banknotów z których odliczył kilka tysięcy. Odliczone banknoty rzucił na biurko, a one wbrew przewidywaniom nie zsunęły się z biurka a jedynie trwale się do niego przylepiły.
Było bardzo gorąco, parno a biznesmen solidnie się pocił.
Długo zwlekałem z przeliczeniem otrzymanej kwoty. W zasadzie przyjąłem ją na słowo, wydając dokumenty.
Banknoty pozostawiłem na uboczu do wyschnięcia.
Pomyślałem, że przecież codziennie ktoś wciska gdzieś banknoty i spocona kieszeń mojego biznesmena nie jest chyba najgorszym miejscem. Obracamy dychami pięćdziesiątkami i stówkami, nie mając pojęcia w jakiej scenerii przebywały ostatnio. A już wcale, za co nimi płacono.
Opowiadał mi znajomy z branży, że pewien posiadacz gospodarstwa rolnego zapłacił takimi banknotami, że musieli je przeliczać na świeżym powietrzu. Tak capiły obornikiem.
Pecunia non olet? Kto to wymyślił.? Z pewnością w tym czasie obracało się wyłącznie złotem lub srebrem. A te podobno na smród są odporne.
Myślę tak sobie, że jeżeli produkuje się skarpety z dodatkiem włókna bambusowego co ponoć zapobiega przed nieprzyjemnym zapachem, to gdyby dodać trochę tego do stówek byłoby bardziej higienicznie.
Albo skoro robi się papier toaletowy o zapachu fiołków, aby tyłek nie czuł dyskomfortu, to taki zabieg sprawdziłby by się z pieniędzmi.
Nawet niewidomy lub słabo widzący wiedziałby po zapachu, że dajmy na to stówka to róża,
frezja to pięćdziesiąt i tak dalej.
Problem tylko w opracowaniu trwałego zapachu, którego nie zabije smród czosnku, albo owego obornika. To by musiała być moc zapachu.
Tutaj rodzi się jeden problem. Przychodzisz bracie do domu z wypłatą a żona mówi
- Co tak śmierdzi perfumami? Znowu byłeś na dziwkach?
I dostajesz brawka bracie.  Albo usłyszeć jakże prorocze
– Kochanie czuję, że jesteś przy kasie.
Może więc jednak porzucić szalone pomysły do i czasu gdy całkowicie nie zdominuje nas plastikowy pieniądz w postaci kart płatniczych, które każdy niech sobie nosi gdzie chce, myć ręce. Robić to często i dokładnie a już z pewnością gdy mamy kontakt z pieniędzmi
I z klamkami. szczególnie w miejscach publicznych. Pisałem już kiedyś, że dotykając klamek w średniej wielkości biurze mamy tak jakbyśmy dotykali pięć czy sześć cudzych penisów. Nie będziemy się tu kłócić o jednego wacusia.
Problem pozostaje niechęć naszych rodaków do mycia rąk. I chyba nie tylko naszych.
Za to w polityce co rusz ktoś umywa ręce , a i tak śmierdzi tam gorzej niż w szambie.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Czy my o czymś nie wiemy?


Postać Andreasa Breivika jest wyjątkowo mroczna i ze względu na skalę zbrodni jakiej dokonał, nie funkcjonuje jako temat żartów. I słusznie. Cóż jednak innego mogłem zrobić, widząc na ekranie telewizora taką oto informację o programie.


"Kobiety które zabijają  - Anders Breivik". ????  Spróbowałem rozwinąć menu bo być może tam ukryte jest rozwiązanie zagadki. 


Na próżno.
Nawet nie byłem bardzo zdziwiony, bo przecież wszystko jest możliwe w przepełnionych humanizmem i troską o pensjonariuszy, skandynawskich więzieniach. Jednocześnie oświadczam, że w/w nie interesuje mnie ani jako mężczyzna ani jako kobieta. 
I co Pan na to Panie Terlikowski? Toż to dopiero argument dla przeciwników ideologii gender.

piątek, 22 sierpnia 2014

Pizza on line

Pizza na telefon. Kiedy jeszcze nie wziąłem w swoje ręce drożdżowego ciasta na pizzę, sera i kiełbasek pepperoni, zdarzało się, że chodziliśmy do lokalu na ten włoski przysmak.
Potem korzystaliśmy z dobrodziejstwa pizzy na telefon, wspominając przy okazji pierwszą pizzerię w Krakowie. Mieściła się na Małym Rynku. W lokalu było kilka stolików a kolejka taka, że czasem stało się i dwie godziny. Jednak zjedzona w lokalu pizza w wersji z pieczarkami lub boczkiem zbliżała nas do wielkiego a zamkniętego jeszcze świata.
Do pizzy proponowano kieliszek czerwonego wina, najczęściej w postaci bułgarskiego Cabernet.
Kiedy otworzył się i dla nas świat zachodu, a nawet staliśmy się jego częścią, pizza nam spowszedniała. Wtedy też korzystaliśmy z niej z potrzeby lub braku czasu, a nie dla jakiejś nobilitacji
Tak się złożyło, że najczęściej korzystaliśmy z pizzerii która telefon albo tylko jego część miała w nazwie.
Zżyliśmy się ze sobą, a w miesiącach kiedy nie napływało nasze zamówienie oni sami dzwonili, proponując jakąś formę promocji.
Zwykle ulegaliśmy i zamawialiśmy, ku radości dzieci.
W trakcie przeprowadzki, kiedy siedzieliśmy na walizkach i trudno było coś upichcić, ze smutkiem zauważyliśmy, że nasza wieś nie jest w zasięgu działania ulubionej pizzerii. Wyszukana na szybko w Internecie alternatywa okazała się porażką.
Wykonałem sobie dwie blachy pod pizzę i kiedy tylko rodzina wpadała na ten pomysł z przyjemnością realizowałem się niczym Bartolini Bartłomiej herbu Zielona pietruszka. Karramba.(kto to jeszcze pamięta?)
Tak to sobie radzimy w wiejskich okolicznościach naszego domu.
Jakieś dwa miesiące temu do mojej pracy wpadł Młodszy, głodny jakby wrócił z obozu kondycyjnego.
- Zadzwoń po pizzę.
- Ojciec. Teraz zamawia się on line
Zalogował się na stronie. Tam przydzielono go do rejonu, podsumowano zamówienie proponując dodatki i promocje. Mailem przyszło potwierdzenie a na monitorze komputera można było śledzić postęp w realizacji i już na żywo samą dostawę. W końcu byliśmy w mieście, a więc skorzystaliśmy z naszej ulubionej firmy.
Rzekł Pan uczniom swoim - Nic nie jest dane wam raz na zawsze.
W zeszłym tygodniu zasiedziałem się w pracy ze względu na awarię maszyn. Razem ze mną  szef i pracownicy do naprawy.
- Może by jakąś pizzę ? - zaproponował szef.
- Zamawiam - odpowiedziałem na propozycję – w swojej ulubionej sieci.
Zalogowałem się, podałem adres i złożyłem zamówienie - Dwie duże pizze z dodatkami.
Promocja podsumowanie i informacja mailem, że za godzinę i dziesięć minut pizze będę miał na stole.
Opisałem szefowi wygodę płynąca z takiej formy zamówienia i chciałem pokazać ekran postępu zamówienia. Oczom moim ukazał się następujący tekst:
„Zaraz, zaraz jesteśmy szybcy ale nie aż tak.”
- Rzeczywiście może trochę przesadziłem – przyjąłem informację z uśmiechem.
Minęło jakieś pół godziny kiedy zadzwonił telefon.
- Pan zamawiał pizzę?
- Tak – powiedziałem, myśląc, że to dostawca – wjedzie Pan z ulicy na teren firmy i podjedzie...
- Zaraz, zaraz – wygasił mnie głos w telefonie – w tym rejonie pizzy nie dowozimy.
- Ale przecież to w graniach Krakowa. Nawet nie tak całkiem z boku i program z państwa strony skierował mnie do tego rejonu automatycznie.
- No właśnie, nie wiem dlaczego
- Tym bardziej ja nie będę zaprzątał sobie tym głowy. Wyjaśni pan z systemem i przekieruje moje zamówienie o numerze, tu podałem numer potwierdzenia przyjęcia zamówienia, tam gdzie trzeba.
- Jedyne co mogę zrobić to anulować zamówienie.
- Anulować? Jak to? W tej sieci? Nie rozumiem ale mocno jestem rozczarowany i jakby ukarany za dziesięć lat wierności.
Nic na to nie poradzę. Na Wolę Justowską też nie jeździmy – powiedział jakby usprawiedliwiając się przedstawiciel zakładu z ulicy wskazanej przez system.
Wola mnie nie interesuje skoro jestem z drugiej strony Krakowa. Chcę tylko powiedzieć że miesiąc wcześniej przywieźliście pizzę jak trzeba.
- Może mieliśmy mniej roboty – stwierdził szczerze rozmówca -J edyne co mogę zrobić to anulować – podtrzymał swoją propozycję głos w słuchawce.
- To niech pan anuluje - zrezygnowałem – żegnam.
W trzy minuty znalazłem inną sieć która z przyjemnością przywiozła dwie parujące od gorąca pizze i to w przeciągu czterdziestu minut.
Kiedy już zjedliśmy Pepperoni i Uśmiech Boryny, puściły pierwsze emocje. Zauważyłem na niezamkniętej stronie feralnej sieci prośbę – oceń nas - i tu adres mail
- Ja Was ocenię – postanowiłem i napisałem maila opisującego cała sytuację. Załączyłem potwierdzenie zamówienia i na koniec kliknąłem – wyślij. Poszlo.
Nawet zapomniałem o sprawie gdy dwie godziny później zadzwonił telefon.
- Pan zamawiał pizze w naszej firmie która w nazwie ma telefon albo jego część?
- Tak to ja
- Chciałabym bardzo przeprosić za niedogodności. Proszę podać adres to my Panu tę pizze podwieziemy
- Pan chyba żartuje? Po tym jak anulowaliście moje zamówienie, złożyłem je u konkurencji. Jestem już po tak zwanej konsumpcji. I nie wetknę w siebie nic więcej, nawet gdyby chciała Pani dowieść mi ją gratis.
To chyba nie była propozycja dostawy za darmo.
- Jedno tylko jest przykre, że rozstajemy się po dziesięciu latach udanej współpracy.
- Bo ja nie wiedziałam i bardzo przepraszam.
- Czy dzwoni Pani z tego lokalu który mnie anulował?
- Nie
- To po co pani przeprasza?
- Ja nie wiedziałam że to tyle czasu minęło i sama nie wiem dlaczego kazali mi zadzwonić?
- Może dlatego, że ładnie Pani przepraszam- zauważyłem- Nie powiem do widzenia ale raczej żegnam.
Zdobyłem się na to teatralne zakończenie i odłożyłem telefon.
Oderwałem z pudełka fragment z numerem telefonu nowej pizzerii i wrzuciłem do wizytówek.
Może się jeszcze przyda, wszak awarie chodzą po ludziach, a co dopiero po maszynach.

środa, 20 sierpnia 2014

Rozmowy istotne

Tak mniej więcej w maju Pan Nieistotny zauważył, że nie zna się na biznesie. Zrobił to po przeczytaniu artykułu o polskim „królu truskawek”. Nie sprzedając truskawek do Rosji postanowił on się przerzucić na czarną porzeczkę. Obserwując ceny skupu na te owoce Pan Nieistotny obawia się, że może to być taka zamiana siekierki na kijek.
Mądrzejsi i lepiej ustawieni w życiu codziennym rodacy podchwycili pomysł truskawkowego króla
i jak widać w ostatnim czasie moda na niesprzedawanie Rosji przeniosła się na jabłka i inne owoce. Do puli wchodzą warzywa, a nawet mięso i jego przetwory. W kolejce czekają produkty techniczne jak na przykład części samochodowe.
Co prawda autorem pomysłu tego odejścia od zakupu u nas, jest władca innego kraju, ale przecież na zasadzie analogii jeżeli tak robi się biznes na truskawkach to można i na innych owocach.
Bogaćmy się

***
Małżonka Jana Marii uczestniczyła w obrzędach pogrzebowych pewnego starszego pana.
Ten pan którego nie mieliśmy okazji poznać był ojcem innego również starszego Pana, z którym od pewnego czasu Państwo Nieistotni tworzą szeroko rozumiana rodzinę. Nieistotny nie mógł w tym smutnym skądinąd wydarzeniu uczestniczyć, ze względu na specyficzne warunki pracy.
Musiałby zamknąć firmę na czety spusty a czynił to już w poprzednim tygodniu ze względów zdrowotnych. Niestety cierpliwość jego szefa nie jest jak Boże miłosierdzie, nieograniczona.
Zaraz jednak po powrocie z pracy, już nad miską barszczu z jajkiem spytał żonę
- Jak tam było na pogrzebie?
- Jak na pogrzebie
- A trumna jaka była?
- Jak trumna, jasna taka
- A ludzi było dużo ?
- Nie dużo
- Tośmy sobie pogadali, jak za dawnych czasów
- Bo o czym rozmawiać. Wszystkie pogrzeby są tak samo smutne.
- No chyba, że to pogrzeb w „Czterech weselach...”
- Hugh Granta na uroczystości nie było.
- Zadaje te wszystkie pytania, bo z zadziwieniem obserwowałem jak moja teściowa a szanowna twoja mamusia opowiadała przez godzinę o jakimś pogrzebie znajomej A my obgadaliśmy to w trzy słowa.
- Może po prostu jeszcze nie dorośliśmy do takich rozmów ?
- Jak to nie dorośliśmy? Memento mori znam już od podstawówki
- Za parę lat kiedy będą brać z naszej półki z pewnością będziesz bardziej rozmowny.
- Słuchaj a może ta skłonność do rozmowy bierze się z tej radości, że to nie w nas trafiło?
- Patrząc na listę znajomych z którymi już nie porozmawiam to nawet trwa jakieś wstępne szperanie
- Nie wiadomo komu z brzegu – powiedziała żona podając zapiekankę z makaronu
Pogrążając się w talerzu Nieistotni przerwali tę istotną rozmowę od której już tak blisko do pytania o sens życia.




Kto kogo zdominował?

Zapanowało porozumienie międzygatunkowe. Co tu pisać, zdjęcia mówią same za siebie.







Kiedy kota ma dość, puka łapą w ten pusty na razie psi  łepek. 
łapka nie jest uzbrojona w pazury, to przełom. Pewnie dzieciom wybacza się więcej.



Gdy jednak nastaje wieczór, panuje ogólna zgodna. Kto nie lubi zasnąć na kolanach?


I mnie się zdarzyło przymknąć oko w trakcie tych kocio-psich seansów miłości. W końcu wobec snu wszyscy jesteśmy równi

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Zapatrzenie

Dodajemy sobie animuszu i jemy jabłka,  ponoć na złość Putinowi. Dzisiaj rano słyszałem, że sankcjami zostaną objęte części samochodowe. Z której strony nie przyłożyć wychodzi na to, że na zdecydowanej polityce tracimy bardzo dużo.
Już widzę tę akcję solidarności z producentami – Napraw auto na złość Putinowi.
Nie jest moim celem kpienie z sankcji czy nawoływanie do nich. Zawsze jednak apeluję o rozsądek. Emocje są złym doradcą.
A gdy tak na spokojnie pomyśleć to okazuje się chociaż nie wszyscy chcą o tym słyszeć, że Rosja jest naszym bardzo dużym odbiorcą. Dodatkowo takim co to nie grymasi. Okazało się bowiem, że sporej części jabłek nie uda się wyeksportować w inne części świata ze względu na ich niską jakość.
Mam jednak problem z czym innym z konsekwencją mianowicie.
Nie dalej niż w sobotę, zasnąłem przed telewizorem a kiedy otworzyłem oczy, na jednym z programów leciał już „Instytut Rosyjski”
Nie jest to jednak film z gatunku popularnonaukowy, to zwykły erotyk.
Akcja filmu dzieje się w podparyskim instytucie, gdzie uczą się córki bogatych Rosjan.
Jak to w takich filmach bywa, dziewczyny są młode, łatwe, a co najważniejsze chętne.
Nim rozbudziłem się całkowicie, jakaś fala ciepła rozlała się po moim ciele i z przyjemnością zacząłem spoglądać na młode Rosjanki, a z wdzięcznością myśleć o ich bogatych rodzicach, którzy zdecydowali się na wysłanie córek (może nawet cór) na eksportową edukację.
Pewnie trwałbym w tym zauroczeniu jeszcze chwil parę gdyby nie żona, która usłyszała zbyt głośno ustawioną ścieżkę dźwiękowa z międzynarodowo zrozumiały pojękiwaniem.
- Co ty tam oglądasz? - zapytała z sypialni.
I zachowałem się wtedy jak Wicio syn Pawlaka z filmu „Sami swoi”.
Młócili razem zboże kiedy ojciec zauważył że łakomie spogląda na córkę Kargula.
- Wicia, coś taki nienapasiony? Ja ci już ze sto razy mówił, że masz nienawidzić to Kargulowe plemię
- Tato. Jak ja się napatrzę, tak dobrze napatrzę i w nocy się przyśni, to ja jej tak nienawidzę, że strach.
- Utwierdzam się w słuszności sankcji jak Wicia z Samych Swoich - odpowiedziałem
Być może żona była rozespana, być może nie skojarzyła fragmentu, ale nie było dalszego ciągu tej rozmowy.
Za chwilę i ja sam wyłączyłem telewizor, gdy doszło do mnie jak owe artystki strasznie oszukują mnie na żywca.
Co jak co ale oszustwa nie lubię. Jak ja nie lubię.
Co zaś się tyczy jabłek to ich konsumpcja w naszej rodzinie jest spora i datuje się od czasu gdy Kremlem niepodzielnie rządził Leonid Breżniew.
Kupowałem na placu całą skrzynkę i trzymałem w chłodnym miejscu. Mieliśmy używanie.
Nasi Francuzi, zawsze kiedy zapowiadali się z wizytą, pytali zaraz – a jabłka będą?
Zawsze były, bez względu na politykę.

środa, 13 sierpnia 2014

Mówią - takie jest życie

Szok i niedowierzanie. Takie nagłówki towarzyszą informacji o śmierci Robina Williamsa
Szok i niedowierzanie. Tak mogę nazwać uczucie które ogarnęło mnie, gdy pierwszy raz usłyszałem tę informację w wiadomościach.
Od czasu kiedy obejrzałem Świat według Garpa a potem Good Morning Vietnam, Williams stał się moim ulubionym aktorem. Nie pamiętam już ile razy obejrzałem Stowarzyszenie Umarłych Poetów, którym to filmem jak najlepszym delikatesem nakarmiłem moje dzieci.
Ufam że wybrały z tego filmu coś dla siebie.
A Przebudzenie w duecie z De Niro ?
Podziwiałem go za to, że podniósł się z uzależnienia, dzięki temu jak twierdził mógł poświęcić się całkowicie aktorstwu.
Jak widać nie całkiem mu się to udało.
Ale był śmiech i żarty. Aktorstwu oddał mu się bez reszty i może tej reszty właśnie brakło.
No przecież do cholery jasnej ktoś kto opowiada dowcipy i żartuje ze wszystkiego, nie może mieć problemów w życiu, a już w ogóle depresji.
Może i Robin Williams to boleśnie udowodnił
Nigdy nie łączyłem wizerunku scenicznego z życiem prywatnym aktora, ale odniosłem wrażenie, że był dobrym człowiekiem, pełnym ludzkiego ciepła.
Dobrym ponoć jest najtrudniej.
Wrażliwym jeszcze gorzej.

***

A tan na marginesie umarłych poetów. Jestem świeżo po lekturze książki Mariusza Urbanka Władysław Broniewski Miłość Wódka Polityka, która jak wspominałem, zacząłem czytać w szpitalu.
Kto by się tykał teraz Broniewskiego?
Ja się tyknąłem bo chciałem wiedzieć jaki był poeta którego naprawdę bardzo lubiłem czytać.
Podobała mi się poezja, która równomiernie uderzała w uszy słuchacza niczym żołnierski but o bruk. Takie miałem skojarzenia jeszcze w ogólniaku i okazało się, że sam Broniewski tak się o niej wyrażał. Zazdrościł jednocześnie Skamandrytom, że ich wiersze są jak włosy ukochanej kobiety.
Jak się okazało, tak również potrafił pisać, ale nie w tematyce wielkich hut.
Książa zwaliła mnie dosłownie z nóg, no może z jednej bo druga po zabiegu jeszcze byle jaka. Pomimo, że to biografia czytało się niczym najlepszy kryminał. A przecież wiedziałem kto zginie na końcu i w jaki sposób.
Postać pełna sprzeczności, jak podsumował Marek Hłasko, który był jakiś czas sekretarzem poety:
Długo nie potrafił Broniewskiego zrozumieć. Komunista, który nie znosił partii, bolszewik odznaczany za odwagę w wojnie przeciw innym bolszewikom, więzień Stalina, którego sławił pięknym wierszem. Najbardziej polski poeta, jakiego można sobie wyobrazić. „Komunizm był mu potrzebny tylko z jednego powodu: ponieważ on, Broniewski, najbardziej lubił pisać o komunizmie"*
Bo kto pojmie, że ten legionowy żołnierz, bohater Krzyża Virtuti Militari, Bohater wojny z 1920 r więzień Radzieckiej Rosji i żołnierz Generała Andersa, został na końcu autorem poematu o Stalinie?
Niewielu wie, że jest również autorem wierszy o trudnych chwilach naszej historii jak smoleńskie mogiły. Tę jednak wiedzę skutecznie zacierano z życiorysu poety.
Poza tym Broniewski był pijakiem jakich mało. A pijak to ludzki gość.
Ludzki gość nie może zajmować się tylko spiżem, węglem stalą.
I nie zajmował się wyłącznie poważnymi tematami, ale to znów nie pasowało do oficjalnej biografii
Przy okazji mogłem prześledzić jak wygląda podejście poety do życia.
Pamiętacie taki obowiązkowy w szkole wiesz – Magnitogorsk albo rozmowa z Janem?
Jana chroni pancerz dialektyki, mnie cieniutki obłok poezji”
Nie wiem dlaczego ale ten cytat we mnie siedzi i jest kiedy go potrzebuję.
Wiersz powstał na bazie osobistych wrażeń z pobytu Broniewskiego w więzieniu
Pierwsza jednak wersja tych wspomnień powstała może jeszcze w celi brzmiała mniej więcej tak
 
Co nam zostanie z tych lat,
z tej celi wrednej,
gdy wreszcie skona już Wat
i Stawar biedny,
ciche marzenia i szept,
i sranie w kucki,
tu Jan odlewać się szedł,
srał Nowogródzki.*

Dwa wiersze jednego poety jak awers i rewers jednej monety
I dlaczego piszę o Broniewskim?
Dlatego, że nie pisze o polityce, a książka tylko podtrzymuje mnie w tym przekonaniu. Tak to już jest, że my maluczcy wiemy tylko tyle ile ktoś inny zdecyduje się nam przekazać. A to tylko wierzchołek góry lodowej.
Powtarzam się?
Być może
Kiedyś to się powtarzało. 


* cytaty pochodzą  z książki  Mariusza Urbanka
 Władysław Broniewski Miłość Wódka Polityka 

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Jaśniejsza strona życia ?

Kiedy pielęgniarka wbiła mi w żyłę wenflon a potem podłączyła do niego kroplówkę, doszło do mnie że to nie są żarty. Poczułem się nawet jak celebryta i jak celebrytę ogarnęła mnie nagła potrzeba zrobienia sobie w tej scenerii zdjęcia, tak zwanego|”selfies”i opublikowania go na Istagramie. Problem jednak w tym, że z Istagramu nie korzystam a na Facebooku poza wizytówką trudno znaleźć jakieś ślady mojej aktywności.
Podzieliłem się tą myślą z żoną która siedziała naprzeciw mnie, na swoim wózku i od niechcenia obserwowała swoją kroplówkę która schodziła zdecydowanie wolniej niż moja.
Rozparty w białym skórzanym fortelu, obserwowałem jak kropla za kroplą znika w pajęczynie mojego układu krwionośnego.
Przygotowana do zabiegu kończyna górna mojej żony zaznaczona została czerwoną strzałką, najpewniej w celu uniknięcia pomyłki.
- A ty nie masz strzałki ? - zainteresowała się ślubna – nie pomylą się?
- Z pewnością nie. Przecież nie mam buta tylko na jednej nodze, to chyba wystarczy dla orientacji.
- Odrzuciłeś tego buta niczym prorok sandał w „Żywocie Briana”
- I uważam, że zawsze trzeba patrzeć na jaśniejszą stronę życia.
Za chwilę w naszym pokoju pojawiła się starsza, elegancka pani w dużym słomkowym kapeluszu.
Tak ubrane starsze panie zdarzają się teraz niezwykle rzadko. Onieśmielają i zmuszają do poprawnego zachowania. A może tylko mi się tak wydaje?
Obecność starszej pani pokrzyżowała nam nieco pomysł na czekanie. Żona bowiem chłonęła jakiś szwedzki kryminał z Kindla, a ja pogrążyłem się w ostatnio wydanej biografii Władysława Broniewskiego. Musiałem się nieco skoncentrować bowiem czytałem na 4 calowym ekranie telefonu.
Czyta się jak dobry kryminał, a dodatkowo z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej zmienia się moja opinia nie tylko o poecie ale i o człowieku. Tragiczna postać z mocno zafałszowanym w PRL-u życiorysem. Starsza pani preferowała najstarszą metodę oczekiwania a mianowicie opowiadanie o swoich dolegliwościach i ocena profesjonalizmu lekarzy. Zżymała się przy okazji na jednorazową pelerynkę z fizeliny, którą siostra przełożona kazała jej założyć
-No i po co te koszty?
Opowiadaliśmy grzecznie, próbując złapać co nieco z tekstu. Co lepsze kawałki z książki odczytywałem żonie na głos i raz tylko niepotrzebnie zacytowałem rozmowę Broniewskiego z osobą która udzieliła mu pożyczki na wysoki procent. Już można się było domyślać narodowości bankiera .
To był dla naszej starszej pani samograj. Wygłosiła opinie na temat zdolności handlowych i sprytu przedstawicieli wyznania mojżeszowego. Podrzuciła też jakiś przykład, który ze względu na zupełny brak dramaturgii nie nadaje się do cytowania.
No nie podejrzewałem starszej i miłej pani o takie emocje.
Nie podjęliśmy dyskusji, a pani jako pierwsza wylądowała w zabiegowym.
- Na swój sposób to co robimy jest nowatorskie - powiedziałem do żony zaraz gdy pielęgniarka wstrzyknęła nam po porcji antybiotyku.
- Dlaczego nowatorskie – spytała żona?
No bo są wczasy rodzinne, rodzinne obiady, a nawet rodzinne muzykowanie. My postawiliśmy na nową jakość która nazywa się - rodzinne operowanie.
Wielokrotnie bywałem w szpitalu, towarzysząc małżonce i nigdy nie narzekałem na swoje zdrowie.
Zyskałem nawet u lekarza prowadzącego moja żonę opinię „faceta nie do zarypania”.
Wszystko jest jednak pierwszy raz.
Któregoś dnia pochwaliłem się swoimi problemami.
Szybka ocena sytuacji (brawo) i decyzja
- Jak wpadniecie na zabieg z żoną, to zrobimy to przy okazji.
Przy okazji? Trudno, już nauczyłem się z tym żyć. Czasem tylko chciałbym trochę inaczej.
Okazja trafiła się za dwa tygodnie. Ku zaskoczeniu swojego szefa wziąłem dzień wolnego, co w moim przypadku oznaczało zamknięcie firmy na trzy spusty. Z tym mam akurat za przeproszeniem
trochę do dupy. Stawiłem się jednak rano, gotowy do znoszenia cierpień i poświęceń. Zabrali żonę. Ja dokończyłem „okres Palestyński” mojego bohatera i czekałem na swoją kolejkę.
Pielęgniarka pojawiła się i zaprosiła do sali zabiegowej.
Kazali położyć się na wysokim, zabiegowym łóżku. Położyłem się
Kazali się rozluźnić. Postanowiłem, że z tym bez przesady.
Potem wystraszyli mnie, że trochę poboli, ale znieczulili. Okazało się, że to znieczulenie miało boleć. Kontrolnego kłucia igła już nie czułem.
Pojawił się znajomy doktor.
- Doktorze – zacząłem – jak widzę te wszystkie zabiegi wobec mojego małego problemu, to aż czuję wstyd, że Wam za przeproszeniem dupę zawracam.
Doktor podniósł głowę i odpowiedział
- Teraz czuje Pan wstyd a potem poczuje Pan żal, że się Pan zdecydował.
- Jak żal? Doktorze ja jestem w komfortowej sytuacji. Mówią, że bomba nie wpada do starego leja drugi raz. Moja żona wzięła pecha na klatę, a więc biorąc statystycznie, to ja jestem spokojny.
- No tak ale dla mnie to mogłaby być pierwsza bomba.
- To moja żona też już przerabiała i to się nazywa błąd lekarza. A więc może pan ciąć spokojnie.
Po dwudziestu minutach byłem kompleksowo oprawiony.
Rzuciłem jeszcze na pożegnanie dwa dowcipy o chirurgach, dziwiąc się, że młody doktor zdobny w czapkę z samochodzikami ich nie znał.
Wróciłem do sali gdzie oczekiwała żona. Na operowaną nogę ubrałem luźny klapek i choćby przez różnice wysokości podeszwy w bucie i klapku utykałem koncertowo.
Spakowaliśmy się i podjechaliśmy pod windę. Gdyby ktoś z Was stał w tej chwili przed wejściem do szpitala oczom jego ukazałby się następujący widok:
Na wózku siedzi kobieta Z zabandażowaną prawa ręką i wystającym z bandaży wskazującym palcem który zdaje się fuckować. Za nią, nie wiadomo czy bardziej pchający czy przytrzymujący się wózka mocno utykający facet w jednym bucie i jednym klapku.
- Wiesz co kochanie? wyglądamy jak ucieleśnienie powiedzenia wiózł ślepy kulawego.
- Też sobie o tym pomyślałam – odparła.
Dobrze, że nie widział nas żadem policyjny patrol, bo ze zdziwieniem pewnie by zauważył, że facet niezdarnie upycha kobietę w samochodzie, a potem sam wpycha się za kierownicę i powoli odjeżdża.
Tak to zakończyło się nasze hardcorowe, piątkowe doświadczenie.
A gdzie tam zakończyło.
Po powrocie ukazało się, że suka odkryła ogród sąsiadów i korzystając ze szpar w siatce co chwila witała ich, radośnie merdając ogonem.
Są rzeczy ważne i ważniejsze – stwierdziłem i wziąłem się za uszczelnianie płotu.
W piątek i sobotę co jakiś czas przypominała mi się jednak prośba leka,rza.
- Niech pan posiedzi kilka dni z nogą do góry.
Zakładając deseczki przy samej ziemi raczej wystawiałem tyłek do góry, bo na zaopatrzonej nodze ani klęknąć ani przykucnąć.
Potem puszczałem sukę na wybieg i notowałem w pamięci którędy uciekła. Tak to metodą prób i błędów już w niedzielę odniosłem pełny sukces, bo suka mocno obszczekała ogrodzenie i niechętnie wróciła pod taras by położyć się w cieniu jabłoni.
Posiedzę z pół godziny z tą nogą do góry, żeby nie całkiem kłamać doktorowi.
Po kwadransie zadzwonił domofon. Rozpoczęła się celebra niedzielnych wizyt.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Plusy i minusy czyli takie tam sobie

Jest prawie jak w „Misiu” Mój ogród ma swoje plusy ale i swoje minusy. Muszę bardzo uważać żeby te minusy nie przesłoniły mi ewidentnych plusów wynikających z jego posiadania.
Zaraz po koncertowym zbiorze lawendy, która udała mi się bardziej niż przyjaciołom z południa Francji, przyszedł czas klęski. Zaraza pojawiła się nie wiadomo skąd i błyskawicznie zżarła pomidory. Atak był niespodziewany a wobec ogromu zniszczeń na nic zda się pryskanie miedzianem. To pomoże jak umarłemu kadzidło. Szkoda bo piętnaście krzaków poszło jak to mówią w piz...u. ( sorry takie mamy emocje)
Wyrywam rośliny. Krzaki spalę a owoce zakopię. Małym pocieszeniem jest to, że u sąsiadów z pomidorami jest to samo. Nie potrafię z tego czerpać gorzkiej, polskiej satysfakcji.
Dla równowagi na wyraz obrodziły dynie. Piszę nad wyraz, bowiem sadziłem miniaturki o pokręconych kształtach, z własnych nasion a wyrosły dorodne kule o wadze co najmniej pięć kilogramów. Przed nimi jeszcze sierpień, a więc to z pewnością nie są miniaturki. Roślina wije się po siatce i przy takim urodzaju gotowa połamać siatkę ogrodzeniową. Ciekaw jestem kto i czym je zapylał.? Już wiem dlaczego sąsiadka mówi, że dynie to roślinne dziwki, bo chętnie krzyżują się z ogórkami i cukiniami.
Wychodzi na to, że to taka roślinna Sodoma z Gomorą.
Ogórki pęcznieją niezrażone i wystarczy chwila zaniechania by zamiast rozkosznych korniszonów mieć materiał wyjściowy wyłącznie na mizerię.
Renkloda ugina się pod ciężarem owoców. Po przerobieniu 15 kilogramów na dżem, żona poddała się. Pozostaje zaprosić sąsiadów do ogrodu. Byle nie w tygodniu, ponieważ wiem czym pachną takie wizyty.
Na podsumowanie pokażę jeszcze zdjęcie kaktusa.


Wiem że Was nimi katuję, ale on kwitnie na raty i okazało się, że te dwa razy po jednym kwiatku to tylko prolog. Teraz sześć kwiatów dumnie wystawało nad kolcami. Niestety tylko przez kilka godzin.
Wszystko zaś dokoła podgryza nasza suka, która niczym odkurzacz wsysa wszystko co znajdzie na swojej drodze. A włókninę potrafi wyciągnąć spod każdej warstwy kory. Poza tym jest nieustannie uroczym, obdarzonym ADHD psiakiem. Wytrwamy jednak ten przejściowy w końcu okres dojrzewania.
Kota jako starsza od suki, traktuje ją z wyrozumiałością i nie ucieka już w popłochu. Powoli, dostojnie kiwając ogonem przechodzi przed nosem śpiącego psiaka, a kiedy ta merdając ogonem rzuca się do niej radośnie, kota jednym skokiem lokuje się na parapecie lub schodach liżąc łapę.
To chyba takie kocie „struganie marchewki” czyli robienie wariata z suki.




Tolerowane jest już lizanie łapy ale pod żadnym pozorem podgryzanie. Tego kota z reguły nie wytrzymuje i szybko opuszcza towarzystwo.
Sąsiedzi zapatrzyli się na moje zabezpieczenie ogrodu i sami upychają prześwity w bramie za pomocą plastikowej siatki.
Wczoraj przy okazji poszukiwań suki, dowiedziałem się, że ich pies zrobił psikusa swoje psiej siostrze i zapylił ją. Jak tu nie wierzyć, że pewne rzeczy są dziedziczne. Jej matka pekińczyk mix została matką przy okazji pierwszej cieczki.
Może ten dowód męskiego zachowania psa sąsiadów nie były najgorszy. Stare ludowe przysłowie mówi bowiem ,że i pies by nie wziął gdyby suka nie dała.
Gorsze jest to, że biednego Antka (sic!) przy okazji oskarżono o zaduszenie kury sąsiada, co i dla mnie jest czystą prowokacją. Sam widziałem jak jego matka siedziała nad kurzym ścierwem, odganiając swoje dzieci które chciały skubnąć chociaż za skrzydło.
Ponieważ mamuśka działała w warunkach recydywy, a pewien hodowca powiedział, że łeb urwie suce jak zginie jeszcze jedna jego kura, więc poszło na biednego Antka.
Plastikowa siatka ma wyeliminować możliwość rzucania podejrzeń. Bo dla psa będzie jak małe piwo przed śniadaniem.
Swoją drogą dziwi mnie trochę maniera nadawania zwierzętom ludzkich imion.
A może wobec tego co dzieje się wokół nie powinno mnie to dziwić, bo to w końcu tylko reszta z piątki wobec innych spraw do których już podchodzę bez emocji.
Niestety bez emocji nie potrafi podchodzić do życia moja małżonka.
Od dwóch dni próbowała załatwić sobie transport medyczny do szpitala poza Krakowem. Nie z powodów bynajmniej turystycznych. Zlecone czynności medyczne nie są wykonywane na miejscu.
W Krakowie nikt ich nie robi.
Lekarz w tamtym szpitalu powiedział - tak, NFZ odpowiedział, że prześle pismo w terminie trzech dni na adres żony. To bardzo ciekawe bo wizyta miała się odbyć we czwartek. Nie odbędzie się jednak, bo wiadomo nieoficjalnie, że decyzja będzie odmowna.
Na usta cisnął się tylko jeden komentarz na który zdobyła się małżonka w rozmowie z przekazującą wiadomość urzędniczką.
- Od dzisiaj wiem już gdzie jest największy elektorat Korwina Mikke. Jest w NFZ ecie - wyrzuciła z siebie na podsumowanie.
Może to dobrze, że suka skacze jak sprężynka i obszczekuje ogórki. Przyda się jakaś przeciwwaga