czwartek, 31 lipca 2014

Święci z kukurydzy

„Kochaj albo rzuć”  tak zatytułowany był trzeci odcinek sagi o Kargulu i Pawlaku. Jest tam taka scena: jadąca samochodem Ania widzi po drodze z lotniska stojący w głębi pomnik Kopernika. Uśmiecha się i mówi - taki sam jak u nas.
- Tak - odpowiada kierujący wozem Polonus - ale ten jest największy.Zaraz też dodaje - U nas wszystko jest największe. Największe buldingi, największe cary i największe bridże. Tak to chyba brzmiało,przepraszam ale cytuję z pamięci.
Rozśmieszyła mnie ta amerykańska gigantomania i nawet nie podejrzewałem, że moda na „największe na świecie” dotrze i do nas. Dziwnym trafem gigantomania związana jest z kościołem. Z kościołem w znaczeniu budynków oczywiście. Spowszedniał nam Licheń, bo całkiem niedawno Chrystus ze Świebodzina był the highest.  Nic nie jest jednak stałe, a wszystko ewoluuje.
Czytam  ja sobie w „Na temat” z dnia 18.07.2014 :  Oto największy Jan Paweł II na świecie. Zajmuje 4 tys. metrów kwadratowych i powstał w kukurydzy pod Kielcami. Pogrążyłem się w lekturze:
„Zespół pałacowy w świętokrzyskich Kurozwękach to dziś świetnie wyglądający hotel, ale jego właściciela to najwyraźniej nie satysfakcjonuje. Dlatego wpadł na pomysł, żeby rzecz uatrakcyjnić ogromnymi labiryntami w kukurydzy. Najnowszy ma kształt Jana Pawła II.”
To czysto komercyjna inicjatywa bowiem „ Obraz największy na świecie podziwiać będzie można do połowy października, kiedy to kukurydza zostanie ścięta. Do tej jednak pory portret będzie cieszyć dorosłych za równowartość 2 papieskich kremówek (6 zł - dzieci zapłacą 2 zł mniej).”




I wszystko niby w porządku. Ktoś wymyślił sposób na zarabianie, bo ponoć na pielgrzymach zarabia się najlepiej. Nic wyjątkowego, gdyby nie jedna wypowiedź która na podsumowanie  położyła powagę całej informacji.
- Skąd pomysł, żeby uwiecznić w ten sposób akurat papieża Polaka? - pyta redaktor portalu
- Nasze labirynty związane są z ważnymi wydarzeniami, a takim była w tym roku kanonizacja Jana Pawła II – tłumaczy Katarzyna Ciamaga (odpowiedzialna za otwarcie).
Zaraz też dodaje, że wcześniej upamiętniono między innymi przyznanie Polsce organizacji Euro, św. Jakuba a także... Koziołka Matołka.
No cóż, lubię wino ale nie pijam go w każdym towarzystwie. 
 

wtorek, 29 lipca 2014

Bez przebaczenia

To całkiem niewakacyjna informacja sprzed kilku dni:
„W amerykańskim stanie Arizona prawie dwie godziny trwała wczoraj egzekucja skazanego na śmierć za podwójne morderstwo Josepha Wooda. Mężczyzna dostał śmiertelny zastrzyk, który jednak przez ponad godzinę nie zadziałał.”
Coś mi to przypominało i nie musiałem długo szukać by znaleźć informację sprzed roku.
„W październiku podczas wykonywania wyroku na Williamie Happie, dziennikarz AP twierdził, że był on dłużej przytomny i dłużej wykazywał odruchu niż inni skazańcy, których wcześniej pozbawiano życia”
Nie jestem zwolennikiem kary śmierci, ale jeżeli są kraje w których wykonuje się je zgodnie z prawem, powinna być ona wykonywana w sposób humanitarny i to bez względu na to jak skrzeczy to zestawienie słów.
Karę śmierci wykonuje się w USA w 35 stanach, z czego niemal we wszystkich poprzez wstrzyknięcie trucizny.
Jakoś tak się złożyło żę tym kraju wielkiej wolności ponad trzy czwarte stanów ma karę śmierci w swoim kodeksie.
Jak można wykonywać wyroki pokazuje najlepiej film „Zielona mila”. Można zachować się jak człowiek lub nie.
Co jakiś czas dochodzą do nas informację o dzikich sposobach wykonywania wyroków śmiercią w Korei Północnej. gdzie sfora zgłodniałych psów jest tylko jednym z wielu metod. Pomysłowość rządzących nie zna tu żadnych ograniczeń. Swoją drogą, z dręczenia, torturowania i zabijania, uczyniono całkiem dochodowy przemysł i to na całym świecie. Nie wyłączając nawet tych krajów w których własny naród został tragicznie doświadczony.
Dlaczego tak mi sę wydaje i co idzie w Stanach z tym dręczeniem skazańców?
Śmiertelny zastrzyk to w istocie mieszanina trzech składników. Jednym z nich jest Tiopental Jest on używany do pozbawienia więźnia świadomości, dwa następne składniki - do wywołania paraliżu i ostatecznie zatrzymania akcji serca.
Problem w tym, że firma produkująca tiopental, ogłosiła, że nie będzie go już wytwarzać.
Producent, firma Hospira, chciał co prawda kontynuować produkcję na terenie Włoch. Zrezygnował jednak z tego pomysłu, gdy okazało się, że unijne przepisy zabraniają wywozu tej substancji do USA ze względu na jej przeznaczenie. Firma zrezygnowała więc całkowicie z jej produkowania. Na terenie USA jest ona według firmy niemożliwa.
Wszystko w porządku. Unijne sumienie triumfuje.
Problemem jest jednak prawo, które w USA cały czas obowiązuje. I chociaż pod projektem jego zmiany mógłbym podpisać się obiema rękami, to co zrobić w tak zwanym okresem przejściowym?
Boże jak to brzmi? Procedurę zlikwidowania iluś osób nazywam okresem przejściowym.
Wiem można by zastosować moratorium. Badania opinii publicznej wskazują jednak że większośc amerykanów opowiada się za utrzymaniem kary śmierci.
Póki co Amerykanie radzą sobie więc jak mogą.
W śmiertelnym koktajlu zastosowano propofol, oraz planowano wykorzystać jeszcze kilka innych preparatów. Niestety nikt jeszcze nie przetestował go do wykonywania wyroków śmierci. Poza tym producent tego preparatu, jedna z firm niemieckich, nie zgodził się na użycie go w "zastrzyku śmierci".
Jak na końcu artykułu zauważa agencja prasowa, poszukiwania środka zastępczego dla tiopentalu mogą trwać miesiącami lub dłużej. Póki co komponuje się śmiertelne koktajle w oparciu o inne środki.
Póki co ich skuteczność obserwuje w trakcie wykonywania wyroku śmierci.
Przeciwnicy kary śmierci demonstrują w USA. Ich protesty przeciwko egzekucji kolejnych osób nie przynoszą rezultatu.
Nie wiem co myśleć na ten temat bo targają mną sprzeczne emocje.
Z jednej strony producent zastosował jakąś formę klauzuli sumienia, skazując innych swoją decyzją na udręczenie przed śmiercią.
Z drugiej strony słyszałem wypowiedzi rodzin ofiar tych zbrodniarzy które uważają, że wszystko jest w najlepszym porządku, a cierpienia skazańca i tak małe wobec ogromu zbrodni jakiej się dopuścili.
Gdzieś tam daleko w głowie echem odbija się powiedzenie Starego Talara, ojca głównego bohatera filmu „Dom” - Żyj tak by inni przez ciebie nie płakali.
A jeżeli my mamy się za lepszych to to poczucie zadowolenia z własnych cech narodowych troszeczkę zepsuję. Wczoraj słuchałem rozmowy dziennikarza radia TOK FM z prof. Joanną Senyszyn. Otóż okazało się, że w przeprowadzonej wśród studentów anonimowej ankiecie, prawie 90 % osób opowiedziało się za stosowaniem kary śmierci. Co więcej 40 % mogłoby na taką karę skazać, a 10 % karę te mogłoby wykonać.
Piękny odsetek katów jak na jedno społeczeństwo – podsumował dziennikarz.
Jak widać anonimowość ośmiela nie tylko w Internecie.

Na podstawie artykułów w Onet i Wyborcza.pl

czwartek, 24 lipca 2014

Lat mi ubywa

Nowa mieszkanka naszego domu bez stresu zajęła należne jej pierwsze miejsce. Nie zanotowaliśmy żadnych oznak zagubienia czy smutku. Zauważyliśmy, że ogród bardzo przypadł jej do gustu i gotowa z niego nie schodzić do momentu, aż pada ze zmęczenia i zasypia byle gdzie.
Nie będziemy na razie ustalać kto jakie miejsce zajmuje w hierarchii bo na to przyjdzie czas.
Póki co śpi na posłaniu w moim pokoju, a gdy kładę się do łóżka przenosi się na owczą skórę koło mojego łóżka. Poczyniła też pierwsze próby wejścia do łóżka, ale są rzeczy w których jestem konsekwentny. Ponieważ nie leżała tam jeszcze nie jest w swoich żądaniach natrętna.
Ze się złamię?
Nie. Z poprzednim bokserem też się nie złamałem. I obaj szanowaliśmy ten układ.
Wczoraj zatykałem wszelki szpary w ogrodzeniu wokół posesji,ze szczególnym uwzględnieniem zbyt szerokiego rozstawu profili w bramie wjazdowej i furtce..Poszło na to piętnaście metrów siatki plastikowej o wysokości 60 cm i dwie paczki plastikowych spinek. Po robocie pozostało mi tylko osiem centymetrów niezagospodarowanej siatki co znaczy że może po raz pierwszy przemyślałem wysokość zakupów.
Sunia dzielnie asystowała nam przy tych pracach, zabierając wszystko spod ręki Raz był to kawałek siatki, raz paczka spinek, a na koniec nawet dość ciężkie ogrodnicze nożyczki.
Teraz jestem nieco bardziej spokojny. Istnieje szansa na to, że suka nie ucieknie niespodziewanie, a i wizyty wiejskich burków też zostaną zminimalizowane.
W końcu dopiero po pierwszej dekadzie sierpnia idziemy na drugie szczepienie Trzeba zachować ostrożność. 





Ganiam teraz po bezpiecznym ogrodzie w towarzystwie psa. Szarpiemy zabawki, patyczki i przy tym wszystkim mam oczy dookoła głowy.
Mówiąc z większym optymizmem, czuję się tak jakby ubyło mi kilka lat. Może nawet więcej niż kilka biorąc pod uwagę niedospanie.
Mała z radością załatwia swoje potrzeby na ogrodzie, a jak jest w domu to należy zachować czujność, bo swoje potrzeby sygnalizuje. Dzisiaj rano skrobała w szybę. Zauważyłem i opłaciło się.
Padający z wczoraj na dzisiaj deszcz nie był jej w smak. Nie chciała wchodzić w mokrą trawę tylko gnała do domu, załatwiając sprawę zaraz za drzwiami.
Kota dalej nie odważyła się na kontakt z psem, może dlatego że gdy mała ja zobaczy, gna na złamanie karku, machając radośnie ogonem. Być może to machanie kota odczytuje opacznie.
Znika na dłuższe chwile z domu ale pojawia się w porach karmienia. Dzisiaj w nocy dwa razy weszła do mojego pokoju, pewnie po to żeby zobaczyć z bliska śpiącego szczeniaka.
Nie posądzam jej o prowokację, ale mała natychmiast podrywała się radośnie i ganiała za nią aż do schodów. Postęp znaczy jest i być może to zasługa sesji terapeutycznej jaka odbyła się wczoraj.
W odległości metra od siebie usiadł Starszy z psem na kolanach i żona siedząca na stałe, z kotem na kolanach. Nikt nikogo nie napuszczał na siebie i nie zmuszał do pospiesznego kontaktu. Zwierzaki obserwowały siebie w spokoju, o ile można mówić o spokoju w zachowaniu szczeniaka boksera.
Rano jak zwykle zauważyłem, że zmokła kota przytargała równie zmokłe mysie truchło na parapet pokoju żony. Moja metoda chyba więc działa. Przymykam okno tak, żeby kota nie weszła tylko musiała zamiauczeć. Do tego miauczenia musi wypuścić mysz z pyszczka, a potem gdy okno się uchyli, szybko wbiega i z radości zapomina o biednej myszy.
Metoda zapożyczona z bajki o kruku serze i lisie. Nieco tylko zmodyfikowana.
W ogrodzie nastał czas zbiorów. 

Dojrzały brzoskwinie na złamanym drzewie wyglądają fantastycznie. Są duże i mocno czerwone. Z powodu psa zapomniałem na dwa dni o zbiorze ogórków. Większość tych co zebrałem wczoraj, nadaje się już tylko na mizerię Nie szkodzi, bardzo ją lubię, koniecznie z solą i pieprzem. 


Trochę mniejszych leży już w kamionkowym garze i zasadza się na małosolne.
A w sobotę impreza. Opijamy „mecenasa” naszego Starszego. Przygotowałem specjalny trójnóg do kociołka który kiedyś sprezentował mi syn. Będzie gulaszówka , czyli z węgierska bogracs.
To będzie mój bogracsowy debiut i aż się boję, bo nasycenie mecenasów na jeden metr kwadratowy powierzchni wokół ogniska będzie rzeczywiście spore.
Wszystko jest względne, a najważniejszy jest punkt odniesienia. Kiedy spotkałem się z poprzednią właścicielską naszego obecnego domu i opowiedziałem jej o wyjeździe na gorczańską wieś oraz o pewnej imprezie którą zmontowałem na szybko w ogrodzie, ona spojrzała na mnie z nieukrywaną zazdrością i powiedziała
- Panie Antoni zazdroszczę. Państwo prowadzicie bardzo aktywne życie towarzyskie.
Tym stwierdzeniem wprowadziła mnie w pewne zakłopotanie, bowiem do tej pory odnosiłem wrażenie, że jest raczej odwrotnie. Znajomi jakby rzadziej pojawiają się na tarasie, a ilość dzwonków telefonicznych jakby mniejsza. Mniejsza? może to prawda. tylko względem czego?
Być może kiedyś to my prowadziliśmy rozbuchane życie towarzyskie?
No bo w końcu co jest normą?
Ile towarzyskich spotkań jest normą, a co jest przegięciem?
Albo, kiedy przestaje się być biednym a staje bogatym?
To jest akurat proste do określenia.
Przeczytałem w "Biedny seks"źródło: dziennik.pl/Media, że:
Naukowcy z Newcastle University przeanalizowali seks pięciuset par żyjących na terenie Chin. U kobiet posiadających zamożnych partnerów zaobserwowano znacznie silniejsze orgazmy, przeżywane z „dużą ekspresją”. Partnerki biedaków patrzyły w sufit i czekały na koniec.
A więc, jeżeli twoja partnerka ekspresyjnie krzyczy ci do ucha, to znaczy, że jesteś bogaty. Jeżeli odbywacie cichy seks, śmiało możesz opisać do Miejskiego Centrum Pomocy Najuboższym.




wtorek, 22 lipca 2014

Co tu dużo mówić


Co tu dużo mówić, rozpisywać się. Wczoraj nasze wiejskie gospodarstwo powiększyło się.
Ośmiotygodniowa suczka przejęła kontrolę nad pozostawionymi niedbale butami czy innymi częściami garderoby. Pojawienie się psa zmusi z pewnością naszego Młodszego do zmiany podejścia do swojej garderoby.
 

Zaraz po powrocie pojawił się Starszy wraz z  Żoną  targając ze sobą  przynieśłi psie prezenty.
Niektóre wyglądały jakby projektant sex-gadżetów dorabiał sobie na boku projektując psie zabawki.
Psu a raczej suczce kształt nie stanowił problemu. Najważniejsze, że w miękką  gumę wbić można ostre jak igiełki zęby.   
 

Zaraz potem pojawili się sąsiedzi, bowiem żona przed wyjazdem obdzwoniła wszystkich dookoła.
Zaraz tez zrobiła się impreza powitalna, ograniczona w jakości świętowania do dwóch butelek wina, ze względu na to, że każdy z nas dojeżdża samochodem do pracy.  

Wszyscy oszaleli z wyjątkiem kota który zachował dystans i stoicki spokój. Sierśc zjeżyła mu sie dopiero wtedy gdy maluch zacząl wyjadać z jej miski co lepsze kąski. Tego dorosły kot nie zniósł. Zjeżył sierść i wycofał się na taras
W nocy zaś, kota bezgłośnie wślizgnęła się do domu. Opróżniła michę pozostawiając nam w prezencie  świeżutko upolowaną mysz.. Tym razem mysz była skutecznie pozbawiona życia . Dwie poprzednie goniłem po nocy z kijem od miotły, kota zaś wskazywała mi gdzie uderzać.
Psu zaś nad wyraz spodobała sie owcza skóra która leży przy łóżku w moim pokoju.
Sama zaś po kontakcie z futrem wygląda niczym Mikołaj. Z pyszczkiem oblepionym wokół białymi kłakami.
Idzie chyba inna jakośc naszego życia. Noc minęła nadspodziewanie spokojnie.
Wszystko to wyłącznie na naszą prośbę, Czekaliśmy na to wiele lat. Poprzedni  pies, również bokser, odszedł od nas dokładnie trzynaście lat temu..    
Gdy wyjeżdżałem spod domu żegnała mnie swoim kocim spojrzeniem inna futrzasta dama, bezpiecznie siedząca na  dachu drewutni.
Aż żal było wyjeżzać do pracy.



piątek, 18 lipca 2014

U kowala

Ktoś widział jak kowal podkuwa konie? Wszyscy?
Nim odbyłem wizytę z klasą do kuźni, najpierw wyobraźnię do białego rozpalił mi Elementarz A. Falskiego gdzie opis kucia się znajduje. Opis krótki, ale rysunek dokładny.
Zderzenie z rzeczywistością pokazało, że w życiu znacznie więcej jest barw szarych, bo i sama kuźnia była mocno zakurzona, a asystujący kowalowi właściciel konia mocno w trakcie obsadzania podków wyklinał na konia. Taka by była moja wiedza w tym temacie gdyby nie to, że kiedyś tam kupiłem dom w Gorcach i miałem okazję poznać to co wiejskie tradycyjne i zamierające..
A więc byłem (w towarzystwie właściciela ) z krową u byka i to w dobie powszechnej sztucznej inseminacji.
Odwiedziłem kowala by wykuł mi zawiasy do starych drzwi i kołodzieja by zamówić drewniane koło do wozu. Brałem mąkę z otrębami wprost od młynarza, a jeszcze ciepła gorzałkę od znajomego ze wsi
Odwiedziłem pustelnika mieszkającego wśród gorczańskich lasów i widziałem chyba ostatniego cyrulika który w niedzielne południe po kościele, rwał zęby w cieniu lipy.
Z pewnością wesołe było życie kowala skoro naród wyśpiewywał o nim że
„Kowal kuje, popierduje, a kowalka groch gotuje.”
Poza tym to zawód dający prestiż i szacunek we wsi nie mniejszy niż wspomniany już młynarz, a może nawet większy. Powszechnie bowiem było wiadomo, że jak taki robiący ciężkim młotem na co dzień przywali w ryja, to adresat ciosu nie ma prawa już się podnieść.
Mijały lata, technika do spółki z informatyką pokazała na co ją stać i tradycyjne zawody zaczęły odchodzić w mroki niepamięci.
Na co fachowcy gdy wszystko wydrukuje nam drukarka 3D ?
Młodzi też przestali się garnąć do zawodu, bo przecież najlepszą sylwetkę wyrzeźbisz na siłowni wspomagając się białkowymi odżywkami.
Kto byt tak chciał ciągłej roboty, a w uszach kołacze się jeszcze piosenka zespołu „Dwa plus Jeden”
U kowala czarna robota
u kowala młode czerwienie
u kowala rzadko sobota, płomienie
U kowala czarna robota
u kowala wielka tęsknota
u kowala młotów rozmowa i gwar
u kowala żar
Swoją drogą zauważyłem, że dwa plus jeden to trzy, a biorąc pod uwagę mieszany charakter zespołu można by śmiało powiedzieć - Oni stanowili pierwsze „Ich troje”
Wracając jednak do sedna.
Wczoraj na ulicy zauważyłem taki oto samochód



A więc jednak wszystko w porządku. O kowala po prostu upomniała się nowoczesność i teraz to nie koń do wozu a wóz do konia podjeżdża i zakłada nowe buty.
Tylko mi trochę smutno tych iskier rozpryskujących się dokoła w czasie gdy wielki kowalski młot uderza w rozpalony kawałek żelaza.
Parafrazując klasyka ( klasyczkę ), czy rzeczywiście
Dziś prawdziwych kowali już nie ma
Bo czy warto w kowadło się tłuc
Chińską kupisz podkowę z allegro
Zamiast kurzu co wpadał do płuc
Dawne życie poszło w dal,
dziś na zimę ciepły szal,
tylko koni, tylko koni, tylko koni, tylko koni żal.
 
Nie konie mają się dobrze jak widać na załączonym zdjęciu.
To nas żal najbardziej, bo technika zabrała nam cepeliowskie widoczki.

wtorek, 15 lipca 2014

Droga którą idę

Droga, którą idę jest jak pierwszy własny wiersz,
Uczę się dopiero widzieć świat jaki jest.
Kto tego nie nucił w okresie szczytowej popularności Czerwonych Gitar ?
I co ?
I wiele się zmieniło od tego czasu. Wiersz już u mnie nie pierwszy a przyjdzie czas, że będzie ostatni.
Świat poznałem chociaż cały czas mnie zaskakuje. Sam wyznaję też zasadę, że jaki świat jest każdy widzi.
I chociaż przestałem być młodym pięknym i gniewnym, a w myśl cytowanego już wielokrotnie powiedzenia Jonasza Kofty, jestem raczej starym wkur ...onym, to jedno pozostaje niezmienne - korzystam z drogi.
Napisałem korzystam, bo z wiekiem coraz częściej nią jadę niż idę.
W czasie mojej ostatniej wielkiej transformacji, zamieniłem wygodne miejskie chodniki i asfalty ulic na sielsko - wiejski krajobraz.
Z asfaltowej drogi biegnącej przez wieś zboczyć trzeba na gminą, błotnistą po deszczu, pylącą w skwar, upstrzoną dziurami w których można przy odrobinie pecha zostawić zawieszenie.
Reprezentuje myślenie pozytywne dlatego bażanty i zające ganiające od światu po tej naturalnej nawierzchni, rekompensowały mi niedogodności komunikacyjne.
Innego zdana była moja Ślubna Małżonka, dla której dziury w drodze były skuteczną blokadą życia.
A tu by dusza chciała do ludzi. Bratać się, bratać z mieszkańcami niczym gombrowiczowski Miętus. Oczywiście bez przesady, bo żadne z nas nie zamierza brać w gębę.
Kierujący transportem sanitarnym narzekali na zużycie sprzętu, a lekarze, pielęgniarki i wszelkiej maści fachowcy doliczali sobie instynktownie za utrudnienia.
Pisaliśmy prośby, dokładali załączniki, bo nawet ksiądz proboszcz obiecał, że swoje dopisze.
Nie skorzystaliśmy jednak z tej propozycji, mając na uwadze świecki charakter państwa. Pisma w końcu adresowaliśmy do Gminy.
Pisma chwytające za serce i mające rozluźnić żelazny uchwyt jakim urzędnicy trzymają gminny budżet. Odpowiedź zawsze ta sama – brak środków w budżecie.
Ostatnio zazdrosnym okiem obserwowaliśmy jak wzdłuż głównej drogi robotnicy układają kostkę. 


- Jednym wszystko, innym nic – zdawało się, że mówią do siebie mieszańcy ulicy.
Aż tu nagle w piątek wieczorem, kiedy miałem otworzyć tradycyjną butelkę wina, pojawiła się maszyna do układania nawierzchni. Za nią ciężarówki ze żwirem i bus z robotnikami. W godzinę ułożyli i utwardzili nawierzchnię. Dwa osiemdziesiąt szerokości i dwieście metrów długości.
Szczęki opadły nam bardziej niż po pavulonie, ale jak po pavulonie nie mogliśmy wydobyć z siebie głosu.
- To do poniedziałku – powiedzieli na odchodnym operatorzy maszyn drogowych.
W sobotę i niedzielę podchodziliśmy do miejsca w którym parkował sprzęt. Wszystko się zgadza, maszyny stoją jak stały.
Nikt nie mówił za wiele by nie zapeszyć. Ileż to już razy na posypaniu drogi żwirem się skończyło?
W poniedziałek z samego rana, jak codziennie udałem się do pracy, wyklinając jednak na brak możliwości wzięcia urlopu na życzenie. Wróciłem z niej po świeżej i jeszcze ciepłej bitumicznej nawierzchni.
Tylko ostatnie dwadzieścia metrów przejechałem drogą utwardzoną jedynie, ale to moja prywatna droga i w związku z nią nie ma żadnych, ale to absolutnie żadnych oczekiwań wobec Gminy. Ją zaś staram się utrzymać w dobrym stanie technicznym.
A gdyby tak tę swoją drogę nazwać jakoś?
Jakoś tak inaczej jechało po nowej nawierzchni. Auto nie jęczało i niepotrzebne już były wyrobione naprędce umiejętności lawirowania pomiędzy dziurami.
Zaraz po obiedzie zmotywowałem żonę do spaceru.
Nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł. Z końca w koniec spacerowali ludzie a obok jeździły na rowerach małe dzieci. A i starsi popylali niby przypadkiem i za potrzebą.
Tylko koty unikały jakoś ciepłej jeszcze nawierzchni. Pewnie próbując wcześniej przygrzały łapy.




Czysto, równo i tak nieprawdopodobnie lekko. Aż dusza rośnie.
Cieszyliśmy się tą nowością zanim krowy obłaskawią sobie nowy trakt do stajni, na swój własny krowi sposób.
Przez chwilę czuliśmy się jak na deptaku w Szczawnicy czy Krynicy. I tylko pijalni z wodą brakowało dla zdrowia. Za to sąsiad cały czas proponował by wypić za zdrowie drogi. Może to i pomysł, w końcu okowita ma swój początek w łacińskim określeniu woda życia (aqua vitae).
Nie skorzystałem jednak, bo w tygodniu nigdy nie kuszę losu. Sam jestem kierowcą swego samochodu.
Kiedy wróciliśmy do domu, pozostało tylko zebrać ogórki które zaczynają dojrzewać na potęgę. 


Trochę papierówek podarowaliśmy sąsiadom, nasze starsze dzieci wzięły cukinię, a na parapecie doszły już pierwsze brzoskwinie ze złamanego drzewa.
Jednym słowem jak to na wsi.

piątek, 11 lipca 2014

A po burzy ...

- Spójrz  - powiedziałem do żony - Przyroda sprawiedliwa jest i czasem zabiera, czasem zaś daje.
Wracałem właśnie z ogrodu po pracach porządkowych  i kątem oka zauważyłem, że kaktus zakwitł.  


To już drugi raz w tym roku. Dodatkowo widzę, że przygotował jeszcze kilka pączków.
- To wyrównuje te połamane drzewa? - spytała żona
-Nie ale  dodatkowo otrzymałem trzy krecie kopce. Po jednym za każde obłamane drzewko. W sumie to chyba sprawiedliwe nie?
- Nie wiem czy rekompensata w postaci krecich kopców jest sprawiedliwa. 
- Tak to spytaj sąsiadów zza siatki. Ostatnio spoglądali na nasz trawnik  i narzekali, że to niesprawiedliwe bo wszystkie krety mieszkają w ich ogrodzie.
Teraz przynajmniej jeden nas pokochał.  Będę jednak dla niego homme fatale już poczyniłem kroki w tym kierunku. 
I kiedy tak staliśmy i podziwialiśmy kwiat kaktusa w pełnym rozkwicie pojawili się sąsiedzi. Sąsiedzi od kota, bo ci od kretów pojawią się dopiero dzisiaj. 
- Pokarmicie nasze koty, przez te trzy dni? - spytała sąsiadka
Zaraz jednak poprawiła się - Naszego jedngo, bo ten drugi to już nie nasz.
Jakby na potwierdzenie tych słów pojawiła się kota. Wyszła zza drzwi wiatrołapu, przeciagnęła sie i z miną sfinksa przeszła obojętnie koło nich.  Tylko dziewczynki rzucił się do niej z  wyrazami sympatii, ale ta błyskawicznie salwowała się ucieczką. 
- W porządku - zgodziłem się - mam nadzieję, że po waszym powrcoie w dalszym ciagu będziemy mieli po jednym kocie.
- Ty nas nie strasz - wyrzucili z siebie równocześnie.
No cóż, jak to powiedziałem na wstępie - przyroda sprawiedliwa jest. 
     


 

środa, 9 lipca 2014

No i narobiło

Zawieje i zamiecie to ponoć domena zimy
Wczoraj jednak tak u mnie zawiało, że do wieczora próbowałem oszacować straty. Na samym końcu powiedziałem do żony
- Niech to Młody zamiecie.
Deszcz, grad a do tego wiatr tak śliny, że najpierw przewracał donice z kwiatami i ciężkie ogrodowe meble a na końcu łamał drzewa.
Kiedy wróciłem po pracy pozostało mi tylko obejrzeć pobojowisko.
Złota reneta całkiem złamana tuż nad ziemią, podobnie z gruszą. Z ziemi wystawały tylko smętne kikuty.
Nawet kret wylazł by oszacować szkody
- Och joo ! - z pewnością powiedział niczym ten z kreskówki.
Świeży kopczyk jest dowodem tej lustracji.
Brzoskwinia moje oczko w głowie, obsypana owocami aż musiałem zbudować podparcie dla ciężkich od owoców gałęzi, złamała się w połowie i solidny czubek drzewa oblepiony owocami wylądował w trawie. Próbowałem to jakoś ratować ale kolejne podmuchy wiatru zagrażały całemu drzewu. Z chirurgiczna precyzja dokonałem więc amputacji.
Teraz cały kosz owoców, ładnie już wybarwionych chociaż jeszcze twardych, leży na oknie. Może dojrzeją.


Z papierówki strzepało połowę owoców, podobnie jak ze starej jabłoni, której owoce są ponoć najlepsze na szarlotkę.
Nie wiem, jeszcze nie sprawdziłem, do stare drzewo rodzi co drugi rok. W tym roku jest właśnie ten drugi.
Cukinie powykręcane ale dziś rano doszły już chyba do siebie.
Położona papryka i kilka krzaków pomidorów. Solidnie obłamane ozdobne pelargonie. A plastikowe śmieci z żółtego worka rozsiało dosłownie po całym ogrodzie.
Jak na złość mam dzisiaj umówioną wizytę i za nic nie dam rady tego wszystkiego posprzątać.
- Jutro - zdaje się podpowiadać mi rozsądek – albo w weekend.
Pewnie przychylę się do głosu rozsądku.
Swoja drogą to od pewnego czasu planowałem przesadzenie kilku drzew. Poprzedni właściciel posadził drzewa zbyt blisko siebie. Korony zaczęły plątać się ze sobą, co umożliwia rozwój wszelkim szkodnikom. Tak przynajmniej czytałem.
Na jesień zaplanowałem przeprowadzkę drzewek. Niespodziewanie w środku sezonu częściowo zrobiła to za mnie natura.
Może zbyt głośno opowiadałem o tym przy kawie na tarasie?
Jeżeli te zjednoczone siły przyrody są takie fajne, to dlaczego nie wywaliły czereśni której chcę się pozbyć całkiem?
Ma dosyć walki ze szpakami których setki czekają cierpliwie na jabłoni sąsiada aż skórka moich owoców lekko się zaczerwieni.
Poza tym, szpaki wstają zdecydowanie wcześniej ode mnie
Smutno mi jednak trochę po tej nawałnicy i już oczami wyobraźni widzę siebie jak stoję obok premiera i niczym ten najsłynniejszy paprykarz III RP pytam:
- Jak żyć panie premierze ? Jak żyć?
Premier zaś spogląda na mnie spod zmarszczonych brwi i mówi:
- Tobie szkodzi tylko wizyta szpaków, a nam czkawką odbijają się wizyty u sowy i jej przyjaciół.
- Chyba jego – poprawiłem premiera nie tracąc nawet w ramach wyobraźni trzeźwości myślenia
Trzymam się konwencji żeby było śmiesznie
- Śmiesznie to już chyba było? – zauważyłem – Po mojemu to teraz trzeba podjąć decyzję co wycinać, a co tylko przesadzić.
U mnie lawenda jest pewniakiem. Pod oknem w kuchni wyrosły kwiaty na długich łodyżkach. Zrobiłem zdjęcie i wysłałem do swoich Francuzów. Im w tym roku lawenda całkiem nie wyszła.
Koniec świata

poniedziałek, 7 lipca 2014

Dwie strony medalu czyli kilka cytatów z codziennej prasy

Awers
„W Niedzielę Chrztu Pańskiego papież Franciszek ochrzcił w Kaplicy Sykstyńskiej 32 dzieci, wśród nich córkę pary, która nie ma ślubu kościelnego.
Przypomina się również, że wcześniej papież apelował do księży, aby chrzcili dzieci niezamężnych kobiet. Prosił, by nie zamykać przed nimi drzwi Kościoła'
Rewers
- "Oburzeni"– mówią o sobie rodzice dzieci, którym ksiądz proboszcz nie chciał udzielić chrztu. I dodają, że w ten sposób ich córki i synowie skazywani są na bycie "dzieckiem drugiej kategorii".
"Kościół to nie jest sklep, który obsługuje każdego klienta" – odpowiadają duchowni.
Mowa oczywiście o dzieciach zrodzonych w związkach partnerskich czyli bez ślubu.
- Bo wszystkie dzieci nasze są – śpiewała Majka Jeżowska, ale było to za PRL-u. Teraz okazuje się
że to wcale nie prawda i u nas nawet wobec Pana Boga jasno i boleśnie akcentuje się ten podział.
To zestawienie informacji jest ilustracją starego polskiego powiedzenia, że szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Z cytatu który umieściłem powyżej wynika, że nawet równiejszy.
Można by by powiedzieć że to kwestia kultury osobistej.
A propos kultury, też mam dwa cytaty
- Warszawska giełda chciała, tak jak na nowojorskiej Wall Street, postawić w centrum miasta pomnik byka i niedźwiedzia. Niestety figur nie będzie, bowiem lokalna parafia uznała, że rzeźby staną się symbolem pogańskiego kultu Proboszcz i parafianie uważają, że powstanie wrażenie, że rzeźby są integralnie złączone z budynkiem kościoła, co może budzić mylne przekonanie, iż są symbolem biblijnego cielca spod góry Synaj, symbolu pogańskiego kultu.
I kiedy tak trwałem z koparą opuszczoną aż do samej ziemi bo nie byłem w stanie uwierzyć w to, że absolwent wyższej uczelni potrafi artykułować takie głupoty, dostałem uderzenie z drugiej strony.
Występ kabaretu Limo odwołany przez żarty o papieżu. Dyrektorka ośrodka kultury stwierdziła, że postępuję zgodnie z dekalogiem. Miało być śmiesznie, ale wyszło smutno. Okazuje się, że na indeksie przedstawień zakazanych w Polsce znajduje się już nie tylko "Golgota Picnic", ale też żarciki kabaretu Limo. Właśnie odwołano ich występ w Rabce.
- Dopóki jestem dyrektorką, to ten kabaret u nas nie wystąpi - mówi w rozmowie z Onetem Szefowa Miejskiego Ośrodka Kultury - Joanna Lelek.
Mam nadzieję, że ta Pani nie jest już Dyrektorką Miejskiego Ośrodka Kultury, opłacanego z budżetu państwa. Niestety moje nadzieje są płonne bo zarządzający tym krajem mają w tej chwili inne problemy i to sami ze sobą.
Z tego co pamiętam Limo naraziło się stwierdzeniem, że papież tak jak inni ludzie puszcza bąki.
Dowcip płaski, jak cała nasza obecna rozrywka. Ale nie jest chyba tajemnicą, że prawa perystaltyki jelit obowiązują na równi ludzi świeckich jak i zakonnych bez względu na tytuł.
Ja to u nas są jednak równi i równiejsi.
Jeden z dziennikarzy określający się dość powszechnie „Katolem” czyli Wojciech Cejrowski tak opisał naszego aktualnego papieża. Oczywiście nie ma tu nic na temat przemiany materii.
Papież Franciszek gadane ma słabe, kazania głosi dosyć puste z mojego punktu widzenia, miałkie Jak widzę go w niechlujnych butach, w szatach liturgicznych, kiedy sprawuje liturgię, jest namiestnikiem Jezusa Chrystusa na Ziemi, Króla Królów, to oczekiwałbym, żeby nie miał tych okropnych buciorów. (Conowego.pl)
W tym porównaniu Limo to według mnie to najlżejsza waga.
Z tego co wiem Pan Cejrowski nie ma jednak zakazu występowania w miejscach publicznych.
A na podsumowanie, oczami wyobraźni widzę jak Papież Franciszek któremu wbrew watykańskiej cenzurze ktoś podrzucił parę gazet z polski robi tę swoja zatroskana minę i pocierając kciukiem podbródek mówi - Zastanawiam się się czy nie przyszła już pora by coś z tym wszystkim zrobić?
- To gdzie jest ten Poronin ? - pyta przesuwając palcem po mapie.

czwartek, 3 lipca 2014

Męska potrzeba bliskości

Całkiem niedawno, przez media przetoczyła się wypowiedź jednego nowego europosła na temat budowania więzi rodzinnych i relacji partnerskich z własną żoną
Na pytanie - Czy bił swoje dzieci? - Odpowiedział
- Niestety nie
- A żonę?
- Nie było takiej potrzeby, ale jestem przekonany, że niejednej żonie taka reakcja by pomogła wrócić na ziemię"
Idzie o pewnego, europosła z partii Janusza Korwin-Mikkego.

Pamiętam wielką akcję uświadamiającą z kultowymi już hasłami na bilbordach – bo zupa była za słona.
Oczywiście plakaty dotyczyły patologii czyli jakiegoś jednego procenta, no może dwóch, ale nie o cyfry idzie. Statystyka zaokrągla te przypadki do kilku mi.ejsc po przecinku, a za tym przecinkiem kryje się czyjaś tragedia. Jako nowoczesne społeczeństwo nie powinniśmy przechodzić obojętnie obok ludzkiego bólu i cierpienia.
Co powoduje, że ludzie tak bardzo mijają się z oczekiwaniami wobec drugiej osoby.. Czy to tylko sprawa początkowego oczarowania i zaślepienia? Potem pozostaje już tylko tępić się do końca życia.
Ale przecież świat się zmienia, ludzie mądrzeją
No właśnie, popularnie mówi się, że przez te dwadzieścia pięć lat wolności dorobiliśmy się nowoczesnego społeczeństwa, otwartego i wyedukowanego.
Jak więc teraz wyglądają relacje między mężczyzną a kobietą? Nie idzie mi tu o statystyczny środek czyli szarą przeciętność. Mógłbym użyć tu określenia „norma” ale nie napiszę tak bo któż z nas potrafi „normę” zdefiniować. Na boki od centrum snują się tysiące singli próbujących po raz kolejny, liczący się z kolejną porażką.
Współczesna polska kobieta jest wykształcona i niezależna, dodatkowo piękna. Jest też coraz bardziej świadoma swoich atutów. Co więc dzieje się, że w związkach zgrzyta, ba coraz trudniej w ogóle je budować?
Jak daleko od rzeczywistości odleciał Pan poseł, chociaż, aż prosi się o użycie innego słowa na określenie takiej osoby niż ten standardowy. Trudno jednak komentując, schylać się do poziomu wypowiedzi.
Mądrzy ludzie mówią, żeby nie dyskutować z głupcami. Sprowadzą nas bowiem do swojego poziomu i pokonają własnym doświadczeniem.
Sam problem powinno się jednak zgłębić.
Po analizie kilku tekstów z netu rodzi się we mnie przekonanie, że ostatnio to nie kobiety obawiają się mężczyzn a mężczyźni mają coraz więcej obaw i wątpliwości w kontakcie ze słabą płcią.
Tak na marginesie to nie wiem czy wobec zmian obyczajowych mogę jeszcze używać tego określenia ?
Bo przecież ta płeć jak wspomniałem powyżej nie taka słaba, dodatkowo mądra i niezależna.
Czego oczekują od kobiet współcześni mężczyźni?
To dziwne ale bliskości i wyłączności. To takie stare cechy, z czasów kiedy nie stawiało się świadomie na pierwszym miejscu własnej swobody niezależności i samorealizacji.
Jednym słowem idzie to taką potrzebę bliskości. Należy jednak pilnować tego aby z ową bliskością nie przesadzić Nadmierna potrzeba bliskości prowadzić może do skrajnych zachowań
Ograniczenia samodzielności i poczucie własności. Tu kłania się casus zbyt słonej zupy. Całkiem niedawno czytałem artykuł na ten temat w na temat pl.
A kobiety?
Tu posłużę się cytatem
„Choć ten problem dotyczy w większości mężczyzn, współczesne kobiety również coraz częściej nastawiają się na swoje orgazmy. Oczekują od swoich partnerów, że ci je do nich doprowadzą, zrzucając odpowiedzialność za swoją przyjemność na niego. To podejście wynika z kolejnych silnych przekonań o pasywnej roli kobiety i aktywnej roli mężczyzny w łóżku. Mężczyźni przekonani są o tym, że ich męskość zależy od ich sprawności w działaniu. Kiedyś wystarczała im własna erekcja i orgazm, teraz zaś swoją sprawność uzależniają od umiejętności doprowadzenia do orgazmu kobiety. (Na temat pl – Przekonania rujnują nam życie seksualne)
No to jak w końcu jest kobiety oczekują czy nie oczekują tych orgazmów?
A może to tylko jakiś wykwit chorej męskiej ambicji ?
Nic z tych rzeczy. W lektury wyłania mi się taki obraz - Świadoma kobieta wie czego chce i nie cofnie się przed niczym by to uzyskać
Oto komentarze z forum internetowego barbarella. temat dyskusji  - wibrator, wstyd czy niezależność?
- Wibrator powinien być jak szminka! Chcę poczuć się extra kobietą, biorę do ręki i używam...
Jak najbardziej NIEZALEŻNOŚĆ!
- Dopóki nie masz wibratora, dopóki go nie wypróbowałaś można mówić, że jest zbędny, że nie zastąpi stosunku z facetem, że jest fanaberią itp .... ale jak tylko zaprzyjaźnicie się .... zdanie radykalnie się zmienia :) Wibrator jest potrzebny i każda kobieta powinna mieć go "pod ręką" :)
- Wibrator nie zastąpi mężczyzny? To się ubawiłam, czasami napotkani po drodze mojego życia mężczyźni byli tak dalecy od stworzenia atmosfery dobrej zabawy w łóżku, że kochając się z nimi po prostu nie mogłam się doczekać, kiedy wrócę sobie do domu i włączę swój ulubiony wibrator, więc czasami nie wiem kto tu kogo zastępuję:) lubię mieć i fajnego mężczyznę i dobry model wibratora pod ręką, zależy na co akurat mam większa ochotę moim zdaniem wibrator to ani wstyd ani odwaga, po prostu praktyczny, pro-kobiecy gadżet, to tak jakby ktoś pytał czy lodówka to fanaberia czy luksusu, po prostu niezbędne wyposażenie domu:)
Od siebie mógłbym dodać, że taki wibrator nie chrapie, nie rzuca byle gdzie brudnych skarpetek a na dodatek nie masz do niego pretensji o to, że w toalecie nie opuszcza deski po użyciu. bo on toalety nie używa. Sam natomiast może być w niej używany
Problem w tym, że nie zarabia, ale dla młodych i ambitnych kobiet to też nie problem.
No dobrze po miłosnym uniesieniu nie przytuli Cię do siebie męskim ramieniem i nie szepnie Ci do uszka, że Cię kocha.
Przyjmę argument, że i faceci robią to rzadko
No więc jak wygląda współczesna młoda kobieta?
Niezależna, wolna i broniąca tych wartości wszystkimi możliwymi sposobami. Oczekująca od mężczyzny praktycznych zalet, a jeśli nie, nie zawaha się użyć nowoczesnej techniki która ma w szufladzie nocnej szafki czyli na wyciągnięcie ręki.
Tu rodzi się pytanie - czy faceci gotowi są spełniać te oczekiwania lub położyć głowę pot topór ?
Znalazłem dość ciekawą wypowiedź faceta w wieku 29 lat na temat swoich preferencji.
Lukasz tak ocenia sytuację.
- Mam 29 lat, własną firmę, wyższe wykształcenie i robię to, co lubię , jednak do superprzystojniaków nie należę. I jestem po rozwodzie. To wystarcza, żebym nie miał szans u kobiety sukcesu. Ale jest też druga strona medalu. Ja takiej nie chcę. Już miałem. Wolę kobietę, która jest bez pracy, z dziećmi, ze średnim wykształceniem, ale która już zrozumiała, co w życiu jest ważne
W sukurs idzie mu Robert który zwraca się do kobiet
- Śliczne, inteligentne, wykształcone, z sukcesem i macie problem. Jaki? Chyba tylko taki, że na porządnych i fajnych facetów nie zwracacie uwagi, rozglądając się za biznesmenami i celebrytami. Zadajecie się z niewłaściwymi ludźmi. Spróbujcie znaleźć w sobie odrobinę prawdziwej kobiecości, ciepła, dobroci, wyrozumiałości. Nie wiesz, jak? Zapytaj mamę lub tatę. Albo tą brzydką (a może i głupią) koleżankę, która potrafiła założyć rodzinę, mimo, że całe życie uważałaś ją za gorszą, brzydszą, nieporadną...
Wypowiedzi pochodzą z artykułu o znamiennym tytule – Lalunie zostaną same w sympatii. pl. 


Cytaty które wybrałem do powyższego tekstu sugerują, iż ostatnie dni spędziłem na jakichś portalach randkowych i forach damsko-męskich.
Może trochę tak, bowiem próbuję zrozumieć co leży u podstaw powszechnego jak widać kryzysu tych relacji. A może tylko mnie dopadł kryzys wieku? Może trudno mi utrzymać palce na wodzy i powstrzymać się przed wypisywaniem popularnych haseł w wyszukiwarce?