piątek, 31 stycznia 2014

Krowy i inne zjawiska pogodowe

Kto z nas nie widział krowy? Kto nie uczestniczył w rytuale dojenia?
A jeżeli jednak ktoś taki się znajdzie, zalecam, wczasy agroturystyczne.
Dojenie a potem ten kubek ciepłego jeszcze mleka, prosto od krowy. Kto tego nie wspomina mile?
Choćby ja, bo to mleko prosto od krowy nie spodobało się mojemu miejskiemu, dziecięcemu organizmowi i tak szybko jak wpłynęło do środka, zostało z tego środka usunięte długim soczystym rzygiem. Od tamtej pory nie tknąłem już świeżego mleka, ograniczając się do tego  osłabionego w mleczarni. A jak swojskie to tylko na kwaśno.
Nie zmienia to jednak faktu, że od zawsze traktowałem krowy z sympatią. Te przyjacielskie istoty dawały przecież swoje mleko i to z zadziwiającą, codzienną regularnością. A że czasem taka krowa kopnęła dojącego lub wzięła zabłąkanego spacerowicza na róg, to trudno. W końcu ile można wytrzymać bezkarnego ciągnięcia za cycki? Widzieliście jakie krowa ma smutne oczy? Czasem z tego smutku może krowę ponieść.
W polskiej tradycji krowa ma miejsce szczególne. Ileż to razy mówiono – nasza krowa żywicielka.
I byłbym żył w takim uwielbieniu krowiego pyska i wymion, gdyby nie seria artykułów które stawiają te sympatycznie muczące stworzenia w całkiem innym, mrocznym świetle.
Oto dzisiaj czytam na jednym z portali, że pewien niemiecki rolnik w Hesji musiał się wczoraj srodze zdziwić gdy ni z tego, ni z owego wybuchła jego obora.
Jego zdziwienie spotęgowało się jeszcze gdy policja wyjaśniła mu jak to się stało
Według komunikatu niemieckiej policji to gazy emitowane przez stado dziewięćdziesięciu cierpiących na wzdęcia krów doprowadziły do wybuchu. W wyniku eksplozji jedno zwierzę zostało ranne, a uszkodzeniu uległ dach budynku.
W artykule nie dowiedziałem się kto wszedł do obory z otwartym ogniem, bo coś musiało tę eksplozję wzbudzić.
A może tylko zaiskrzyło pomiędzy jakimś bykiem i krową?
Albo skaranie boskie pomiędzy dwoma krowami, co jest teraz takie genderowo modne. Szczęściem jest to, że nikt nie zginął.
No i oczywiście nie dowiedziałem się czym ów pechowy rolnik karmił swoje krowy, że spotkały je takie problemy trawienne. Warto by było tego unikać, albo używać w zależności od potrzeby.
Wcześniej czytałem już gdzieś, że te krowy karmicielki mają być współodpowiedzialne za efekt cieplarniany.
Naukowcy dysponują badaniami z których wynika, że aż 20 proc. metanu emitują zwierzęta hodowlane – krowy, świnie oraz owce.
Do tego wyniku mocno przyczynił się również mój nieżyjący już pies rasy bokser, wyjątkowy amator zbytniego luzowania się po jedzeniu. Jego ulubione do tego celu miejsce znajdowało się w pokoju, pod ławą, w porze największej oglądalności programu telewizyjnego.
O ile jestem w stanie uwierzyć w szkodliwe działanie na atmosferę układu trawiennego krowy, o tyle nijak nie mogę przekonać się do ustaleń naukowców z Chińskiej Akademii Nauk. Twierdza oni, że atmosferę zatruwają nam lasy.
Chińscy uczeni przeanalizowali substancje gazowe, jakie wymieniają z otoczeniem 44 gatunki roślin zasiedlające stepowe tereny Wewnętrznej Mongolii, słabo uprzemysłowionego regionu Chin. Badano 35 gatunków traw i 9 gatunków krzewów. Wyniki tych prac, opublikowane w grudniu 2008 r. podają, że aż 7 z 9 gatunków krzewów produkuje metan, przyczyniając się do narastania efektu cieplarnianego na Ziemi.
Może to więc dobrze, że lasy tropikalne wycinane są w tak szybkim tempie?
Trzeba tylko wcześniej zadać pytanie - kto płacił za te badania?
Wracając zaś do mrocznej natury krów.
Kilka lat temu opinię publiczną obiegła informacja o tym, że krowa zatopiła japoński kuter rybacki i to na pełnym morzu. Spadająca z nieba krowa wywołała w jednostce takie spustoszenie, że załoga nadała natychmiast po tym zdarzeniu sygnał SOS. Wkrótce po ewakuacji załogi kuter osiadł na dnie.
Nie była to jednak żadna odmiana plagi egipskiej, a wyjaśnienie okazało się prozaiczne.
Wojskowy samolot transportowy typu AN-26 przewoził krowę. Nie jest do końca jasne w jaki sposób radzieccy żołnierze weszli w posiadanie owej krowy. Faktem jest, że w trakcie lotu krowa uwolniła się i zaczęła biegać po ładowni powodując niebezpieczne przechyły. Załoga wleciała nad morze aby ustabilizować samolot i spacyfikować krowę. Niestety oszalałe ze strachu zwierzę nie było podatne ani na kij ani na marchewkę. Aby uniknąć katastrofy, dowódca samolotu podjął decyzję o pozbyciu się krowy. Otworzono platformę wyładunkową i krowa spadła w wysokości trzech kilometrów wprost...na japoński kuter rybacki chociaż wokół były tysiące hektarów morskiej wody.
Trzeba niestety zdawać sobie z tego wszystkiego sprawę za każdym razem gdy ciągnie się krowę za wymię w nadziei na mleko, bądź tylko otwiera się karton spokojnie drzemiący w lodówce. Zaręczam, że znajdujące się wewnątrz mleko UHT pochodzi z tego samego źródła, zostało tylko poddane wstępnemu męczeniu.
Krowa żywicielka i równocześnie podstępna trucicielka oraz potencjalna morderczyni.
Co to się na tym świecie porobiło?


czwartek, 30 stycznia 2014

Nie trzeba być lekarzem

No to się Panu zepsuł wzrok – stwierdziła okulistka – muszę dołożyć cała dioptrię.
- To pewnie z powodu zdiagnozowanej cukrzycy – stwierdził Pan Nieistotny.
Słysząc te słowa okulistka sprawdziła dno oka.
- I w oku się mgli.
- Przedtem miałem tylko jeden powód zamglonego spojrzenia, teraz mam dwa – próbował bagatelizować sam przed sobą ten istotny w końcu problem Jan Maria.
- A wie pan jak jest z alkoholem przy cukrzycy? – pani okulistka na tę chwile przedzierzgnęła się w diabetyka.
- Wiem małe ilości i okazjonalnie
- No właśnie – triumfowała.
- Problem jednak w tym, że nikt nie określił co to znaczy mała ilość i najważniejsze co to znaczy okazjonalnie?
- Przy Panu to potrafią opaść ręce - stwierdziła pan doktor, co świadczyć by mogło o jakichś zadatkach na ortopedę.
- Nie tylko potrafią ale i opadają. Taki już jestem, ale serce przy mnie rośnie, żona mi o tym kiedyś powiedziała.
Specjalistka od oczu spojrzała na Nieistotnego i bez słowa przystąpiła do wypełniania recepty na szkła.
Pozbawiony na tę chwilę okularów Jan Maria Nieistotny czuł się niby krecik wyrzucony poza ogrodowy kopczyk. Tylko jakiś element satyry lub sarkazmu pomagał mu czuć jaką taką pewność na tym obcym gruncie.
Swoją drogą Pani Doktor od oczu próbowała wykazać się jeszcze talentem, bankowym, na samym początku rozmowy. Spojrzała przenikliwie na Nieistotnego, odzianego w jeansy, czarny t-shirt i wojskową kurtkę amerykańską M-65. Nie wiadomo dlaczego, ale ta właśnie kurtka wzbudza zainteresowanie wszelkiej maści ochroniarzy. Podziałała widocznie i na wyobraźnie okulistki.
- Z czym pan do mnie przychodzi? - zapytała.
- Z oczami – odparł zgodnie z prawdą, zaskoczony pytanie. Za chwilę dodał - dodał chciałbym szkła progresywne.
Kobieta niczym specjalista od szacowania zdolności kredytowej w banku omiotła Jana Marię spojrzeniem i powiedziała.
- Powiem Panu jak działają szkła progresywne.
- To całkowicie zbędne Pani Doktor - próbował skrócić rozmowę Nieistotny - Zdarłem już trzy pary takich szkieł i bardzo dobrze się w nich czułem. Ostatnio z takich czy innych powodów miałem dwie zwykłe pary. To wszystko.
Nie było intencją Jana Marii opowiadanie o aktualnych problemach z osobą którą widzi pierwszy raz w życiu.
- Ale tanie szkła nie spełnią Pana oczekiwań – nie dawała za wygraną
- A czy Pani słyszała o tym żebym w rozmowie postawił sobie jakąś granicę finansową ?– spytał nieco już poirytowany Pan Nieistotny.
Być może to ostatnie zdanie podziałało na okulistkę ponieważ zaraz po tym zaprosiła go do aparatu mierzącego ciśnienie w oku, czyli urządzenia robiącego Pufff.
Daleko mu do świętego oburzenia, ale Jan Maria poczuł się lekko poirytowany.
Starożytni mówili, że nie szata zdobi człowieka. Czyżby to powiedzenie które wbijali mu do głowy w szkole już nie obowiązywało? Aż tak wiele zmieniło się od tamtego czasu?
Poza tym wszystkim, Nieistotny uwielbia wprost swoją wojskową kurtkę. Kiedyś ubiór poetów opozycjonistów i kontestatorów. O tym, że Jan Maria aspiruje przynajmniej do dwóch z trzech przywołanych tu określeń wiadomo wszystkim. Pani doktor od oczu nie zauważyła tego niestety. A przecież wystarczyło samo nazwisko.
Poza tym twarz. Ten jej wyraz, typowy dla podstarzałych młodych poetów przed emeryturą na których nie poznał się świat poezji. W których tkwi takie senne marzenie, że jeszcze rozłożą skrzydła Pegaza, jak tylko wyschnie klej który połączył ich połamane elementy

środa, 29 stycznia 2014

Zabawne kolory

W zalewie wypowiedzi które są bardziej lub mniej seksistowskie, zbladły wypowiedzi rasistowskie. Bo to seksistą może być każdy facet, nawet taki co to go naród wybrał na swojego przedstawiciela.
Rasizm jak się potocznie uważa jest domeną ugrupowań skrajnych, a one stanowią zalewie ułamek procenta i nie kwalifikują się do parlamentu. Uspokojone społeczeństwo uważa więc, że nie ma o czym mówić.
Czy rzeczywiście nie ma o czym? Wystarczy się rozejrzeć dokoła.
Wypowiedzi obecnych parlamentarzystów dowodzą, że ten problem już tam zaistniał.
Wszystko zależy zaś od stopnia wrażliwości, bądź jak to się ostatnio lubi mówić euro-poprawności.
Właśnie trafiła na moja skrzynkę pewna reklama. Sklep internetowy lansuje serię kosmetyków zawierających czekoladę z takim oto hasłem
Nie wiem jak u Was, ale we mnie coś zgrzytnęło. Delikatnie ale jednak, poczułem dyskomfort.
Zgrzytało już wcześniej gdy słuchałem tej piosenki Lady Punk do której nawiązuje  w/w reklama.

Chciałem być sobą za wielką wodą
Na czekoladę poczułem chęć
Była namiętna, bardzo nieletnia
I dobrze znała refrenu sens
Ref.
Na co komu dziś wczorajsza miłość
Na co komu dziś wczorajszy sen
Po co dalej pić to samo piwo
Kiedy czujesz, że uleciał gaz

Pomijam już wiek. A swoją drogą, zastanawiam się dlaczego ten zachwyt młodym wiekiem  grupie  Lady Pank  przeszedł na sucho, a Kydryńskiemu nie?
Jest za mało rockandrollowy?
Wracając do tekstu, wtedy uważałem, że określenie użyte przez zespól nie jest mówiąc delikatnie najszczęśliwsze.Teraz myślę, że ktoś z branży reklamowej przegiął.
A może tylko ja tak mam i wziąłem sobie do serca tę poprawność? Dodatkowo pokazuję jak mało we mnie luzu i skłonności do zabawy.
Znajomy twierdzi, że jeżeli  śmieszą cię rasistowskie dowcipy to nie znaczy wcale, że jesteś rasistą.. To  znaczy tylko, że śmieszą cię rasistowskie dowcipy.
A zdawało mi się, że jestm dowcipny.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Wspominając stare czasy

- Narzekaj dalej na ojca – powiedział Pan Nieistotny redukując bieg w samochodzie. Niska temperatura i opady śniegu spowodowały, że jezdnie tego sobotniego wieczora były nad wyraz niegościnne. Auto tańczyło jak na łyżwach, a decyzję o hamowaniu trzeba było podejmować ze znacznym wyprzedzeniem.
Cisza
- Mógłbyś chociaż zaprzeczyć, że nie narzekasz, było by mi miło.
- Czekaj bo mi sieć ucieka – powiedział Młodszy, siedząc na przednim fotelu obok Jana Marii Nieistotnego.
- A czy ja narzekam? – odparł krótko zaraz po tym gdy powtórnie znalazł się w zasięgu sieci.
- Swoją drogą nie przypominam sobie, żeby mój stary odwoził mnie na imprezy. Raz postanowił mnie przywieść z jednej.
- I przywiózł? - Spytał Młody z taką intonacją, iż było wiadomo, że wykorzystuje właśnie umiejętność zwaną podzielnością uwagi. Pierwsza jej i zasadnicza część skupiona była w dalszym ciągu na telefonie.
- W pewnym sensie tak. Było to dobre trzydzieści sześć lat temu. Zostałem zaproszony na imieniny dziewczyny.
- Twojej dziewczyny ?
- Wydawało mi się cały czas, że mojej dziewczyny a więc wypadało być. Były to czasy gdy nie tylko wypadało zapytać starych o pozwolenie a było to obowiązkowe.
- Dobrze - powiedział ojciec, ale wróć ostatni autobusem. Nie powiedziałem ci, że dziewczyna mieszała w dużej wsi, jakieś dwadzieścia kilometrów pod Krakowem. Wybrałem się więc odpowiednio wcześnie aby nacieszyć się jej towarzystwem. Niestety jak mieszkaniec miasta nie wiedziałem, że życie na wsi rządzi się swoimi prawami, Najpierw robota potem impreza. Wyszło na to, że impreza zaczęła się po dwudziestej.
- Przechlapane – pomyślałem – ostatni autobus przejeżdża 21.48, A potem nic, koniec. Ciekawe, że do dzisiaj pamiętam godzinę odjazdu.
Wiedziałem już, że nie dotrzymam danego słowa. Ja to zebrać się z imprezy już po godzinie? Wyjdzie na to że się obraziłem, albo co. Zostałem więc świadom konsekwencji.
- Nie mogłeś zadzwonić, że zostajesz?
- Po pierwsze nie było tedy telefonów komórkowych. Po drugie zwykły telefon był w takiej wsi jedynie na poczcie i u księdza dobrodzieja. Takie były czasy. Nawet gdyby był telefon, to mój ojciec nie był skłonny do negocjowania tego co zostało już raz zostało ustalone.
Bawiłem się więc ze ściśniętym sercem.
Impreza trwała prawie całą ciepła czerwcową noc. Rano pożegnałem dziewczynę, jej rodziców i popędziłem na pierwszy autobus. Miał przejeżdżać za dwie godziny.
- Sporo czasu - pomyślałem i popadłem w stan odrętwienia, siedząc w wiejskim przystanku PKS. Miej więcej po godzinie zauważyłem jadący od strony naszego domu samochód, łudząco podobny do auta ojca. Kiedy zbliżył się nie miałem wątpliwości to był samochód ojca.
Za kierownicą siedział naładowany emocjami facet, obok niego mój młodszy brat.
Oj niedobrze – pomyślałem
Kiedy auto zawinęło i stanęło na przystanku, z duszą na ramieniu otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.
Nim nastąpił atak zacząłem:
- Zdaje sobie sprawę, że nie dotrzymałem umowy, ale ostatni autobus nie zatrzymał się na przystanku bo był bowiem pełen ludzi. Stałem jeszcze dwie godziny próbując złapać okazję, ale nikt się nie zatrzymał. Wróciłem więc do domu dziewczyny prosząc o przenocowanie. Jej rodzice zgodzili się a dzisiaj od szóstej czekam na jakiś transport.
Może trochę przewaliłem z tą szóstą bo było koło dziesiątej, ale cóż, poszło.
Ojciec o dziwo nie odezwał się ani słowem. Odwiózł mnie do domu, a w drodze na parking odezwał się do mojego brata
- Swoją drogą to nie zazdroszczę mu tego stania na wiejskim przystanku w szczerym polu.
Udało się. Teraz wiem, że złość nie była uczuciem które nim wtedy zawładnęło, to był raczej strach o to czy coś się nie stało.
Wtedy nie było w zwyczaju by mówić dzieciom jak się je kocha i jak się o nie martwi.
- Teraz Wy mi to co trochę mówicie, a ja jestem dorosły.
Nie przestajesz być jednak naszym dzieckiem.
Kiedy dojechali na miejsce Młody wysiadł i w otwartych drzwiach samochodu powiedział
- Cześć. wracam rano.
- Ok baw się dobrze
Kiedy Jan Maria wyjechał z zatoki na drogę główną pomyślał.
- Wracam rano. W moich czasach zwrot nie do pomyślenia.
I to dręczące pytanie – czy wtedy było lepiej?

Jak to w zimie

Kolorowa ciecz w termometrze czyli alkohol, kurczy się niepokojąco we włosowatej szklanej rurce, zjeżdżając na coraz niższe poziomy. W sumie to nic dziwnego bo codzienne standardy też się obniżają. W przyrodzie jest to jednak cykliczne i wszystko z powrotem wróci do normy czyli wejdzie na wysoki poziom. Z naszą codziennością nie jest już tak wesoło, najpierw coś opadanie jak nigdy by już za chwile stać się normą.
Z tego co obserwuję w prognozach pogody, południe i tek jest traktowane delikatnie a samo Zakopane dopiero przez kilkoma dniami straciło miano najcieplejszego miejsca w Polsce.
Co to się porobiło?
A może to właśnie jest logicznie bo im dalej na północ tym bliżej do bieguna.
Nam na południu bliżej do równika niż południowego bieguna. Pamiętam ze szkoły, ech kiedyś to była edukacja. Nie będę już jednak narzekał bo od tego dzisiaj zacząłem.
Sobota upłynęła mi na pracach porządkowych. Wyniosłem popiół lokując go ekologicznie w kompostowniku, razem z innymi mineralnymi odpadkami. Rozpaliłem w kominku i przewietrzyłem dom, otwierając wszystkie okna. Krótko i zdecydowanie jak radzi Stanisław Tym w jednej reklamie, tylko nie pamiętam czego. Mroźne powietrze natychmiast wypełniło cały dom. Za chwilę jednak wokół kominka zaczęło roznosić się przyjemne ciepło. Temperatura podskoczyła i natychmiast wyłączył się piec CO. Poprzez zastosowanie mieszanego ogrzewania zanotowałem pewne oszczędności w rachunkach za gaz. Przy okazji mogę pogapić się na polana drzewna które powoli a skutecznie pochłaniają języki ognia. Po pierwsze przywołuje to wspomnienia mojej byłej wsi, a po drugie ten widok niesamowicie uspokaja.
Porzuciłem jednak gapienie się na kominek, na rzecz łopaty do śniegu. Ostry pomarańczowy kolor plastiku mocno kontrastował z bielą śniegu. Wziąłem się do roboty i po chwili stałem się już myślącym przedłużeniem łopaty.
Odśnieżanie zajęło mi ponad godzinę. Mocno rozgrzany wróciłem do domu który wypełniał zapach płonącego drewna i ciasta które żona właśnie wyciągała z piekarnika.
Nie zauważyłem nawet, że odśnieżanie jest męczące. Mokry t-shirt nadawał się tylko do wymiany.
Siadłem do kawy obserwując sikorki systematycznie szarpiące kawałek słoninki, wiszący na jabłoni przed oknem w kuchni.
Dodatkowo zrobiłem karmnik z butelki po coli, wycinając w nim dwa otwory i mocując poniżej patyczek. Do środka nasypałem ziarna i już za chwilę darmowy bar zaczął cieszyć się popularnością. Butelka kiwała się na lewo i prawo co w niczym nie przeszkadzało małym ptaszkom. W ręcz przeciwnie, siła z jaką lądowały na patyczku była tak duża, że butelka wykonywała pół obrotu. Czasem wydawało mi się, że to celowe i że jest to dla nich świetna zabawa.
W porywach na jabłonce siedziało koło tuzina sikorek, a pod drzewem zaczęły operować wróble.
W drugiej części ogrodu zauważyłem dwie sójki. Czekam na dzięcioła. W zeszłym roku zajadał słoninę na równi z sikorkami.
Niestety sobotnia wizyta u doktora zakłóciła mi oglądanie tej psiej uczty.
U doktora wyszło, że jest ponoć nieźle. Nie wiem tylko czy „nieźle” to dobrze? czy tylko nie bardzo źle?. Doktor, sympatyczny swoją droga młody człowiek, nie był zbyt wylewny w tej kwestii. Wypowiedział się natomiast w kwestii filozofii gender.
Kiedy dźwigałem żonę z wózka na stół zabiegowy. powiedział, że dla takiego noszenia na rękach to byłby gotów zmienić płeć.
Nie wiedziałem, że takie słowa potrafią sprawić mi przyjemność.
Sklep zakupy, oglądanie wystaw i zrobiło się całkiem późno.
Wieczorem zasiedliśmy przed telewizorem przy kieliszku czerwonego wina. Po raz kolejny z przyjemnością obejrzeliśmy historię Edith Piaf na TVP Kultura. Wszyscy zrelaksowani łącznie z moim nie moim kotem, który w taki właśnie sposób wyłożył się na moich kolanach. Zdjęcie zrobione telefonem w półmroku jest z pewnością kiepskie technicznie, ale chyba rzadko spotkać tak wyluzowanego zwierzaka.


Następnego dnia w czasie obiadu Starszy Syn powiedział, że żona zmuszała go oglądania filmu o Piaf.
- Drogi Synku – powiedziałem dzieląc się życiowa mądrością - jak trochę okrzepniesz w związku to sam będziesz wiedział czego oczekuje twoja małżonka. Wszystko jest kwestią odpowiedniego treningu.
Zanim jednak zasiadłem do rodzinnego obiadu, w niedzielny poranek czekała mnie powtórka z rozrywki, bo w nocy śnieg zniweczył moją sobotnią robotę.
Wziąłem się ostro do pracy.
Będzie gorzej – pomyślałem – kiedy zauważyłem zbliżająca się w moim kierunku babę z pustymi wiadrami.
Od dawna wiadomo, że mijająca cię baba z pustymi wiadrami to pech.
Baba czyli sąsiadka, trzymała w rękach dwie puste butle na wodę, każda o pojemności pięć litrów.
- Zepsuła nam się pompa do wody – powiedziała wskazując na puste butelki. Bez słowa napełniłem je po brzegi.
- Może by warto pomyśleć o podłączeniu się do wodociągu? - zasugerowałem.
- Musze o tym pomyśleć – powiedziała i korzystając z okazji zaczęła coś opowiadać mojej żonie.
Ponieważ znałem już tę historię, powróciłem do odśnieżania. Sąsiadka nie dała się namówić na herbatę ani kawę mówiąc, że ma obiad w proszku. Nie przeszkadzało jej to jednak w dokończeniu trwającej około pół godziny historii. Wszystko na stojąco i w przedpokoju, bo wiadomo – obiad w proszku.
A może jej pech z pompą wyzeruje ten mój z powodu widoku baby z pustymi wiadrami?
Trzeba mieć nadzieję. W sumie nic nietypowego w niedzielę się nie wydarzyło, widać pech się zniósł.
Dzieci rozeszły się do swoich zajęć. Teściowa po pokoju na górę, a ja jeszcze z godzinkę jednym okiem zerkałem na Discovery. National Geografic mam za oknem.


czwartek, 23 stycznia 2014

O męskich wypowiedziach

Wydaje się, że żeby dobrze rządzić krajem którego stolica jest światową stolica miłości (i mody),
z językiem który jest najpiękniejszym językiem miłości, trzeba być przynajmniej zakochanym.
Niestety coraz trudniej o prawdziwa miłość i kochanka w tym emocjonalnym znaczeniu, za to coraz łatwiej o seks a więc i o kobieciarza.
Stało się. Obecny Prezydent Francji zapragnął kobiety idealnej, takiej która byłaby matką jego dzieci, godnie reprezentowała go w kontaktach na szczycie i była czuła kochanką.
Francois Hollande zadbał też o to aby te trzy różne kobiety nie spotkały się razem w jednym miejscu.
Niestety sypnęło się i afera obyczajowa jest świetną pożywką dla prasy. Zdjęcia na których ten frankijski gallus mknie skuterem na spotkanie z kochanką obiegły wszystkie tabloidy.
I wszyscy wokół komentują. Mnie jak widać też to nie ominęło, ale ja chciałbym o czym innym.
Wciąga się też do wypowiedzi tych wszystkich którzy lubią komentować. Są zaś tacy na których można liczyć.
Spokojny i zrównoważony zwykle poseł Tadeusz Iwiński z SLD komentował w rozmowie z reporterem Superstacji uczuciowe perypetie prezydenta Francji w następujący sposób.
- Zdaje się, że prezydent Francois Hollande zamienił pierwszą damę na nowszy model, używając słów słynnej polskiej piosenki.
No proszę, taki komentarz może już żyć własnym życiem. Zapytana o tę opinię partyjna koleżanka Tadeusza Iwińskiego, europosłanka Joanna Senyszyn, uznała wypowiedź za niestosowną.
- To jest bardzo niefortunne określenie, seksistowskie, obrażające kobiety. Co to znaczy nowszy model? Związki mają to do siebie, że jedne są trwałe, a inne są nietrwałe. Lepiej nie wypowiadać się na temat cudzych związków, tylko dbać o własny - stwierdziła w rozmowie z Super
Zaraz, zaraz boi czegoś tu nie rozumiem.
Pamiętam tę piosenkę Kasi Klich i nie jest ona w wymowie antykobieca. Jest raczej skierowana przeciwko mężczyznom i w tym zakresie jeżeli ktoś chce jest rzeczywiście seksistowska.
W którym miejscu wspomniana piosenka obraża kobiety?.
Że tak instrumentalnie traktuje mężczyzn?
Ba, niektórzy faceci to nawet lubią
Określenie „wymiana na nowszy model” stało w naszym języku bardzo uniwersalne i do tego całkowicie unisex. Równość płci uważam za rzecz naturalną a więc nie potrzebuję co rusz zabierać głosu w tej sprawie. Śmieszy a czasami denerwuje już to szukanie dziury w całym i diabła w wypowiedziach. Myślę że „sprawa „ na tym tylko traci.
Poza tym kiedy oglądam bohaterki „Rozmów w toku” czy „Ekipę z Warszawy” (tego akurat nie oglądałem bowiem wystarczą mi opisy) uważam, że nikt bardziej nie potrafi okazać kobietom braku szacunku jak one same.
A jak moja wypowiedź jest seksistowska i obrażająca kobiety?
Z jednym zgadzam się z panią posłanką, powinniśmy z troska zająć się własnymi związkami a nie komentować cudze.
Poniżej fragment tekstu dla ceków dowodowych i wywołania zwykłego zdystansowanego od emocji uśmiechu :
Nie mam do Ciebie cierpliwości
To pewne że już nie będę mieć
Minął termin twojej przydatności
Gwarancja nie obejmuje Cię
Nie pozostawiasz mi wyboru
Na lepszy model zmienię Cię
Nie potrzebuję w domu złomu
Dłużej nie
Nie mam do Ciebie zaufania
To pewne że już nie będę mieć
Dosyć mam tego naprawiania
Gdy co chwilę się psuje inna część
Jesteś zupełnie do niczego
A na dodatek powiem że
Pożytku z Ciebie tu żadnego
Nie ma nie
Znów się zepsułeś
I wiem co zrobię
Zamienię Ciebie
Na lepszy model / x2
 

wtorek, 21 stycznia 2014

W czasie deszczu nie tylko dzieci się nudzą

Z nadmiaru wolnego czasu człowiek głupieje. Marznące opady deszczu i śliskie chodniki tak skutecznie ograniczyły ilość klientów, że w dniu dzisiejszym pozostaje mi tylko dotrwać do końca urzędowania.
Pomaga w tym Internet i tylko w czasie ładowania kolejnej strony pojawia pytanie - co robiło się kiedyś? Bo przecież opady marznącej mżawki były od zawsze czego nie da się powiedzieć o Internecie. Sama sieć też pozostawia dużo do życzenia. Od pewnego czasu mój DSL dostaje jakiejś czkawki i gubi połączenia. Dopiero jednak dzisiaj znalazłem trochę czasu by zgłosić awarię. Po wybraniu wielu kombinacji klawiszy i wysłuchaniu komunikatów o konieczności nagrywania rozmowy na którą oczywiście mogę się nie zgodzić, rezygnując ze zgłoszenia awarii, dostąpiłem możliwości zgłoszenia awarii. Coś jest na rzeczy bo tylko dzisiaj komputer zarejestrował pięćdziesiąt siedem takich rozłączeń. To już płynniej działa bezpłatne całkiem Aero, a przecież tam rozłączanie jest wpisane w dobrodziejstwo darmowej usługi.
W chwilach kiedy pojawia się na routerze zielone światło pod napisem „Internet” rzucam się do odbierania służbowej poczty, a potem do przeglądania newsów.
I jak zauważyłem najprościej przeglądać głupoty.
Niestety owa prosta ciekawość spowodowała u mnie wyciągnięcie całkiem poważnych i mało ciekawych wniosków.
Zaraz po kliknięciu w fotorelację zatytułowaną „Gwiazdy na Gali … coś tam coś tam”, zauważyłem, że ja zupełnie nie jestem w temacie. Nic mi nie mówią nazwiska 80 % przedstawionych tam osób. Może to wszystko dlatego, że nie oglądam seriali?
Każdego dnia w naszej galaktyce pojawiają się tysiące gwiazd. A kultowa Gwiazda została zredukowana do znaczenia gwiazdki na butelce brandy. Chociaż właściwie taka gwiazdka na szyjce flaszki o czymś mówi, a w zasadzie powinna, o okresie dojrzewania.
W przypadku kultury wystarczy pokazać na ściance gołą dupę by się do gwiazdozbioru załapać.
Dziwnie brzmi to zestawienie kultury i gołej dupy, ale trzeba się będzie chyba przyzwyczaić.
Po „Nimfomance” „Wilgotnych miejscach” i „50 twarzach Greya” sztukę od pornola dzieli tylko wąska czerwona linia. Ponoć w prawdziwych produkcjach artystycznych używa się sztucznych penisów takiż samych sztucznych wagin i dublerów. W tym porównaniu wychodzi na to, że bardziej zaangażowani w proces twórczy są aktorzy XXX.
Czy z moim nadwyrężonym wzrokiem zauważę różnicę?
Chyba taką, że te filmy będzie można bezkarnie obejrzeć w obecności koleżanki małżonki. W końcu zawsze zależało jej na moim kulturalnym rozwoju.
Jednym słowem goła dupa szturmem wdarła się na salony i trzeba tylko o tym powiedzieć zawiedzionej widowni Starego Teatru, gdzie kryzys trwa w najlepsze. Jakiś czas temu odeszli z niego Anna Polony i Jerzy Trela. O właśnie to są dla mnie Gwiazdy, czyli osoby które całym swoim życiem zapracowały sobie na ten status.
Właśnie przed chwilą asystent z firmy dostarczającej Internet podziękował mi SMS-em za rozmowę, podając równocześnie numer zlecenia. Ciekaw jestem kiedy odezwą się monterzy.
Serwis do innych urządzeń firmowych nie pojawi się zaś również i dzisiaj. Nikt oczywiście nie zadzwonił z wyjaśnieniem, a na moją interwencje z rozbrajająca szczerością zełgali, że właśnie mieli dzwonić. I jak tu opieprzyć kogoś kto twierdzi, że pracuje dopiero drugi dzień.
Rzuciłem tylko coś o braku profesjonalizmu i czekam do jutra. Do trzech razy sztuka.
Mam w zanadrzu dużo ciekawych, dosadnych i bardzo trafnych określeń ich stosunku do pracy.
Obym nie musiał. W końcu kultura zobowiązuje.


O uczciwości

 Zauważyliście, że w amerykańskich filmach można wejść do każdej rezydencji i domku jednorodzinnego nawet wtedy gdy nikogo nie ma w domu?
Z reguły wystarczy pogrzebać pod doniczką stojącego nieopodal drzwi wejściowych kwiatka.
Jest jeszcze opcja pozostawiania klucza nad drzwiami, w załomie muru bądź na jakiejś belce.
Pan Nieistotny dziwi się, że kradzieże domowe nie są jakąś wyjątkową plagą.
Być może patrzy na problem przez doświadczenia w własnego podwórka. A przecież w czasach jego dzieciństwa pozostawianie kluczy pod wycieraczką było swego rodzaju normą. Krytykowaną ale praktykowaną. Czasem dodatkowa informacja o miejscu ukrycia znajdowała się w szparze pomiędzy skrzydłem i futryną.
Znajoma sąsiadka pisała szyfrem – klucz pod wyćr. Zrozumieć informację mogli tylko zaufani.
Zresztą pisanie szyfrem było wpisane w jej życie. Jan Maria nigdy nie potrafił rozszyfrować napisu na dżemie, uczynionego jej ręką - cz. porzeczka. No i jaka była ? Czarna czy czerwona?
Potem gdzieś zatraciło się to ogólne zaufanie do drugiego człowieka, być może stało się to w chwili gdy w mieszkaniach znalazło się więcej niż radio Promyk i pralka Frania.
Zasadę otwartych drzwi zastał Nieistotny również na gorczańskiej wsi, zaraz gdy się tam sprowadził. Początek lat dziewięćdziesiątych, cała rodzina w polu a drzwi wejściowe zamknięte tylko na klamkę.
A kradziono najwyżej siano z łąki. Jeżeli zaś dom był zamknięty to świadczyło to wyłącznie o tym, że zapobiegliwy sąsiad przerabia zacier który dojrzał już do destylacji. Zapach roztaczający się dokoła mówił zresztą sam za siebie. A potem Unia wspomogła dotacjami i zaczęło się dziać. Najpierw pojawiły się plazmy z zaraz za nimi tanie chińskie drzwi antywłamaniowe.
Skończyła się epoka zaufania stąd wniosek, że zaufanie do drugiego człowieka maleje wraz ze wzrostem posiadania.
Co skłoniło Nieistotnego owych rozważań?
Tekst o pewnej angielskiej wiosce w czasie drugiej wojny światowej zamieszczony jakiś czas temu w Onecie. Opuszczono ją ze względów strategicznych. Obok rozlokowało się wojsko. 252 mieszkańców opuściło w pośpiechu swoje domy, a ostatni z nich na drzwiach kościoła zostawił kartkę z komunikatem: "My, mieszkańcy Tyneham, którzy żyliśmy tu od pokoleń, opuszczamy nasze domy, aby pomóc wygrać wojnę. Pewnego dnia jednak tu wrócimy, uprzejmie prosimy więc dbać o nasze mienie".
To się nazywa wiara w człowieka .

piątek, 17 stycznia 2014

O wygadywaniu sobie

Czy pewne wydarzenia można sprowokować myślą?
Chyba tak, bo na prestiżowych światowych uczelniach toczą się w związku z tym badania i eksperymenty. Ponoć trzeba się skoncentrować nad zadanym problemem. I napiąć się, byle nie za bardzo bo zwieracze mogą nie chcieć współpracować.
Próbowałem w ten sposób sprowokować jakąś podwyżkę wynagrodzenia wraz z nowym rokiem. Chyba zbyt mało się napinałem bo w czasie ostatniej wizyty właściciel wytknął spadek obrotów w porównaniu z rokiem poprzednim, z czego wyszło, że utrzymanie mojego wynagrodzenia jest jakby jakąś bardzo subtelną formą podwyżki.
Fakt, na nieobniżaniu wynagrodzenia raczej zyskałem. A może tylko nie straciłem?
Przy okazji popisałem się, jak to u mnie pomimo wieku czasami bywa, błyskawiczna odpowiedzią bez angażowania głębszych ośrodków myślowych.
Po części oficjalnej spotkania sprawy zeszły na politykę, a więc w pewnym sensie na „dom schadzek” jak enigmatycznie nazwał jeden z polityków prawicy zwykły burdel. Dokonałem wtedy szczerego wyznania które brzmiało:
- Z moja gównianą pensją z pewnością nikt w burdelu mnie nie zobaczy. Dla mnie priorytetem jest więc rodzina i miłość.
Ładnie to chyba z mojej strony, że tak zaakcentowałem przywiązanie do podstawowych wartości, ale określenie mojej pensji jako gównianej i to zaraz po decyzji o nieobniżaniu, to taki mały zgrzyt.
Tak to już jest, Ja uważam, iż daję z siebie dużo a i szef jest podobnego zdania jeśli chodzi o zapłatę.
Sojusz pracodawcy z pracownikiem przypomina mi trochę sojusz robotniczo-chłopski. Wiemy jak się sprawdził.
Wobec dziwnego sposobu sprawdzana się koncentracji myśli, staram się nie myśleć o rzeczach złych, trudnych skomplikowanych. Wychodzi na to, że wcale nie myślę. Cofa więc te sprawy trudne i skomplikowane.
Czasem jednak samo panowanie nad sobą nie wystarczy. Ledwo co przeczytałem tekst Klarki o awarii i wpisując pocieszający komentarz pomyślałem, że u mnie wszystko gra gdy zadzwonił telefon.
- Coś kapie w łazience – powiedziała żona. Strużka wody wyciekła spod rur w łazience i spłynęła aż pod umywalkę. Na razie podłożyłam ścierką i mam nadzieję, że zrobisz coś po powrocie.
- Jak Ty we mnie wierzysz – odpowiedziałem zaczepnie.
Po pracy zrobiłem zakupy i gonitwa między pólkami marketu skutecznie usunęła mi z głowy problem z hydrauliką.
Potem, powrót, obiad i zielona herbata na wieczór. Dopiero gdzieś koło 20.30 żona przypomniała o problemie.
Niechętnie, ale jednak wstałem i udałem się do łazienki.
Główny zawór wody błyszczał się w świetle żarówek LED, perląc się dużymi kroplami wody
Początkowo myślałem, że to tyle kwestia „pocenia się” metalu na wskutek różnicy temperatur. Starłem wodę, ta jednak zaraz powróciła. Problem okazał się drobny. Popuścił dławik który uszczelnia trzpień zaworu. Dociągnąłem kluczem i po problemie.
- Jutro zaizoluję zawór wyżej, niech się nie poci – obiecałem.
Irytująca duperela, nie warta nawet miejsca na blogu, po co więc te nerwy i twierdzenie, że sobie wygadałem.
Z wiekiem staję się chyba coraz bardziej przesądny.
Ale o złych rzeczach staram się nie myśleć.

środa, 15 stycznia 2014

Od kogo się uczyć?

Od kogo się uczyć?
Są dwie odpowiedzi na to pytanie.
Pierwsza, że trzeba się uczyć od najlepszych, a druga, że choćby od diabła.
Skąd takie przemyślenia rankiem w połowie tygodnia?
Pan Nieistotny jest pod wrażeniem wywiadu jakiego udzielił portalowi na temat jeden z nowych młodych managerów PKP.
Nareszcie ktoś to boleśnie prawdziwie odpowiedział na pytanie, które przez cały okres PRL-u pozostawało bez odpowiedzi.
- Dlaczego w pociągach było brudno - pyta redaktor
- Pociągów, szczerze mówiąc, nikt nie sprzątał. Nikt nie umiał nam wyjaśnić, jak to się działo, że ze stacji utrzymania wyjeżdżał pociąg oznaczony jako czysty, co okazywało się fikcją. Klasyfikowano brud na jednodniowy, tygodniowy i trwały. Pytaliśmy więc ekipę sprzątającą, jak to możliwe, że codziennie sprzątany brud przekształca się w tygodniowy, a potem trwały…
- Co było przełomem?
- Zmiana myślenia. Musieliśmy zejść bardzo nisko, by dotknąć sedna problemu. Np. wcześniej osoba sprzątająca myła wszystko jedną ścierką. Od podłogi poprzez stolik, na którym jadł Pan kanapki. W tej chwili są trzy szmatki, każda w innym kolorze, przeznaczona do sprzątania innej powierzchni. To mała, ale fundamentalna zmiana, bo skłania do identyfikowania się z klientem, zastanowienia się: czy ja byłbym zadowolony jadąc tak posprzątanym pociągiem? Dodatkowo dziś każdy sprzątający wie, że jego praca będzie skontrolowana. To zaczyna działać.
- Rewelacyjnie proste – pomyślał Jan Maria Nieistotny – Przekazać narzędzia, wyznaczyć cel i skontrolować wykonanie?. Trzeba było pokolenia wykształconego po 1989r na Harvardzie czy innym MBA by pochylili się nad problemem syfu w przedziałach i toaletach, maskowanego przy użyciu jednej szarej szmaty, grubo tkanej z tekstylnych odpadów, pozostawiającej brudne włókna na wszystkim dokoła.
Polityka trzech szmatek – można by to określić. Pan Nieistotny zauważył tu jakąś paralelę między ową polityką a chińską rewolucją. Tam sukcesy święciła ogłoszona przez Mao Zedonga polityka trzech czerwonych sztandarów. Zakładała szybkie przekształcenie Chin z zacofanego kraju rolniczego w czołową potęgę przemysłową.
Porównania widoczne chociaż symboliczne. Na kolei naprawdę trwa rewolucja i pytanie jak się ona zakończy?
W Chinach zakończyła się klęską głodu i ruiną gospodarki. Trzeba było zmiany jakościowej i gospodarki wolnorynkowej. U nas zmiana pokoleniowa nastąpiła, gospodarka wolnorynkowa też kwitnie a więc nie powinno być żadnych problemów.
Poza jednym.
W informacjach o kolei Jan Maria Nieistotny znalazł tekst zatytułowany
„Noworoczne postanowienie kolejarzy: będą czyste wagony”
Czy ktoś kiedyś widział zrealizowanie postanowienie noworoczne?
Ale pomimo wszystko, Nieistotny życzy powodzenia i trzyma kciuki.


wtorek, 14 stycznia 2014

Poświąteczne odchudzanie

Tematy świąteczne w mediach już chyba zakończone, a do kolejnej zakupowej fety czyli
Walentynek zostało równo miesiąc.
Kiedy minął Noworoczny kac i nastąpił trzeźwy ogląd sytuacji widać, że jednak nie wszystko wróciło do normy
Towarzystwo wypasione i zadowolone, myśli teraz jak zgubić przed wiosną parę kilogramów, aby bikini znów podkreślało a nie krępowało. Faceci mają zdecydowanie lepiej bowiem w hawajkach można bezkarnie więcej ukryć. Można też owymi hawajkami naobiecywać, ale to już całkiem inna historia.
Generalnie jednak warto wrócić do normalnej wagi.
Aby to osiągnąć można by spróbować ćwiczeń fizycznych. Ostatnio jednak dość mocno dostaje się pierwszej trenerce Rzeczypospolitej, a więc moda na fitness jakby nieco zmalała.
Fachowcy od wszelkiej maści poradników podrzucają gotowe sposoby na to jak stracić aby się nie zmęczyć.
Ponoć seks jest bardzo dobrą metodą na powrót do szczupłej sylwetki. No chyba, że coś pójdzie nie tak, lub właśnie tak i nastąpi przejściowy skutek odwrotny od zamierzonego to znaczy wzrost gabarytów.
Działajmy zatem w myśl hasła jakie jeszcze przed rozwojem Internetu gdzieś, kiedyś wyczytałem. Brzmiało ono - lepsza od befszytka miłosna gimnastyka.
Pamiętam jeszcze i drugie - zamiast pić i jeść, całuj i pieść.
Jak wiadomo, tycie ma miejsce przez całą dobę a więc odchudzanie powinno być również rozłożone na cała dobę.
I tu czytelnicy mogą zwrócić się z pytaniem - co robić w pracy?. Są przecież szczęśliwi w tym kraju którzy zatrudnienie posiadają.
Szanowni Państwo, przerwy w treningu są najgorsze dlatego portal kobieta w dzienniku pl
podpowiada gdzie najlepiej zorganizować sobie miejsce dla codziennego treningu
Najlepsze miejsca do seksu w pracy to:
  1. Magazyn - zdaniem 37 % mężczyzn i 13 % kobiet
Miłośnicy seksu w magazynie nie słyszeli z pewnością piosenki Jacka Kleyffa z Salonu Niezależnych o miłości w magazynie nawozów sztucznych. A warto  O miłości w magazynie nawozów sztucznych 
  1. Biurko - zdaniem 34 % mężczyzn i 20 % kobiet
Standard i nuda, chyba że jest to biurko szefa a szef wyszedł tylko na chwilę.
  1. Sala konferencyjna - zdaniem 29 % mężczyzn i 24 % kobiet
Z pewnością chodzi o to zielone sukno ze stołu konferencyjnego, chociaż kto w korporacjach używa jeszcze na konferencjach zielonego sukna.
  1. Toaleta - zdaniem 20 % mężczyzn i 10 % kobiet
Najlepsza na świecie jest miłość w klozecie. A każdy szalet jest pełen zalet.
Ani w PZU, ani w PKP Tylko, tylko w WC – reklamował tę formę aktywności seksualnej zespół Big Cyc. O miłości w toalecie
 Oszczędzę jednak reszty tekstu bo pokazuje ciemniejsze strony wybranego przez prawie 20% facetów miejsca.
Coś jednak jest w tych toaletach szczególnie w ostatnie dni wakacji. Dowodził tego zespól Łzy Agnieszka
Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji
Kochali się namiętnie, w męskiej ubikacji
I przysięgli przed Bogiem miłość wzajemną
Że za rok się spotkają i na zawsze ze sobą już będą 
Z tego co zauważyłem to temat seksu w kiblu mam dość dobrze przerobiony (przynajmniej w teorii) i podbudowany literaturą ( piękną?)
  1. Winda - zdaniem 17 % mężczyzn i 11 % kobiet
A to ciekawe, że tylko tylu gdyż nawet w czasie jazdy na najwyższe piętro Pałacu Kultury trudno wykroić z posiadanego czasu kilku chwil na tak zwaną grę wstępną. Jak to się mówi pozostaje tylko konkret, czyli to co tygrysy lubią najbardziej.
  1. Kserokopiarka - zdaniem 14 % mężczyzn i 2 % kobiet
Fascynacja kopiowaniem trwa o czym świadczy ilość osób zaopatrzonych w związku z urazem tyłka, zwłaszcza w czasie korporacyjnych imprez świątecznych. Wyciąganie kopiarkowej szyby z dupy jest tyleż samo kłopotliwe co śmieszne. Pobudza wyobraźnię chirurgów.
Pewnie nie tylko chirurgów.
  1. Stołówka - zdaniem 14 % mężczyzn i 1 % kobiet
Co symptomatyczne tę męską pasje podziela zaledwie 1 procent kobiet.
Może to dziwne, ale mnie zapach schabowego i ziemniakami i kapustą kojarzy się wyłącznie z jedzeniem.
Może dlatego nie rozumiem jedzenia sushi wprost z ciała gołej na tę okazje panienki, bo jakoś mi to pachnie naruszeniem ludzkiej godności. Może ja jestem przewrażliwiony?
Nie lubię również jedzenia w łóżku ponieważ okruszki wbijają się dupę. Tu z pewnością jestem przewrazliwiony.
I na koniec
  1. Palarnia - zdaniem 10 % mężczyzn i 0 % kobiet
I słusznie. Jak mówił mój znajomy niepalący-wojujący - Całowanie palącej dziewczyny to jak lizanie popielniczki.
Gdy przestałem palić a żona dopiero dojrzewała do tej decyzji, zrozumiałem o czym mówił znajomy. Pomyśleć, że kiedyś całkiem nie zwracałem na to uwagi.
To jak z jedzeniem czosnku. Można to zrobić przed pójściem do łóżka pod warunkiem, że zrobią to oboje partnerzy.
A tak na koniec, warto zacytować stare polskie powiedzenie ( przepraszam)
„Gdzie się mieszka i pracuje tam się ch... nie wojuje.”
Bardzo ciekawie zinterpretował tę sentencję mój kolega z pracy, który z tego powodu mocno ograniczył aktywność w swojej małżeńskiej sypialni.
A miało być o odchudzaniu po świętach. Ubyło mnie już dwa kilogramy ale nie zdradzę metody.

wtorek, 7 stycznia 2014

Czy Pan lubi Go Go ?

Zgodnie z odpowiednimi przepisami, lokal podający alkohol nie może znajdować się w odległości mniejszej niż sto metrów od miejsca kultu religijnego, czyli mówiąc inaczej kościoła bo tak podpowiada ludowa świadomość.
Dlaczego akurat sto metrów? Wychodzi na to, że powyżej tej odległości Panu Bogu już nie przeszkadza. Czyżby Pan Bóg był krótkowidzem?
Jak zrealizować tę zasadę w miastach pełnych atrakcji turystycznych? Jak to czynić w Krakowie mieście stu kościołów? Podobno w obrębie Plant jest koło setki knajp i knajpek co znaczy, że przy rozsądku ludzi, nawet dziwaczne prawo można zinterpretować bez szkody dla nich samych.
Sam alkohol przeznaczony jest zresztą dla ludzi myślących.
- W tym kraju – pomyślał Jan Maria Nieistotny - jak nie kościół to figura, albo miejsce uświęcone męczeńską krwią. Nic tylko maszerować z procesją, składać kwiaty, palić lampki i czcić.
Memento mori
A przecież życie toczy się wokół nas. Ludzie rodzą się, dorastają i odkrywają uroki zabawy i zabawy po alkoholu. W końcu odkrywają seks i miłość, albo odwrotnie. Najczęściej rodzą się z tego dzieci, ale nie jest to żaden prawny obowiązek.
Takie jest prawo natury i nic tego nie zmieni.
Jedni spędzają wolny czas na medytacjach w kościelnych ławach inni w nocnym klubie.
Pan Nieistotny zna takich którzy z równym upodobaniem oddają się jednemu i drugiemu.
Jak ten baca, który szedł do burdelu z książeczką do nabożeństwa. Tłumaczył, że jak mu się tam spodoba to zostanie do niedzieli.
Pozostawiając na boku nocne lokale ze skłonnością do bycia domami publicznymi, zastanówmy się nad pozostałymi lokalami rozrywkowymi.
Dlaczego Jan Maria zainteresował się knajpami z programem rozrywkowym?
Oto w Warszawie podniósł się krzyk świętego oburzenia z powodu otwarcia na Krakowskim Przedmieściu klubu nocnego. Podobno stoi niedaleko kościoła, w pobliżu figury, a sam dom odegrał rolę w czasie Powstania Warszawskiego.
- No i o co chodzi? – zastanawia się Jan Maria - O wyszynk alkoholu czy o te inne atrakcje?
Z pewnością o te inne atrakcje lokalu Go Go
Nieoceniona Wikipedia podaje definicję takiego miejsca
Klub Go Go to klub nocny, lokal ze striptizem. W lokalu z podkładem muzycznym prezentowany jest: taniec na rurze, striptease oraz pokazy tancerzy erotycznych, chippendales. Występy mają charakter zamknięty (pokazy są płatne).
No i proszę. Po pierwsze płatne, nikt wbrew swej woli nie jest narażony. Po drugie lokal dba o to by przez szyby z ulicy nie zobaczyć nic, bo za oglądanie pobiera opłatę.
No właśnie. Płaci się za oglądanie. Jan Maria nie musiał się podpierać wikipediową definicją ponieważ miał okazję zobaczyć klub Go Go z tak zwanej drugiej strony szyby.
W lokalach panuje zasada, że nie wolno dotknąć dziewczyn wykonujących swój program artystyczny. Podziwiając wprawę w akrobacji Jan Maria upiera się przy artystycznych walorach programu. Warunek oczywiście, że kobiety pracują tam z własnego wyboru.
Każda próba klepnięcia tancerki w tyłek, skończy się nieodwołalnym wywaleniem z lokalu na zbity pysk. Chyba, że Jan Maria przebywał w lokalu z tak zwanej górnej półki w samym sercu Stolicy.
Ech, były czasy.
Striptease już tak spowszedniał, że nie budzi chyba niczyich emocji, zaś taniec na rurze miał się ponoć stać dyscyplina olimpijską, tylko wtedy zamiast szpilek zakłada się adidasy.
O co więc ten cały krzyk?
O moralność.
Jakże wybiórczą mamy tę moralność.
I jakiego pecha ma właściciel kamienicy, która była świadkiem czynu zbrojnego.
A przecież cała Warszawa była świadkiem i uczestnikiem takiego czynu.
Chwała bohaterom, ale i wolność współczesnym.
Jak skomentował to wydarzenie jeden z internautów, w takim Paryżu sąsiadują obok siebie
Kościoły, meczety, knajpy i burdele. Nikomu to nie przeszkadza, a wszyscy zaś potrafią się zgodnie spotkać przy kieliszku dobrego wina.
U nas nie do pomyślenia.