piątek, 30 sierpnia 2013

SMS-y PRL-u

Pan Nieistotny należy do pokolenia które kiedyś wysyłało i odbierało telegramy.
Ponoć ta usługa już nie istnieje.
Telegram to taki SMS drukowany na pasku papieru, nalepiany na druku z napisem „telegram” i dostarczany do drzwi adresata przez specjalnego posłańca.
Same wiadomości przesyłano przy pomocy dalekopisu. Już to czyniło wiadomość ważną i wyjątkową
Bywały telegramy okolicznościowe z okazji ślubu lub imienin. Te nalepiano na specjalny arkusz ozdobny. Oraz te inne z ważnymi informacjami.
Czasy się zmieniały i dostawców złych wiadomości nie skracano o głowę, co najwyżej nie płacono mu symbolicznej kwoty kieszonkowego, które każdy starał się wręczyć.
Dostarczanie telegramów było więc dochodowe chociaż wymagało stalowych nerwów.
Sam telegram kosztował dość słono dlatego oszczędzano jak się da na słowach i znakach interpunkcyjnych.
Wychodziły z tego przedziwne sytuacje.
Jan Maria pamięta jak kiedyś jego ojciec otrzymał telegram o treści:
„Ojciec umarł. Pogrzeb w środę. Kryśka”
Ponieważ na wsi, skąd pochodził ojciec nieistotnego, jedyny telefon znajdował się na plebanii, trzeba było wytrwać z tą okrojoną wiadomością do środy. Konkretnie do wtorku, bo ojciec zdecydował o tym by wyjechać wcześniej. Na wsiach modne było nocne czuwanie przy zwłokach, zwłaszcza przed pogrzebem.
Wieńce ze świeżych kwiatów wylądowały w bagażniku samochodu. Czerwone goździki jak pamięta Pan Nieistotny, wystawały spomiędzy gałązek jodły a fioletowa szarfa mówiła o miłości do zmarłego ojca.
Wątpliwości zaczęły rodzić się po drodze.
Wtedy dopiero ojciec zdał sobie sprawę, że telegram podpisała jego siostrzenica.
Kiedy otwarły się drzwi do chałupy, a wewnątrz zauważyli dziadka spokojnie kurzącego kolejnego „sporta”, wszystkim puściły nerwy.
- Będę długo żył – podsumował dziadek oglądając czwarty w tym dniu wieniec z wyrazami miłości dla niego.
Pogrzeb szwagra odbył dnia następnego, a na świeżej mogile położono kilka wieńców bez szarf.
Dziadek dożył dziewięćdziesięciu pięciu lat w dobrym zdrowiu.
Dlaczego to wszystko wspomina?
Bo dzisiaj rano znalazł w swojej skrzynce na listy awizo na list polecony.
Zaraz też zaczęło się wielkie myślenie i delikatny niepokój. Po przyjeździe do sąsiedniej miejscowości gdzie znajduje się poczta, po pierwsze okazało się że punkt został przeniesiony w inne miejsce. Gdy znalazł miejsce, że ten nowy otwierany jest dopiero o 8.30.
Pozostała niepewność która potrwa do końca dnia pracy.
Bo któż i po co wysłał ten list polecony?
W zasadzie już teraz mógłby udać się do spowiedzi, bo na okoliczność awiza zrobił krótki rachunek sumienia.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Pierogi

Jan Maria wychodzi z domu koło godziny siódmej jak każdego dnia od czasu zmiany miejsca zamieszkania. Ostatnimi dniami wraca jednak do tego domu po dwudziestej. Szpitalne odwiedziny zaburzają zupełnie cykl dnia, ale są tak samo ważne dla Nieistotnego jak i dla Najważniejszej.
W takiej sytuacji na plan dalszy zeszły pomidory i słoneczniki, które złamały się pod ciężarem pełnych kwiatów.
- Może w sobotę – myśli sobie patrząc na ogrom prac i dorzuca te ogrodowe do robót elektrycznych, zaplanowanych już wcześniej. Ponoć nuda jest najgorsza, ale od czasu do czasu nicnierobienie działa terapeutycznie.
Kiedy wchodził wczoraj do sali szpitalnej, przywitał go charakterystyczny dźwięk aparatury podtrzymującej życie. Monitor pokazywał wykres serca wartość ciśnienia i takie tak. Do tego popiskiwał w równych odstępach czasu.
- O widzę, że macie maszynę do robienia „pim”. Dyrektor szpitala bardzo ją lubi – powiedział na przywitanie cytatem z filmu „Sens życia” Monty Pythona.
- Może i Pan Dyrektor ją lubi , mnie normalnie wku...ia – odpowiedziała na powitanie Najważniejsza.
Dynamika jej wypowiedzi świadczyła, że owo „pim” musiało jej nieźle dopiec. Dzięki Bogu maszyna była zainstalowana nie przy jej łóżku co pozwoliło przypuszczać, że rokowania co do rekonwalescencji są pozytywne.
Swoją drogą to takie dziwne i egoistyczne, że dziękujemy bogu za to, że nieszczęście trafiło obok.
Pielęgniarka wykazała się empatią i po niecałej dobie pracy znacznie owo piszczenie przyciszyła.
Dwie godziny minęły błyskawicznie i trzeba było się zwijać do domu. Nie tak szybko jednak.
Młody który towarzyszył Nieistotnemu w odwiedzinach szpitalnych, wywiózł go potem do sklepu z oświetleniem, gdzie namówił do zakupu kinkietów do swojego pokoju.
Sam Jan Maria nie mógł nadziwić się jak sprawnie to namawianie Młodemu poszło, a z drugiej strony, jak szybko pozbył się zastrzyku gotówki. Przecież ta kasa spłynęła do niego dosłownie pół godziny wcześniej.
- Jednak wcześniej pieniądze trzymały się mnie lepiej – stwierdził Nieistotny.
Po chwili zaś dodał jakby usprawiedliwiając się sam przed sobą – a może po prostu miałem ich kiedyś więcej?
Pierogi ruskie wyprodukowane przez teściową wypełniły jednak teść wieczora, przesuwając do tyłu mniej istotne rozważania nad przemijaniem pieniędzy i życia jako takiego.
Dziesięć sztuk to jednorazowa norma Jana Marii.

środa, 28 sierpnia 2013

Brodzić pośród suchych liści

No to się ładnie nastukałaś - powiedział Pan Nieistotny na przywitanie szanownej małżonki.
Najważniejsza podniosła głowę i spojrzała na niego mętnym spojrzeniem. Chwilę później wydała z siebie schrypły głos z powodu gardła pokaleczonego rurą intubacyjną.
Ileż to razy widział już ślubną w takiej sytuacji?
Chyba z dziesięć. Przyzwyczaił się więc do tego zmętnienia wzroku, nielogicznych odpowiedzi a nawet pytania dnia następnego - czy był wczoraj?
Przy sąsiednim łóżku jakiś facet cierpliwie zajmował się kobietą, próbującą coś wyartykułować głośno i niewyraźnie.
- Po wylewie - pomyślał Jan Maria i zaraz tymi myślami podzielił się z teściową, stojącą obok tego samego łóżka jego żony.
Kiedy pocałował żonę na do widzenia i wychodził już prawie z sali, odwrócił się do tamtej kobiety i z uśmiechem empatii pożegnał się z nią.
Umęczona cierpieniem twarz uśmiechnęła się również na chwilę i kiwnęła delikatnie głową.
W czasie licznych odwiedzin w szpitalach nauczył się tego uśmiechu. Umiał też już rozmawiać z chorymi. Dobierał tematy do okoliczności, a raz nawet niczym ktoś z najbliższej rodziny podał rękę umierającemu pacjentowi.
Tamten skonał trzymając Jana Marię za rękę. On przyjął to z dużym wzruszeniem. Wiedział, że dla tamtego człowieka był w tej chwili kimś bliskim a więc i ważnym. Nie czuł się wtedy ani trochę nieistotny. To było parę lat temu.
Późnym wieczorem dotarł do domu, sprawdzając na liczniku odległość pomiędzy szpitalem a domem. Dwadzieścia pięć kilometrów.
Pomylił się w swoich domysłach o pięćset metrów. Nieźle.
Kiedy następnego dnia wszedł do szpitala, teściowa zaraz po przywitaniu powiedziała mu co i jak.
Pacjentka z sąsiedniego łóżka choruje na SM czyli stwardnienie rozsiane. Parszywa choroba, która po kawałku zabiera sprawność fizyczną czyniąc człowieka całkowicie zdanym na łaskę najbliższych, jeżeli takich, oczywiście posiada. Dla równowagi sprawność intelektualna pozostaje na tym samym poziomie, pewnie po toby zdawać sobie sprawę z tej zalezności i dodatkowo cierpieć.
Czternaście lat choroby tej kobiety to czternaście lat opieki jej męża i rodziny. Szybko obliczył ile lat miał wtedy jej mąż. Mówią, że życie mężczyzny zaczyna się po czterdziestce. Innym z tą czterdziestką się kończy. Oczywiście w pewnej tradycyjnej formule.
Nie wszyscy wytrzymują to wszystko co funduje los. Ponoć na takim turnusie rehabilitacyjnym dla ludzi z SM, około siedemdziesięciu procent osób to ludzie samotni. Te siedemdziesiąt procent ludzi zostało opuszczonych przez swoich partnerów.
Pan Nieistotny nie ocenia, uważa, że trzeba być silnym psychicznie w takich sytuacjach, a nie wszyscy są.
Mąż tej kobiety powiedział nawet, że trzeba mieć ten dar. Jan Maria nie używa tak wielkich słów. Nie ma również tak długiego doświadczenia. Razem z Najważniejszą zmagają się z inwalidzkim wózkiem już trzy? Nie, cztery lata. Patrzcie państwo jak ten czas leci.
Jan Maria brutalnie wykorzystał sytuację by wesprzeć Najważniejszą.
- Spójrz na tę kobietę, Ona naprawdę cierpi i w dzień i w nocy. Twój wózek stawia cię w zdecydowanie lepszej sytuacji. My marzymy aby iść na spacer jesienną aleją, szurając butami pośród suchych kolorowych liści, on żeby mógł posadzić żonę na wózek i w ogóle wyjechać z domu.
W tej sytuacji jesteśmy szczęściarzami.
Spojrzała na niego chłodno
- Jeżeli to się nazywa szczęściem, to ja chciałabym przeżyć przeciętne życie i niech szczęście się do mnie nie uśmiecha.
- Póki co po szpitalu i rehabilitacji, pojedziemy do parku by zanurzyć koła w kolorowych liściach i jak łódka brodzić.
- Bredzisz powiedziała żona, ale widać było, że leki przeciwbólowe zaczęły przejmować nad nią kontrolę.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Do tych pól

Kiedy Pan Nieistotny sprzedawał swój dom w górach, tłumaczył przyszłemu nabywcy, że oprócz wspaniałych wakacyjnych miesięcy, urokliwych wrześni czy kwitnących majów
oraz skrzących się śniegiem styczni, bywają również w każdym roku: deszczowe listopady i rozmoczone topniejącym śniegiem marce.
- Zdaję sobie z tego sprawę – zapewnił nabywca
- Posiadając tę wiedzę, lżej będzie zmagać się z siłami przyrody – zapewnił.
Życie bowiem w stuletniej chałupie, na północnym stoku stromej góry, nie jest takim zwykłym wyjadaniem kaszy z mlekiem. To szarpanina, pot i łzy. Czasem, chociaż zdecydowanie rzadziej, uniesienia graniczące z mistycyzmem i właśnie dla nich warto poświęcić tamte łzy.
Z doniesień jakie płyną z tamtego kierunku wychodzi na to, że nowi właściciele temat wsi znają najbardziej z „Chłopów” Reymonta, albo nawet z ich szkolnego streszczenia.
- Pozwól ludziom na własne błędy – upominał go licealny jeszcze kolega. - Nie pamiętasz już jak sam uczyłeś się tej wsi. Teraz lecisz z pamięci jak małżonek w sypialni po dwudziestu latach małżeństwa. Oni mają jeszcze wzloty i upadki. Sam zaś mówiłeś, że warto.
Wspomnienia to już choć nie całkiem odległe.
Nieistotni kupili dom na wsi, zaraz obok dużego miasta i z tej perspektywy porównują tę wieś z tamtą. Przykładają do siebie tamte upadki z obecnymi, chociaż po górskim przeszkoleniu tych obecnych jest jakby mniej.
O tych deszczowych listopadach przypomniał sobie Jan Maria właśnie dzisiaj, kiedy wychodził z rana do pracy. Delikatna mgła snuła się nad polami dusząc zapach traw i ziół unoszący się do góry.
Z tymi ziołami to może przesada, bowiem bajeczne łany pszenicy rosnącej naprzeciw domu zostały zżęte a powstałe ściernisko zaorane. Zaraz też pojawił się traktor który wylał beczkę gnojówki w celu użyźnienia ziemi.
Od kilku dni smród daje do wiwatu, ale Jan Maria zaraz tylko gdy doleci go ten zapach, wspomina to gładkie powiedzenie o listopadzie. Bo nic nie jest tylko białe alko wyłącznie czarne. Szarość w stu dwudziestu czterech odcieniach rozciąga się wokół naszego życia.
Fajnie bowiem zrywać brzoskwinie i jabłka prosto z drzewa oraz zrywać dojrzałe pomidory do koszyka. Wtedy ta cała wieś powszechnie się podoba.
Znacznie gorzej przejść obok pola nawiezionego organicznym nawozem. Zwłaszcza cudzego pola.
Kiedy po raz kolejny jego Najważniejsza zwróciła mu uwagę na tę niedogodność powiedział, że ten zapach to element wsi i trzeba go przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. On go tak przyjmuje i nie wywołuje to w nim wzburzenia. Inaczej jest zaś wtedy gdy taki potomek Piasta Kołodzieja pali w ogrodzie lub na skraju między duże ognisko, w którym płoną plastikowe butelki i stare opony.
Nigdy się z tym nie mógł pogodzić i da bóg, że dalej nie będzie mógł.
Wielki sprzeciw budzi też w nim także systematyczne wypalanie łąk i pól, bo tak robili ojce i dziadowie.
Dziadowie przecież jedli drewnianą łyżką z jednej glinianej michy, a młodzi nie kultywują tego zwyczaju. Na czym polega więc ta wybiórczość?
Póki co Jan Maria odłożył rozważania o ludzkiej naturze i skierował się do miejsca gdzie przebywa jego małżonka. Wszędzie tam roznosi się zapach medykamentów i środków odkażających. A w tej ogólnie sterylnej atmosferze zaraz tęskni się do pomidorów, jabłek a nawet do tych pół nawiezionych tradycyjnym sposobem.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Napisy

W niedzielny ranek, Pan Nieistotny zapakował do samochodu bagaże żony a na koniec i ją samą.
Obrał kierunek na wiadomy szpital w wiadomej miejscowości. Silnik samochód pracował spokojnie, a oni powoli mijali dobrze znane domy i sklepy. Piękny poranek bez nadmiernie wysokiej temperatury otoczenia sprawiał, że ten świat wydawał im się piękny. I nie przeszkadzał w tym postrzeganiu świata fakt zbliżającej się interwencji chirurga.
Operacja ta planowana była już od kilku miesięcy, ale za każdym razem coś stawało naprzeciw. Ze dwa razy to jakieś przypadkowe oparzenie, a raz grafik urlopów lekarzy. W końcu dmuchając na zimne i unikając niebezpiecznych zajęć, dojechali do tej niedzieli w której za Najważniejszą miały sna parę dni zamknąć się podwoje szpitala.
Po formalnym przyjęciu pojechali na właściwe piętro i zajęli łóżko pod oknem.
Formalności związane z przyjęciem aa oddział trwały prawie godzinę, ale w końcu pojawił się znany im już od pewnego czasu doktor
- Widać, że z radością zostawia Pan żonę w szpitalu - powiedział na przywitaniu chirurg.
- A po czym? - zapytał wyraźnie zaskoczony Jan Maria
- A choćby po T-shircie.
Pan Nieistotny spojrzał na swój czarny podkoszulek. Duży biały napis na piersiach brzmiał
FEEL A GOOD DAY
- Trudno zaprzeczyć, napis mówi sam za siebie – zgodził się Jan Maria
- To dlatego zbierasz się już do wyjścia? - podchwyciła Najważniejsza.
To nie ma związku – odpowiedział bez zbędnej zwłoki, która budziła by szczerość intencji. Z drugiej jednak strony cieszył się jak dziecko, że nie ubrał tej koszuli z tekstem o ładnych nogach i z niedyskretnym pytaniem.
Jak to trzeba myśleć co kiedy ubrać. Swoją drogą ta miłość do T-shirtów z napisami może go kiedyś zgubić.

piątek, 23 sierpnia 2013

Rozważania boleśnie istotne

- Mam odmowę dostępu - powiedziała farmaceutka kasująca należność za lekarstwa. Popukała przy tym w terminal trzy razy jakby to pukanie miało w czymś pomóc.
- Nawet zabobony nie uczynią płynnym konta w którym przekroczono debet – pomyślał Pan Nieistotny i nie prosił o powtórzenie operacji, ale zamiast płatniczej wyciągnął kartę kredytową. Podając ją kobiecie wyrzucił z siebie myśl w stylu ludowej filozofii wyrażanej przysłowiami
- Jak nie kijem to pałką.
Pałka zadziałała i terminal wypluł potwierdzenie transakcji.
Z niewielką reklamówką wypełniona lekami wyszedł z apteki kierując się do samochodu.
Odmowa dostępu całkiem zepsuła mu poczucie zadowolenia z powodu dokonania już we czwartek tygodniowych zakupów.
Zrównoważony i wyważony w emocjach Jan Maria rzucił lekarstwa na tylne siedzenie, a kiedy włączył samochód, jego oczom ukazał się symbol dystrybutora mocno podświetlony na żółto. Rzucił więc jeszcze w stronę samochodu soczyste - ożeż kurwa.
Lampka od tego ożeż nie zgasła, ale nerwy puściły, na tyle by wcisnąć sprzęgło i wbijając pierwszy bieg, ruszyć z dusznego o tej porze parkingu.
- Nieszczęścia zawsze chodzą parami - pomyślał, klasyfikując brak kasy jako nieszczęście.
Może niepotrzebnie dramatyzuje, bowiem brak kasy to tylko kłopotliwa dolegliwość.
Policzył drogę z pracy do domu i odwrotnie. Wyszło mu, że nie dojeździ do końca miesiąca patrząc na tego, jak to po męsku nazywał jego kolega „wkurwiacza”
Dlaczego tak brutalnie nazywa owo w końcu pomocne urządzenie?
Po prostu któregoś dnia przy obiedzie usłyszał od swojej żony:
- Zbyszku, auto mi się popsuło, świeci jakaś kontrolka. Zobacz później.
Zepsute auto całkiem popsuło humor znajomemu. Łykał gorące pierogi jak młody pelikan i zaraz potem zszedł do samochodu. Wrócił po kwadransie z krzywym uśmiechem na twarzy.
- Naprawiłem. Już nie świeci – powiedział do żóny.
- Co zrobiłeś ? – spytała żona
- Zatankowałem.
Kiedy Zbyszek opowiedział to Janowi on pocieszył go na swój sposób.
- Pociesz się - powiedział Jan Maria - że nie masz jakiegoś bardziej skomplikowanego samochodu.
- Co to zmienia?
- Pewien mój znajomy - zaczął wspominać Jan Maria – biznesmen, taki od białych skarpet do garnituru, kupił sobie nowiutkiego Jeepa. Był to początek lat dziewięćdziesiątych i najbliższy serwis gwarancyjny znajdował się w Wiedniu.
Któregoś dnia biznesmen zauważył na tablicy rozdzielczej jakąś ikonkę, złowrogo świecącą wtedy gdy inne karnie pogasły. Na nic nie przydała mu się instrukcja obsługi, napisana po angielsku, niemiecku i jakimś arabskim języku. Żadnym z tych obcych, bohater opowieści nie władał.
Posiadał natomiast pieniądze, za które wynajął lawetę do przewozu zepsutych samochodów.
Wjechał samochodem na lawetę, a kierowca założył zabezpieczenia.
Tak zabezpieczony pojechał pomocą drogową do pięknej stolicy walca i kawy, masowo zwożonej kiedyś przez rodaków.
W serwisie z iście angielską flegmą przyjęli samochód i bez skrzywienia oddali w ręce właściciela mnie więcej po kwadransie.
- Co było zepsute - dopytywał się biznesmen za pośrednictwem kierowcy lawet który robił od czasu do czasu jakiś „kajne geszseft”
- Nic – odpowiedział całkiem poważnie pracownik serwisu – uzupełniliśmy płyn do spryskiwacza.
Ponieważ Pan Nieistotny zdiagnozował powód świecenia kontrolki, a nie był chwilowo w stanie załatwić problem, zaczął się zastanawiać - czy lepiej być mądrym? A może wystarczy tylko bogatym?

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rower a w zasadzie dwa

Cyfry elektronicznego zegara wskazywały dokładnie 17:30, gdy Jan Maria zasiadł w fotelu przed telewizorem. Szybkie przejście po kanałach potwierdziło dobitnie to co i tak czuł przez skórę, że w telewizji nie ma nic do oglądania dla ludzi z jego wykształceniem. Pozostawił jednak włączonym jeden kanał popularno-naukowy i przystąpił do parzenia zielonej herbaty. Właśnie minęło pół godziny od zakończenia posiłku, a więc czas na green tea wydawał się najlepszy. Wtedy też zauważył, że Młodszy syn krząta się nerwowo po domu. Zapalenie ucha jakiego nabawił się na wskutek nurkowania w Turcji powoli ustępowało, ale dalej korzystał z przywileju zwolnienia lekarskiego. Brak zajęć na studiach i kilkudniowe zwolnienie działało na niego w widoczny sposób destrukcyjnie
Nie dalej niż poprzedniego dnia jeździł na rowerze po ogrodzie, objeżdżając owocowe drzewa to z jednej to z drugiej strony, na koniec otworzył szeroko okno na taras i drzwi wejściowe. Wjechał do domu przez taras a wyjechał drzwiami.
- Zawsze o tym marzyłem
Razem z małżonką nie skomentowali tego działania, bo czymże są rodzice jak nie narzędziami do spełniania marzeń swoich dzieci.
Pan Nieistotny nie zawsze był tak spolegliwy. Ileż to razy w trakcie dyskusji z dziedzicem nazwiska sypały się iskry a atmosfera był ciężka od emocji.
- Zdecydowanie z wiekiem obniża mi się testosteron – zawyrokował.
- A wszystko to z korzyścią dla rodziny – dodała mu otuchy Najważniejsza.
Młody zapinał kurtkę gdy Jan Maria spytał go o najbliższe plany
- Jadę na rowerze tak przed siebie, ale nie daleko.
- Nie daleko? To może i ja do ciebie dołączę – spytał Jan Maria wyczuwając pewną szansę dla siebie.
Nie wiadomo czy to na wskutek zażywanych antybiotyków, czy też pełzającej ale i nieuchronnej dorosłości, Młody zgodził się.
Pojechali
Zrazu powoli do czasu gdy mięśnie przestały buntować się, a potem szybciej i bardziej zdecydowanie.
To duża frajda jechać w towarzystwie, kiedy można zachwycić się okolicą i od razu z kimś ten zachwyt podzielić.
Poza tym te relacje ojciec – syn są nie do przecenienia. Nie zapłacisz za to żadną z dostępnych kart kredytowych. Szło nieźle. Zakładany początkowo cel podróży przesunął się dalej. Wymyślili też bardziej ambitny powrót. Ambitny z powodu wzniesień i zjazdów postępujących jedno po drugim.
Zauważył, że jego jazda na luzie jest średnio o 2 kilometry na godzinę wolniejsza od szybkości syna. Młodość ma jednak swoje prawa.
Urzędnicze mięśnie buntowały się pod koniec tej eskapady, ale serce zachowało się bardziej dorośle. O dziwo i płuca nie walczyły o przetrwanie tylko miarowo wentylowały organizm.
W końcu od czasu do czasu siada na ten rower i pędzi do pracy oddalonej o jedenaście kilometrów, aby jak mówi - dupa całkiem nie przyrosła do samochodowego fotela.
Z duża frajdą parkuje wtedy rower przed biurem, cieszą go bowiem te małe sukcesy.
Gdy nie ma dużych....
Po powrocie, Młody na podstawie programu zainstalowanego na komórce przedstawił wyliczenia
ile to przejechaliśmy, z jaką średnią prędkością i z jaką różnicą wzniesień. Cudo.
Zaraz też pomyślałem, że nie takie całkiem. Skończą się już opowieści z wycieczek rowerowych, gdzie dla troskliwej matki przejeżdżało się osiem kilometrów a dla kumpli z pracy „po wędkarsku” czterdzieści osiem i to bez wysiłku.
Następnego dnia rano Jan Maria w te słowa odezwał się do Najważniejszej
- Nie chciało mi się dzisiaj wstawać z łóżka, po tym wczorajszym etapie. Z drugiej jednak strony cieszę się że Młody w ogóle chciał ze mną jechać.
- Tak też sobie wczoraj pomyślałam – odpowiedziała żona.

środa, 21 sierpnia 2013

Listonosz puka teraz melodyjnie w pokrywę laptopa

Pan Nieistotny podniósł pokrywę laptopa i oczom jego ukazał się monitor z indywidualną tapetą upstrzona ikonkami.
Stary Rynek ulubionego miasta o północy, fajny motyw. Kliknął w ikonę połączenia internetowego i je uzyskał.
Przyjął to z zadowoleniem, ponieważ nie było to wcale takie oczywiste.
Od czasu zamieszkania na wsi, korzystał z nowoczesnego i szybkiego internetu bezprzewodowego, który miał jedną słabą stronę. Był ograniczony w wysokości transferu. Młodszy syn jakby nie zauważał tego faktu rozpuszczony brakiem limitów na starym mieszkaniu.
Włączył program pocztowy i odebrał pięć nowych wiadomości.
Cztery zostały przez program antywirusowy zakwalifikowane od razu jako spam, a więc nie musiał czytać, że Viagra będzie teraz tańsza, a kredyt bankowy bardziej dostępny. Piąta wiadomość sprawiła mu naprawdę sporo frajdy.
Mail od Krzyśka, oczekiwany od dłuższego czasu . Znajomość wyłącznie wirtualna za sprawa bloga prowadzonego czas jakiś przez Jana Marię. Od razu okazało się, że nadają na tych samych falach, zgadzają się wielu kwestiach, chociaż życie zafundowało im różne scenariusze.
Zaczęli uprawiać trudną sztukę epistolografii, całkowicie prawie zapomnianą w dobie ograniczonego limitem znaków SMS-a. Może to była wersja e jak e-mail, ale emocji nie brakło pomimo braku pośrednictwa poczty.
Zawsze powoływał się na fakt tej korespondencji wtedy, gdy gdzieś narzekano na to, że pisanie listów to przeszłość.
Sugerował też Krzyśkowi by zachować te listy do czasu, gdy będą sławni i bogaci. Wtedy po wydaniu w formie książkowej mogłyby dać świadectwo czasom. Zaraz potem rozśmieszyło ich to bo zdali sobie sprawę z faktu, że już raczej nie będą sławni. Z pewnością też nie zostaną bogaci.
A gdyby jednak dać Panu Bogu szansę i zagrać w totka?
Po co gdybać, lepiej czytać
Cześć Jaśku
Dawno nie pisałem, ale z nastaniem wiosny piątkowe wieczory spędzam poza domem a wiadomo, że nie masz lepszego czasu i miejsca gdzie, wiosną myśli rodzą się najlepsze (coś mi to Sikorowskim pachnie) niż właśnie piątkowy wieczór po pierwszej szklance wina lub drinka, a przed skończeniem się drugiej flaszki. Niestety ponieważ na wsi nie mamy zbyt dużo miejsca, a nie lubię kiedy mi ktoś przez ramię zagląda co piszę, bo to ogranicza spontaniczność wypowiedzi. Wtedy to nie piszę wcale. Nota bene moja Kobieta niezbyt przyjmuje do wiadomości, że dwóch heteroseksualnych facetów może sobie ot tak po prostu korespondować i wszędzie doszukuje się pierwiastka żeńskiego.
Mijają właśnie magiczne trzy lata, które moim zdaniem, przy wspólnym zamieszkiwaniu, całkowicie wystarczają aby zabić każdą miłość i pożądanie.,Zaczyna więc każdy tego typu narwaniec żałować tego co uczynił, tym bardziej, gdy jego kobieta jest chorobliwie zazdrosna i zatruwa mu życie co niemiara. Tu ciekawe moim zdaniem spostrzeżenie, które powinno spotkać się z zainteresowaniem psychologów. Kobiety, które jak to się popularnie mówi "odbiły żonie chłopa" (idiotyczne stwierdzenie wymyślone przez pozbawione solidarności jajników baby- a gdzie ten chłop był w czasie owego odbijania?), są zazwyczaj mniej lub bardziej chorobliwie zazdrosne.
Coś wiem o tym, na szczęście w wersji soft. Nie trafia im do przekonania tłumaczenie, że zdradza się (od zarania świata) żony, ale raczej nie kochanki, bo kochanki po prostu się zmienia. Ja jeszcze dodaję przy dyskusjach tego typu, że zdradzanie jest ogromnie stresowe i nie mam ochoty przeżywać tego powtórnie, tym bardziej na starość, co ma wywołać u mojej Kobiety konkluzję, że może się czuć bezpieczna i nie musi mnie i siebie zadręczać troską o moją cnotę.
Porzućmy jednak rozważania na tematy męsko damskie, bo można by zapisać nimi cały dysk komputera, a i z analizą tego nie poradziłby sobie nawet najtęższy umysł.
W związku z likwidacją zakładu pracy za chwilę zostanę bez stałej pracy, co jeszcze przeżyłbym ale i bez stałego wynagrodzenia co już jest znacznie trudniej przeżyć, nawet jeśli kiedyś pasjonowało się ideologią hipisów, a później hasłem "lepiej być niż mieć" (tak wiem, żeby być trzeba mieć). Zadziwiające że mogę spać i nie odczuwam jakiegoś niszczącego stresu chociaż wiem że znalezienie pracy lub zajęcie się czymś co dawałoby jakieś godziwe (lubię to słowo, fajnie brzmi) dochody, może być sprawą trudną. Nawet odczuwam pewnego rodzaju pobudzenie intelektualne wywołane perspektywą nieuniknionych zmian. Ale nie rajcuję się tym specjalnie, bo gdzieś czytałem, że takie pobudzenie odczuwają także skazańcy wchodzący do komory śmierci.
Na pewno na zmniejszenie stresu działa fakt że jestem odpowiedzialny tylko sam za siebie,
Moja Kobieta dobrze zarabia i ma pewną (jeżeli w ogóle może być coś pewnego) pracę.
A reszta rodziny?
Jak zwykle liczy na pomoc rodziców
Ostatnio zapłaciłem za remont samochodu syna i miałem spory udział w remoncie domu córki.
I tak czas leci a ja przygotowuję się do konkretnej rozmowy we wrześniu, jeżeli nic z tego nie wyjdzie to klapa, trzeba być może będzie zacząć od pracy fizycznej, która podobno ujmy nie przynosi, a i zdrowie lepsze jest z niej. A Tobie życzę jak najszybszego rozwiązania swoich problemów przy jak najmniejszym stresie, postępów w rehabilitacji Żony, a tak w ogóle żeby nam dalej winko smakowało, głupoty po głowie chodziły i nie dajmy życiu chociaż złowieszczo nadciąga jesień. Pozdrawiam Krzysiek
Jak tu nie zgodzić się z Krzyśkiem.
Tak jest, idzie jesień. Co zaś się tyczy kochanki musi polegać na doświadczeniu kumpla

wtorek, 20 sierpnia 2013

Odruch kota Pawłowa

Ciche miauczenie i następujące po nim skrobanie w okno, przywołało umysł Jana Marii do świadomości.
- Kot się dobija – pomyślał.
Kota jednak nie posiadał. Mierzył się do psa, ale postanowił, że sprowadzi go do domu dopiero po operacji żony, a ta planowana jest od dawna i ciągle się opóźnia. Raz z powodu niekorzystnych wyników a innym razem z powodu banalnego oparzenia. Jak łatwo oparzyć się i tego nie zauważyć w przypadku gdy komuś brakuje czucia od pasa w dół wie chyba tak samo dobrze jak jego szanowna małżonka, tego odczuwania pozbawiona.
- Po szpitalu – zdecydował, bo przecież nie będzie zwalniał się z pracy by wyprowadzić szczeniaka na spacer.
Nie miał nic przeciwko temu, aby oprócz psa po domu plątał się kot. Była by to świetna propagacja przyjaźni międzygatunkowej, a zarazem gospodarstwo wiejskie jak się patrzy.
Z tym kotem mogą być jednak problemy, bo młodszy syn kicha alergicznie po bliższym kontakcie z kocim futrem.
Skąd więc kot skrobiący w ramę okienną o piątej rano?
Sąsiedzi wybrali się na wakacje. Włoskie klimaty i takież samo jedzenie zawładnęło ich umysłami do tego stopnia, że powierzyli mu do opieki swoje dwa koty. Kotki pojawiały się codziennie rano i wieczorem, gdy wrzuciwszy do miski pachnącą konserwę znanej firmy, pukał łyżką w pustą puszkę. Jak na komendę, na odgłos tego gongu pojawiały się dwie kotki pręgowane z białymi skarpetkami na łapach. Mruczały radośnie ocierając mu się o nogi, po czym rzucały się do miski w ustalonej hierarchicznie kolejności.
Jedna bardziej dzika, znikała na całe dnie pojawiając się tylko na czas karmienia, wtedy tylko godziła się na delikatne czułości. Przy próbach spoufalenia się łapała ostrzegawczo palec w zęby i odpychała łapą. Druga bardziej lgnąca do ludzi pojawiała się często w jego domu, dopraszając się czułości i wizytując poszczególne pomieszczenia. Raz żona znalazła ją w szafie, a innym razem Jan Maria pogonił ją ze swojego łóżka, gdy zwinięta w precel spała na czerwonym polarowym kocyku.
Pomimo tego koty odwzajemniały zainteresowanie nimi podrzucając, pewnie w podzięce za wyżerkę, świeżo złapane myszy i raz jakąś nornicę. Pomijając walory estetyczne, rozczulała go ta wdzięczność i nie był też tak radykalnie zdecydowany w przeganianiu kota z domu.
Z czasem jeden z kotów wyrobił w sobie zwyczaj i regularnie jak w zegarku wpadał z rana. Przypominał, że już czas najwyższy na kolejną michę i porcję świeżej wody.
Jan Maria zadawał sobie pytanie – dlaczego akurat piąta to najlepsza do tego pora. Wytrzymywał jednak do siódmej, by w drodze do pracy pojawić się pod domem sąsiadów i wyłożyć tam karmę do miski.
Kot był nieustępliwy i wielokrotnie ponawiał sprawdzony zestaw – mruczenie, miauczenie i skrobanie.
Denerwujące, zwłaszcza gdy świt zwiastuje niedzielę i naprawdę nie trzeba zrywać się do pracy.
Kotka dała za wygraną i skoczyła z parapetu. Spokój okazał się jednak pozorny, bo zraz rozległo się to samo skrobanie od strony okna w salonie, a potem w każdym z kolejnych.
Dał za wygraną i siadł na łóżku. Zaspany jeszcze, opuścił nogi na podłogę w poszukiwaniu pantofli.
Jak zwykle zostały gdzieś w salonie. Zwyczajowo biegał na bosaka po domu i ogrodzie narażając się na zarzuty Najważniejszej, że całkiem przesiąkł ta wiejską atmosferą otoczenia, choć od czasu przeprowadzki minęło raptem pół roku.
On jednak kochał bosymi stopami stąpać po trawie i odczuwać za każdym razem tę rozkosz z powodu bezpośredniego kontaktu z naturą. Był przy tym pewien, że nie napotka na swoich ścieżkach szkła, gwoździa czy blachy a jednym zagrożeniem może być zdradziecko pozostawione w trawie kocie gówno.
Dotarł do spiżarni wyciągając rękę na półkę, ale w umówionym miejscu nie napotkał wiadomych puszek.
- Racja – puknął się w czoło.
Wczoraj wrócili sąsiedzi. Podziękowali za opiekę na żywym inwentarzem, kładąc na ogrodowy stół butelkę włoskiego wina i słoik oliwek. On dołożył kolejną.
W miłej atmosferze wieczoru obserwowali jak koty ganiają siebie nawzajem.
Dzisiaj rano zadziałał najwidoczniej odruch „psa Pawłowa”
Kotu kojarzył się z karmą i nie przestawił się jeszcze na tradycyjne tory. Jemu również nie.
- Spadaj kocie do domu. Dzisiaj w grafiku nie ma mojego dyżuru.
Wrócił do łóżka, ale ze spania nic już nie wyszło. Ponoć koty tak mają, jedzą bladym świtem. Swoją drogą, w sytuacji gdy kot nie łapie już myszy w domu, staje się taki puchatym próżniakiem, któremu kładą michę za nic.
Pies musi nadrobić swoim oddaniem i karnością. Wie, że nie wolno włazić w określone miejsca, a w pewne dokładnie odwrotnie.
Pies bezinteresownie rzuci się do drzwi by powitać wracającego człowieka i to bez względu czy nie było go w nim tydzień czy tylko piętnaście minut. Kot z miną sfinksa podwinie łapy pod siebie i patrzy gdzieś w dal na owym gapieniu się skupiając całą swoją uwagę.
Nie zrobi niczego tylko dlatego, że tak wypada.
Ejże, ejże, to jakbym cytował kawałki z Układu Eli Kazana. Tamten opis niezależności dotyczył jednak czegoś zupełnie innego.


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Filmowe przemyślenia

Pan Nieistotny lubi kino. Z przyczyn osobistych, o których pewnie będzie później, ma jednak z tym pewien problem. Ze względu na wszechobecny internet owe wypożyczalnie nie jest jednak skazany na całkowitą filmową abstynencję.
Kiedy ostatnio oglądał film Woodego Allena „Zakochani w Rzymie”, zainteresował się losami Leopoldo, którego świetnie zagrał Roberto Benigni.
Jak krucha jest popularność i jak celebrycka sława wynosi wysoko niczym gejzer, po to tylko by za chwilę zrzucić na sam dół.
- Jakie to wszystko mądre - pomyślał Pan Nieistotny, przykładając filmową historię do własnego życiorysu.
Pan Nieistotny nie ma kota ani psa. Do zeszłego miesiąca miał bloga którego pielęgnował niczym kanarka. Drapał z uchem niczym ukochanego psa i gładził po grzbiecie jak mruczącego kota.
Rojno i gwarno bywało na blogu, a jeżeli czasami niezbyt gwarno to ilość odwiedzin była bez zarzutu.
Oczywiście Jan Maria nie był wtedy zdeklarowany jako Nieistotnym, ale już wtedy pewne problemy ze swoją osobą posiadał.
Kiedy po pięciu latach czuł się zmęczony już swoją rolą, powoli przygotował się do jej zakończenia.
Ostatni dziesięć postów było okazją do przemyślenia swojej decyzji. Nie cofnął jej jednak i w ostatnim z nich pożegnał się z czytelnikami, uzasadniając pokrótce swoją decyzję.
Tekst wywołał zaskoczenie i pod spodem pojawiło się kilkanaście miłych komentarzy.
Mijają tygodnie i naturalnie zmniejsza się liczba odwiedzających. To normalne.
Oglądając film Allena Pan Nieistotny westchnął tylko i pomyślał – mądry film, chociaż trochę komercyjny. 
A przecież życie toczy się coraz szybciej i nie ma już czasu na dłuższe zastanowienie nad światem.
Wypada nie wypada – kogo to obchodzi?
I tylko gdzieś tam w Bieszczadach, stary węglarz, taki jak z filmu „Zakochany Anioł” powie
„- A gdzież wy się ludzie tak spieszycie i czego boicie?
Przecież was nie zjedzą, a jak zjedzą to i tak wysrają”
Koniec cytatu
Dokładnie tak złapać połknąć i wysrać, bo na trawienie nie ma już czasu.
 

wtorek, 13 sierpnia 2013

Rozmowy istotne

Otworzył oczy i spojrzał na zegarek, chociaż i bez patrzenia mógł określić godzinę. Była czwarta trzydzieści. Zaraz też nadeszły wyrzuty sumienia.
- Tak to najlepsza pora na wyrzuty sumienia – pomyślał.
W mrocznym jeszcze pokoju leżał na łóżku kompletnie ubrany. Czarny T-shirt i jeansy. Tylko pantofle porzucone na środku pokoju, każdy odwrócony w swoją stronę świadczyły, że jakieś próby rozbierania podjął.
- Ileż to wypiliśmy wczoraj? - zadał sam sobie pytanie, ale zamiast gotowej odpowiedzi czuł tylko wielką pustkę. Pustka ta pojawiła się też przy próbie przypomnienia sobie zakończeniu wczorajszego wieczora. Wtedy też wyrzuty sumienia zaczęły się nasilać.
W zasadzie wie, że to się zdarza, a lek stosowany przy jego dolegliwościach zawiera w ulotce następującą informację - alkohol używać okazjonalnie i w małych ilościach.
Nikt jednak nie dookreślił mu tych miar, poza tym gościł wczoraj brata.
Pomimo upływu lat ich relacje pozostają bez zarzutu. Sami też starają się aby nic nie rzucało na nie cienia. Największy cień rzucają zwykle kwestie finansowe, a te udało im się pozytywnie załatwić. Szczególnie po śmierci ojca.
Sami zdziwili sie że nie było targów o ojcowiznę.
- Ile butelek wypili wczoraj?
Uparcie próbował składać do kupy wczorajsze wydarzenia jednak  bez rezultatu. Obraz zaczynał się rwać, pogłębiając tylko  smutek.
Jakiś dowcip, emocjonalny telefon do znajomych i to co pamięta na koniec to to, że zwalił się z krzesłem na środek kuchni, ale toz pewnością tylko z powodu swojej miłości do kiwania się na tych meblach.
Tak też zaczął tłumaczyć to dziewczynie siedzącej z boku.
- Kto posadził dziewczynę jego syna koło niego? I czy on nie naopowiadał jej jakichś głupot.
O te głupoty ze sfery damsko-męskiej był spokojny. Po spożyciu dużych ilości alkoholu nie prowokował takich sytuacji. Zawsze jednak uwalniał całe pokłady żartów, a wiadomo, że to co śmieszne pod wpływem bywa żenujące dnia następnego.
Z ogromnym wysiłkiem doczekał siódmej. Skrzypienie schodów i ruch przy okazji wyprowadzania psa matki, był dla niego doskonałym pretekstem do zwleczenia się z łóżka.
Nim wszedł pod prysznic policzył butelki posegregowane zgodnie z nowymi wymogami o segregacji odpadów
Pięć. No to całkiem konkretnie. Miał do siebie pretensje, Podejrzewał też, że brak bólu głowy i mocnego kaca może tylko sygnalizować inne przykrości.
Zimna woda która spłynęła po torsie i plecach z każda chwilą przywracała go na łono rodziny.
Wychodząc z łazienki zajrzał do pokoju żony.
- Cześć Kochanie – powiedział nieśmiało. Odpowiedziała.
Szybko zadał jakieś niezaangażowanie pytanie, które było testem ich relacji. Ponieważ odpowiedziała bez zbędnej zwłoki, uspokoił się całkiem
I nawet kiedy zarzuciła mu tę wywrotkę z krzesłem i taniec do Cohena, nie negował. Zwalił wszystko na wino
Do puzzli wczorajszych wspomnień dorzucił obraz kiwania się do - Dans me. Nie pierwszy to raz.
Szczytem maestrii były wygibasy do chilijskich pieśni rewolucyjnych, ale nie zawsze ma się te szalone trzydzieści lat.
W poczuciu wdzięczności wobec życia, przystąpił do przygotowywania rodzinnego śniadania.
Kiedy kroił pomidory i siekał cebulkę przypomniał sobie, że już wielokrotnie obiecywał sobie poprawę. Myślał, że zachowa chociaż kontrolę nad finałem takich imprez. Często jednak to concerto vivace wymykało się spod kontroli.
Pierwszy łyk mocnej kawy parzonej w ulubionym ekspresie odsunął jednak na bok wyrzuty, zarzuty i postanowienia. Powoli też zwabieni zapachem palonych ziaren zaczęli pojawiać się inni domownicy.
Rozpoczęła się niedziela. Kolejna niedziela po imprezie, winie i nocnych rodaków rozmowach.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rozjaśnianie po raz ostatni

Pan Nieistotny posiada rodzinę. Rodzina składa się z z żony i dwójki dzieci którą Jan Maria spłodził do spółki z Panią Nieistotną
Pani Nieistotna nie jest taką dla jej męża. Dla niego jest ona Najważniejsza  i tego określenia będziemy się trzymać.
Rodzina jest dla niego  również zaprzeczeniem nazwiska, jest istotna, ważna, fundamentalna, a do tego poważna, ważka, a w swym wymiarze zasadnicza.
Jan Maria boi się jednak, że nie sprostał ciążącemu na nim zadaniu i w swojej roli stał się wobec niej: bagatelny, banalny, bezwartościowy, nierzeczowy, niezauważalny, nieznaczny, obojętny, poboczny, pomijalny, pusty, znikomy
Pan Nieistotny całymi godzinami i wymyślanymi na poczekaniu określeniami może katować się do pierwszej krwi i ostatniego oddechu przed zaśnięciem, jeżeli oczywiście sen przyjdzie.
Blog ten ma za zadanie odpowiedzieć na pytanie - czy Pan Nieistotny ma uzasadnione powody do takiej oceny samego siebie.
Nie, nie, nie. Nie stawiajmy sobie zadań. Pozwólmy by powoli rozwijał się kłębek opowieści. Do czego nas to zaprowadzi ? Któż to wie 

sobota, 10 sierpnia 2013

Jan Maria

Pan Nieistotny jest posiadaczem patetycznego zestawu imion.
- Jan Maria – wpisał urzędnik do metryki
- Jan Maria – życzyła sobie wcześniej babka ze strony matki, która gdzieś na wschodzie zagubiła swoją młodość i dziedziczną skłonność do eleganckich określeń.
- Michał, Piotr, albo Wojciech - sugerował ojciec
Wojciech? Niczym syn stróża - oburzała się babka
- Michał, Piotr albo Wojciech – jak bardzo zgadzał się z ojcem po latach Jan Maria Nieistotny.
- Maryśka - wołali za nim szkole i poza nią i ta Maryśka zaburzała mu damsko – męskie relacje.
Bo jakże zmotywować się do czułości wobec prześmiewczego rechotu partnerki.
Z wiekiem Pan Nieistotny nabrał dystansu do swojego imienia, ale uraz pozostał.
Nigdy nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji intymnej z pewną dość znaną śpiewającą skandalistką

piątek, 9 sierpnia 2013

Tytułem wstępu

W parku imienia Bardzo Ważnej Persony,w plątaninie asfaltowych alejek, jest taka jedna gdzie w cieniu starego dębu stoi mała drewniana ławeczka.
Codziennie, późnym popołudniem siada na niej pewien starszy dżentelmen. Nie taki stary by posiłkować się laską, ale i nie taki młody by skupiać na sobie uwagę lasek.
Sam zresztą nie używa tego porównania, daje nam to pewne wskazówki co do jego wieku.
Kładzie swoją skórzaną torbę pod szczebelkami ławki, zawsze z prawej strony. Potem zakłada nogę na nogę. Zawsze prawą na lewą. Szeroko rozłożywszy ramiona, opiera je na poręczy i patrzy gdzieś tam daleko, ponad żywopłoty, krzewy i nawet koronę tego starego dębu.
Wszystkie jego myśli, ważne dla niego, wydają się tak nieistotne, wobec słonecznego żaru, zimowego chłodu i upartej zmienności pór roku.
Tak samo nieistotne jest to układanie teczki w ustalonym porządku i kolejnośc zakładania nogi na nogę.
I im dłużej zagłębia się w swoich myślach tym bardziej wydaje się sobie nieistotny.
Pan Nieistotny.
Jan Maria Nieistotny

czwartek, 1 sierpnia 2013

Niech tak będzie

Tekst ten został napisany 8.06.2015 r ale, że dotyczy spraw minionych zostaje zamieszczony 
zaraz po  pożegnalnym poście Antoniego Relskiego. Wyjaśnia w jaki sposób i dlaczego teksty pojawiały się w czasie okresu przejściowego czyli do czasu powrotu "syna marnotrawnego"
 
No i stało się.
Jan Maria Nieistotny stał się częścią mojego życia.
Korzystając z długiego weekendu scaliłem dwa blogi, a wszystkie posty ze  strony Pan Nieistotny ukazały się porządku chronologicznym na tym  blogu dzieląc na kawałki życie Antoniego Relskiego i wypełniając pewną przerwę w zapiskach. Tak już pewnie pozostanie

Tempo tempo i raz jeszcze tempo życia tak bardzo ograniczają te chwile refleksji na sobą i tym co nas otacza.
Niechaj mi wybaczy Pan Nieistotny, że w nowych realiach został sublokatorem. Bo też miało być całkiem inaczej. Antoni Relski odszedł a Nieistotny pojawił się w związku z nałogiem. Nałogiem pisania z którym przegrałem. Potem okazało się, że odejście Relskiego nie było jeszcze tym ostatecznym.
Pozostaje tylko powiedzieć za Beatlesami – Let it be