czwartek, 25 lipca 2013

Zamknąć za sobą drzwi, tak na zero


 Kiedy założyłem swojego bloga borykałem się ….
Nie nie, prawidłowe rozpoczęcie powinno brzmieć tak:
Blog mój powstał prawie pięć lat temu z potrzeby. Z potrzeby rozliczeń. Kiedy mija człowiekowi pięćdziesiąt lat i już nie jest nawet szpetnym czterdziestoletnim jak określała to Agnieszka Osiecka, zaczyna się wtedy rozliczać ze swojego życia.
Taki mały lub duży, jak u kogo, kryzys tożsamości. Jedni zmieniają żony inni samochody.
Ktoś skoczy na spadochronie, ktoś inny wypali marychę by ocenić czy rzeczywiście wiele stracił w młodości.
Doświadczają spóźnionej miłości, bądź seksu na jaki nie mogą już liczyć w zgodnym i przewidywalnym małżeństwie. Nie oceniam bo nie mam do tego prawa, a poza tym nie chcę.
Każdy ma jakiś powód i każdy to życie przeżywa po swojemu, jak chce, albo przynajmniej na tyle na ile pozwalają mu okoliczności.
Można wpaść w depresję, kiedy po posumowaniu dokonać okazuje się, że tak naprawdę niewiele nam się udało w tym życiu. Dodatkowo stajemy się coraz bardziej podobni do własnych rodziców od których jeszcze ćwierć wieku temu odciąć chcieliśmy wszystkie łączące nas więzy podobieństw.
Ja wybrałem ten drugi sposób na jubileusz mojego półwiecza. Depresja nie uderzyła mnie jak przypuszczałem w dniu moich urodzin ale dopiero w jakieś dwa miesiące po.
Dodatkowo ogarnął mnie syndrom marynarza. Po dwunastu latach pracy poza domem powróciłem na rodzinne śmieci i nagle okazało się, że reszta mojej rodziny radzi sobie w dotychczasowej sytuacji całkiem dobrze. Wręcz poczuła się znużona moją ciągła obecnością. Każdy wytyczył sobie własne ścieżki, które teraz co chwilę krzyżowały się z moją drogą życia.
Od tamtego czasu odradzam wszystkim instytucję rodziny na odległość.
Korzyści finansowe nie rekompensują rozluźnienia więzi.
Może byłem tylko przewrażliwiony w tamtym czasie? Być może nie miałem racji ani w tej ani w kilku innych sprawach. Jeżeli myliłem się to trudno, nmajwyżej może być mi przykro. Życia nie można przeżyć powtórnie i inaczej. Było jak było a jest jak jest.
- Antoni Relski – pomyślałem. Los sprawia, że nie znajduje szczęścia w życiu, nie odnosi również sukcesu. Wiecznie drugi, wtórny i przez to śmieszny dla otoczenia.
- Antoni Relski - witaj mój opiekunie duchowy.
Wystarczyło tylko nadać mu tytuł nawiązujący do filmu w którym ów Relski występuje.
Z biegiem lat z biegiem dni?
Nie, jeżeli to podsumowanie to niech będzie – Suma lat z biegu dni.
Poszło. Dyskretnie i anonimowo.
Szybko jednak okazało się, że nie będę mógł bezkarnie narzekać na swoje życie i otaczający mnie świat. Takie było pierwsze założenie nowego bloga.
Dość szybko na pierwszej stronie Onetu pojawił się mój tekst – Powiedz Ojcu, że go kochasz.
Komentarze które dostałem, pokazały mi, że moje wspomnienia i przemyślenia są dla kogoś ważne.
Już nie byłem Panem Nieistotnym, rozpocząłem prawdziwą wirtualną przygodę.
Sięgnąłem do pokładów swojej pamięci i bieżących przeżyć. Zrozumiałem też, że nikt nie chce czytać o cudzych kłopotach bo i własnych ma bez liku.
Blog podziałał na mnie terapeutycznie i dzięki Bogu udało mi się zwalczyć w sobie jakąś potrzebę misji.
Kto dobrowolnie chce żeby go pouczać i wychowywać?
Nieświadomie narzuciłem więc sobie pewną autocenzurę. Nie pisałem o polityce, a więc i o kościele. Nie narzekałem i mam nadzieję nie wychowywałem, a jeżeli już to przynajmniej nie za bardzo.
Wpadłem natomiast w manię statystyk.
Podkręcały mnie liczniki odwiedzin i ilość zamieszczanych komentarzy.
Tu muszę przyznać, że miałem szczęście do czytelników. Ileż to razy zazdroszczono mi kulturalnej atmosfery komentarzy.
Z tego miejsca wszystkim komentującym serdecznie dziękuję.
Poinformowałem rodzinę o tym, że prowadzę blog. Nie podałem natomiast nikomu z moich bliskich i znajomych adresu mojego bloga.
- Piszę z wiedzą, że nikt z Was tego nie czyta. Mogę więc pozwolić sobie na swobodę wypowiedzi. Jeżeli zaś jakimś cudem traficie na mój blog, być może poznacie mnie od innej strony. To chyba jest warte wysiłku?
Nie trzeba było tego wysiłku wiele, ponieważ w Internecie pozostawiłem wiele śladów. Poza tym nikt w sieci nie jest do końca anonimowy.
Stan pełnej anonimowości trwał jakieś trzy lata. Skończył się za również za sprawą Onetu. Po kilku notkach opublikowanych na pierwszej stronie, nie sposób było nie skojarzyć, że zbyt dużo wspólnego mają niejaki Antoni z własnym mężem i ojcem.
I tak upadła jedna z zalet prowadzenia bloga anonimowość.
Chciałem tej utraty i nie chciałem.
Jeżeli rodzina podejdzie do tego tematu tak jak bym sobie życzył to wysiłek opłacił się z nawiązką. Jeżeli nie to trudno.
- Nic nie jest takie na jakie wygląda – podkreślałem, często mieszając wątki w wprowadzając fikcyjnych bohaterów.
Bo życie jako takie nie jest nudne, można tylko o nim opowiadać w bardzo nudny sposób.
A przecież działo się. Świeże wspomnienia i gorczańska wieś. High life targów i biznesowych spotkań i prostota świniobicia. Naprawdę duża różnorodność.
Z czasem pisanie stało się radością i potrzebą. Na koniec czułem się źle jeżeli nie napisałem codziennie przynajmniej jednej strony tekstu.
Później ta radość pisania lekko osłabła i pozostało przyzwyczajenie do pisania. Jak ten dojrzały małżeński seks. Wszyscy fachowcy piszą, że jest bardzo ważny, tylko ty nie potrafisz doszukać się w nim głębszego sensu, poza samym przyzwyczajeniem.
Niespodziewanie temu kryzysowi pomógł pewien wywiad.
Jedno z wydawnictw postanowiło nakręcić film o blogerach. Załapałem się w nim na wypowiedź.
Pewnie się trochę wymądrzałem, ale wypłatę z tego tytułu zainkasowałem, a w umowie o dzieło nazwano mnie twórcą. Spodobało mi się ale to koniec przyjemności, film nie ukazał się do dzisiaj. Przez rok była to dla mnie mocna motywacja do prowadzenia bloga. Po tym wszystkim co tam naopowiadałem, nie wypadało by odwiedzający trafili na martwego bloga.
Dzisiaj straciłem już nadzieję na powstanie tego edukacyjnego „dzieła”.
W którymś momencie zapikowałem i zaryłem twarzą a chłodną trawę. Żona rozpoczęła życie na wózku, a ja z tego powodu miałem pretensję do całego świata.
Żona uczyła się życia na nowo i dla mnie życie w poprzednim formacie się już skończyło.
Trzeba było ponad roku i wizyty u francuskiego specjalisty usłyszała uczciwą diagnozę – w tej chwili medycyna nie zna sposobu by odwrócić to co Panią spotkało.
I wtedy zmieniliśmy jeszcze bardziej nasze życie.
Sprzedałem ukochany dom na wsi. Odciąłem to co mnie wiązało z Gorcami i chociaż nowi właściciele zapraszają do odwiedzin, nie spieszę w wizytą. W trosce o własne serce, mogło by tego nie wytrzymać.
Nie ma już więc już Jaśków Marysiek, Franków, bimbru i sianokosów Nie ma też tamtej wsi do której sprowadzaliśmy się dwadzieścia lat temu. Teraz na każdym domu wisi satelita, a w środku LCD. Przed domem parkuje jeden lub nawet dwa samochody. Do pola jeździ się quadem lub motocyklem crossowym. Wokół coraz więcej łąk, bo i do nich Unia dopłaca a są mniej pracochłonne. Zaoszczędzony zaś czas można przeznaczyć na pracę w mieście.
Wszyscy więc załatwiają swoje gospodarskie sprawy w soboty, czyli wtedy gdy ja właśnie chciałem odpocząć w ciszy wsi po tygodniach szumu miasta.
Nie ma już tamtej wsi. Tak przynajmniej potrafię to sobie wytłumaczyć
Mieszkanie w bloku na trzecim piętrze razem z jego nowymi właścicielami, które ze względu na wysokość stało się dla nas uciążliwe, mijam bez emocji. A to przecież też ćwierć wieku mojego życia.
I jadę na swoją nową wieś. Tam gdzie płasko i równo, porządnie jak w szafie z pościelą.
Dziesięć arów ogrodzonych siatką. Od frontu ogrodzenie z metalowych profili. Domofon i automat bramowy. Teraz kostka brukowa łącząca bramę z wiatą garażową.
To ostatnio cały mój świat. No może jeszcze droga do pracy, sama praca i zakupy po.
Potem wracam. Automatyczna brama otwiera i zamyka podwoje, aż kusi by wyciągnąć paszport albo jakiś inny dokument tożsamości. Tylko komu go pokazywać?
Potem już tylko jak ta piłeczka do nauki gry w tenisa, zawiązana na sznurku, ląduję dalej lub bliżej ale zawsze jest to jakoś przewidywalne i ograniczone długością sznurka.
Cest la vie Cały ten Paryż z pocztówki i mgły wymyślony.
Cest la vie – śpiewał Andrzej Zaucha - Cały Twój świat knajpa kościół widok z mostu...
Koszenie trawy, nawożenie, przycinanie i pewnie zbieranie jakichś plonów z czasem. Ileż poezji jest w opróżnianiu zbiornika z trawą w spalinowej kosiarce?
Czy opis kolejnych prac remontowych ma w sobie chociaż nutkę romantyzmu.
Ileż można eksploatować ten wątek?
Przyznam to sam sobie uczciwie – Antoni nudzisz !
Wypaliłem się chyba. Bo czuję jakąś taką pustkę w głowie i nawet w gronie znajomych wydaje mi się, że opowiedziałem już wszystko.
Zmuszam się do pisania kolejnych tekstów traktując to jako konieczność a nie przyjemność
z drugiej strony patrzę na świat przez blogowe okno fotografując karteczki, plakaty już w trasie obmyślając opisy. Działa jak silnik spalinowego statku pasażerskiego, wszystko jest przewidywalne, a kapitan marzy o luzowaniu żagli i walce o kurs.
Pamiętacie film Amator z Jerzym Stuhrem w roli głównej? Tytułowy Filip Mosz filmowiec amator patrzy na żonę która zmienia pieluchy ich córce poprzez ramkę kadru utworzonego z dłoni. Filmowcy robią tak często. Wtedy jego żona w złości obrzuca go tymi brudnymi pieluchami.
Ja jak on przekroczyłem tę strefę. Kiedy w szpitalu siedząc przy łóżku żony nie raz nie dwa budowałem w pamięci nowy tekst aby opublikować go po powrocie. Ganiłem się za takie postępowanie ale jak alkoholik wytrzymywałem w postanowieniu do następnego razu. Były chwile kiedy Antoni Relski zaczynał nade mną dominować.
Kiedy zacząłem zdawać sobie z tego sprawę postanowiłem że trzeba wstać i wyjść. Tylko jak pisał Młynarski trzeba wyczuć kiedy w szatni płaszcz zostaje przedostatni...
Przed opublikowaniem tego tekstu powstrzymuje mnie świadomość straty jaką ponoszę.
Przez te bez mała pięć lat dorobiłem się grona wirtualnych znajomych. Z niektórymi przekroczyłem nawet bramy realu.
Dziękuje za te pięć lat tym którzy dopingowali mnie na początku i tym wszystkim którzy zostali tutaj do dzisiaj
Nie napiszę żegnajcie, bo tęsknota z pewnością zagoni mnie na Wasze blogi, a może i na mój. Być może pozostawię dla wprawy jakiś tekst. Nigdy nie powinno się zamykać za sobą wszystkich drzwi.
- Nie zamykajmy drzwi, zostawmy uchylone – śpiewali Skaldowie
A teraz, czy odważę się nacisnąć klawisz "publikuj" ?
A swoją drogą - Czy ktoś zauważył końcowe odliczanie w tytułach?
Jeżeli przeczytaliście ten tekst to znaczy, że się odważyłem


 Kiedy wstać i wyjść

I jeszcze jedno 
Ta uśmiechnięta twarz która towarzyszyła mi na na blogu jako Antoni Relski nie jest moja prawdziwą twarzą. Zgodne to jest z zasadą bloga, że nic nie jest takie na jakie wygląda. Poszukiwałem odpowiedniego wizerunku Antoniego Relskiego i w internecie znalazłem kogoś kto spełniał wszystkie moje oczekiwania w tym względzie.
Podpis brzmiał "man"  czyli człowiek. To też mi odpowiadało. Dopiero po pewnym czasie kiedy zżyłem się z moim nowym wizerunkiem, otrzymałem informację od kogoś zza wielkiej wody że jest Dr Phil prowadzący w Stanach jakieś popularne Tv Show.
Mam nadzieję że Dr Phil wybaczy mi to zapożyczenie wynikające z nieświadomości
A że Dr Phil jest popularny świadczy choćby ten rysuneczek z Ophrą najpopularniejszą kobietą w USA.
Dziękuję i przepraszam Dr Phil 


  
  
A teraz to już naprawdę










wtorek, 23 lipca 2013

Jeden raz zacytuję siebie

24 sierpnia 2008 roku zasiadłem nad czystym edytorem i napisałem swój pierwszy tekst na blogu.
Króciutki tekst. Nie wiedziałem jeszcze co i jak. Zapomniałem nadać tytuł, a jak już opublikowałem nie umiałem tego poprawić
Oto mój numer jeden, albo lepiej numer porządkowy pierwszy:  

Brak tytułu
Słyszałem niedawno taki dowcip:
- Czy miewasz sny erotyczne ?
- Kiedyś miałem, teraz śni mi się tylko porno.
Ten facet był  po pięćdziesiątce i nie mówię tego w spirytualistycznym znaczeniu tego słowa. On już coś przeżył  i być może rozprawił się już z samym sobą .
-  Czy mnie śni się jeszcze erotyka  ? 

 Koniec cytatu
Od tamtej pory zastanawiam się nad tym i w dalszym ciągu nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Pewnie z powodu nieostrej definicji słowa.


Co warto robić nawet po 50? 

poniedziałek, 22 lipca 2013

Wczasy pod gruszą


Kiedyś trzeba było wyjechać na wieś.Potem zdobyć pieczątkę choćby u sołtysa. Wypełniony druczek należało złożyć w dziale socjalnym. Przy odrobinie szczęścia można było liczyć na dofinansowanie tej formy wypoczynku.
Miała ona nawet swoją nazwę - wczasy pod gruszą. 
Ech, znowu wspominam PRL i po raz kolejny nie od tej najgorszej strony. Być może żeby trzeba było wtedy żyć żeby teraz wspominać?
Oczywiście nie wszystko i nie zawsze ciepło jak to w życiu.
W poznaniu tamtego okresu nie pomoże nawet najlepiej napisana monografia
Ja zaś zauważyłem, że ostatnio lubią się wypowiadać na ten temat historycy przed trzydziestką.
Czasy się zmieniły i nie żałuję. Teraz sam jestem mieszkańcem wsi i posiadam własną gruszę. Wczoraj wyłożyłem się pod nią ze szklaneczką zimnego piwa. 
- Co robisz ? - spytała żona
- Leżę sobie  pod gruszą, na dowolnie wybranym boku - zacytowałem klasyka.
Wcześniej  przejechałem kawałek rowerem, żeby nie zapomnieć że nogi to podstawa, nie tylko dupy.
Po wylegiwaniu się w cieniu drzewa, obszedłem pola. Nie musiałem chodzić daleko wystarczyło otworzyć bramkę.Przez bramke tez widac, ale pręty ogrodzenia  ograniczają wolność myśli.
Pszenica już dochodzi, chociaż mnie najbardziej zafascynował powój.
Choć to chwast, bardzo malowniczo współgra ze zbożami. Oplecione powojem łodygi zbóż wyglądają pięknie w swojej prostocie.
A żeby trzymac się klimatu poprzedniego posta powiem -  Żniwa za pasem
 




sobota, 20 lipca 2013

Dwa słowa o wymiarach

 Wiadomość wyszperana na  jego strona pl. Według francuskich naukowców, penis normalnych rozmiarów ma 7-9,5 centymetra w stanie spoczynku, 12,8-14,5 centymetra we wzwodzie. Mimo że średnia dla Polski wynosi 14,29 cm - nie ma faceta, który nie zastanawiałby się jak można by zyskać kilka dodatkowych centymetrów... Bez rasistowskich uprzedzeń stwierdzę, że chodzi tu  chyba o  normę europejską, unijną. Bo jeżeli urzędnicy określili przepisami krzywiznę banana to może i na ukończeniu jest  jakaś unijna norma w kwestii męskich wymiarów?
I co z tymi którzy mają mniej? Czy mogą liczyć na jakąś unijną dotację?  
Przypomina mi się pewna scena z filmu „Nic Śmiesznego” Marka Koterskiego.  Główny bohater Adaś Miauczyński zamawia sztucznego penisa na potrzeby filmu. Charakteryzator pyta - jak duży ma być penis?
 - No taki normalny – odpowiada Adaś – Ile Pan ma?
- A Pan ile? – podstępnie pyta technik charakteryzacji?
Na trzy cztery panowie wypowiadają
-  Szesna...
-  Czterna...
A potem zgodnym chórem - Piętnaście.
Drugi reżyser Adaś zamówił więc egzemplarz powyżej średniej krajowej.
I patrzysz człowieku na taki film, albo co gorsze na film z kategorii trzech iksów i czujesz się skrępowany.
Ale od czego współczesny marketing  i możliwości Internetu. 
„Krępują cię wymiary? Oto 5 metod wydłużania męskości”
Przejrzałem z blogowej ciekawości.
I jako facetowi z trzydziestodwuletnim stażem małżeńskim przypomniał mi się pewien dowcip.
Syn wielbłąd pyta swojego  tatę wielbłąda
- Tatusiu a po co nam te garby na grzbiecie?
- Bo w garbie gromadzimy wodę i tłuszcz. To pozwala nam wędrować  po pustyni nawet dwa tygodnie bez picia.
- Tatusiu a po co nam takie duże kopyta?
- Bo dzięki nim możemy bez wysiłku iśc po piasku  pustyni.
- A po co nam to wszystko tatusiu jak my mieszkamy w ZOO?



O mierzeniu penisów  

czwartek, 18 lipca 2013

Kto mi upolitycznia emocje?

Ubój rytualny. Zlepek tych dwóch słów stał się ostatnio bardzo popularny. Od czasu decyzji Sejmu nawet określeniem politycznym. Otóż dowiaduję się z prasy, że w oczach niektórych stajemy państwem antyżydowskim i antyislamskim.
Cały czas wydawało mi się, że idzie tutaj nie o politykę a o zwierzęta.
Pomyliłem się jak zwykle, ze względu na moją wrodzona naiwność i wiarę w człowieka jako takiego.
Mam jednak rozwiązanie tego problemu.
Gdyby na najbliższym posiedzeniu, Sejm Najjaśniejszej Rzeczypospolitej przegłosował zakaz sprzedaży karpa żywego w okresie przedświątecznym?
Wigilijne mordowanie karpia jest też swego rodzaju ubojem rytualnym. Co prawda tak nie nakazuje religia, ale tak każe nam tradycja.
Jako przeciwnik podrzynania gardeł zwierzętom jak i duszeniu ryb w nylonowych torbach, opowiadam się za takim zakazem. Od dawna kupuję gotowe filety z ryby.
Jest takie powiedzenie - chcesz porządków zacznij od siebie.
Korzyści są takie, że za jednym zamachem zdmuchnie się tę całą polityczną czapkę która próbuje się przykryć problem cierpiących zwierząt.
Bo przecież ograniczamy i sobie. Od siebie powinniśmy nawet zacząć. 
I jakich argumentów użyją wtedy przeciwnicy tych rozwiązań?
Kogo przekona argument, że ktoś jest równocześnie anty: żydowski, islamski, chrześcijański?

środa, 17 lipca 2013

Trzy to za dużo

Gdzieś tam przeczytałem, a może tylko szwagier uparcie powtarzał to powiedzenie.
- Wino Cabernet jest jak piersi kobiece, dwie za mało, trzy za dużo.
Nigdy nie odmówił jednak otwarcia kolejnej, trzeciej butelki czerwonego wina
Myślę, że gatunek wsadził do tego powiedzenia at hoc ponieważ Cabernet z bułgarskiej fabryki był najbardziej popularnym importowanym winem w czasach PRL.
Pal licho wino, pisałem o nim już tyle razy. Napisałem jak wpływa  na samopoczucie przynajmniej moje.
A jak wpływa na faceta widok piersi? I czy z tego porównania z winem wynika, że na drugi dzień może z powodu nadmiaru boleć głowa?
Nic z tych rzeczy. Oglądanie damskiego biustu to samo zdrowie. Internet jest pełen dowodów.
Jeden z męskich portali publikuje poważne badania opublikowane nie byle gdzie tylko na łamach "New England Journal of Medicine". Niemieccy lekarze udowodnili, że widok kobiecych piersi pozytywnie wpływa na męskie zdrowie i w konsekwencji zwiększa długość męskiego życia o pięć lat!
No proszę, więc to co robię prawie codziennie, gapiąc się na damskie piersi to nie żadne zboczenie tylko przyzwyczajenie do zdrowego trybu życia. To jak chrupanie marchewki czy konsumowanie sałatki z pomidorów.
Z zazdrością pomyślałem o miłośnikach filmów XXX w kategorii big bobs.  Oni przedłużają sobie życie przynajmniej o dziesięć lat.
I kto od teraz odważy się powiedzieć do rozkojarzonego faceta przy monitorze – Ty mały zboku .
Które z naszych organów najlepiej korzystają z dobrodziejstwa posiadania oczu?
Zwiększona pojemność płuc? Wyostrzona spostrzegawczość? Szybsza praca mózgu? Nic z tego.
Nie wiem wśród jakiej grupy wiekowej przeprowadzano badania ale według naukowców:
„Patrzenie na kobiecy biust sprawia, że się uspokajamy, nasze ciśnienie krwi obniża się, tętno staje się wolniejsze, a nasze arterie czystsze i bardziej przepustowe.”
Nie mogłem uwierzyć w to co przeczytałem, bo przecież  powinno być odwrotnie
- nerwowe podniecenie, skok ciśnienia i przyspieszenie tętna.
 Naukowcy uważają, że te symptomy mogą się pojawić, jednak tylko na początku.
„Patrzenie na atrakcyjny biust działa niczym... poranna gimnastyka. Chociaż podczas wykonywania ćwiczeń ciśnienie krwi rośnie, a serce zaczyna bić szybciej, jednak już po kilku minutach dotleniony organizm ogarnia błogi spokój.”
To ja się podpisuję obiema rękami pod taką gimnastyką. Proszę o osobistego trenera i rozpisanie ćwiczeń  na cały tydzień. Miesiąc ! Rok ! Do końca życia !
Najważniejsze, podobnie jak ma to miejsce w przypadku gimnastyki, jest regularne uprawianie owej obserwacji.
Od teraz kiedy obejrzymy się na ulicy za skąpo ubraną dziewczyną, śmiało możemy spojrzeć w oczy towarzyszącej nam żony.
- To dla zdrowia kochanie, wiesz jak łatwo w moim wieku o zawał?
A w ogóle dlaczego gapimy się na damski biust?
Newsweek opublikował ostatnio artykuł na ten temat. Wyszło na to, że to jest atawizm.  
Tak twierdzi seksuolog dr Andrzej Depko.-  W świecie zwierząt zachętą do kopulacji podczas rui jest pokazywanie wypiętych pośladków. Przyjęcie wyprostowanej sylwetki spowodowało, że kontakty seksualne odbywają się twarzą w twarz. Natura musiała stworzyć coś, co przypomina pośladki i jest widoczne z przodu.
Ewolucja! A więc nie dość że to jest zdrowe to jeszcze niezależne od nas.
Już bije się pięściami w wypięta klatę wykrzykując – takie jest prawo buszu.
I nie zmienią tego feministki zakładające  koszulki z napisem "oczy mam wyżej".
Doktor Depko uważa, że jeśli chcielibyśmy dostosować się do feministycznych oczekiwań, to mogłoby się okazać, że nie odpowiada to kobietom, które świadomie eksponują biust.
I to z pewnością także jest atawizm.
A tak całkiem na marginesie pełny szacunek dla mojej ulubionej aktorki Keiry Knightley, która jest posiadaczka bardzo skromnego biustu. Potrafiła jednak zbudować w swoich rolach obraz zmysłowej i pełnej  seksapilu by nie powiedzieć erotyzmu kobiety. Kiedyś Joanna Szczepkowska, zanim jeszcze wypięła goły tyłek na deskach teatru, tak odpierała zarzuty, że unika rozbieranych scen.
- Zróbcie mi zbliżenie twarzy zagram wam nagość
Myślę że Keira robi to perfekcyjnie
   

poniedziałek, 15 lipca 2013

Cztery razy po dwa razy. Wiem ile to jest

W tekście było jeszcze osiem razy raz po raz. O północy ze dwa razy i nad razem jeszcze raz.
Każdy to śpiewał, ja dodatkowo policzyłem, że daje to dziewiętnaście. Wystarczy palców u rąk i nóg by to odliczać w trakcie realizacji. Nie chcę się jednak zajmować dywagacjami na temat niespożytego temperamentu bohaterów piosenek biesiadnych, a samymi piosenkami.
Kiedyś w czasach zamierzchłej młodości kiedy na polanie płonęło ognisko a w głowie delikatnie szumiało, ktoś wyciągał gitarę i zaczynał pieśń o Hawiarskiejj Kolibie.
Z czasem repertuar stawał się coraz bardziej frywolny. Było i o czarnym chlebie i czarnej kawie, o pogrzebie pijaka któremu trzeba było spirytusem skropić łeb. I oczywiście niezapomniana córka grabarza.
Nie czuliśmy żadnego obciachu śpiewając te kawałki z towarzyszeniem gitary lub bez. Koledzy umiejący parę chwytów byli na wagę złota i mieli murowane powodzenie u koleżanek.
Pamiętam że była jeszcze taka piosenka dziewczynie co miała w siateczce o ile dobrze pamiętam rajdowe majteczki.
Potem przyszły inne czasy, czasy dico polo. Majteczki okazały się być w kropeczki, a twórcy wzięli na swój warsztat piosenki rajdowe, które nim na dobre stały się przebojami disco polo, po drodze były piosenkami biesiadnymi.
Znów śpiewało się je na imprezach i znów bawiono się doskonale, ale tu już trzeba było więcej alkoholu, aby zagłuszyć w sobie pojawiające się uczucie wstydu.
Nie piszę tego by oceniać czyjeś gusta, bo jak wiadomo gusta nie podlegają ocenie.
Chciałem tylko zauważyć, że nawet najlepsze piosnki z czasów młodości w zetknięciu z disco polo stały się obciachowe. Ocena ta psuje mi wspomnienia tamtych wspaniałych rajdów i spotkań przy ognisku. Bo zżymam się teraz na to co śpiewałem z wypiekami na twarzy czterdzieści lat temu.
Jedna rzecz to spotkać się w gronie i pośpiewać, inna to czuć nieposkromioną potrzebę dzielenia się
muzyka z całym otoczeniem.
W filmie „Dzień świra” sąsiad z góry atakuje naszego bohatera dźwiękami fortepianu z koncertu chopinowskiego. Na zarzuty, że czyni to za głośno, odpowiada
- To Chopin jak można tego nie słuchać?
Stało się to nawet naszym rodzinnym powiedzeniem w sytuacji gdy ktoś na tak zwanego chama, narzuca swoją muzykę.
Słucham różnej muzyki, ale echa Mozarta, Wagnera, Coltrane., Petruccianiego czy Deep Purple nie atakują roślin na działce sąsiada. Życzyłbym sobie również takiej wzajemności.
Niestety, zdezolowany sprzęt audio mojego kochanego sąsiada wyrzuca z siebie raperskie kawałki i muzykę disco. Jest trochę techno, a dalej gubię się w gatunkach.
Właśnie w ostatnim tygodniu gościliśmy taką ciocię z dobrego domu. Kawa na tarasie domowe ciasto i rozmowy z kulturalnej górnej półki. Czego to nie robi się dla rodziny. W pewnej chwili, atmosferę tego spotkania, jak nóż kuchenny rozcięły dźwięki elektronicznej muzyki. Solista przez cały utwór zapewniał tylko, że „będą cycki będzie pompa”
Dyskusja się zesrała, atmosfera też, a jakieś gładkie słowa próbowały ukryć zażenowanie.
Uważam, że każdy ma prawo do swobodnego życia, ale ta swobodna powinna kończyć się tam gdzie gdzie narusza swobodę kogoś innego.
Bardzo trudno to zrozumieć sąsiadom, bo przecież to „ Fajna nuta” i jak można tego nie lubić?
Normalny dzień świra.
Ratunkiem w tej całej sytuacji jest obecność w domu seniorki rodu. Ponieważ ona gustuje bardziej w Foggu, Santorce i Połomskim, a tego repertuaru młodzi nie mają, w czasie jej obecności panuje wzorowa cisza. Problemy zaczynają się bo starsza pani dorabia czasem na pół etatu.
Wtedy cycki i pompa gwarantowane.
Każde miejsce ma takiego melomana, konstruktora stolarza, którzy uwielbiają oddawać się swej pasji bez reszty i bez oglądania się na sąsiada.
W zeszłym roku oglądałem domy w jednym na dużym podkrakowskim osiedlu. Stał tam dom obok domu i okno w okno. Jakaś nawiedzona radiowa słuchaczka postawiła odbiornik w otwartym oknie kuchni, by w każdym miejscu swojego domu i najodleglejszym krańcu działki mieć dostęp do katolickiego głosu niesionego falami eteru.
A sąsiedzi? Przecież to o Panu Bogu. Jak można tego nie słuchać?
I nie wiem co gorsze. Właściciel bez przekonania tłumaczył, że to bardzo rzadki i pojedynczy przypadek. Nie doprecyzowałem co to znaczy rzadko.
Ponoć muzyka to nie problem. Problem z sąsiadem zaczyna się wtedy gdy zaczyna informować os woich podejrzeniach urząd skarbowy. Wtedy i my będziemy zmuszeni co nieco wyśpiewać.




sobota, 13 lipca 2013

Pięć dekad. Czas na zmiany

Mój ulubiony aktor rozwiódł się. Zrobił to już jakiś czas temu. Czytając informacje na ten temat powiedziałem tylko jedno - kryzys wieku średniego.
Poza tym w środowisku aktorskim rozwody są trendy i nawet najlepsze i najtrwalsze pary mówią sobie dosyć oglądając słupki popularności.
Johnny Depp, bo o niego tu idzie twierdzi, że zakończenie związku z Vanessą Paradis nie miało nic wspólnego z kryzysem wieku średniego.
Nie kryzys? To co ? Aktor gloryfikuje "cudowny brak odpowiedzialności", który jego zdaniem mężczyzna osiąga z chwilą, gdy odchowa dzieci.
Z tą chwilą, jak uważa aktor, kończą się też jego zobowiązania wobec partnerki".
Dzieci aktora mają odpowiedni 11 i 14 lat. Jeżeli ten wiek jest miarą odchowania to już dziś. po powrocie do domu kopnę w dupę mojego 23 latka. Przez jakąś nieświadomość, czynność odchowywania załatwiłem dubeltowo czyli podwójnie.
Boję się, że wywiad którego udzielił aktor odbył się na planie filmu „Dziennik pisany rumem” bowiem w swoich wypowiedziach Johny idzie po bandzie.
„Myślę, że po 50-tce jedyne co możesz zrobić, to cieszyć się zupełnym brakiem odpowiedzialności - powiedział w rozmowie z magazynem The Rolling Stone. Kiedy stajemy się starsi, możemy usiąść w krześle, nosić dowolne ubrania i robić wszystko, na co tylko mamy ochotę. Gdy osiągamy pewien wiek i rodzina rozchodzi się po świecie, to możemy wreszcie postawić na siebie”
Ponieważ skończyłem kilka lat temu owe tajemnicze pięćdziesiąt i mniej więcej od tego czasu prowadzę bloga, mogę się w tej kwestii w uprawniony sposób wypowiedzieć.
No cóż Johny Depp ma rację.
    Mogę usiąść w krześle , ale mogłem to swobodnie czynić dziesięć i trzy lata wcześniej. Może tu chodzi o to, że po pięćdziesiątce siada kręgosłup albo pojawiają się hemoroidy i siadaniu na krześle zwłaszcza miękkim towarzyszyć może uczucie dyskomfortu.
    Też noszę ubrania na które mam ochotę. Rozsuwam drzwi szafy i wybieram pierwszy, drugi, albo trzeci podkoszulek z przygotowanej kupki. Żona nie wpływa na moje decyzje w tej kwestii. Najbardziej lubię ten z „Dżemem”.
    Mogę tez robić to na co mam ochotę. Jak to powiedział jeden z moich znajomych – Ja mogę robić w domu to na co tylko mam ochotę, a dzisiaj na przykład mam ochotę słuchać żony.
    Mogę postawić na siebie, przed siebie, za siebie i nawet pod siebie. Ostatnio nałożyłem tyle na siebie ,że ledwo udźwignąłem a doba była dla mnie za krótka. Mogłem uczynić to wszystko bez porzucania żony. Co więcej, naszych relacji nie rozpatruję w kategorii mam czy nie mam obowiązku.
O co więc chodzi?
Nie ma wyjaśnienia w tej sprawie. Natomiast w dalszej części wypowiedzi artysta brnie jeszcze dalej, chociaż zaczyna bardzo dobrze
„Kiedy ma się dzieci, nie ma miejsca na kłamstwa, nie ma miejsca na nic poza prawdą. Wszystko inne to zły przykład.”
Święta prawda zgadzam się z Johnem. Prawda i otwartość oczywiście ujęta w sposób odpowiedni do wieku.
„ Byliśmy bardzo otwarci w rozmowach z nimi i powiedziałem, że już nie kocham ich matki'
Podejrzewam szok w oczach dzieci po tej wypowiedzi i z pewnością nie złagodzi go nawet to enigmatyczne zapewnienie że „Łączy nas przyjacielska miłość”
Miałem dzieci w wieku jedenastu lat, a sam dalej mam bogatą wyobraźnię i doświadczenie.
Wywiad kończy się jedną z góralskich prawd, chociaż podaną w iście hollywodzki sposób:
- Nowe uczucie może przyjść zawsze i nie ma znaczenia, ile lat ma ta osoba .
Jasiek z pasterskiego szałasu mówił w takich sytuacjach - Śmierć miłość i sracka przychodzom z nienacka.
Na koniec pozostaje pytanie której to z góralskich prawd użył Johny Deep
Górale znają jej trzy rodzaje
    Też prawda
    Wszystko prawda
    i Gówno prawda.

Hej !


czwartek, 11 lipca 2013

Szóste nie cudzołóż

Mocno się zdziwiłem, gdy na służbowy adres mailowy dotarła ta informacja.
Zobacz swoją Cichodajkę.
Moja cichodajka musi być tak cicha i delikatna, że nie zauważyłem nawet jej obecności.
Ponieważ mail mówi wyraźnie „zobacz” a nie „wybierz” założenie jest takie, że każdy ją musi mieć.
W treści maila nadawcy już tacy subtelni nie są i reklamują się jako największy serwis z prostytutkami. Poniżej jest już  propozycja wyboru dziewczyny dla siebie.
Ponieważ w polskim prawie prostytucja nie jest karana, a karanie jest tylko stręczenie do nierządu, a więc właściciele strony i jakiejś pewnie firmy, podlegają pod przepisy kodeksu karnego.
Nic z tych rzeczy. Prawnik podpowiedział i na samym dole widnieje dopisek - wiadomość ma jedynie charakter informacyjny.
To co mam niby zrobić z otrzymaną wiadomością? Tu widzę, że automaty do reklam o który ostatnio pisałem, nie popisały się ponieważ nie miały podstaw do kierowania na mój służbowy adres tego typu korespondencji. W pracy nie oglądam stron nawet o lekkim zabarwieniu erotycznym, ponieważ wychodzę z założenia, że upust swoim fantazjom trzeba dawać za własne pieniądze i poza godzinami pracy. Taki staromodny jestem
Sodoma z Gomorą do spółki i cudzołóstwo. To takie powiedzenie, bo jakoś nie oburzyłem się nawet.
Zaraz zaraz czy na pewno cudzołóstwo?
Cudzołóstwo – termin religijny oznaczający zdradę małżeńską, za którą uważany jest stosunek płciowy z cudzą żoną lub z cudzym mężem.
Wyszło na to, że cudzołożę tylko wtedy kiedy seks uprawiam z cichodajką która jest zamężna.
Ponieważ tą przeciętną inteligencją w wyciąganiu wniosków musieli popisać się dużo wcześniej i inni amatorzy jabłek z cudzego sadu, definicję cudzołóstwa doprecyzowano.
Niekiedy cudzołóstwa jest określane – jako stosunek płciowy pomiędzy jednym z małżonków, a kimkolwiek oprócz własnego męża lub żony.
I na nic zdają się podstępy Jana Sztaudyngera który pisał
'Gdy cię złożę w swoje łoże przynajmniej pewny jestem, że nie cudzołożę.'
No i pozostaje jeszcze casus Prezydenta Clintona. Czy pieszczotliwie określany „francuzik” jest seksem czy tez seksem nie jest.
Cudzołóstwo potępiane jest przez niektóre religie. W chrześcijaństwie uznawane jest za jeden z grzechów ciężkich.
Więc jak to jest z nami katolikami wobec szerzącej się wokół plagi zdrad. Pisze się o tym szeroko i ponoć co czwarte dziecko nie jest owocem wspólnej małżeńskiej pracy. A w statystykach nadal 96% społeczeństwa określa się jako katolickie. Ponoć nawet apostata dalej figuruje w aktach jako katolik z informacją o dokonanej apostazji.
No cóż to chyba tak jak z kierowcami. Pirat drogowy po przekroczeniu limitu punktów nadal pozostaje kierowcą. Tylko, że odbiera mu się prawo do prowadzenia pojazdów.
Apostacie też chyba zabiera się prawdo do legnięcia w poświęconej ziemi.
Nie będę się jednak wciągał w ideologiczne dyskusje.
Jak radzą sobie z tym inne religie?
W islamie cudzołóstwo jest uznane za ciężki grzech jako złamanie kontraktu małżeńskiego i jest karane ukamienowaniem lub chłostą. Z tego co czytałem to piszą o nierówności w tek kwestii pomiędzy płciami. Chłosta z reguły zasądzana jest dla faceta i kamienowanie dla kobiety. Pod warunkiem oczywiście jeśli znajdzie się czterech dorosłych świadków tego czynu.
Jak sięgnę pamięcią do swoich ponad trzydziestu lat małżeństwa, to nie przypominam sobie ani jednego świadka mojej uświęconej sakramentami działalności. No może nie licząc tej dwudziestoosobowej wycieczki, kiedyś tam w roku osiemdziesiątym trzecim, która dosłownie wpadła na nas w pięknych i intymnych okolicznościach przyrody.
Jakie to szczęście, że wtedy nie było aparatów fotograficznych w telefonach. Ba, nie było nawet takich przenośnych telefonów.
Miło zaś wspomnieć, że w człowieku tliła się zawsze ta odrobina szaleństwa.
Będąc w zgodzie z zasadami nie obejrzę tej propozycji w pracy, a w domu szkoda mi transferu danych, który i bez tego nie obgania całego miesiąca.
Poza tym jak wygląda dupa wiem doskonale.
W moim wieku.

wtorek, 9 lipca 2013

Ocet siedmiu złodziei


- Kwaśny ten agrest –jakiś czas temu powiedziała teściowa – jak ocet siedmiu złodziei.
- Co to jest ocet siedmiu złodziei – spytałem przegryzając ostrożnie kulkę agrestu.
- Nie wiem ale tak się mówi.
Starsze pokolenie – jakże wygodne do administrowania i kierowania jako społeczeństwem. Pewne rzeczy przyjmowało się się wprost.
Już w pierwszych klasach szkoły podstawowej skutecznie wybijano z głowy - pytanie - a dlaczego?
Partia kierowała rząd rządził a wszystkim innym przychodziło podpisywać listę obecności gwarantowaną aż do emerytury. A teraz ? Lista obecności niepewna, emerytura zagrożona.
Za to jest wyszukiwarka Google która odpowie na każde nasze pytanie
Jestem z pokolenia które stoi w rozkroku. Z jednej strony szanuje pewne zasady i ideały z drugiej strony pyta - dlaczego?, albo jeszcze prościej szuka odpowiedzi w internecie.
Mnie już nie wystarczy proste – bo mamusia tak robiła.
A dlaczego ? - pytam dociekliwie.
Podchodź do wiedzy internetowej ostrożnie.
I tak podchodzę
Bo w jednej notatce doczytałem się, że octem siedmiu złodziei pojono, dręcząc  skazańców przez wykonaniem wyroku (przykład Jezusa)
W innym zaś, że ocet z wodą służył do swego rodzaju ożywienia skazańca ( i tu tez posłużę się przykładem Jezusa). Nawet rzymscy cesarze, jak Hadrian czy Trajan, demonstrowali swą więź z ludem poprzez publiczną konsumpcję tego napoju.
Jak wynika z powyższego bezspornym wydaje się fakt podawania owego octu do picia. Jak podaje strona Cafe babel: Jednak ocet może służyć nie tylko do picia, ale także do dezynfekcji. Stąd wywodzą się takie zwroty, jak na przykład polski „kwaśny jak ocet siedmiu złodziei”. Pochodzi on z czasów, gdy w trakcie epidemii dżumy w XVI wieku w miastach grasowali złodzieje i okradali konających. Sami chronili się przed zarażeniem za pomocą specjalnego „octu przeciw dżumie”,
I tu znalazłem to co wydaje mi się najciekawsze. W Anglii i Francji produkt był znany jako ocet czterech złodziei. Czyżby w Polsce obłożenia złodziejami na jeden metr kwadratowy było statystycznie większe, że w nazwie znalazło się aż siedmiu złodziei?
A może jako naród bardziej lubimy cyfrę siedem?
Za tym drugim rozwiązaniem przemawia mi choćby piosenka wykonywana powszechnie na weselach pod znamiennym tytułem „Siedem czerwonych róż”
„ Przynoszę tobie moja dziewczyno siedem czerwonych róż
Powiedz czy będziesz moją na zawsze już.”
Dziewczyna oczywiście lubi róże i zgadza się na propozycję chłopaka.
Kto tego nie zna? I kto nie zna takich klasyków muzycznej sceny weselnej jak zespół Baciary.
Kiedyś jeden z poprzednich prezesów wysłał mnie w celu załatwienia rejestracji swojego auta prywatnego. Polecił mi zdobycie rejestracji z jak największą liczba siódemek. Udało mi się wyprosić tablice z trzema siódemkami, w zamian za pięć róż wciśniętych wręcz, bo ponoć urzędniczy kodeks zabrania.
Róże rozliczyłem potem ze specjalnego funduszu.
Mała firemka miała swój cichy fundusz. Jakie więc możliwości mają duże partie polityczne?
A my podniecamy się dwoma garniturami kupionymi legalnie na fakturę.
Pomyślmy o tym co się bierze bez rachunku, to po tej i po tamtej stronie politycznej sceny.
Z tego i paru innych powodów wynika mój stosunek do polityki.
- A siedem grzechów to pryszcz? - dodałaby z pewnością teściowa.
W kontekście polityki to skojarzenia aż za bardzo pasuje do tematu.
Wracając zaś do tytułowego octu.
Znalazłem przepis na to cudo i tak sobie myślę, że jeżeli był skuteczny na dżumę to zwykłe komary powinny padać przy nim jak przysłowiowe muchy.
Wziąć pączków świeżych piołunu wielkiego, piołunu małego, rozmarynu, szałwii, mićkiewu [mięty], ruty, każdego po łutów 3, kwiatu lewendowego łutów 4, czosnku ½ łuta, dzięglu 2 łuty, tatarskiego ziela korzeń, cynamonu, goździków, muszkatołowych gałek każdego pół łuta, octu winnego najtęższy garniec. Te wszystkie preparata pokrajać, potłuc i w szklany gąsior z tym octem pomieszać, dobrze zawiązać pęcherzem i niech przez 12 dni na słońcu stoi. Tym się umywać, na czczo po łyżce co dzień zażywać. Nos i gębę tym nacierać i zawsze nosić w balsamce przy sobie, dla częstszej wąchania sposobności. (forum.gazeta.pl)




 Powyżej doktor z okresu wielkiej zarazy, w stroju służbowym.Teraz możliwe jest używanie podobnego wdzianka na oddziale permanentnych zaparć. Na sam widok można się posrać ze strachu. Może zadziała i na układ pokarmowy komara. Konkretnie na tę jego część końcową.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Bonus - Le petit jardinier

Mały ogrodnik, tak brzmi tytuł tego postu. Spodobał mi się po francusku bo brzmi jakoś tak wyjątkowo.
A oto fotoreportaż z mojego ogrodu.


Ciekawe czy tym razem zdążę przed szpakami?


Pierwsze cukinie już wylądowały w zapiekance



 A ogórki w mizerii


Zastosowałem metodę  wiszących pędów ogórkowych


Zawsze pisałem że nie jestem amatorem kwaśnych jabłek. No chyba że to sa własne jabłka


Na pomidory przyjdzie jeszcze trochę poczekać, ale nie tak długo jak by się wydawało


 Agrest jest już wspomnieniem. Dżem agrestowy spokojnie czeka na swój czas w spiżarni


Jak w każdym wiejskim ogródku muszą  być lelije.Odpowiednie  sadzonki kupiła na placu teściowa. Obchodzi je dookoła z nabożnym szacunkiem, chwaląc się przed znajomymi.


A nazwy  tych kwiatków poniżej nie znam. Urzekła mnie ich wiejska prostota i sadziłem je już na wsi w górach. Znajomi nazywają je Kwiatki Antoniego Znalazłem sadzonki na Placu Imbramowskim.


Swoją droga pomidory wyrosły tak że skończyły się już tyczki. U sąsiada są zdecydowanie niższe. Wiosną nie żałowałem kompostu, może to stąd? 


 Do kompletu jeżyny ogrodowe i takież same maliny.


Co wieczór podjeżdżamy z żoną na zbiory. Komary już na to czekają  śliniąc się na nasz widok.
Taki odruch psa Pawłowa w mikroskali

Młoda bordowa leszczyna obsypała się owocami które z daleka wyglądają jak kwiaty. Fajnie to wygląda.




A to sobotnie zbiory. Nie przypuszczałem że tak mnie  ucieszą

 

niedziela, 7 lipca 2013

Osiem minut o szpitalu albo nawet mniej

Od kilku lat moje życie jest znaczone szpitalem. Od wizyty do wizyty. Powoli przestał mnie szokować i razić kontrast pomiędzy nowoczesnością i wszechobecnym dziadostwem.
Nie szokują mnie kwoty płacone za wizytę w placówkach prywatnych i wielogodzinne oczekiwanie na doktora pod drzwiami jego gabinetu, w systemie refundacji z NFZ.
Zauważam natomiast w dalszym ciągu różnice w zachowaniu personelu medycznego. Są miejsca gdzie pielęgniarki miłe i uśmiechnięte gotowe są do pomocy albo przynajmniej empatii. Są natomiast miejsca gdzie od wejścia czuje się chłód i dystans i nie jest to chłód klimatyzacji. Może to i dobra metoda bo w tak wytworzonej atmosferze człowiek dwa razy pomyśli nim raz poprosi.
Do takiej uśmiechniętej i życzliwej siostry to aż się serce rwie by mieć jakąś sprawę. Jeden z moich znajomych doktorów jest w tej chwili pacjentem w innym szpitalu. Zamiast wydawać polecenia w stylu - siostro skalpel, siostro tampon - może tylko prosić o podanie kaczki. W czasie wizyty wylał z siebie żale tłumacząc mi, że nie mówi się do pielęgniarek per siostro, bo ponoć one tego sobie nie życzą. Gdzieś nawet wystąpiły z takim postulatem. Nie wiem na ile to prawda a na ile opowiadania zamroczonego silnym przeciwbólowym lekiem faceta. Czy może być milsza forma zwracania się do tych naprawdę zapracowanych kobiet niż - siostro? To określenie zakłada a priori, że pielęgniarka to nie zawód to powołanie, a wspomniana osoba jest kimś naprawdę bliskim w tej całej szpitalnej, bezdusznej maszynie. Jeżeli ktoś to chce zaprzepaścić to powiem tylko - biedny szpital, biedny chorzy i biedny ja.
W ostatnią niedzielę pogodziwszy się ze zbudowanym na powitanie w dyżurce chłodem, zaczaiłem się w kąciku naprzeciw pokoju średniego personelu medycznego (mogę nie używać określenia siostry) czekając na umówionego doktora. Żona zaparkowała obok, wybierając miejsce które nie zaburzy komunikacji po korytarzu oddziału dla tak zwanego niższego personelu medycznego i nie zastawi drogi ewakuacyjnej. A propos zaś drogi ewakuacyjnej.
Zgodnie z normami unijnymi wszędzie znajdowały się zielone strzałki, widoczne nawet w gęstym dymie. Na nich ludzik sugeruje gdzie uciekać i żeby to robić szybko. Można jeszcze próbować ratować, dlatego w ogólnie widocznym miejscu znajdowały się instrukcje postępowania na wypadek pożaru. Był i hydrant p.poż z pewnością gotowy do użycia, bo posiadał kontrolkę legalizacyjną. To jednak nie było najbardziej dziwne. Na drzwiczkach wspomnianego hydrantu wisiały białe lekarskie spodnie. Świeże, czyste i idealnie wyprasowane. Przewieszone na metalowym wieszaku sugerowały jakiś bezpośredni związek z całym systemem zabezpieczenia przeciwpożarowego.
Tylko w którym momencie należy owe spodnie zakładać?
Przed stłuczeniem, czy po stłuczeniu szybki z przyciskiem alarmowym?
Sprawdziłem tkaninę nie miała nic wspólnego z azbestem. W instrukcji nie było podpunktu - spodnie p.poż.
Może więc to tylko taka wizualizacja – W razie pożaru spodnie na dupę i w nogi.
A te przeznaczone są pewnie dla tych co w panice nie mogli odnaleźć swoich.
Bo jak mówił klasyk - trza być w butach na weselu, a ja dodam, że w spodniach podczas ewakuacji


piątek, 5 lipca 2013

Dziewięć razy o tym jak być egoistą. Szczęśliwym egoistą

Kiedy czytam prasę, zerkam na ekran telewizora i w końcu przeglądam internet, zewsząd atakują mnie złowrogie prognozy.
Za dwadzieścia lat skończy się na tej planecie ropa naftowa, Gaz jest na wyczerpaniu, a łupki zniszczą nasze środowisko. Popadam wtedy w lekką paranoję a dziki lęk wykręca mi ręce. Czuję się jakbym miał wielką światową klaustrofobię.
Chciałbym krzyczeć, że świat to za mało, ale to w końcu tytuł jednego z poprzednich filmów o Bondzie. Jamesie Bondzie. A żeby nie odczuć dla równowagi, że kiedyś było lepiej i na czymś podeprzeć swoją rozchybotaną psychikę, dowiaduję się, że mój guru był agentem bezpieki. Na dobrą sprawę gdyby tak popatrzeć na listy agentów to każdy z nas odszuka tam swoje nazwisko.
- Sztoż diełat? (co robić? - ros) Sztoż diełat – chciałbym krzyczeć jak aktor grający Romea w moskiewskim teatrze na widok trupa pięknej Julii.
Nie wiedziałem nawet, że takiem mnie prostemu facetowi jak ja, dodatkowo ze wsi, z pomocą przyjdzie psychoterapia
Dokładnie psychoterapia Gestalt. O samej metodzie wiem niewiele, ale jej zasady mogą zastąpić nie jeden łańcuszek posyłany od jednego do drugiego adresu mailowego.
Bo któż wymyśla te wszelkie metody na spokój wewnętrzny i wieczną szczęśliwość?
Bierzemy jakiegoś filozofa i cyk, kopiuj – wklej. Do tego zdjęcie ładnej laski nad morzem o zachodzie słońca i gotowe. Na koniec groźba klątwy w stylu: Pewna matka z Nowego Jorku nie rozesłała łańcuszka i już na drugi dzień fotoradar zrobił jej zdjęcie.
Jest i marchewka. Pewna matka z Ochio rozesłała dwadzieścia kopii łańcuszka do znajomych i już na drugi dzień fotoradar nie zrobił jej zdjęcia. Zrobił na trzeci dzień ale to już całkiem inna historia.
Tym razem psychoterapia stworzona została przez niejakiego Fritza Perlsa. Zwał jak chciał byle potrafiła wytłumaczyć i wyprostować nasze skrzywione postrzeganie świata. Konkretnie moje skrzywione postrzeganie świata.
Biorę więc pierwsza zasadę
1. Żyj teraz. Zajmuj się tym, co jest teraz, a nie przeszłością lub przyszłością.
I działa. Co mi tam łupki, ważniejsze jest łupanie w krzyżu.
Teraz muszę przemyśleć sprawę zakupów na jutro, bo należna pensja jakimś dziwnym trafem, po raz kolejny spóźnia się z wizytą na moim koncie bankowym.
A przecież nie pojadę do Irlandii, Anglii czy Holandii. To wobec wspomnianej terapii byłaby
łatwizna
2. Żyj tutaj. Dawaj sobie radę z tym, co obecne, a nie z tym, czego nie ma.
Ja przecież potrafię wyobrazić sobie zakupy u Harrodsa czy choćby w butikach galerii handlowych na Złotych Tarasach. Ale to by było złamanie zasad
3. Przestań sobie wyobrażać. Doświadczaj tego, co realne.
Pomyśleć, że jeszcze siedem lat temu, wpływałem na pewien segment rynku budowlanego w tym regionie kraju. Na moich cennikach wzorowali się inni. Bez stresu odwiedzałem galerie handlowe, bez względu na to jak skomplikowaną nazwę nosiły. Zastanawiam się czy to się jeszcze wróci?
4. Powstrzymaj niepotrzebne myślenie. Raczej smakuj i spostrzegaj.
Smakuj. Niby w jaki sposób przy braku pensji na koncie?
Mam się gapić jak na słynna magdalenkę w cukierni, poszukując jednocześnie straconego czasu?
Nie, nie czasu straconego mam nie szukać zgodnie z pierwszym punktem.
Muszę wyjaśnić z szefem, dlaczego nie ma jeszcze mojej kasy na koncie. Według mojej oceny to powinna tam być już pierwszego rano.
5. Raczej wyrażaj, zamiast manipulować, wyjaśniać, oceniać czy osądzać.
Wyrażać? Co? Swoje niezadowolenie.
Teraz przyszły takie czasy, że wyrażanie swojego dezinetersman, bez względu na to jak to się pisze, może spowodować podobne uczucie ze strony aktualnego szefa. Wtedy zdecydowanie trudniej będzie żyć w zgodzie z drugim punktem terapii. Chociaż jak to mówią: koniec czegoś jest tylko początkiem czegoś zupełnie innego. Tak też uważa z pewnością terapia Gestalt podpowiadając żeby gorycz przyjmować bez popitki.
6. Poddawaj się nieprzyjemności i bólowi dokładnie tak samo jak przyjemności. Nie ograniczaj swojej świadomości.
Tak. Mam nieograniczoną świadomość własnej sytuacji. Wiem, że mam do dupy.
O kurwa jak to boli. Fantastyczne uczucie.
To jednak szef zadzwonił do mnie.
- Nie przesłałem ci jeszcze pensji w tym miesiącu. Musisz wytrzymać kilka dni.
Ja może i muszę, ale czy coś musi mój bank wysyłając mi esemesy z informacją, że kolejny cykliczny przelew nie został wykonany?
7. Nie akceptuj żadnego innego "muszę" i "powinienem" niż twoje własne.
Oczywiście. Podpuszczaj mnie dalej. Wyjdę naładowany, narobię szumu podbudowany naukową teorią i kto weźmie za to odpowiedzialność?
Kto? Naukowa terapia jest naukową dlatego, że ma odpowiedź na wszelkie pytania.
8. Weź odpowiedzialność za swoje czyny, uczucia i myśli.
Kiedy wywrócę już całe życie do góry nogami i stanę się asertywnym bezrobotnym, co zaproponuje mi owa terapia? Terapie z reguły są bardzo drogie i generalnie poza refundacjami NFZ.
9. Poddaj się byciu takim, jaki jesteś.
Tak. Czy wspominałem Wam, że zewsząd atakują mnie złowrogie prognozy i czuję się z tym dość podle?. Jakbym zatoczyło koło wokół własnej głupoty.

środa, 3 lipca 2013

Trzy po trzy, bywa czasami dziesięć

Poczułem się staro
Wczoraj na mojej skrzynce mailowej znalazłem trzy oferty. Właśnie wtedy, patrząc na zestaw poczułem się staro.
O wszystkim zdecydowała ostatnia reklama pewnej instytucji, udzielającej szybkich pożyczek dla emerytów.
- Ile liczy sobie pani wiosen – brzmi pytanie?
- Siedemdziesiąt osiem - wszystko jasne bez owijania w bawełnę
A ja mam proszę szanownej instytucji pięćdziesiąt pięć i chętnie owijam w bawełnę, swoje nie bardzo pomarszczone jeszcze ciało. T-shirt jeansy w kolorze indygo i w miasto.
Bo wszystkim wiadomo, że ludzi wsi ciągnie do miasta.
Coś mi się wydaje, że firma znacznie obniżyła poprzeczkę wieku.
Czyżby emeryci nie byli tak nastawieni na konsumpcję jak wynika z reklamy?
Minister Rostowski ostrzega przed zbytnia konsumpcją, szczególnie ludzi w tak zwanej jesieni życia. Tych ludzi znaczy się ostrzega
Reklama była jako trzecia. Pierwsza zapraszała mnie do poszukiwania swojego szczęścia w SPA.
A, że jak powiedziałem reklamy były w pakiecie, ktoś zadbał abym mógł udźwignąć ciężar owego szczęścia. Erekcje najwyższej jakości, zero ryzyka. Rzeczywiście, wynika z tego, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki.
Jest więc gdzie łowić, czym łowić i za co łowić.
Jedno mnie tylko trochę martwi. Ponoć dzięki temu specyfikowi na erekcję odzyskam: energię, wojowniczość i siłę ducha wobec wszelkich wyzwań.
Sprawa nowej nawierzchni drogi gminnej jest moim aktualnym wyzwaniem. Ale jak tu załatwiać urzędową sprawę z towarzysząca mi pełną erekcją?
Ponoć są specjalne maszyny które analizują nasze gusta, aby dopasować reklamy tematycznie.
Z czego czerpała informacje ta Onetowska, proponując mi wzmocnienie penisa i portfela?
Dodatkowo wskazując jak małemu Grzesiowi gdzie powinien owo wzmocnienie wykorzystać?
Ja sam siebie oceniam zdecydowanie lepiej.
***
Przez media przewala się awantura na temat tego, kto zgodził się na ograniczenie emisji Co2
Od samej kłótni jeszcze nic konstruktywnego nie wynikło i może lepiej zacząć działać niż gardłować, wydychając przy okazji zwiększone ilości dwutlenku węgla.
Są tacy dla których gadanie to taniocha. Producent pewnej niedrogiej wody mineralnej, w którą zaopatruję się w pewnym dyskoncie, rozlewał ją w trzech postaciach, gazowana, lekko gazowana i niegazowana.
Gazowana strzelała przy każdym otwarciu wylewając się na podłogę przy braku odpowiedniej uwagi. Lekko gazowana była kompromisem dla niezdecydowanych. O niegazowanej będę milczał.
Ostatnia partia wody gazowanej którą kupiłem jak zwykle w tym samym miejscu nie strzela. Dodatkowo nie wybucha i nie moczy podłogi. Wydaje tylko lekkie psyk i już cała butelka mięknie w rękach. Jak …. przemilczę. Wygląda jak odgazowana lura i tak samo smakuje. Sprawdziłem jedną, drugą i trzecią butelkę.
Zgodnie z unijnymi normami zaczęli ograniczać Co2 – powiedziałem rodzinie, maskując raczej wkurzenie
Jak tak dalej pójdzie przerzucę się na tę, którą pije w reklamie kobieta wszech czasów Monica Bellucci. Oczywiście w wersji gazowanej. Inne są zbyt delikatne.
***
Czytam tu i tam bo ktoś tam napisał a inni podchwycili i cytują namiętnie. Autorem jest chyba Newsweekiem piórem swojego dziennikarza. Modnie nam się zrobiło w kraju.
Nowa moda nazywa się poliamoryzm, od greckiego poli czyli wiele. Co to jest amoryzm nie trzeba tłumaczyć.
Nowa sztuka pozwala uprawiać seks z angażowaniem i z wieloma osobami.
A więc bzykam żonę i żonę jej kochanka. On zaś baraszkuje w łóżku z moją żoną i moją narzeczoną, nie oszczędzając sobie dziewczyny chłopaka mojej narzeczonej. Bo jak wywnioskowałem jakaś więź między tymi osobami musi być. Może zdarzyć się też sytuacja gdy moja dziewczyna ostrzy sobie zęby na narzeczoną kochanka mojej żony, albo kochanek mojej żony skrada się by wykorzystać moja nieuwagę. Az robi się gorąco i nie jest to efekt cieplarniany, czyli zwiększenia ilości Co2
Dla mnie poliamoryzm to taka odmiana swingowania, z większym emocjonalnym zabarwieniem. Ponoć swingersi bzykając się z innymi partnerami patrząc sobie głęboko w oczy, manifestując swoje wzajemne i wielkie uczucie.
No nie wiem, nie wiem. Szczególnie, że zaraz napadną mnie swingersi atakując za to, że nie rozumiem tego ruchu. Ależ rozumiem nie jeden ale wszystkie ruchy jakie związane są imprezami w klubie. To są ruchy frykcyjne. Mam już swoje lata.
Poliamoryści pewnie powiedzą. że wulgaryzuję to piękne uczucie wielopożądania.
Pewnie że wulgaryzuję. Co mi pozostało po trzydziestu ponad latach monopożądania?
Więc może maszyna do reklam Onetu ma rację i ja już jestem naprawdę stary?
Gwoli tylko informacji dodam, że poliamoryzm to nie jest wymysł ostatnich czasów.
Jak zwykle i tu byliśmy pionierami. Nie gdzie indziej niż w Kabarecie Starszych Panów niejaki Wiesław Michnikowski śpiewał

Jeżeli kochać, to nie indywidualnie,
Jak się zakochać, to tylko we dwóch.
Czy platonicznie pragniesz jej, czy już sypialnie,
Niech w uczuciu wspiera dzielnie cię druh.
Bo pojedynczo się z dziewczyną nie upora
Ni dyplomata, ni mędrzec, ni wódz.
Więc ty drugiego sobie dobierz amatora,
I wespół w zespół, by żądz moc móc wzmóc.

Jeżeli w sprawę zamieszani są Starsi Panowie dwaj i Jej Eminencja to może to co mi się wydaje płaskie ma swój głębszy sens i drugie dno?