czwartek, 27 czerwca 2013

Atrakcyjny pozna panią

Z wiekiem wcale mi nie przeszło i uważam, że seks powinien polegać na dawaniu z siebie jak najwięcej. Oczywiście ta aktywność i troska o przyjemność partnera dotyczy obydwu stron.
Ponieważ nie mam zamiaru spoczywać na laurach co najwyżej na Laurze, uważam że zawsze jest pora by się dokształcić. Takie swego rodzaju dokształcenie zawodowe, choć dawanie przyjemności nie jest moim zawodem, ale czasami wydawało mi się powołaniem. Dlaczego jednak tak trudno było się poznać na tym moim powołaniu? Z braku wiedzy, czy innego ;pojmowania atrakcyjności?
Moje wybiórcze oko zawsze wyłapie jakiś tekst który podpowie jak zostać przodownikiem czyli więcej i lepiej. Niby wiek i status upoważnia mnie do pytań w stylu – komu potrzebny jest drugi raz?, ale póki co go sobie nie zadaję. Staram się też bardzo aby uniknąć stwierdzenia, które parę lat temu użył mój kolega będąc wtedy w moim obecnym wieku. Myśl brzmiała następująco
Ten cały seks jest mocno przereklamowany.
Kiedy więc w dzienniku pl z dnia 26.06.2013 zobaczyłem tytuł - Naprawdę ci mężczyźni lepiej doprowadzają kobiety do orgazmu, natychmiast zajrzałem do tekstu.
Przy okazji ten tajemniczy gatunek facetów zwiększa sobie szansę na zostanie ojcami. To oczywiście nie jest już w moim spełnionym w tej kwestii życiu priorytetem.
Jaki jest więc kochanek idealny?
I oto odpowiedź redakcji którą pozwolę sobie zacytować:
To nie mit, że kobiety częściej przeżywają orgazm, jeśli są w łóżku z atrakcyjnym mężczyzną - przekonują naukowcy z Pennsylvania State University
Aby tego dowieść przeprowadzili badanie z udziałem 110 par.
Wolontariuszki oraz wolontariusze oceniali nie tylko oceniali jakość swego seksu, ale również swój wygląd w skali do 10. Ocenę wystawiały im również inne osoby, jak również zostali oni poddani badaniu na atrakcyjność.
Zastanawiam się jak wyglądało to badanie? Aby wyrobić sobie zdaniem trzeba było chyba urządzić wielką swingerską imprezę. Mniejsza zreszta o metody liczą się efekty.
Okazało się, że kobiety częściej przeżywały orgazm z męskim, atrakcyjnym partnerem. Co więcej, orgazm ten często był wspólny, co zwiększa szanse na zapłodnienie.
No tak, toż to sensacja roku. Lepszym partnerem seksualnym jest dla statystycznej kobiety taki George Clooney z hollywodzkiej fabryki snów niż łysiejący księgowy ze Spółdzielni Produkcyjnej Zryw w Łapsku Dolnym.
Czy można jednak bez zastrzeżeń przyjąć te wyniki do zachowań seksualnych Polaków?
Bo może sprawdza się to w takiej Ameryce, u nas atrakcyjny wygląd to taniocha.
Media zalała ostatnio krytyka wyglądu rodaków, że ponoć śa mało atrakcyjni. A że seks odbywa się teraz jak i dawnej a może nawet lepiej, rodzi się pytanie. Co decyduje o wyborze partnera? Albo jak wygląda atrakcyjność po polsku?
Prawdziwa polska kobieta pokocha faceta (fizycznie bo o tym dzisiaj mowa) dla jego talentu. Przykładem może być niejaki Atrakcyjny Kazimierz który tak to opisywał
Był niepozorny
Brzydki i chudy
Wręcz nieudolny
W rozmowach nudny
W obejściu prosty
Prawie bez zalet
Gość domorosły
Miał jeden talent
On wciąż
Był sprawcą wielu ciąż
Oczywiście :
Jako mąż i nie mąż
Jaki miał sposób na udaną miłość nasz tytułowy bohater?
Sposób na miłość
Żaden intelekt
Jemu starczyło
Że mógł zdjąć beret
A już płeć piękna
Wpadła w zachwyt
Od razu miękła
W miejscach swych pachwin
Więc wciąż
Był sprawcą wielu ciąż
Wyjaśnienie owej wyjątkowej płodności znajduje się w końcówce tekstu. Bowiem to nie wielokrotność orgazmów była przyczyną owego wielokrotnego ojcostwa a zwykłe problemy z nabyciem prezerwatyw.
Niestety nie mam beretu, zaginął gdzieś w mrokach podstawki a i dzisiaj do minus piętnastu stopni nie wkładam nic na głowę. Może to zmniejsza moja trakcyjność?. Przy okazji zrodziło się we mnie pytanie - czy owa atrakcyjność pojawiająca się po zdjęciu beretu dotyczy w równym stopniu kobiet i mężczyzn? I czy jest istotne z czego ów beret został zrobiony?
A co to w ogóle znaczy być atrakcyjnym facetem?
Sięgnąłem po pomoc na internetowe fora i nie zawiodłem się.
Kafeteria prowadziła kilka lat temu dyskusję na ten temat. Oto niektóre opinie które cytuję w oryginalnej pisowni.
~ Bogini Zosia z wioski
„- ładnie pachnieć,być zawsze czysto i gustownie ubrany, czyste buty, Ogolony ewentualnie jakaś podgolona ładna bródka, uśmiechnięty, miły. Wystarczy. Nie trzeba tu mówić ile ma ważyć, ani ile mierzyć, bo to sprawa drugorzędna- są różne gusta.”
To mnie uspokoiło przy moim haniebnym wzroście.
~ Przegrany bardzo
Nie uważa się za atrakcyjnego, bo jest łysiejący, niski, brzydka cera, chudy, brzydkie zęby, asymetryczne rysy twarzy...mógłby długo wymieniać i się dobijać.
~ Kolor pomarańczy przychodzi na ratunek Przegranego
„facet musi być tak brzydki, że aż piękny”
~M-A-L-U-U-U-T-KA
„Mój jest niski, chudy, ma długie włosy i bródkę. Co nie znaczy że nie jest atrakcyjny. Jest!- przynajmniej dla mnie. Mam kolegę brzydkiego. Ma 168 cm, lekki brzuszek, okropną,wiecznie przetłuszczoną fryzurę - za długi włosy i obleśne fuj! ma też brzydką cerę,też tłustą, ma okropny, duży, garbaty nos, a na dodatek ma zeza i każde oko w innym kolorze. Aha...i zęby ma brzydkie też.”
To jest wzór brzydala, ale jak pisze kolor pomarańczy facet musi być brzydki żeby być piękny.
A piękny znaczy chyba atrakcyjny i zrozum tu kobietę razem z tą jej potrzebą wielokrotnego orgazmu.
Wobec tego wszystkiego właśnie zaczynam zastanawiać się - komu potrzebny jest drugi raz ?

wtorek, 25 czerwca 2013

Antoni 18 - szpaki 2

Od kiedy bestie pojawiły się w okolicy moje czereśni wiedziałem, że zbliża się ten czas.
Czereśnia jest młoda, posadzona pewnie w 2010 roku ale góruje na resztą młodniaka z powodu swojej natury. Czereśnie to z reguły potężne drzewa owocowe.
Obchodziłem ją dokoła i naliczyłem mnie więcej dwadzieścia owoców.
Nic to, że dwadzieścia, ważny sam fakt owocowania. Kiedy jednak zobaczyłem tę bandę jasnego dzioba wiedziałem, że tu nie ma czasu na sentymenty. W słoneczną niedzielę ustawiłem drabinkę domową i zebrałem swoje osiemnaście czereśni do przygotowanego wcześniej kubka. Trafiłem na dwie czereśnie objedzone do połowy. Kulturalnie zjadły – pomyślałem. Nie wiem dlaczego na myśl przyszła mi słynna beza byłej pani prezydentowej.
Tylko na siatce w oddali siedziały cztery szpaki, krzywiąc łepki spoglądały na moje zabiegi. Może klęły w duchu swoją elegancję?
Bo przecież można było inaczej. Strzepać wszystko w trawę i dobić tam na ziemi.
Młoda wiśnia kusi teraz owocami. Szklanki tak się chyba nazywa ta najwcześniejsza z odmian, ma na gałęziach więcej owoców niż liści. Jeszcze nie czas, ale wyobraźnia działa
Do niej nie potrzebuję nawet kuchennej drabinki.
Ciekaw jestem czy z niedzielnej lekcji szpaki wyciągną jakieś wnioski? I czy mają wyobraźnię?
Oby nie.
Przyciąłem mocno winogron. Wiosną nie znając krzewu przyciąłem delikatnie. Potem pojawiło się mnóstwo kwiatów, a teraz zawiązały się owoce. Wyciąłem bezpłodne odgałęzienia. Doświetliłem tym samym owoce i odciążyłem roślinę. Robiłem tak na wsi. Pozostałe liście robią się w ten sposób większe i świetnie nadają się na zawijanie w nie pstrągów na grilla i nie tylko.
Wczoraj teściowa zebrała ostanie pół koszyczka truskawek. Małe, drobne, ale słodkie.
Pół kilo tkwi w słoju zlane alkoholem. Powróciłem do pomysłu produkcji ratafii.
Jak kiedyś pisałem robię ratafię w wersji wytrawnej albo półwytrawnej. Lada chwila w wielkim słoju wyląduje agrest.
Obserwuję uważnie krzaki i wychodzi mi, że stare krzaki czarne porzeczki nie owocują, razem z jednym krzakiem agrestu pójdą jesienią do wymiany, Być może dosadzę aronię. Kręci mnie jagoda syberyjska, bo wcześnie owocuje.
Póki co znowu leje. Przyda się odmiana tylko dlaczego jak leje to ekstremalnie, a jak grzeje to też ekstremalnie? Poza tym coś się poprzestawiało. Mój przyjaciel, rolnik z południa Francji tkwi dalej w zaskoczeniu. Prace w polu mocno spóźnione z powodu pogody, chłodno, mokro i byle jak.
U nas myślimy nad montażem okiennic i wprowadzeniem dwóch godzin południowej sjesty.
I gdzie jest ten umiarkowany klimat? U nas czy na południu Europy?
Dni mijają od roboty do roboty. Koszenie, zbieranie doglądnie przeplatane segregacją śmieci i pilnowaniem terminu ich odbioru. Zaglądanie do szamba by określić czy to już. Wszystko to powoduje, że każdemu dniu tygodnia i miesiąca przypisana jest pewna terminowa czynność.
Na piątkowy wieczór, który jeszcze z czasów mojej pracy poza Krakowem był symbolicznym zamknięciem tygodnia, przygotowuję butelkę wina. Zmywamy z żoną tygodniowy kurz z duszy i serca, co wcale nie znaczy, że oba te elementy zakurzyły się z powodu nie używania.
To niezbędny serwis związany z używaniem.
W ostatni piątek dołączyła do nas teściowa, która przetrwała ostatnie upały pod naszym dachem.
Pojawiła się w związku z powyższym konieczność otwarcia dodatkowej butelki wina. Nie, nie w związku z tym że teściowa dużo pije, to my pijemy więcej żeby przetrwać spokojnie to co ona opowiada już po pierwszym kieliszku.
Piątek wieczór a w zasadzie już noc. Nic nie muszę. Tydzień zamknięty, lodówka wypełniona.
Ech wsi spokojna...
Z zamyślenia wyrwał mnie służbowy telefon 23:15. Nic nie muszę. Maniana. Nie odebrałem. Potem zadzwonił raz jeszcze a w końcu wyświetlił SMS- a
„Macie Państwo poważna awarię w firmie”
To zakończyło mój miły i spokojny wieczór.
Młody bawił się gdzieś w mieście, ja pod wpływem i dwanaście kilometrów do pracy. Zasady w sparwie kierowania pojazdem mam więc wezwałem taksówkę. Obiecałem, że dojdę do drogi aby uniknąć długiego tłumaczenia. Było kwadrans do północy, kiedy zauważył mnie sąsiad stojący w drzwiach garażu. Witał znajomego który parkował właśnie na podwórku.
Sąsiad był w piżamie, a w zasadzie wielkich bokserkach sięgających do kolan, daniej mówiono na nie dynamówki, od kroju spodenek piłkarskich zawodników Dynama Kijów.
Ja 0w jeansach ale za to łagodnie pod wpływem, gość zaś parkował zakurzonym samochodem terenowym.
Wymieniliśmy uprzejmości. Sąsiad powiedział, że zawsze pomoże w takich sytuacjach, bo on raczej rzadko pije.
Czy znaczy to, że ja często? Nie przyjąłem tego jako zarzut i dziękując stwierdziłem, że taka pomoc zostawimy sobie dla wypadków związanych ze zdrowiem. Patrząc zaś na rejestracje parkującego auta i przecierając palcem kurz z lakieru powiedziałem, że taki zakurzony z pewnością na drogach Polski B.
- Akurat zakurzyłem w Małopolsce - odpowiedział błyskawicznie nieznajomy. Kiepski punkt zaczepienia do dyskusji z jak wyczułem lokalnym patriotą.
- Ja to mówię z własnej perspektywy wieśniaka. Znam się już trochę bardziej na błocie.
Nie wiem czy go przekonałem
Taksówka podjechała po chwili i zabrała mnie do pracy.
SMS nie kłaniał. Potężny wyciek wody spowodował wyłączenie prądu. Z latarką w ręce zabezpieczyłem wszystko, wyłączając jedno i drugie.
Czasem trzeba szybko wydorośleć, a czasem szybko wytrzeźwieć.
Rano czeka mnie powrót aby to wszystko zorganizować - pomyślałem wracając do domu.
Otwarte szeroko szyby w aucie owiewały mnie dokoła. Straciłem już te resztki piątkowego luzu. Spojrzałem na zegarek 1:30, to już sobota. Wysłałem SMS a do Prezesa. Niech wie, że ja semper fidelis, bez względu na okoliczności.
- Żeby tak wypić wino bez konsekwencji to pewnie trzeba by zrobić to jakimś urlopie w puszczy, poza zasięgiem sieci. Kiedy to ja ostatnio byłem na urlopie? – pomyślałem próbując zasnąć – Nie pamiętam
Praca, szpaki, winogron i niedzielny rodzinny obiad. Tym razem inny niż poprzednie.
Nasze dzieci obchodziły pierwszą rocznicę ślubu.



piątek, 21 czerwca 2013

Lato jest kobietą

Dni mijały coraz dłuższe, coraz cieplej było u mnie
Coraz lżejsze miała suknie, lekko płynął wiosny strumień
Wreszcie nocy raz czerwcowej zobaczyłem ją jak śpi
Bez niczego, zrozumiałem lato, ech że ty
Lato, lato, lato, ech że ty
Taj jak lubię tę piosenkę Marka Grechuty tak czekam na ten widok gołej skóry śpiącego lata. Lato bowiem jest kobietą i niech mi nikt nie opowiada, że ma na imię Grzegorz. Zepsuje mi to nastrój pełen tajemniczej emocji i erotyzmu który w tym okresie wyzbywa się swoje tajemniczości a często nawet i dyskrecji. I nie ma co się oburzać w latach naszej młodości takie właśnie chcieliśmy widzieć to lato. Bezpruderyjne i łatwe. Szczególnie ta łatwość była szansą dla nas.
Nie?
Każdy przecież kiedyś zaczynał.
Ale to już było i nie wróci więcej...
Tego lata nie zanurzę nóg w zimnym górskim strumieniu i nie zapatrzę się na ośnieżone pomimo tej pory roku szczyty, ale fakt nadejścia lata przyjąłem z zadowoleniem.
Na mojej wsi sianokosy. Ścięta i podsuszona trawa czyli innymi słowy siano, pachnie zabójczo.
Aż nie chce się wracać do domu z zacienionego tarasu.. Kto mi każe roztrząsać na drobne jakieś fałszywe dźwięki opolskiego festiwalu, czy odwołanie prezydenta dużego miasta.
To fałszuje polityka, przyroda uderza tylko w czyste dźwięki. Siedzę więc dopóki pozwalają na to komary.
Tych rzeczywiście nie brakuje, tną nie bacząc na porę dnia.
Mogę korzystać z przyjemności chodzenia boso po trawie wokół domu. Jestem pewien, że nie ma potłuczonego szkła czy innego dziadostwa. Mam z tego kupę radości którą miesza mi fakt pojawienia się krecich kopców. Na razie nieśmiałe i pojedyncze, na linii warzywnika i sadu.
Czy to tylko wizyta jakiegoś zabłąkanego osobnika, czy kontratak? Nie wiem.
Teściowa opłakuje każdą p;odgryzioną roślinkę.
Póki co z naszymi roślinami śmiało możemy konkurować z miejscowymi. Pomidory mają już drobne owoce i sięgają naprawdę wysoko. Ogórki pną się po sznurkach a w miejscu kwiatów pojawiły się pierwsze małe owoce.
Własną sałatę zjadamy regularnie, tylko mam problem z określeniem jej ilości, ponieważ teściowa posadziła ja tak jakby kot miał sraczkę. Tu jedną tam jedną i jeszcze gdzieś tam pośród cebuli.
Gdy spytałem o logikę tego pomysłu, powiedziała szczerze
- Moja mamusia tak sadziła na brzegu grządek
- Odpowiedź godna Tewje Mleczarza - Tradycja.Aż nie wypada pytać o logikę.
Ponieważ nie ograniczam się do opłakiwania tego co było i nie powróci, próbuję w miarę wolnego czasu odnaleźć ładne letnie miejsca na mapie Krakowa i jego bezpośredniej okolicy.
Właśnie zabłądziłem pomiędzy stawy i czułem się jak na Mazurach. No może zadziałała własna wyobraźnia. I tylko dwa widoczne na horyzoncie kominy elektrociepłowni Łęg kontrolowały moją świadomość miejsca. Były szuwary, piaszczysta plaża i mnóstwo rybitw, które darły dzioby w rytm jakiejś wodnej opowieści.
Fajnie i niedaleko.



Póki co kończę przygotowania do montażu lekkiego metalowego zjazdu z domu na chodnik.
Wykopałem wszystkie krzaki rosnące pod oknem i pomimo, że to nie jest okres na te sprawy wsadziłem je w innym miejscu. Codziennie podlewam i doglądam roślin. Nie chcę zapeszać ale obyło się bez strat.
Tak więc teren rozplantowany przykryty włókniną i wysypany żwirem. Konstrukcja się spawa i tylko nie wymyśliłem jeszcze czym ją przywiozę na miejsce.
Dzięki niej żona będzie bardziej niezależna, bo samorządna była od zawsze.
W kolejce czeka krzak winogron który muszę wesprzeć na solidniejszych belkach.
A potem dalej według listy, chociaż pewnie chciałbym poszukać bursztynów na bałtyckich plażach lub wypłukać górskie buty w nurcie zimnego rwącego strumienia.
Narty schowałem już głęboko w pawlaczu, buty stoją na wierzchu i kuszą.
Nie mam sumienia aby cokolwiek z nimi zrobić

wtorek, 18 czerwca 2013

Co poeta miał na myśli

Posłowie pewnej partii domagają się dymisji prezesa TVP za dopuszczenie do emisji niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie". Według polityków tej partii serial jest "kłamliwy i antypolski".
A może trzeba by w końcu wyjść ze swojej narodowej skorupy i przynajmniej zobaczyć co inni sądzą na temat naszej wyjątkowości.
Powinno dotrzeć do niektórych, że naród jako taki ma swoich szeregach bohaterów i szubrawców. Nie jesteśmy jak ten naród wybrany, zbiorem samych diamentowych charakterów.
Najwięcej nas ludzi przeciętnych, dla których wartości moralne są drogowskazami życia, czasem zdarza się, że ktoś to życie przeciętne poświęci dla jednego z tych drogowskazów. Czasem pobłądzi i ugnie się pod nim jak Chrystus pod krzyżem. To jest życie w którym nawet proste drogi są kręte i pełne skrzyżowań.
Pamiętam, tak ze ćwierć wieku temu na ekrany kin wszedł film Ostatnie kuszenie Chrystusa.
Niestety nie naszych, na nasze ekrany nie wszedł nigdy.
Korzystając z dobrodziejstwa giełdy kaset VHS, wypożyczyłem ten film aby wyrobić sobie swoje własne zdanie na ten temat. Zaproponowałem też obejrzenie filmu pewnemu znajomemu w wieku mniej więcej mojego ojca.
- Nie chcę oglądać tego filmu – odpowiedział niemal natychmiast po otrzymaniu propozycji
- Dlaczego? - spytałem zaskoczony
- Bo mnie obraża film który pokazuje, że Pan Jezus uganiał się za babami
- Oglądał Pan film?
- Bez oglądania wiem, że mi się nie spodoba
Do kompletu brakowało mi jeszcze zdania po łacinie - apage Satanas! - byłby komplet.
A przecież sam film nie zniechęcał do wiary a wręcz przeciwnie, na przekór oficjalnym kolorowankom pokazywał jak trudna i skomplikowana była doga Jezusa na ziemi i jak wielkie Jego poświęcenie. Przecież i z tego ostatniego kuszenia wychodzi zwycięsko.
Więcej szkód może wywołać Pasja Mela Gibsona, która też obejrzałem dla zasad na które powołuje się powyżej, aby wyrobić sobie własne zdanie.
Może więc zamiast oburzać się, obejrzeć to jak nas widzą i podyskutować o tym.
A że przy tym pęknie w którymś miejscu lub straci nieco blask narodowy ołtarzyk to chyba tylko z korzyścią dla nas samych.
Czy jest mi nie wstyd tak pisać? - być może ktoś spyta.
Nie. Wszak za odbrązawianie naszych dziejów i postaci brał się nawet Tadeusz Boy. Żeleński

Papież punktuje.
Czas jakiś temu nasi purpuraci zafundowali nam tłumaczenie, może interpretację.
Czułem się trochę jak na lekcjach z polskiego prowadzonych przez pewną nieciekawą polonistkę.
- Co poeta miał na myśli? - Musiałem odpowiadać na te pytania, bowiem liczyła się tylko ta oficjalnie zatwierdzona myśl poety. Mnie zawsze wydawało się że najważniejsza w poezji jest własna interpretacja i własne odczucia po przeczytaniu wiersza. Szczególnie gdy nie zgadzamy się taką oficjalną interpretacją. Nie zapytamy już Baczyńskiego, Tuwima, Broniewskiego czy Staffa co sądzą na temat polonistów próbujących się zagnieździć w ich umysłach. Oni po prostu już nie żyją.
Cieszę się że to już poza mną a polonistka pomimo starań nie zabiła we mnie miłości do ojczystego języka z całym jego literackim dorobkiem.
Teraz liczę na moc swojego charakteru i myślę że pomimo wszystko hierarchowie nie zabiją we mnie chrześcijańskich wartości.
Nie zgadzałem się więc z oficjalnym tłumaczeniem biskupów, a szczególnie jednego, że mówiąc o ubóstwie papież miał na myśli jakieś ubóstwo duchowe, nie finansowe jak to nazwał dziadostwo.
Na szczęście Papież Franciszek miał szansę wyjaśnić co poeta miał na myśli. Pewnie jest to artykułowanie dużymi literami dla tych którzy wymyślają jakieś pokrętne interpretacje.
„ Pan chce, byśmy my księża byli pasterzami, a nie fryzjerami”
I jakby tego było mało dodał też, że wychodzenie naprzeciw ubogim nie oznacza „pauperyzmu”. To nie znaczy, że mamy stać się duchowymi kloszardami”- oświadczył.
Wszystko w temacie.
I niech nam nie próbują wytłumaczyć, że białe jest białe a czarne jest czarne, jak mówił pewien klasyk
A tak na sam koniec jeszcze jedno nawiązanie do Franciszka Wielkiego
Papież wyraził ubolewanie, że jest wielu "smutnych chrześcijan"
A ponieważ Polak to synonim słowa katolik jak co chwilę gdzieś czytam, wypada zawołać
Polacy coście tacy smutni?

piątek, 14 czerwca 2013

Czepianie się czyli o jednostkach mierzenia czasu

 
Biją zegary,
sekunda goni się z sekundą na okrągło........ jak durna
Skąd tyle pary,
tyle tupetu, że tak ciągną się i ciągną.
Kiedy się zastanowić,
to ze zdziwienia człowiekowi staje mózg.
Tak pisał i śpiewał Jan Kaczmarek w czołówce magazynu 60 minut na godzinę.
Kto to jeszcze pamięta?
Sekundy zbijają się cyklicznie w kopy tworząc minuty, a te podobnie, będąc w kopie tworzą godzinę.
W zależności od sytuacji chcemy by na przykład rekordy na bieżni liczone były w jak najmniejszej liczbie sekund, a te w sypialni w jak największej liczbie minut.
Bo o ile takie przykładowe szesnaście sekund w sypialni spowodować może tylko niesmak, o tyle w gabinecie szefa podczas rzucania roboty wzbudza uzasadnioną ciekawość. Co bowiem można powiedzieć w tak krótkim czasie?
Sprawdzałem z zegarkiem w ręku. Samo „ku..a mać” potrzebuje na swoje wyartykułowanie oczywiście z odpowiednim ładunkiem emocjonalnym co najmniej trzy sekundy. No może dwie
Kiedy w dzienniku pl przeczytałem nagłówek o tym, że Najsztub rzucił pracę w pewnej gazecie po 16 sekundach rozmowy z szefem, natychmiast zajrzałem w głąb tekstu.
 Nie zdziwiłem się że odszedł z magazynu WPROST, przecież ostatnio w tej redakcji notuje się zwiększony ruch kadrowy. Bardziej interesowała mnie technika tego rozwiązania, godna jak widać umieszczenia w czołówce wiadomości, sam bowiem tekst został oczywiście napisany ogólnikami i pełnymi, gładkimi słowami. Spokojny i zrównoważony w wywiadach Piotr Najsztub przyznał, że nie wyjaśnili sobie do końca istniejących różnic ponieważ ostatnia rozmowa między nimi trwała 16 minut.
 

 
 Szesnaście minut? To przecież więcej niż statystyczny Polak przeznacza na akt płciowy z uwzględnieniem tak zwanej gry wstępnej
Tu jest jeszcze czas  na wypalenie papierosa po. Jak kto pali oczywiście.
Wiele szumu o nic. Moja rozmowa z szefem w poprzedniej robocie nie trwała dłużej niż dziesięć minut, bo o czym tu mówić gdy decyzje już podjęte. Pomyślałem, że jak zwykle opakowanie obiecuje dużo więcej niż może dać  znajdujący się wewnątrz towar.
I pewnie to byłby koniec tej wiadomości gdyby po godzinie jakaś nieznana ręka redakcji nie zmieniła w tekście jednostki czasu



I znów zrobiło się intrygująco.
Jak brzmiała sama rozmowa pomiędzy zainteresowanym stronami, skoro samo powiedzenie zdania „mam to w dupie „ trwa dwie i pół sekundy oczywiście z właściwym akcentem i zabawieniem emocjonalnym.

czwartek, 13 czerwca 2013

Baz happy endu

Nuda może być szkodliwa dla zdrowia i życia. Przekonałem się o tym całkiem niedawno.
Wszystko zaś zaczęło się od telefonu byłego współpracownika z zaprzyjaźnionej firmy.
Nie rozmawiałem z nim całe wieki. Pomimo całej sympatii muszę stwierdzić, że dzwoni tylko wtedy gdy ma jakąś służbową sprawę. Teraz też zadzwonił we wtorek, dopytując się o urządzenie które oferowałem w poprzedniej firmie. W tej z którą rozstałem się w sposób nagły i dla mnie niespodziewany, a co opisywałem ze trzy lata temu.
Staram się być użyteczny i w chwilach dla mnie trudnych oczekuję tego samego. Najczęściej jest to jednak naiwne oczekiwanie, ale to już inna historia.
Zadzwoniłem do żony z prośbą o telefon do jej znajomej w powyższej sprawie. Za chwilę oddzwoniła z zaskakująca wiadomością.
- Czy ty wiesz, że Boguśka z mężem mieli wypadek samochodowy z początkiem czerwca?
Zaraz też dodała - mają połamane nogi. Ona leży w domu, a on w szpitalu.
Trzeba było tego znajomego który zadzwonił tak ni z gruszki ni z pietruszki z pytaniami o produkt, żeby dotarła do nas ta pomimo wszystko smutna informacja.
Pomimo wszystko smutna dlatego, bowiem uważam, że Bogusia jest w znacznym stopniu odpowiedzialna za moje problemy w tamtej pracy. Są jednak chwile kiedy urazy schodzą na plan dalszy, dlatego oddzwoniłem do żony z propozycją odwiedzenia koleżanki w jej miejscu boleści czyli w domu.
Zaraz po pracy spakowaliśmy się i udali pod dobrze kiedyś znany i często odwiedzany adres.
Bogusia przywitała nas nie próbując nawet ukryć zaskoczenia.
Weszliśmy do środka praktykując tak zwane nawiedzenie chorych.
Szybko też okazało się, że wypadek był nie w samochodzie a na motocyklu i wynikał jak to opowiedziała poszkodowana z nadmiaru wolnego czasu.
W pierwszą niedzielę czerwca siedzieli w domu pozbawieni trosk i obowiązków, ponieważ babcia pojechała na swoje a dzieci przebywały na jakichś zawodach sportowych.
- Coś nam się od życia należy – stwierdził jej mąż i zaproponował wycieczkę motocyklową.
Szybko zebrali się i pojechali bocznymi drogami wprost przed siebie.
Szybko dotarli też  do małego skrzyżowania dróg, gdzie jedna podporządkowana droga łączy się z główną tworząc coś na kształt litery T.
Jechali główną, a z drugiej strony zatrzymywała się właśnie jakaś terenówka, której kierowca postanowił skręcić w podporządkowaną. Powinien jednak najpierw przepuścić motocykl, ale niestety nie przepuścił. Z impetem uderzyli w samochód lądując w rowie. Kaski uratowały im życie, ale siła uderzenia w samochód połamała obojgu nogi.
Ona leży w domu by mieć dzieci na oku, on w szpitalu po operacji.
Posiedzieliśmy chwilę, a że termin wizyty u fryzjera nadchodził, grzecznie opuściliśmy dom Bogusi. W końcu fryzjer z farbą to dla kobiety świętość.
I mnie przy przy okazji skróciła włosy do tak zwanego letniego poziomu.
Zagadywałem po swojemu w trakcie zawijania żoninych włosów w sreberka, czyniłem to w taki sposób że jedna z klientek powiedziała do fryzjerki – Do ciebie Basiu przychodzą coraz ciekawsi ludzie. Należy to jednak tłumaczyć podobnie jak zdanie w stylu – różnych ma Pan Bóg lokatorów.
A może jednak powinienem to tłumaczyć na swoją korzyść? W końcu klientce która czterdziestkę ma karku, tłumaczyłem że nie musi mieć wszystkiego przed trzydziestką ni powinna zwolnić.
Kiedy lakier utrwalił zabiegi z włosami żony wróciliśmy do domu
Przynieśliśmy tę pouczającą motocyklową opowieść do domu, aby wzruszyła sumieniem naszego Młodszego syna. Wysłuchał jej ubrany w motocyklową skórę i pojechał na spotkanie wiatru.
Teraz podświadomie bardziej denerwuję się podczas tych jego eskapad.
O pierwszej w nocy zadzwoniłem do niego z kontrolnym pytaniem :
- Co się dzieje?
Jak zwykle umknęła mu gdzieś potrzeba wysłania SMS o treści - będę później. Przecież nic się nie dzieje
Na szczęście nic się nie działo. Zepsuł się tylko ukochany motocykl. Kumpel podwiózł go do domu samochodem.
Godzinę wcześniej skończył się dzień rozczarowań dla mojej żony.
Z wypisem w ręce wróciła do domu w tym samym dniu w którym ją do tego szpitala odwiozłem.
- Kiedy? - spytała na odchodnym
- Jak się Pani wygoją kolana. Za dwa tygodnie lub dwa miesiące – odparł filozoficznie doktor – Któż to może wiedzieć?
No i oczywiście jeżeli będą jeszcze pieniądze na kontrakty – pomyślałem sobie słuchając przy obiedzie opowiadania. Potem zaszyłem się w ogrodzie aby nie słyszeć narzekania a i tak nie ominął mnie wieczorny płacz.
A wtedy czuję się tak jakby ktoś kroił mi serce, po kawałku, tępą żyletką.
Może jednak te dwa tygodnie wystarczą.


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Raz na ludowo

Co jak co ale o sztukę ludową PRL dbał. Cepelia zajmowała prestiżowe lokale w najlepszych dzielnicach i za konkretne pieniądze przypominała nam o tym skąd pochodzimy. I chociaż promowanie robotnika w ramach realizmu socjalistycznego w końcu lat pięćdziesiątych obśmiano i skrytykowano ostatecznie, chłop nadal miał się całkiem dobrze. Rozkułaczony i świadomy  sojuszu z robotnikiem miał jeszcze jeden dodatkowy plus. On to w końcu żywił naród i był solą ziemi, tej ziemi.
I chociaż gdzieś tam na szczycie władzy marzono aby wszystko co z rolą związane objął w swe ręce PGR, propagowano planowo wiejską sztukę.
Może towarzysz Wiesław lubił te klimaty?
Kto nie znał zespołu Mazowsze? Kto nie zachwycał się "furmanem" w wykonaniu Stanisława Jopka? Tak, tak ojca Anny Marii. A Śląsk i jego „ Pyk pyk z fajeczki”? Nie wiedziałem tylko, po co trzeba było dusić gołąbeczki, ale wtedy byłem jeszcze tak zwanym nieświadomym życia smarkaczem. 
I Krakowiacy i górale. I setki przeglądów zespołów folklorystycznych. I twórcy ludowi których zapowiadał Wojciech Siemion, znany kolekcjoner sztuki ludowej.
A w szkole musiałem nauczyć się wystukiwać na cymbałkach - Zagrajcie mi szota szota, niech otrząsnę nogi z błota....
W filmie „Nic Śmiesznego” jest taka scena, gdy główny bohater wraz z żoną ogląda transmisję z malowania ludowego talerza. Sterane rolą ręce wiekowej babki malują wzorki. Bohater zaś stawia sobie fundamentalne pytania.
Albo te ludowe wycinanki kurpiowskie. Podziw wzbudzało wycinanie misternych wzorów przy pomocy ogromnych nożyc do strzyżenia owiec.
Każdemu z pewnością plączą się jeszcze pod domu jakieś bieżniki, gliniaki czy siwaki. Ciupagi, albo osty drewniane.
Potem przyszło nowe. Skończył się  też sojusz robotniczo-chłopski  Wyrachowany politycznie chłop zawiera teraz  sojusze od lewa do prawa, będąc politycznym języczkiem u wagi. Zawsze po fakcie wskazując z gracją  na potknięcia koalicjanta.
W ramach Unii okazało się, że nasze dziedzictwo jest ważne, a dodatkowo może być dochodowe. Rejestrowano też takie dziedzictwa jak
Pantofle regionalne, oscypki, sztuczne kwiatyz bibuły i i kwaśnicę na żeberkach. Różne rzeczy zalały sklepy internetowe. Jest podaż musi być i popyt.
Cieszyłem się, że nie zaginęła sztuka ludowa pomimo tego, że umarły Cepelie.
Dlaczego piszę to w czasie przeszłym ponieważ wczoraj w jednym z internetowych sklepów znalazłem podstawkę drukowaną cyfrowo, wycinana laserowo na dodatek z filcu poliestrowego.
Aż opadła mi szczena a ręce i nogi się ugięły. Tak to pod strzechy zbłądziła nowoczesna technika obróbki materiałów, chociaż poecie marzyło się żeby trafiły tam tylko jego książki.
Kto teraz czyta książki? Jak już to e-booki 


piątek, 7 czerwca 2013

Góralski charakter


Jest taki stary dowcip pokazujący upór górali i ich miłość do ziemi.
Powódź na Podhalu, Dunajec wylał szeroko i wysoko przykrywając swoimi wodami pola, łąki i lasy. Nim woda opadła, pojawili się inspektorzy PZU którzy szacowali powstałe szkody.
W pewnej chwili komisja zauważyła góralski kapelusz. Niesiony prądem wody, mknął w dół rzeki.
- Jakiś chłop się utopił - pomyśleli inspektorzy.
Kapelusz jednak płynął tylko do czasu. Po chwili zatrzymał się i zaczął wędrować pod prąd. I tak do czasu, gdy zatrzymał się i pozwolił nieść się prądowi, by po chwili znów powtórzyć drogę.
- Cuda - zakrzyknęli inspektorzy PZU, padając na kolana i czyniąc raz po raz znak krzyża świętego.
Tylko stojący obok góral ani na chwilę nie wyjął fajki z ust i tym bardziej nie padł przed tym widokiem na kolana
- A wy co nie klękacie nie modlicie się gazdo?
- Nie, boć to nie żadne cuda. To Jasiek z dołu który stwierdził, że ma w dupie powódź i idzie orać.
Dowcip nie ośmieszał górali, ale pokazywał ich upór i niezłomny charakter.
Wydawało się, że nie ma już takich twardych ludzi poza tymi co na skalnym Podhalu, ciupagami wycinają stuletnie buki i zęby trzonowe w zależności od potrzeby.
Aż tu dzisiaj oglądam sobie zdjęcia z powodzi na Słowacji i w Austrii. I co widzę na jednym z nich?

Zapora wodna (swoją drogą wspaniały pomysł), blokuje wodę aby nie zalała znajdującego się obok domu z ogródkiem. Widać, że sięga już do połowy znaku drogowego, a więc ma mniej więcej jeden metr.
Co robi mieszkający w domku ? Nie ustawia worków z piaskiem, nie wisi na płocie aby obserwować stan wody. On z kosiarką pomyka wokół ogrodzenia by przyciąć nadmiernie wybujałą po deszczu trawę.
Oranie i koszenie to prace rolnicze. A więc jest jeszcze gdzieś poza naszym Podhalem ktoś, kto ma głęboko w dupie powódź i związane z nią kłopoty.
Jest jeszcze taka możliwość, że to góral który za dutkami wylądował w Austrii i nie bacząc na nowe otoczenie robi swoje.
Przy okazji dostałem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie – kto wymyśla te wszystkie dowcipy?/
To życie. Życie wymyśla najlepsze historie


środa, 5 czerwca 2013

Na cudzym tle


Spoglądam przez służbowe ogrodzenie na pole sąsiadki.
Jedno słowo - zalało. Ale i ona z pewnością zdaje sobie z tego sprawę.
Spod wody wystają końcówki cebuli. Dymka robi za szuwary w zmienionym czasowo krajobrazie.
Sałata gdzieś przy dnie, ani myśli wychylić głowy ponad wodę.
Jest i kapusta i ziemniaki, które pewnie gniją na samą myśl o deszczu.
W tych okolicznościach przyrody, u mnie w ogrodzie całkiem poprawnie.
Co prawda kompost zamiast butwieć zgnił i spod desek wylała się woda, przypominająca gnojówkę. A może ona jej nie przypomina, tylko już nią jest?
Już wiem, że trzeba by wybudować jakieś zadaszenie, a póki co wziąłem się za widły i przerzuciłem z góry do dołu tę całą śmierdząca kupę. Poza tym nie chciało mi się nic, nawet piwa.
Dzisiejszy widok zza płotu poprawił mi jednak samopoczucie. Jak to jest, że czujemy się lepiej na tle?. Na tle tych którzy mają bardziej do dupy.
Służbowa sąsiadka to swoją drogą ciekawa osoba. Dla niej przyjemnością jest sama praca na roli, a nie wynikające z tego korzyści. Dlatego też w tym industrialnym w tej chwili otoczeniu, przy pomocy ręcznej kopaczki uprawia te swoje parę arów. Kopie, sadzi pieli. Potem znowu okopuje i znowu pieli.
Najczęściej obserwują ją przy tym zajęciu chłopy, którzy w cieniu lip kurzą papierosy, kombinując jak by tu przeżyć dzień, nie męcząc się zbytnio.
Komentarze są jednoznaczne i męskie.
Kiedy zaś mówię im, że kobieta już swoje lata ma, Krzysiek odpowiada niezmiennie, że Dziadek też nie jest już podlotkiem.
Mówiąc krótko znaleźli się amatorzy przejrzałych jabłek.
Kiedy nastaje pora zbioru nie można jej zauważyć. Znika jakby zapominając o polu, ziemi, roli, a w każdym razie ojcowizny.
W zeszłym roku na polu leżały ogórki wielkości sporych cukinii. Myśleliśmy, że to na nasiona, ale nasionami z tych ogórków można by obdzielić cały Kraków i połowę Myślenic, nie wspominając nawet o Wieliczce.
Może to powołanie, może jakieś natręctwo, a może tylko geny. Wszak jeszcze całkiem niedawno na tym terenie dominowały pola i sady. Pierdliwy w swoim działaniu bób i kwaśne jabłka udawały się tutaj najlepiej.  Znając szybkość natury i bób i jabłka dobrze było jeść w pobliżu domu.
Tragedią dla dorosłego człowieka jest bowiem przeliczyć się z odległością do kibla o głupie pół metra. Pół metra na wagę życia, albo przynajmniej reputacji.
Teraz wokół same spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i te komandytowe, od których ponoć prawie nie płaci się podatków.
Znak czasów  to nieograniczona wolność i bardzo ograniczona odpowiedzialność.
A na Brackiej ponoć znowu pada deszcz – jak śpiewa poeta.
W całej Małopolsce i ościennych rejonach znowu zapowiadają burze, wiatry i inne tematyczne zjawiska atmosferyczne. Opad innym słowem i to nie tylko szczeny.
A w moim notatniku po staremu, rośnie ilość prac niezrealizowanych.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Mój zapłakany ogród

Kap, kap na pomidory, kap kap na ogórki. Smętnie to wygląda chociaż przyroda nawet przy deszczu nadrabia jak zwykle swoje zaległości. Taka rozmoczona wygląda jednak jakby obserwować ją przez źle dobrane okulary.
W porywie poczucia więzi rodzinnej, jeszcze w piątek Młody wyskoczył na trawnik z kosiarką, oszczędziło mi to zmaganie się z maszyną i przemykania pomiędzy kroplami deszczu w sobotę.
Spotkałem się za to z fachowcem do spraw adaptacji łazienki dla potrzeb niepełnosprawnych.
Wszystko co dedykowane jest niepełnosprawnym i opatrzone odpowiednim certyfikatem kosztuje przynajmniej dwa razy tyle co normalnie.
Co może kosztować w niklowanej rurce o długości jednego metra, zgiętej w L, aby określić jej cenę na 720 zł? Chyba ów wspomniany certyfikat.
Fachowiec urodził kosztorys w ostatnim z możliwych terminów i to bez niezbędnych konsultacji.
Zarzuciłem mu ten brak konsultacji i poprosiłem o skreślenie pewnych pozycji i urealnienie cen.
Wyszedł niezadowolony, bo to dodatkowa robota, bo ma inne plany na weekend, bo....
Postraszył mnie, że wróci z kosztorysem w poniedziałek o 6.30.
Przyjąłem te warunki, ale on zaskoczył mnie, bo pojawił się już w sobotę o 6.20.
Położył na stole poprawiony kosztorys i określił kwotę za wykonanie dokumentacji. Tym mnie zaskoczył po raz drugi, ponieważ myślałem, że przy kolejnej pracy wykonywanej w moim domu rozliczymy się łącznie.
Być może nie jest pewien tej roboty. Zaostrzyłem bowiem wymagania co do ustalenia wartości prac. W końcu jest kryzys i ja ganiam resztkami nie tylko sił.
Założyliśmy jednak na początku, że przystosowana łazienka jest obligatoryjna.
Z zaplanowanych na weekend prac wyszło zero czyli nic. Szwendałem się z kąta w kąt ogarnięty twórczą niemocą. Żonę ogarnęła zaś mania palenia w kominku, bo zimno i mokro. W efekcie było sucho i sennie i w taki stan letargu popadałem co chwila. Nie pomogła nawet trzecia kawa, chociaż od lat ograniczam się do dwóch filiżanek dziennie.
Nie narzekam zbyt głośno bo rozumiem, że dręczonej podwyższoną temperaturą żonie może być zimno.
Padało z przerwami. Kiedy przestawało padać odwiedzałem ogród ale wszystko było zbyt nasiąknięte wodą by robić cokolwiek.
Zauważyłem tylko, że na pomidorach pojawiły się pierwsze owoce. Małe zielone kuleczki pobudzają moją wyobraźnię. Tak wyobraźnia jest potrzebna, gdy na przykład miesza się kompost.
Nie wiedziałem że panują tam takie wysokie temperatury. Skoszona w piątek trawa po przerzuceniu widłami parowała tak, jakby u mnie w ogrodzie pojawiło się jakieś cieplicowe źródło.
No cóż, mieszanie w kompoście to też element wsi, nie tylko kwitnący sad i buszujące w trawie szpaki.
A propos sadu. Na morelach pojawiła się jakaś zaraza. Owoców jest dużo a liście jakieś takie porażone.
Dzisiaj rano, sympatyczny pan ze sklepu ogrodniczego pozbawił mnie złudzeń. To choroba brzoskwiń która przenosi się na morele. Taki ich rak.
Pozostaje mi tylko pozbywać się chorych liści, a potem regularnie pryskać jesienią i wczesną wiosną.
Określenie - nie pryskane z własnego sadu, przy tym kolejnym wypadku, wydaje mi się trochę naiwne.
W niedzielę pojawili się sąsiedzi z boku. Ustaliliśmy, że pora na towarzyskie spotkanie.
- Kto u kogo spytałem?
- Brat mówił. że to nowo przybyły sąsiad odwiedza tych zasiedziałych.
A ja jestem wychowany na filmach amerykańskich. Tam rodzina sprowadza się i zaraz pojawiają się sąsiedzi z ciastem. To ciasto wydaje się być obowiązkowe. Przedstawiają się i oferują pomoc.
Wydawało mi się to rozsądne nawet i bez ciasta. A może rozsądek jest z całkiem innej strony?
Ważne, że umówiliśmy się na piątek. Brzydka pogoda ma trwać tylko do czwartku.
Nie wiem tylko czy nie zostawiliśmy sobie zbyt małego marginesu bezpieczeństwa?
Sąsiad z drugiej strony odpowiada na co trzecie - dzień dobry.
W końcu każdy inaczej wyobraża sobie sąsiedztwo.
Mogę być przeźroczysty, jeżeli ma taki pomysł na życie. Uszanuję to będąc istotą społeczną. Cisza i spokój są w końcu najważniejsze