sobota, 30 marca 2013

Wesołych Świąt




Minął piątek tradycyjnie zwany Wielkim. Ruch zamarł, klienci zapomnieli o swoich biznesowych potrzebach. W tej ciszy jeszcze raz można było przeanalizować wielkość zakupów. Zdobna serwetka do świątecznego koszyczka już wyprasowana i czeka na swoją kolej. Mieszkania lśnią a okna pomimo mrozu umyte koncertowo. I kiedy już wszystko zostanie odhaczone z listy pozostaje jedno pytanie - czy wystarczy nam jeszcze czasu na przygotowanie duchowe?
Przecież to ważniejsze od szynki, białej kiełbasy i żuru.
I właśnie przywrócenia tych proporcji pomiędzy być i mieć, serdecznie życzę wszystkim gościom zaglądającym  na tego bloga.
A poza tym tradycyjnie, Wesołych Świąt. 
 
  


   

piątek, 29 marca 2013

Mocca z Marocca

Czekały na mnie po powrocie z pracy. Ustawione szpicami do wejścia, jakby salutowały na moje powitanie. Pantofle z koziej skóry wykonane w zaprzyjaźnionym warsztacie w Maroku. Via Tuluza pojawiły się pod wiejską strzechą małopolski. Moi Francuzi którzy cyklicznie wizytują Maroko obiecali i słowa dotrzymali. Początkowo sądziłem, że będą ta takie toporne trepy jakie przywiozła sobie żona, a tu eleganckie szpice w wygniataną i wyszywana skórą. Kozia skóra jest niesamowicie delikatna, a dół grubszy i błyszczący niczym włoskie lakierki. Jakże w takich pantoflach chodzić do ogrodu?Jak narażać je na kontakt z błotnistą rzeczywistością wsi ?
Aż chciałoby się ubrać je i zakrzyknąć niczym w orientalnych baśniach – Sezamie otwórz się!
Tylko po co? Mój sezam zaliczył debet w związku z wypłatą za wykonanie szafy w pokoju syna.
Otrzymałem dodatkowo wodę kolońską. Nic ambitnego, żaden tam Hugo Boss czy Davidoff Prosta i tania, pachnąca cytryną, tymiankiem rozmarynem i werbeną. Rzec można ekologiczna. Żadnego piżma tylko zioła. Od samego cytowania czuję się świeżo i jakby bliżej natury. Woda jest do tak zwanego domowego użytku.
- Patrzcie państwo – króliczek do mnie przyszedł – zawołałam z pokoju.
- Żona dostała puder borowikowy. To są suszone prawdziwki, starte na pył. Wygląda jak w damskiej puderniczce. Potrawy z pewnością błyskawicznie zyskują aromat grzybów. My od czasu do czasu odwzajemniamy się wianuszkiem tradycyjnie ususzonych, borowikowych główek.
Mój Eric już nie wyobraża sobie wigilii bez polskiej grzybowej.
A poza tym jeszcze jakieś drobiazgi dla wypełnienia paczki.
Natychmiast dałem się sfotografować w nowych kapciach. Dziwnie czuję się z takim szpicami.
Muszę ostrożnie chodzić żeby nie wybić komuś oka.
Jest elegancko i orientalnie, ale co by na to powiedział Jasiek u którego do tej pory zaopatrywałem się w regionalne pantofle 10 złotych komplet?
On po znajomości robił mi trepy ze skóry juchtowej, moce i twarde. Wydawać by się mogło, że na całe życie. Te były po dwadzieścia. Kilka par mam już jednak za sobą. To chyba najlepszy dowód na to, że trochę już żyję.
Napisałem też krótki mail z podziękowaniem za bezinteresowną życzliwość, załączając wspomniane zdjęcie.

  
 (Takie są mniej więcej - foto z internetu)
 
Następnego dnia przyszło mi z kolei zmierzyć się z bezinteresownym cwaniactwem.
Przez media przewalił się dyskusja o cechach współczesnych Polaków.
Ktoś oburzył się na cwaniactwo jako jedną z cech nas najlepiej opisujących.
Zaraz też w reakcji obronnej, cofamy się do zaborów i na mamy gotowe usprawiedliwienie. Bo to niby to cwaniactwo pomogło przeżyć narodowi w czasie panowania caratu, pruskiego nacjonalizmu, a potem pomogło gdy zalała nas hitlerowska plaga.
Cwaniactwo kruszyło okowy tyranii i podkopywało zaborczą gospodarkę
Teraz nastała niepodległość, chociaż niektórzy śpiewając Panu Bogu tego nie zauważają
Cwaniactwo jednak pomimo że w swoim i na swoim ma się jak najlepiej.
Poza tym, przy takim tłumaczeniu owo cwaniactwo jawi się jako jakaś wyjątkowo pozytywna cecha.
A ktoś kto się nią popisał z miejsca jest „zwolniony i usprawiedliwiony”. Bo toż to już przecież geny.
Ale mnie to denerwuje. Powiem więcej, mnie to wkurza, a nawet nie cofnę się przez określeniem z kobietą lekkich obyczajów w tle.
Właśnie otrzymałem SMS ze Starostwa Powiatowego, że moje prawo jazdy jest już do odebrania. Wiadomo, że przy zmianie adresu całą kolekcję dokumentów trzeba wymienić. To i wymieniam.
Ponieważ mieszkam w miejscowości A, pracuję w B, a starostwo jest w C zebrałem się wcześniej i już kwadrans przed rozpoczęciem urzędowania ustawiłem się w kolejce. Odczekałem kilka minut po godzinie 7.30 bo sam nie lubię jak ktoś wchodzi do biura z biciem zegara. Nagle wyrósł przede mną facet starszy o około pięć, może osiem lat.
- Kto ostatni w kolejce? – spytał
- Ja jestem pierwszy i chyba na razie ostatni – odpowiedziałem grzecznie - Przed świętami z pewnością ludzie mają inne zajęcia.
- To ja tylko o coś zapytam – powiedział facet i nim zdążyłem zdecydowanie kiwnąć z przyzwoleniem głową, wszedł do środka.
To było chyba długie i rozbudowane pytanie. Nie wytrzymałem i po pięciu minutach wszedłem do pokoju. W środku facet odbierał właśnie swoje nowe prawo jazdy.
- Miał Pan tylko o coś zapytać - rzuciłem facetowi
- Wie Pan ja tylko odbieram prawo jazdy – odpowiedział z rozbrajającą szczerością.
- Ja też w tym samym celu.
- Ale ja się spieszę do pracy – dodał, oceniając mnie chyba jako bezrobotnego.
Może jednak zmienić kurtkę na mniej wojskowa pomyślałem natychmiast ale zaraz powiedziałem:
- Ja też spieszę się do pracy, przy czym ja muszę na ósmą dojechać do Krakowa.
Tutaj ja zasugerowałem mu drobnomieszczaństwo, nie zareagował więc ciągnąłem dalej - Dlatego byłem tu kwadrans wcześniej. Zamiast cwaniaczyć, mógł Pan wstać wcześniej.
Mógł Pan też ewentualnie poprosić.
Kobieta z sąsiedniego biurka czując, że z tego może wyjść jakaś awantura, błyskawicznie wzięła moje stare prawo jazdy.
Facet spojrzał na mnie jakby nie wiedział o co chodzi.
Cwany gapa – tak określa takich ludzi mój znajomy.
Przykładowo : Jest kolejka samochodów do skrętu w lewo, a ten nie czeka, jedzie tym pasem na wprost do końca, a potem staje przed pierwszym autem w lewo, puszczając migacze na znak - zagapiłem się dziękuję za wyrozumiałość.
Ale jednocześnie nie daje mi szansy być wyrozumiałym.
Nie idzie o to, że zostałem obsłużony dziesięć minut później. Chodzi o to, denerwuje mnie owo cwaniactwo.
I pewnie gdyby zebrać cechy dla których my Polacy nie jesteśmy lubiani na świecie, cwaniactwo lokowałoby się w czołówce. 
A dzisiaj w drodze do pracy korek samocodów wolno sunących po oblodzonej drodze na którą nasypało świeżego śniegu.
Wszyscy równo i powoli, żadnego cwaniactwa. Znaczy to, że gdzieś tam jeszcze tli się w nas zdrowy rozsądek.
Śnieżny Wielki Piątek.



 
 


środa, 27 marca 2013

Kogo boli bardziej?


Napisanie poniższego tekstu usprawiedliwiam cytatem z Terencjusza "Homo sum; humani nihil a me alienum puto"*. Żeby jednak nie zabrzmiało to zbyt poważnie to przypominam, że autor był komediopisarzem,.
Problem stary jak świat. Dylemat z gatunku tych co było pierwsze jajko czy kura?
Nie ma na nie rozsądnej odpowiedzi, chociaż adwersarze dla potwierdzenia swoich racji gotowi dać sobie po pysku.
Jak brzmi to pytanie? Pytanie brzmi – Jaki jest największy ból?
Dodatkowo pasuje zapytać, czy ten największy ból jest udziałem mężczyzn czy kobiet?
W starym dowcipie, na wykładzie medycznym jedna ze studentek stwierdza, że według niej największy ból jest przy porodzie. Student z końca sali natychmiast ripostuje – To chyba nikt jeszcze pani w jaja nie kopnął. 
Dowcip stary bo kto teraz zwraca się do siebie per pan pani? I to w ramach braci studenckiej. Nie idzie jednak o zasady grzeczności ale o powstałe wątpliwości
No właśnie, jak sprawdzić który ból jest większy? A w ogóle po co sprawdzać?
Na drugie pytanie łatwo udzielić odpowiedzi, bo my ludzie musimy się ścigać. Sprawdzamy nieustannie, kto ma więcej, kto zbierze więcej, lepiej i bardziej.
Ostatnio, dla odmiany bardzo modne stają się zawody w tym kto upadnie niżej.
Są ludzie, którym niczym biblijna gwiazda przyświeca myśl, by rozwiać wszystkie wątpliwości i wskazać rozwiązanie i nagrodzić ewentualnego zwycięzce.
Holenderscy dziennikarze prowadzący program „Króliki doświadczalne” znani z szalonych pomysłów, przekonali się na własnej skórze, co czują kobiety podczas porodu.
Do brzuchów mężczyzn przymocowano specjalne elektrostymulatory wywołujące bolesne skurcze, porównywalne z bólami porodowymi.
Mężczyźni początkowo zgrywali twardzieli, jednak kiedy „akcja porodowa” zaczęła nabierać tempa, wili się już tylko z bólu. Po dwóch godzinach śmiałkowie poddali się, błagając o odłączenie aparatury… Tak przynajmniej twierdzi jego strona pl
Co udało się ustalić dziennikarzom? Na pewno, że ból porodowy to nie przelewki. Nie udało się niestety odpowiedzieć na pytanie - który ból jest większy? ponieważ nie bardzo wiadomo gdzie zaczepić elektrody ewentualnym żądnym wiedzy kobietom, by poczuły ten opisywany z drżeniem głosu męski ból.
Jedno jest poza dyskusją, technika idzie do przodu. Jeszcze w połowie ubiegłego wieku, takiemu ciekawskiemu facetowi który chciał poczuć bóle porodowe nie zakładano elektrod. Pomysłowy lekarz zaordynował mu olej rycynowy i zaszycie odbytu. No może w odwrotnej kolejności.

*) "Człowiekiem jestem, nic co ludzkie nie jest mi obce"

poniedziałek, 25 marca 2013

Historie dopowiedziane

Moja teściowa lubi opowiadać. U nas w domu opowiada historie, które wydarzyły się jej przyjaciółkom, u przyjaciółek zaś ze swadą opowiada historie które miały miejsce pod naszym dachem
Być może comiesięczna emerytura i kolejka w budce warzywnej są zbyt małym przeżyciem na opowiadanie stąd też historie przyjaciółek, przyjęte jak swoje.  Opowiedziane przez tak zwany głuchy telefon zyskują na dramatyzmie i rozbudowują się w opowiadania wielowątkowe przy każdym kolejnym powtórzeniu.
Niechaj przyjaciółka zawadzi kurtką o drzwi wejściowe i urwie guzik, już mamy gotowe opowiadanie. Problem w tym, że owa dramatyczna historia nie rozpoczyna się od wyjścia z domu w feralny piątek. Ona rozpoczyna się od obierania ziemniaków na wtorkowy obiad i dojrzewa z każdym opowiedzianym dniem. Owa rozerwana kurtka jawi mi się jako konsekwencja pomidorowej we środę, albo zbyt suchej pieczeni w czwartek. Mylą mi się powody, okoliczności i konsekwencje. Gubię się w osobach. Najważniejsze staje się opowiadanie jako takie.
Na moją desperacka próbę ogarnięcia owej historii swoim umysłem, żona mówi mi – nie martw się ja też nie wiem o kim mama mówi.
Każda historia jest dopowiedziana i ja sam nie potrafiłbym tu już nic dodać. Dodatkowo opowiadana jest z reguły w czasie najlepszej oglądalności telewizyjnej czyli w trakcie wiadomości wieczornych.
Ostatnio moja żona złożyła broń i pojechała do kuchni by opróżnić zmywarkę.
Pozostawiła mnie ze swoją matką i jej opowiadaniem, postukując przy tym donośnie talerzami i sztućcami. Wyglądało tak tak jakby chciała przebioć się przez tę monotonną opowieść.
Ja wyrobiłem w sobie umiejętność robienia dwóch rzeczy naraz, pisałem o tym jakiś czas temu. Słucham opowiadania teściowej, zadając co jakiś czas kontrolne uzupełniające pytania. Jednocześnie drugim uchem wyłapuję informacje. Dużą zaletą jest publikowanie filmów jako podkład do wiadoimości. Czego nie usłysze to zobaczę i całości mogę się domyślić. Niestety wczorajsze pobrzękiwanie talerzami wprowadziło trzecią czynność i tak nie obejrzałem wiadomości i nie wiem o czym z takim przejęciem opowiadała teściowa. Pamiętam, że zastanawiałem się nad tym dlaczego żona tak tłucze się tymi garami.
Z doświadczenia życiowego wiem jednak, że wszystko jest względne. Kiedy ja rozkładam gary ze zmywarki żona zawsze poinformuje mnie strasznie się tłuczesz.
W proteście przeciwko tym bizantyjskim opowiadaniom, zacytowałem  nawet notatkę służbowej pewnego milicjanta, z okresu głębokiego PRL-u: "(...) Franciszek R. wycofał dziś swe zawiadomienie o zuchwałej kradzieży swojej sztucznej szczęki, bowiem babka klozetowa, czyli pisuardessa w restauracji Krakowiak, znalazła sztuczna szczękę wyżej wymienionego w ubikacji, którą Franciszek R. przez własną nieuwagę wyrzygał w dniu wczorajszym wraz z obiadem, przekąską i pół litrem wódki żołądkowej gorzkiej (...)"
To jest właśnie przykład historii dopowiedzianej – zakończyłem
Jakie wnioski i czy w ogóle jakieś, wyciągnęła teściowa z mojego opowiadania? Nie wiem.
Wiem, że dla zdrowia psychicznego i wyobraźni najlepsze są niedomówienia.
O niedomówieniach pięknie pisał i śpiewał Jonasz Kofta
Niedomówienie Niedomówienie
Jest właśnie tym
Co mi pozwala na istnienie
W cienistej okolicy pani rzęs
Niedomówienie Niedomówienie
Jest właśnie tym
Co najboleśniej w tobie cenię
Gdy bardzo chcę
Usłyszeć tak
A boję się
Usłyszeć
Nie


piątek, 22 marca 2013

Kot - jaki jest teraz widzę

Kiedy wczoraj wróciłem z pracy, od progu wyczułem już, że na obiad melony.
Tak kiedyś nazywał to danie Stefan Friedmann.
Żona krzątała się po kuchni kończąc zupę, a teściowa polerowała szyby w oknie.
Poprzez uchylone drzwi na taras wpadało rześkie powietrze, wypełniając swoją świeżością salon i korytarz. W kuchni ponad wszystko dominowały wspomniane mielone.
- Jak możesz to załatw sprawę leżącą na fotelu – poprosiła żona.
Obok skórzanej torebki teściowej, na kolorowej poduszce, zwinięty w kłębek, niczym nie zestresowany ... spał kot.
Rudy i delikatnie pręgowany. Nie wiem dlaczego piszę kot a nie kotka. Tak założyłem, bez oglądania zwierzakowi pod ogon. Widziałem już tego kota, z obróżką koło szyi, kręcącego się wokół domu. Cudzy kot koło domu nie jest to dla mnie żadną nowością, bo kręcą się tu jeszcze ze trzy inne. Biało szary i czarny z białą plamką pod pyszczkiem, oba sąsiadów z tyłu, oraz wspomniany już kiedyś czarny z bielmem na jednym oku, nie wiadomo skąd. Ten ostatni znowu próbował zeżreć słoninkę dla sikorek, ale po ostatnich jego ekscesach, paski słoniny powiesiłem na końcu wiotkich gałązek. Nijak dojść a i doskoczyć się nie da. Raz próbował złapać słoninę w locie ale chybił. Patrzę na to i mówię wam to jest lepsze niż National Geografic w 3D.
Wziąłem kota do ręki i korzystając ze szpary w oknie czyszczonym przez teściową, postawiłem rozespanego zwierzaka na tarasie, na zewnątrz domu.
Spojrzał na mnie rozespanym wzrokiem, potem po kociemu przeciągnął się i odszedł powoli w swoim kierunku.
- Chyba ma respekt przed facetami. Jak ja go wystawiłam to wskoczył na jabłoń i gdy tylko schyliłam się, przeskoczył nade mną wprost na stół w pokoju – opowiadała teściowa.
- Ubłoconymi łapami zadeptał i całą podłogę, skoczył na szafki w kuchni i o mało co nie zaliczył telewizora – uzupełniła żona
- Takie są koty, wiem coś o tym bo miłośniczki kotów to moje blogowe przyjaciółki – stwierdziłem z pewną wyższością eksperta.
- Jak takie są, to problem się zacznie gdy cieplejsze dni wymuszą otwieranie okna – zauważyła teściowa.
- Najważniejsze to ich nie karmić. Taki kot gotów porzucić swoje domowe żarcie, na rzecz stołowania się na mieście. A wszystko to mnie w sumie cieszy - podsumowałem – to jakiś taki czytelny znak naszego życia na wsi.
Jakby dla potwierdzenia moich słów, dzięcioł bywalec zaczął udawać, że wali w korę szukając robali a nie czai się na słoninę. Jednak jego - puk, puk, puk - można było przyjąć za potwierdzenie moich słów.
-W czoraj na przykład, spod kół uciekły mi dwa bażanty i to dwadzieścia metrów od domu – ciągnąłem nurt wiejski, jakby na przekór narzekaniom żony na rozmokniętą i błotnistą drogę dojazdową.
Kot nie pojawił się więcej jakby czując tym swoim zwierzęcym przeczuciem, że ręka która go wystawiła na taras jest zdecydowana i konsekwentna.
Konsekwentnie rozpuszczam też swoją rodzinę.
Kiedy dzisiaj rano ruszyłem spod domu, zauważyłem, że poboczem drogi szły dzieci sąsiadów. Obok plątał się kot.
- Nie wiecie czyj jest ten rudy kotek z obróżką na szyi – spytałem po przywitaniu
- To nasz – radośnie odpowiedziały dzieci - Właśnie idzie z nami do szkoły i nie sposób go zniechęcić.
- Wiem coś o tym. Wczoraj poznawał moje szafki w kuchni, skakał po meblach, a na koniec zasnął w fotelu.
- Przepraszamy – powiedziały chórem, a ja zacząłem zastanawiać się - czy w moim pytaniu nie było czego z wyrzutów za kocie maniery?
- Nic nie szkodzi, nie specjalnie mi to przeszkadza – zamknąłem dyskusję na ten temat.
- Już wiem czyj jest kot - powiedziałem w południe dzwoniąc do żony – kot jest sąsiedzki.
- Wszystkie koty są sąsiedzkie – stwierdziła filozoficznie żona - Jak wieś długa i szeroka.
- Ale ten jest od sąsiadów zza pola. Tych z domu z seledynową elewacją.
Wychodzi na to, że jedynie pies potrafi ułożyć kocie ścieżki w naszym ogrodzie. Bo jeżeli przed drzwiami wejściowymi siedzi jeden, na jabłoni wyleguje się drugi, a najmniejszy na bezczelnego śpi w moim fotelu, to nie jest tak zwana - „letka” przesada?
- Marzec - ktoś powie.
Owszem, ale ja nie mam w domu panny na wydaniu. Chyba, że koty zapatrzyły się na teściową z miotłą i czekają jeszcze na szklaną kulę. Ale to już całkiem inna historia.


wtorek, 19 marca 2013

Miało być o winie

Jeżeli reinkarnacja istnieje, to mój starszy syn w poprzednim wcieleniu był związany z Gruzją.
Czy jako dżygit czy jako hodowca winorośli tego nie wiem. Już wcześniej miałem pewne podejrzenia.
Jako małe dziecko dziwnie przekręcał słowo dziewczynki.
Ogólną wesołość wzbudzało jego powitanie – Czołem bidzinki.
Dziwiło mnie to określenie, ale dzieci mają swoje słowa. Jeszcze mocniej zdziwiłem się po latach, kiedy nowym premierem w Gruzji został niejaki Bidzina Iwaniszwili.
Jeżeli do tego dołożyć jeszcze kolekcję kindżałów i rozsmakowanie w winie gruzińskim, wszystko układa się w logiczną całość. Starszy odziedziczył sympatię do wina, pewnie po mnie.
Razem ze swoją żoną odbyli nawet specjalny kurs winiarski i co jakiś czas podrzucają do niedzielnego obiadu ciekawy smak wytrawnego saperavi.
Wino winem, ale trochę denerwuje mnie to bezkrytyczne przyjmowanie wiedzy winiarskiej. Już ze dwa razy Starszy zwrócił mi uwagę, że niewłaściwie trzymam kieliszek. Bo trzyma się za nóżkę, a ja trzymam za dno jak koniak.
A ja uwielbiam tak trzymać, bo wydaje mi się, że w ten sposób mam bliższy kontakt z ukochanym napitkiem. Obejmuję go dłonią jak przyjaciela, jak kogoś ważnego w moim życiu. Trzymając za nóżkę wytwarzam jakiś taki dystans do wina, traktując go bardziej oficjalnie, rzekł bym nawet sterylnie.
Wolnoć Tomku w swoim domku, a mnie z moim kieliszkiem. Piję więc jak lubię i kiedy lubię. Najbardziej lubię napić się wina w piątek wieczorem, chyba, że mam coś innego do roboty.
W ostatni piątek udało mi się jednak pogodzić dwie rzeczy z pozoru nie do pogodzenia.
Ostatnim pomieszczeniem do malowania został wiatrołap. Małe wnętrze z trzema drzwiami. Było w nim więcej zabezpieczania futryn, a mniej malowania.
Kamionkowa jesień która została mi z jednego pokoju na górze odpowiadała gustom małżonki, a więc dokupiłem jeszcze trochę i przystąpiłem do roboty. Co z głowy to z myśli- powiedziałem sobie w piątek, zaraz po powrocie z pracy. Może ta perspektywa końca spowodowała, że powiedziałem sobie - kończ waść lecz bądź sobą.
Zaraz po pierwszym malowaniu sufitu, otworzyłem butelkę wina. Rozlałem do dwóch kieliszków o słusznej pojemności, z których jeden przypadł w udziale kobiecie mojego życia. I tak sączyliśmy sobie, żona przed telewizorem, a ja pomiędzy pokrywaniem ścian kolejnymi warstwami farby.
Kiedy zegar wybił północ, byłem już po malowaniu i sprzątaniu. Jakimś dziwnym trafem skończyła się też butelka wina. Posiadam podobne gusta do Pana Zagłoby i nie cierpię pustych naczyń. Wyniosłem tedy zieloną butelkę do kosza i przy okazji chciałem do gwiazd wykrzyczeć, że z malowaniem na parę lat spokój.
Zachowałem się jednak kulturalnie i nie darłem ryja po nocy. Przepajała mnie jednak jakaś taka wewnętrzna radość.
W sobotę od rana włóczyłem się trochę po domu, całkiem bezsensownie. Okazało się bowiem, że oprócz zakupów z którymi uporałem się sprawnie, nie mam nic innego do roboty.
Mróz trzymał, śnieg nawalił i nie chciałem wychodzić do ogrodu.
Koło południa, kiedy piliśmy południową kawę, pozwoliłem sobie na następujące wyznanie:
-Wiesz Kochanie, odnoszę wrażenie, że zatraciłem umiejętność wypoczynku
Nie potrafię nie robić nic. Czas wlecze się wtedy niesamowicie a ja strasznie się męczę. Ostatnie pół roku to przecież notorycznie zajęte weekendy. Likwidacje domów, pakowanie i przeprowadzki. Potem adaptacje i tak jakoś zleciało.
- To źle, że nie umiesz wypoczywać bez pracy – stwierdziła żona.
Nie była w tym odkrywcza, bowiem sam zauważam, że mam z tym pewien problem.
Zaraz potem żona nawiązała do zaległego urlopu. Ostatni łyk kawy wypiłem szybko i bez towarzyszącej tej czynności radości.
Jak ona z tym powtarzanym regularnie zdaniem przypomina mi Katona. Starszego zwanego Cenzorem.
Jak czuje się garbaty któremu wszyscy mówią, że ma krzywy kręgosłup?
Przecież ona sam najlepiej zdaje sobie z tego sprawę.
Zacząłem jednak od Gruzji. Zastanawiam się, jak wielki wpływ może mieć polityka na konsumpcję wina?
Tak się złożyło, że Gruzińskie wina na szerszą skalę zaczęły pojawiać się w naszym kraju od czasu konfliktu politycznego pomiędzy Gruzją a Rosją. Dokładnie to szło chyba o brak sympatii pomiędzy prezydentami tych krajów.
Metoda kija i marchewki, zasada dziel i rządź, stosowania jest przez władających Rosją od wieków. Ten wielki kraj gotów wchłonąć wszystkie nasze świnie, pomidory, buraki a nawet ziemniaki i gumiaki. Potrafi również doprowadzić to załamania każdą gospodarkę, odmawiając tak z dnia na dzień odbioru uzgodnionych towarów. Wino dla Gruzji to produkt narodowy. Ktoś policzył że w tym kraju znajduje się blisko pięćset mikro odmian winogron. Ponoć krzyż gruziński to artystyczna wizja dwóch skrzyżowanych gałęzi winorośli.
Nic dziwnego, że towarzyszy temu mnogość wina. Zamknięcie rosyjskich stołów dla gruzińskiego wina, spowodowała po pierwsze konieczność szukania innych rynków zbytu, a po drugie ustalenie atrakcyjnej dla nowych odbiorców atrakcyjnej ceny..
Padło na nas, bowiem historycznie Gruzinów lubimy i nie przeszkadza nam, że jeden z synów tego narodu związany jest nierozerwalnie z radzieckim komunizmem i jego wypaczeniami.
W końcu kocha się nie za coś a pomimo czegoś.
Pojawiające się jak grzyby po deszczu hurtownie win wprowadziły do swojej oferty ciekawe wino.
Sam piłem tak zwane dzikie wino, robione według tradycyjnych receptur. Teraz to rzadkość. Rękodzieło, do tego za rozsądną cenę.
Zdaję się na Młodych, którym zlecam co jakiś czas zakup kilku butelek, określając łączny budżet. Nie boję się bowiem eksperymentów i niespodzianek.
Towarzyszą mi teraz ambiwalentne uczucia, z jednej strony cieszy mnie normalizacja stosunków pomiędzy Rosją i Gruzją, z drugiej strony zasmuciłem się kiedy przeczytałem informację, że Rosja otwiera swoje granice dla win z Gruzji. Wchłoną prawie wszystko
-Będzie drożej – to była pierwsza myśl jaka zaświtała mi w głowie.
Zaraz pojawiła się druga, może trochę przewrotna – mam oszczędności na gazie, a więc wyrówna się.




poniedziałek, 18 marca 2013

Jak cudne są wspomnienia





Jakieś dzwonki, jakieś talerze i dwa stare żelazka. To namacalne ślady posiadania kiedyś chałupy w górach. Zabrałem ze sobą jakbym z pożaru wynosił Nie o wartość materialną szło, ale o tę emocjonalną. Z pieczołowitością zostały odczyszczone i złożone w nowym miejscu. Właśnie fachowcy skończyli montować szafki w kuchni. Jest inaczej, ale to nowoczesne wnętrze nawiązuje do pozostałego wyposażenia. Nie drażni chromem i nierdzewną stalą, chociaż są takie elementy, ale dopasowuje się do reszty mebli, jakby uzupełniając je. Lodówka została zamaskowana z boku, regałem z półokrągłymi półkami. Tu znalazły swoje miejsce moje bibeloty. Niekompletna lampa naftowa, moździerz z dwoma ubijakami, figurka kota o której kiedyś wspominałem i dwa żelazka. Jedno jest z duszą, a drugie na węgiel drzewny. Stara obżarta przez czas dusza telepie się jeszcze w środku i kiedy tak nim potrząsam, myślę sobie, że w mam żelazko z duszą a może dorobię się i domu z duszą. Ten w Gorcach duszę miał.
Z powyższego wynika, że dom mam urządzony w stylu eklektycznym. To takie łagodne określenie zestawu sprzętów od sasa do lasa. Z drugiej jednak strony, jakie ma być po tylu latach życia?
Wszak różnie bywało, a z każdego etapu życia pozostała jakaś pamiątka. Jestem chyba sentymentalny, walcząc z żoną o ograniczenie zmian do minimum. Przecież każda z tych rzeczy ukrywa w sobie swoją historię. Pierwsze filiżanki na kawę jakie kupiliśmy wspólnie. Boże jak ta kawa smakowała, pierwsza wspólna kawa we własnym domu. Nie dorównał jej żaden z później zakupionych superekspresów. Nie dziwcie się, że nie chcę wyrzucić ostatniej pozostałej i całej filiżanki.
Mam też dwie wizytówki z drzwi. Oprawiam je właśnie w drewniane ramki. Zawisną w pomieszczeniu wiatrołapu zaraz po wejściu do domu. Każda z nich to wielka radość ze zmiany w naszym życiu.
Pamiętam jak zamawialiśmy tę pierwszą.
Trzy dzwonki z czterdziestu które stanowiły wiejską kolekcję. Spiąłem je w zestaw i powiesiłem w przedpokoju. Pozostałe cieszą nowych właścicieli. Tak przynajmniej mówili.
O przepraszam jest jeszcze jeden taki z ozdobnym kogutem na płocie. Taki do montowania przy furcie. Przyjechał z Prowansji. Znajdzie miejsce przy wejściu.
I tak dalej i tak dalej. Mógłbym wymieniać i opowiadać. A do szczęśliwych chwil mam dobrą pamięć. Smutków i rozczarowań staram się nie pamiętać, poza nauką którą owe wydarzenia mi przyniosły.
- To starość – ktoś powie – i pojawiająca się z wiekiem mania gromadzenia.
Może i ma rację, bo z wiekiem rzeczywiście zmieniamy się. Czasem jest to zmiana na plus, czasem na minus.
Jakiś czas temu, teściowa korzystając z  ładniejszej pogody, dokonała przeglądu warzywniaka. Ponoć cebula siedmiolatka już wychodzi, a truskawki są w dobrym stanie. Ja tego nie potrafię poznać po tych mikrych pędach, ale w połowie roku powinienem być zorientowany. Ponoć gdzieś pod siatką rosną ogrodowe jeżyny.
Mogło by być już ciepło, a tu jak nie posypuje śniegiem, to mrozi. Dla rewanżu zaś słońce jak nad Jamajką.
Na porządkowanie czeka szopa na narzędzia ogrodnicze. Muszę tu wyroić kącik na motocykl Młodego. Chyba nie wyraziłem się poprawnie. Z szopy na narzędzia będziemy robić garaż na motocykl, a w części wygospodaruje się miejsce na narzędzia ogrodnicze. To punkt widzenia Młodego, a ja znając życie ulegnę.
Póki co cieszę się, że prawdopodobnie opanowałem zużycie gazu w domu. Rachunek zdecydowanie się zmniejszył, przy nie pogorszonym komforcie wnętrza. Ostatnia korespondencja z PGNiG potwierdza to.
Oby tak dalej.

piątek, 15 marca 2013

Wiosna w natarciu?


Kiedy wczoraj pakowałem zakupy do samochodu a złośliwy śnieżek wciskał mi się do bagażnika, wiedziałem, że nie jest dobrze. Z pewnością zaś będzie gorzej.
Później odbierałem z magazynu meblowego komodę. Magazynier miał problem aby ją zlokalizować, a mnie na głowie zrobiła się już spora czapa. Na pagonach nieśmiertelnej kurtki wojskowej M-65 pojawiła się warstwa śniegu, która przypominała, stopnie wojskowe jakiejś egzotycznej republiki. Nie musiałem nawet specjalnie angażować wyobraźni. Najpierw był problem z lokalizacją w komputerze, potem z wydrukowaniem dokumentów ponieważ drukarka zdecydowanie odmawiała współpracy. Kiedy zaś magazynier nie mógł zlokalizować paczki, pomyślałem sobie, że ta szafka zdecydowanie nie chce być kupiona.
A ja ciebie i tak kupię. Zobaczysz i polubisz mnie.
W końcu z pomocą dobrego człowieka wpakowałem odszukaną szafkę bo bagażnika,
Okazało się, że była ostatnia i dostałem ją w stanie złożonym.
Strzepnąłem śnieg z pagonów i ruszyłem w drogę powrotną do domu.
Zapomniałem o śniegu na włosach i kiedy już w samochodzie zrobiło się ciepło, woda zaczęła spływać mi ciurkiem po twarzy.
Nie odrywałem jednak wzroku od drogi, ponieważ samochody przede mną posuwały się na kształt jakiegoś nieporadnego tańca, to w lewo to w prawo i do przodu.
Z niewielką pomocą Młodego wniosłem meble do domu. Spojrzałem na zakupy zgromadzone w jednym miejscu i pomyślałem - mam pojemny samochód.
Tylko trochę stary, ale i ja nie jestem najmłodszy.
Kiedy poustawiałem wszystko na miejscu i pomogłem żonie w wygodnym ułożeniu w łóżku, zrobiła się jedenasta. Miałem wolne.
Dzisiaj rano, zaraz po przebudzeniu, spojrzałem przez okno. Wiedziałem, że te wczorajsze zakupy to był dobry pomysł. Śnieg walił bowiem gęstymi płatkami, poddając się wiatrowi który upychał coraz to nowe warstwy śniegu. Zawiewało a to w drzewo do kominka, a to w szpary pod drzwi, a to w okna.
Otworzyłem drzwi na zewnątrz z pewnym wysiłkiem. Musiałem użyć siły ramienia, żeby otworzyć je na pełną szerokość. To co zobaczyłem zaskoczyło mnie trochę, chociaż z wiekiem coraz mniej rzeczy mnie dziwi. Zaraz też przypomniałem sobie, że łopata do śniegu leży w kącie szopy z narzędziami. Zdecydowaliśmy, że w ty sezonie już się nie przyda.
Podjęliśmy błędną decyzję.
Brnąłem w śniegu po tę łopatę, biorąc do ręki resztki na kompost. Dzięki temu mogłem sobie wytłumaczyć że moczę się w śniegu nie tylko z powodu własnej głupoty.
A potem szuflowanie jak tę czynność odwalania śniegu elegancko nazywa Dziadek. Nie nie mój dziadek, a pewien starszy pracownik z całkiem młodymi dziećmi.
Dziadek to temat do osobnego opowiadania, które pewnie nastąpi w cieplejszej atmosferze.
Kiedy wyżłobiłem sobie korytarz i odszukałem pod śniegiem auto,odpaliłem je i udałem się do pracy.
Nic tak nie pobudza do życia jak szuflowanie śniegu. Krew krąży szybciej niż po eleganckiej kawie. Tylko palce mi marzną dość szybko. Odczuwam bardzo dotkliwie to zimno. Problemy zaczęły się od czasu gdy straciłem na wadze. Pewnie przedtem paluchy osłonięte były warstwą tłuszczu. A teraz? a teraz nie są zabezpieczone.
- Masz coś z krążeniem – stwierdziła teściowa i kilku znajomych.
- Z krążeniem? Przy nadciśnieniu? Może. Nie kłócę się, w końcu to moja żona jest chodzącą encyklopedią zdrowia.
Step by step, krok za krokiem podążałem do pracy, a ze sznurka mnie podobnych wyrwała się tylko jednak mazda. Młody kierowca chciał pokazać kto tu rządzi.
Jakiś czas potem mijałem wystający z rowu tył pojazdu z charakterystycznym znaczkiem.
Tym razem nie udało się ucieranie nosa dziadkom. Trzeba będzie poczekać na pomoc drogową, która i bez tego ma dzisiaj w cholerę roboty.
W końcu dotarłem do pracy i przebiłem się przez śnieg na swoje miejsce parkingowe. Codziennym zwyczajem najpierw sprawdziłem pocztę. Tytuł pierwszego maila brzmiał – Inwazja wiosny !
Podniosłem oczy do okna – Gdzie ta wiosna? O inwazji nie wspominając


wtorek, 12 marca 2013

Dopóki śmierć nas nie rozłączy




Nie, nie będzie o związkach partnerskich. Media wystarczająco często huczą na ten temat, wałkując problem na tak cienkie plastry, że powoli staje się to niestrawne.
W dobrym tonie jest przecież zapytać polityka, co o wspomnianych związkach sadzi.
Mnie interesuje rodzina jako ta jak to mówią podstawowa komórka społeczna.
Niestety zdobywając wiedzę na ten temat, mam ambiwalentne uczucia. Stoję w takim rozkroku pomiędzy tak a nie, próbując zrozumieć zachowania stron zainteresowanych jak by nie było w jej rozwoju. Myślę o hierarchach kościoła katolickiego.
Z jednej strony płacz w mediach, że ślubów mało. Pewnie przez kłopotliwe formalności, których i ja sam doświadczyłem. Byłem i jestem za tym by procedury uprościć, a tu czytam coś zupełnie innego. Teraz narzeczeni, którzy planują zawrzeć związek małżeński w kościele powinni uzbroić się w cierpliwość.
Jakiś czas temu pojawiła się informacja, że Kościół Katolicki wprowadza zmiany przepisów w udzielaniu ślubów kościelnych. Żeby wziąć ślub kościelnych trzeba będzie załatwić określone formalności. Kurs przedmałżeński przed ślubem będzie trwał nie 10 godzin, a 6 miesięcy.
Zamiast wykładów mają być organizowane spotkania w formie warsztatów.
Kto na tych warsztatach będzie ćwiczyć co? i z kim?
Pamiętam praktyczną rozmowę przedślubną na temat planowania rodziny. Spuszczę jednak nad tym zasłonę milczenia.
Poza tym przyszli małżonkowie będą musieli wypełnić ankietę, w której odpowiedzą na pytania dotyczące ich cielesnego pożycia.
Zaraz też podawany jest powód owego zaostrzenia przepisów.
Stolica Apostolska chce, by przyszli małżonkowie zdali sobie sprawę, że małżeństwo to nie tylko papier legalizujący związek, ale przede wszystkim wytężona praca nad budową szczęśliwego związku dwóch ciał i dusz.
Wiele osób poległo w tej walce o lepszą jakość małżeństwa.
Ponoć w samej archidiecezji warszawskiej liczba spraw o unieważnienie małżeństwa w ciągu pięciu ostatnich lat wzrosła z 300 do 400 rocznie.
Zadaję sobie pytanie czy ten wzrost wniosków o kościelny rozwód wynika z niedojrzałości czy jedynie z powodu pojawiających się możliwości.
Nie rozumiałem o co chodzi kiedy mój dziadek deklamował taki wierszyk
Za pieniądze ksiądz się modli
Za pieniądze świat się podli
Za pieniądze się ożenisz
Za pieniądze babę zmienisz.
Minęło jeszcze trochę lat zanim przekonałem się jak bardzo świat potrafi się upodlić.
A dziadek żył w czasach wyjątkowości rozwodów. A, że śluby były kościelne to i takie musiały być rozwody. Elity drugiej Rzeczypospolitej radziły sobie z tym zmieniając wyznanie, czego przykładem jest sam Pan Marszałek. Biedni zadręczali się nawzajem aż do śmierci.
- Aż do śmierci – uczyła nas i powtarzała katechetka.
- Dopóki śmierć nas nie rozdzieli – wypowiadałem słowa przysięgi małżeńskiej.
Co więc się dzieje? Dlaczego Ci którym powinno zależeć na wzroście słupków mnożą problemy?
Człowiek jest stanie uczynić wiele dla wiary swoich przodków zwłaszcza jeżeli wychowywał się w tradycyjnych wartościach. Wiele to nie znaczy wszystko. Wiele zmieniło się od czasu, gdy z kościelnej ambony nawiedzony misjonarz opowiadał jak wygląda życie w gorącej Afryce.
Uczymy swoje dzieci myślenia i zadawania pytań. I oni myślą i te pytania zadają.
Nie ma już że coś się powinno, że coś trzeba.
- A dlaczego trzeba? - pada pytanie
Nie zapytam wtedy – a lekcje odrobiłeś? - ponieważ nigdy nie uciekałemod rozmowy w ten sposób.
Jakby na moje zamówienie pojawił się ostatnio artykuł w Polityce Tytuł to „Szycie życia na miarę”
Zmienia się podejście to małżeńskich więzów. Niechęć do ich założenia widoczna jest w statystykach
W związkach nieformalnych żyje w Polsce ok. 2 mln ludzi. Rocznie w takich związkach rodzi się ok. 60 tys. dzieci czyli 25 proc. wszystkich narodzin.
Z drugiej strony do 63% wzrosła akceptacja dla nieformalnych związków
Już te cyfry powinny dać nam do myślenia. Mnie dają pomimo tego że już nie jestem zainteresowany. Żal mi jednak tej pięknej tradycji.
Pamiętacie swoje śluby? Ja swój ślub w stanie wojennym dość dokładnie opisałem na blogu.
Jak pisze autorka artykułu z Polityki, Pani Martyna Bunda, na ślubnych zdjęć widać tych młodych spłoszonych ludzi. Pewnie przez to wszystko co dzieje się wokół.
Bo co zyskują poprzez zawarcie małżeństwa?.
Zyskują nowe obowiązki. Których gwarantem i bezwzględnym egzekutorem jest Państwo.
Od tej pory Państwo będzie tylko żądać, wymuszać wykonywanie ciążących obowiązków i straszyć sądem.
Odsyłam do tego artykułu wszystkich zainteresowanych, w innym przypadku powinienem cytować słowo za słowem, a to już byłoby nadużycie.
Oj niewesoły obraz małżeństwa jawi mi się po przeczytaniu tego artykułu. Zaczynam tez rozumieć dlaczego młodzi i inteligentni ludzie po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw wybierają tak zwane wolne związku. Nie napisałem, że popieram. Napisałem że rozumiem.
Co mam do zarzucenia instytucji małżeństwa?
Nic. Wspólnie z Marią żyjemy w związku od trzydziestu kilku lat. Rzuciliśmy się na głęboką wodę bez podstawowej wiedzy w tym temacie. Dzięki bogu dotychczas nam się udaje, ale życie jako takie dopuszcza również porażki.
Mam nadzieję, że uda nam się ominąć jak do tej pory to się udawało wszelkie rafy i niebezpieczne mielizny.
Jeżeli zaś nauczyliśmy nasze dzieci mieć wątpliwości, nie dziwmy się że je mają
Sam mam, chociaż za moich czasów wystarczyło by rodzice powiedzieli tylko
Tak, bo tak.