środa, 30 stycznia 2013

Jak odpowiadać żonie na trudne pytania ?

 Zmasowany atak antybiotykowy przynosi pierwsze, delikatne efekty. Widzę to bez potrzeby zagracania głowy doktorowi. Do tego idealna jest teściowa. Dzisiaj wybiera się na spotkanie.
Narzekam tak czasami na nią, ale to w związku z nadmierną troską którą pomimo naszego wieku próbuje otaczać. całą rodzinę. Teraz ta opieka w stosunku do mojej żony, ale i jej córki jest szczególnie ważna. Mogę pozwolić sobie na zarobkową pracę i dopiero po jej zakończeniu gnam do szpitala omijając szczęśliwie (puk, puk) radary. Teściowa czuwa przy łóżku.
Wczoraj po drodze kupiłem tonik do twarzy i płatki kosmetyczne. Wiadomo bowiem, że kobieta jest kobietą pomimo sytuacji życiowej i stanu zdrowia.
Doktor który opiekował się nią od połowy i roku i który skierował ją ostatnio do szpitala, pojawił się aby wymienić jej skomplikowany opatrunek. Pomimo, że to nie jego szpital zorganizował sobie wszystko łącznie z pomocą siostry z oddziału. Dodatkowo kwestię zapłaty zbył jakimś okrągłym słowem. Teściowa była zachwycona i to nie tylko z powodu wrodzonej oszczędności własnej. Do tej pory uważała, że nie wychyla się ponad pewne schematy. A tu proszę.
Kiedy wracałem wieczorem do domu, umysł pracował jakby spokojniej. Przypomniałem sobie taką  sytuację z soboty, do którego to wspomnienia uśmiechnąłem się pod nosem.
W sobotę czekaliśmy w dużej poczekalni na kontakt z lekarzem ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Żona trawiona wysoką gorączka przysypiała, bądź popadała w stan letargu, opierając głowę o aluminiowe drzwi z dużą mleczną szybą. Potem na chwilę powracała do świata realnego, by znowu zapaść się w chwilowy letarg. W trakcie jednego z przebudzeń spojrzała na sąsiednie drzwi następnie na duży napis umieszczony nad nimi.
- Co to jest KONTAMINACJA ? - spytała literując powoli.
- To jest sytuacja w której jeżeli masz dwa konta bankowe i chcesz się pozbyć jednego, to wchodzisz tam i redukują Ci ich liczbę. Taka denominacja dla ilości kont - odpowiedziałem szybko, jakbym wiedzę w tym temacie wyssał z mlekiem matki.
Żona uśmiechnęła się leciutko i ten uśmiech, pierwszy od rana, dodał mi otuchy w działaniu.
Swoją drogą zadziałał mechanizm błyskawicznej odpowiedzi. Ojciec miał coś takiego, odpowiadał natychmiast na zadane pytanie. Szybko i na tyle przekonująco, że nie wzbudzał podejrzeń ślubnej o jakieś ściemnianie. I nie było to broń boże robienie z żony słodkiej idiotki, a raczej działanie w myśl zasady „jak blefować doskonale”.
Przy dłuższym zastanawianiu się nad odpowiedzią, kobieta staje się podejrzliwa, a tak, zawsze później można było doczytać i przy najbliższej okazji skorygować niektóre dane.
Ja blefowałem tylko dla rozśmieszenia, ale po powrocie do domu sprawdziłem znaczenie słowa dekontaminacja.
Okazało się, że jest to proces polegający na usuwaniu i zabijaniu drobnoustrojów doprowadzający do tego, że materiały (np. opatrunkowe lub narzędzia) stają się bezpieczne dla zdrowia. Pojęcie to obejmuje: oczyszczanie, dezynfekcję, sterylizację.
No proszę i nie można było tak napisać „sterylizacja narzędzi”. Koniecznie dodać to, że narzędzi ponieważ zaraz trafi się tam jakiś Antoni, który wciśnie żonie kit na temat ratującej życie błyskawicznej sterylizacji pacjentów.

 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Szpital

Znany amerykański aktor w szpitalu - przeczytałem na Onecie. Dowiedziałem się, że Burt Reynolds z powodu grypy i sraczki trafił do szpitala. Dołączył w ten sposób do kompletu z moją żoną. Z ta różnicą że małżonka nie jest tam za sprawą grypy i nie pisze o tym Onet. W takim razie ja napiszę odrobinę.
Dolegliwości z którymi zmagała się od połowy roku, nasiliły się znacznie w połowie grudnia.
To taki bonus od losu, żeby przeprowadzka przebiegła nam sprawnie i szybko. Daliśmy radę, ale już kolejny wybuch gorączki przypadł na święta. Mailowałem i SMS-owałem z doktorem, który gdzieś na końcu świata, na wszystkie maile odpowiadał dając wskazówki i zalecenia.
Już wtedy pojawiła się pierwsza koncepcja szpitala, ale gorączkę udał się opanować. Zrobione przy okazji wyniki badań wykazały u żony między innymi niskim wartościami również anemię. Rozpoczęło się dożywianie specjalnymi drinkami z białkiem i śmiałem się nawet, że odżywia się już jak paker, powinna tylko do kompletu pokiwać hantlami. Z kiwania obciążnikami nic by jednak nie wyszło, bo znowu pojawiły się skoki temperatury. W ostatni piątek, oprócz zapisanej recepty z antybiotykiem, otrzymaliśmy również skierowanie do szpitala. Na wszelki wypadek.
Ten wypadek nastąpił już następnego dnia. Zdążyłem jej dać jeden zastrzyk z gentamycyną i zaopatrzyć ją jak codziennie. Koło południa temperatura wystrzeliła i pomimo podania leków przeciw gorączkowych, przekroczyła magiczną cyfrę czterdzieści. Nie było na co czekać Zapakowałem Ją do samochodu i umówiwszy się na miejscu z teściową, skierowałem się do szpitala.
Na SOR-ze jak to bywa odczekaliśmy swoje, ale trafiliśmy na lekarzy, którzy postanowili pomóc żonie. Jakże byli inni od tych konsultujących w innym szpitalu w czwartek. Stanowili szkolny przykład spuszczenia po brzytwie.
Trochę uspokoiłem się gdy po kroplówce temperatura wróciła do normy. Zabrałem wierzchnie odzienie i późnym wieczorem wróciłem do domu.
W niedzielę dokonałem oglądu gospodarstwa i zaplanowałem sobie prace.
Ogarnąłem pokój żony po tej sobotniej pospiesznej ewakuacji. Pralka i zmywarka, zaczęły żyć swoim życiem, a ja pojechałem do szpitala.
Niestety, jak się okazało i w niedzielę, nad ranem słupek rtęci powtórnie powędrował do góry. Pojawiłem się już po wszystkim. Pozostało tylko zadbać o higienę i czystość otoczenia.
Wziąłem żonę na ręce i trzymałem kiedy teściowa zmieniała pościel.
Boże, trzymałem ją przez dłuższy czas na rękach, nie odczuwając wysiłku. Jest lżejsza niż mi się wydawało. Gorączka zrobiła swoje.
Mam spore doświadczenie w przebywaniu żony na szpitalnym oddziale. Nie musiałem się niczego uczyć. Przypominałem sobie tylko stare, dawno przetarte ścieżki.
Wróciłem późnym popołudniem. Ogarnąłem wzrokiem dom, ale nie chciało mi się nic robić. Nie chciało mi się też oglądać, ani tym bardziej czytać niczego. Rozwiesiłem pranie i rozłożyłem zmywarkę.
Trzeba dotrwać do jutra i z niepokojem, z samego rana wykręcać numer - Jak było w nocy?
Dzisiaj jak poprzednio, gorączka i powrót do stanu normalności po lekach.
To ciekawe, że trzydzieści siedem stopni stało się oznaką normalności.
Z samego rana pojawiłem się w wydziale podatku od nieruchomości mojej nowej gminy. Wszystko w związku z wezwaniem do stawienia się w ciągu siedmiu dni i to pod karą grzywny.
Stawiłem się i dzięki miłej urzędniczce załatwiłem sprawę w kilka minut.
Wyszedłem zadowolony, zadając jednak pytanie - dlaczego istniejące procedury, takie zaproszenie do urzędu zawsze nazywają wezwaniem? Dlaczego też każde wezwanie opatrzone jest groźbą grzywny?
Czyżby w myśl zasady, którą wyartykułowała Kayah, w jednej ze swoich piosenek – że strach leszy jest niż szacunek?
Przy okazji, bo jak już spóźniam się do pracy, złożyłem dokumenty na nowy dowód osobisty.
Stary wymieniałem w zeszłym roku, ale w związku ze zmianą miejsca zamieszkania, trzeba znou powtórzyć. Miałem to zrobić razem z żoną, ale czas na wymianę dowodu jest krótki, a co do czasu pobytu w szpitalu żony, teraz nic nie wiadomo.
Razem zrobiliśmy zdjęcia i wypełniliśmy druki. Swoje złożyłem sam.
Pojadę z nią ekstra, pojadę i na koniec świata. Niech tylko wraca do zdrowia.
Póki co, budzę w niej wolę walki, bo w ostatnich dniach zauważyłem niepokojące objawy, próby składania broni.
Groźbą, prośbą szantażem i żartem próbuję odmienić ten stan rzeczy.
Tylko na kogo ja sobie mogę pogrozić? Na kogo gniewnie pokiwać palcem?
Chyba tylko na siebie, palcem w bucie.

czwartek, 24 stycznia 2013

Racja

 Ponieważ blog ten nosi podtytuł "wolny od polityki", starałem się aby tekst nie był o polityce. Jest o rosnącym zniechęceniu polityką,  w pełnej zgodzie z tą deklaracją.
Nie jest prawdą, że politykę mam całkowicie w dupie. W końcu moim obowiązkiem jako obywatela jest wiedzieć co się w tym kraju dzieje. Wypełniam regularnie obywatelski obowiązek uczestnicząc w wyborach.
Nie wystarczy płacić podatki i nie jeździć bez biletu. Trzeba jeszcze po obywatelsku kontrolować na co te nasze podatki są wydawane.
Są chwile kiedy jestem dumny z tego, że urodziłem się w tej części Europy. Tu pomiędzy Wisłą a Odrą. Odkąd jednak zacząłem mieć świadomość społeczną i narodową, cały tłum ludzi wybija mi młotkiem z głowy logikę i rozsądek, próbując zastępować to jakaś taką zapychającą papką. Taką jak w tych śniadaniowych bułeczkach, które w ciągu kliku lat z chrupiących i rumianych stały się napompowaną do granic kupką waty.
Odmawiam łykania tego dziadostwa, ale żeby odróżnić jedno od drugiego, potrzebna jest właśnie owa orientacja
Często niestety przychodzi mi odpowiadać na pytania moich Francuzów, którym los kraju w którym mieszkają ich przyjaciele leży na sercu
- Co się tam u Was dzieje?
I ja mam spory problem by rozsądnie uzasadnić te wszystkie zdarzenia.
Dopiero ostatnio miałem możliwość odwzajemnić to pytanie, w związku ze zmianą obywatelstwa niejakiego Obelixa czyli Gerarda Depardieu.
Myślę, że ze względu na niezrozumienie naszego charakteru, pojawiają się te wszystkie jak niektórzy mówią - antypolskie dowcipy z których śmiać się należy, bo inaczej można by się zapłakać na śmierć.
Już przyzwyczaiłem się do tego, że co głupszy bohater trzeciego planu musi nazywać się z polską końcówką, Jakiś Bukowsky, czy Novakovsky, pije, bije żonę, albo dyma odkurzacz.
Niestety, nasza nadęta duma każe na łamach najpoważniejszych mediów polemizować, obrażać się i straszyć międzynarodowym trybunałem.
Jako człowiek ciętego języka wiem, że drobne nawet złośliwości najlepiej lokuje się u tych, którzy takimi słowami się przejmują.
A więc jacy jesteśmy my Polacy jako naród?
Niespodziewanie odpowiedzi na to pytanie udzielił mi niejaki Harryangel, który skomentował przypomniany przez Onet, stary bo jeszcze z 1987r, wywiad z Aleksandrem Kwaśniewskim.
Wywiad dotyczył nie polityki, ale przyszłości komputerów. Fajnie się czyta takie wizje po latach. Ponieważ jednak u nas wszystko do polityki można sprowadzić, komentarze pod tekstem wkrótce owej polityki zaczęły dotyczyć
Wspomniany Harryangel, w części wypowiedzi pokusił się o ocenę Polaków. Cytuję
~Harryangel:
„Antypolski jest dokładnie cały świat. Z tej to prostej przyczyny, że jedynym na świecie narodem, który lubi Polaków, są sami Polacy. A poza tym ci zakochani we własnym narodzie Polacy obdarzają tą miłością nie realnie żyjących ludzi, tylko jakiś wydumany abstrakt, któremu przypisują po uważaniu wymyślone przez siebie cechy i który nazywają Narodem Polskim. Ten prosty zabieg pozwala im z jednej strony werbalnie deklarować uwielbienie dla własnego narodu jednocześnie nienawidząc ludzi, którzy go w świecie realnym tworzą. Podobnie jest u nich z Polską: uwielbienie dla wydumanego ideału, nienawiść i wrogość dla realnie istniejącego i funkcjonującego państwa.”
Dotknęło, nie ? Ubodło do żywego, albo tylko tak po chłopsku - wkur...o.
Zamiast typowej dla tego mojego narodu obrazy, zastanawiać zacząłem się nad ewentualną prawdziwością wypowiedzi.
Na temat tego co się dzieje współcześnie mam wyrobione zdanie i ów brak szacunku dla rządzących, bez względu kto jest aktualnie przy władzy jest widoczny gołym okiem. Takie zachowanie jest dla mnie i naganne i godne potępienia.
Fragment wypowiedzi o metodach budowy cech narodowych w dziwny sposób zbliża wypowiedzi Harrego do nie byle kogo, bo do marszałka Józefa Piłsudskiego.
On to już w 1915 w rozmowie z Wieniawą mówił:
'Powoływać się na Kościuszkę, posługiwać się jego imieniem, zachwycać się nim i solidaryzować się z jego ideałami może każdy bezkarnie, bez konsekwencji i kosztów. Bo Kościuszko nie żyje. Kto solidaryzuje się ze mną, musi płacić wysiłkiem, męką, trudem, ofiarą z wolności, z życia. Kiedyś, gdy mnie już nie będzie, będę miał także miliony równie zapalczywych i podobnie nieryzykujących wielbicieli.”
I czy Marszałek pomylił się? teraz kiedy już nie żyje, bezkarnie rozwieszane są jego portrety. O ideach i poglądach myśli się raczej niewiele. Nie wspomnę już nawet gdzie widziałem sąsiadujące ze sobą zdjęcia Piłsudskiego i Dmowskiego. Narodowy groch z kapustą. Jednak można bo obaj już nie żyją.
A jeżeli komuś mało gorzkich słów Marszałka, to jeszcze jeden cytat z 1923 r
„Polska, sami Polacy to twierdzili, Polska nierządem stoi. Polska to jest prywata, Polska to jest zła wola. Polska to jest anarchia. I jeśliśmy po upadku mieli sympatię dla siebie, to nigdy nie mieliśmy szacunku dla siebie. Nie zaufanie, a niepewność wzbudzaliśmy i stąd chęć narzucania nam opiekunów, wyznaczonych dla narodu anarchii, niemocy, swawoli, dla narodu, który się do upadku doprowadził prywatą, nieznoszącą żadnej władzy”
"I zaraz też pewnie podniosą się głosy pełne oburzenia i dezaprobaty dla tego poglądu. I wszystkie one wypowiadane są w imieniu narodu, ale to normalne, w Polsce gdzie wszyscy krzyczą, iż posiadają większość." To również cytat z Marszałka.
Może trochę naciągam fakty. Z pewnością nie powinienem stawiać w jednym szeregu tych dwóch cytowanych wyżej postaci. Ale odnoszę dziwne wrażenie, że te wypowiedzi uzupełniają się.
Poza tym gdyby poczytać i inne wypowiedzi Marszałka można zauważyć jak ostro i bezkompromisowo oceniał Polaków.
Nie przeszkadzało mu to jednak służyć temu krajowi. Czy robił to dobrze czy źle to też pewnie sprawa dyskusyjna. Trudno i w tej kwestii o jedno zdanie.
Kto ma rację?
Racja jest jak dupa, każdy ma swoją. To także z Marszałka

wtorek, 22 stycznia 2013

O męskich działaniach przepełnionych troską

Kiedy byłem małym chłopcem, miałem matce za złe, że nie mogę zeżreć całej czekolady naraz.Dobrodziejka wydziela mi każdorazowo po kilka kawałków z tabliczki. Kiedy dorosłem i mogłem już o sobie decydować, rzuciłem się na jakieś słodycze. Ponieważ działałem bez narzuconych ograniczeń, najbliższa noc znaczona była częstymi wizytami w kiblu w związku z pewną delikatną dolegliwością, znaną w mniej eleganckim środowisku jako sraczka.   
Kilka dni temu, na jakimś kobiecym portalu obejrzałem fragment rozmowy w Dzień Dobry TVN. Seksuolog Andrzej Depko podkreślał, że organizm po orgazmie może być bardzo wycieńczony. - Po intensywnym, pod względem erotycznym, weekendzie zdarza się, że kochankowie muszą odpoczywać przez kilka dni - powiedział.
No proszę, ale po kolei. Brak chęci do podjęcia działań służbowych w poniedziałek, ma już swoje, całkiem konkretne źródło i nie wszystko można tłumaczyć lenistwem.
To po postu regeneracja organizmu po udanym życiu seksualnym. To na rzucających się w poniedziałkowy ranek na robotę jak przysłowiowy szczerbaty na suchary, patrzeć trzeba ze współczuciem.
- Co on robił w weekend?. A w zasadzie - czemu tego nie robił?
Po drugie i może nawet najważniejsze.
Drogie Panie. Zwraca się do tych, które są niedopieszczone przez swoich mężów lub partnerów.
Brak waszego orgazmu, tłumaczony do tej pory wieloma czynnikami, od zaniku uczucia partnera do spadku kondycji fizycznej, ma swoje głębsze uzasadnienie. Niekompletny finał współżycia został przez faceta starannie wyreżyserowany i wynika z wielkiej miłości i głębokiej troski o zdrowie. Wasze zdrowie.
Pal licho samopoczucie. Po alkoholu też mamy dobre samopoczucie, a jakie straty potrafi uczynić w naszym organizmie?
- Orgazm, orgazm i wielokrotny orgazm - powtarzają jak mantrę dziennikarze kolorowej kobiecej prasy.
A co by się stało gdyby facet nie dawkował umiejętnie tego szczęścia?
Jak mówił Pan doktor - szczury którym zainstalowano w mózgu elektrody i które wyzwalały orgazm po naciśnięciu guzika, zdychały z wycieńczenia. Tak często korzystały z przycisku
A po trzecie, nie odpowiem na pytanie bo po prostu nie wiem - czy można sobie takie elektrody gdzieś kupić i wszczepić. Tym bardziej nie wiem czy są w zestawie z bezprzewodowymi guzikami.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Wszystko w jednym albo czytanie ze zrozumieniem

 Nie oglądam telewizji śniadaniowej. O tej porze zmuszony jestem oglądać gęby moich współpracowników. Każda z nich zasługuje na osobną historię w programie typu Uwaga.
W zasadzie to nie powinienem używać słowa zmuszony. Czynię to z przyjemnością, ponieważ w pamięci, w dalszym ciągu tkwi ten czas kiedy do oglądania miałem tylko inteligentne twarze członków mojej rodziny.
Wracając do telewizji śniadaniowej. Jeden z kanałów swoje codzienne audycje nazwał - kawa czy herbata?
Najpopularniejsze chyba pytanie, którym od drzwi witamy każdego gościa.
Czasem pytam też – wino, piwo czy wódka? Ale to już całkiem inna historia.
Okazuje się, że w najbliższym czasie, pytanie to dotyczące gorących płynów, tak jak i nazwa programu, stracić mogą rację bytu z powodu odkrycia naukowców.
Jak napisał dziennik pl w dziale diety:
„Naukowcy opracowali zdrowy napój, który łączy najlepsze właściwości obu napojów. Uchroni nie tylko przed cukrzycą i chorobami serca, ale i innymi groźnymi schorzeniami.
Nowy napój zawdzięczamy grupie naukowców z Wielkiej Brytanii i Francji„
W jakiż to sposób udało im się to uzyskać?
Udało się im opracować herbatę z liści kawy.
No tak, sam z pewnością nie wpadłbym na ten absolutnie nowatorski pomysł.
Herbata z liści.No, no, no.
Ponoć niektóre liście kawy zawierają substancję, która występuje w mango - mangiferynę. Według uczonych mangiferyna ma silne właściwości antyoksydacyjne, przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybicze.
To nie lepiej zrobić od razu owocową herbatkę z mango?
Oprócz cudownych właściwości pozostaje jeszcze smak.
Jak zapewniają twórcy nowego napoju, jego smak jest mniej gorzki niż herbaty, a aromat nie tak silny jak kawy.
Czyżbyśmy nie pili herbaty dla jej smaku, a kawy dla intensywnego aromatu? A może coś pokręciłem?
"Kawowa herbata" nie obfituje w kofeinę. Ale jest zdrowa i bezpieczna
Tylko, że zdrowy jest tran, kiełki fasoli, pędy bambusa. Bezpieczny zaś bywa seks z prezerwatywą. Ponoć nie zawsze, zwłaszcza wtedy, gdy drzwi do sypialni otwiera zdradzany właśnie małżonek
Jak smakują wszystkie powyższe rzeczy? Każdy sam wie najlepiej.
Kawową herbatę można chyba wrzucić do grupy takich produktów jak
schabowe z soi, mleko z soi, tatar z tuńczyka, czy piwo bez alkoholu.
Co ma powyższy tekst do tytułu czytanie ze zrozumieniem?
Sens całego artykułu kładzie ostatnie zdanie. Podważa ono odkrywcze zdolności francuskich i angielskich naukowców.
„Tego typu napój popularny jest między innymi w Etiopii, Sudanie Południowym i Indonezji.”
Wychodzi na to, że to nie odkrycie tylko zapożyczenie.
I jest to najłagodniejsze z określeń.

czwartek, 17 stycznia 2013

Schody - ciąg dalszy

W skrzynce na listy znalazłem pismo z banku.
Z tego co to wysłało do kąta moją żonę. Potem była skarga, a teraz jest odpowiedź. Odpowiedź od krakowskiego oddziału banku.
Kiedy żona rozerwała kopertę jej oczom jej ukazało się standardowe pismo, zaczynające się od słów
„W odpowiedzi na reklamację z dnia …. dziękujemy za przekazanie uwag”
W zasadzie to nawet nie była reklamacja, tylko pełen żalu osobisty list, powiedzmy skarga. Nie czepiajmy się  jednak znaczenia słów, przejdźmy do konkretów.
Poniżej następuje informacja, że pracownik który obsługuje niepełnosprawnych, obsługuje i inne osoby. Musi więc dokończyć obsługę jednej, by udać się do salki, a więc wiadomo – poczekać trzeba.
Żona nie narzekała na to, że musi czekać. W wielu sytuacjach celowo rezygnuje z obsługi poza kolejką twierdząc, że przez te parę minut w kolejce nic jej się nie stanie.
Z wyznaczonego miejsca na parkingu przed marketem, korzystamy też w ostateczności. Wtedy psychicznie czujemy się zdecydowanie lepiej.
Korzystanie z  możliwości pierwszeństwa traktujemy jako ostateczność.
Kilka razy zdarzyło się, że nadwrażliwe kasjerki próbowały przekierować żonę do specjalnej kasy.
Grzecznie odmówiliśmy bo przecież kolejka to sól życia.
Może my jako bezpośrednio zainteresowani mamy jednak inną wrażliwość? Skrzywioną?
Optymistyczne jest jednak zakończenie pisma
„Ze swej strony zapewniamy, że zostały poczynione kroki w celu dostosowania wejścia głównego dla niepełnosprawnych co w przyszłości pozwoli by wszyscy klienci banku mieli możliwość obsługi w Holu kasowym”
Co prawda "przyszłość" to takie trochę abstrakcyjne i enigmatyczne  określenie, ale niech tam. Mamy czas i jak to mówią w programach interwencyjnych – Sprawie będziemy się przyglądać.
Póki co - trzymamy za słowo Pani Dyrektor.


 A to zdjęcie powyżej, zostało wykonane na Festiwalu w Jarocinie. Piękny przykład na to, że można jeżeli tylko się chce. Czasami jednak potrzeba do tego pomocy innych. Zdjęcie znalazłem na Onecie
Na myśl  przychodzi mi również taki skecz z kabaretu Dudek, w wykonaniu Jana Kobuszewskiego. Tekst nosi nazwę Skarga, ma już ponad czterdzieści lat. Odnoszę wrażenie, że  jest jednak nadal aktualny





wtorek, 15 stycznia 2013

Grecka chałwa

Kiedyś rozpisywałem się nad nad zaletami koloru ecru. Ponoć prawdziwy facet nie wie jak taki kolor wygląda.
Wychodzi na to, że i ja nie jestem prawdziwy, bo już wiem. Tak to wiedza kastruje samozadowolenie.
Według Nonsensopedii - ecru to jeden z kolorów nierozróżnialnych przez mężczyzn. Trochę różowawy, trochę beżowawy, dosyć jasny. Nadaje pomieszczeniom nutę romantyzmu (twierdzą tak wyłącznie przedstawicielki płci pięknej). Przez fachowców od produkcji świec nazywany zje....m białym.
Dla mężczyzn jest to doskonała alternatywa, gdy kobieta domaga się koloru na ścianie, a on wolałby jednak biały. Warto zgodzić się na „ecru”. 
O tam ecru, grecka chałwa to jest to.
Małżeństwo to sztuka kompromisu. Tego samego, którego tak obawiał się Napoleon. Ja, pomimo obaw Małego Cesarza praktykuję go i mam pewność, że nie zemrę na Świętej Helenie. Jakkolwiek by to zabrzmiało.
O cóż więc chodzi z tym zgniłym dla jednych i cudnym dla drugich kompromisem?
Nie kłócę się o kolory. Przed remontem przynoszę katalog z dwóch trzech wytwórni i zostawiam żonie. Ona przegląda, toczy ze sobą wewnętrzną walkę, a na koniec decyduje się na najbardziej odpowiedni. Tym razem najbardziej odpowiednia do jej pokoju okazała się owa chałwa.
Bez mrugnięcia powieką kupiłem i w sobotę z rana przystąpiłem do mozolnego przykrywania jakiejś słonecznikowej żółci, która dość powszechnie gościła w naszym nowym domu. Tak też to nawet podsumował to Młody
- Widzę, że trwa akcja usuwania żółci z domu.
Ja tam do żółci nic nie mam, zwłaszcza dla północnych pokoi. Dodają im ciepła i radości, ale niech tam chałwę też lubię i też daje mi mnóstwo frajdy. Podwójne malowanie przykryło w końcu słoneczne refleksy. Pokój stał się jasny, czysty i co ważne, zanikł ten obecny poprzednio zapach dymu tytoniowego. Poprzednia właścicielka należała do zagorzałych wyznawców nikotyny.
Póki byłem jeszcze na chodzie, a z pokoju wyniosłem wszystkie siedemnaście toreb i waliz z ubraniami, wybrałem się na zakupy.
Namówiłem Młodego do roli kierowcy i starłszy jedynie z wierzchu ślady po farbie z rąk, chciałem kupić płytę meblową.
Postanowiłem bowiem, że sam zrobię szafę wnękową. To w końcu żadna filozofia. Wszystko miałem narysowane i zmierzone.
Niestety majsterkowanie w takiej skali nie jest chyba popularne, ponieważ w pierwszym markecie był tylko jeden kolor, mianowicie calvados. Ja zdecydowałem się na wnętrze w kolorze białym, a jednie drzwi przesuwne zgodnie z życzeniem żony (kompromis).
W kolejnym markecie postanowiono pozamieniać towary na półkach. To chyba efekt zapatrzenia na markety spożywcze, które z uwielbieniem robią klientów w bambuko licząc, że zdezorientowany kupi więcej. To jest chyba bez sensu, ponieważ jeżeli chcę kupić płytę meblową, to nie kupię w zamian bojlera elektrycznego. Chyba, że tylko ja mam takie żelazne zasady kupowania, ściśle według planu. Okazało się, że przy przenoszeniu piły w inne miejsce wszystko rozmontowano i montaż planowany jest na szesnastego. W kolejnym jak mi się wydawało pewniaku tabliczka informowała, że awaria piły zaplanowana jest do ostatniego stycznia. Dopiero w czwartym, trafiłem i na płytę i na działająca piłę. Ustawiłem się karnie w kolejce i czekałem na możliwość przestawienia swojej linii cięć. Sądząc po kolejce z tym domowym majsterkowaniem nie jest chyba tak źle. Podejrzewam że łatwiej wybudować budowlany market niż czuwać nad jego właściwym zaopatrzeniem.
Przy okazji dokupiłem łączniki, drążki na wieszaki i wykończenia płyt. Do domu wróciłem późnym wieczorem.
Następnego dnia, od rana zabrałem się za montaż. Co prawda trochę musiałem sam siebie przekonywać bo w nocy dały znać o sobie krzyże, ale po przełamaniu pierwszych oporów jakoś poszło.
Już na piętnastą oddałem do dyspozycji żony, zmontowane wnętrze szafy wnękowej.
Spojrzała i podziękowała mi w charakterystyczny kobiecy sposób
- Myślałam, że będzie większa.
- Kochanie, logika budowlana jest jedna i nie da się zrobić trzymetrowej szafy na dwumetrowej przestrzeni.
Do kompletu zwiesiłem jeszcze półki na ścianie w spiżarni. Kazałem je przezornie dociąć poprzedniego dnia. Dzięki temu trochę pudeł powędrowało na regał, pozwalając w miarę swobodnie dojść do dżemów z dyni. W końcu zawekowaliśmy ponad szesnaście kilo tej pomarańczowej masy i kiedyś trzeba by to zużyć.
Koło osiemnastej trzydzieści zapadłem się w fotel przed telewizorem. Nie żeby zaraz oglądać telewizję, ale żeby złapać głębszy oddech.
- Jak to dobrze Kochanie, że jutro już poniedziałek. Coś tam sobie odpocznę w pracy. Przy tym tempie wyzionąłbym ducha do czwartku.
Jeszcze tylko osobiste porządki i koniec pracowitego weekendu. Jedynego czasu w którym mogę zrobić coś z tej długiej listy opracowanej wspólnie z żoną.
W poniedziałek zadzwoniła teściowa. Zapytała czy nie chcę iść w kierunku zabudowy meblowej, bo ponoć poszło mi to całkiem sprawnie.
Coś tam się jeszcze pamięta z młodości – odpowiedziałem skromnie.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Ni z gruszki ni z pietruszki

Trochę martwiałem się o siebie. Nie tak żeby popadać w depresję, ale żeby mieć jakąś refleksję.
Dobrze mieć refleksje, zawsze można się nimi podzielić z kimś innym.
Nie raz i nie dwa padły pod moim adresem zarzuty, że mam brudne myśli.
Nawet w komentarzach na blogu mogłem doczytać się takich sugestii.
I te zmartwienia się skończyły w jednej chwili.
We wczorajszym porannym programie radiowym usłyszałem takie oto wyznanie prowadzącego:
- Ja nie mam brudnych myśli. Ja mam po prostu seksowną wyobraźnię.
Alleluja – zakrzyknąłem - zostałem uleczony.
Pogrzebałem w internecie i znalazłem tak zwanego „mema” czyli zdjęcie z zabawnym komentarzem.
Treść identyczna, a więc radiowcy nie byli twórczy tylko doskonale wpasowali mi się w nastrój.
Nie przeszkadza mi to zupełnie. Nie jest ważne czy lekarstwo jest gorzkie czy słone, ważne żeby działało.
Seksowna wyobraźnia cóż za cudne określenie.
Swoją drogą, dlaczego myśli o seksie dość powszechnie nazywa się brudnymi?
Czyżby to jakaś pozostałość po czasach inkwizycji?
Dlaczego pozostawanie pod wpływem najmocniejszego chyba poza głodem, popędu seksualnego jest tak potępiane.
Przecież intencją seksu jest owa jak najbardziej czysta prokreacja.
Bez tych brudnych jak zwykło się mówić myśli nie byłoby nas na świecie, bowiem jak mówią - wszystko zaczyna się w głowie.
Sam wynalazca inkwizycji jak i z pewnością tego określenia, apeluje - rozmnażajmy się.
Używa co prawda do tego celu określenie „poczęcie” co jest przestarzałe ale adekwatne, żeby bowiem począć trzeba napocząć. Problem polega na tym, że współczesna cywilizacja oddaliła od siebie te dwa wydarzenia, bowiem o ile chodzi o napoczęcie to odbywa się ono coraz wcześniej, a na owo poczęcie czeka się do trzydziestki, albo i dłużej.
Dzięki właśnie tej seksownej wyobraźni, przynajmniej moje starsze dziecko ma w miarę młodego ojca. Dla młodszego czterdzieści to już wapno. Nawet nie wiem jak oni nas teraz nazywają. Nawet nie wiem czy chcę się domyślać.
***
Fotoradary rosną jak grzyby po deszczu, albo nawet szybciej. Ja już nie będę bolał nad fiskalną funkcją tego sprzętu, bo to i każdy wie. Wychodzi na to, że prawdziwy polski patriota łamie przepisy wspierając budżet i być może ZUS, a więc emeryturę własnego dziadka i babci. Przyjmując takie założenie, jako antypolską należ traktować obywatelską inicjatywę na Facebooku - pieprz radary, prowadź zgodnie z przepisami.
Swoją drogą jak czytam o jednym i o drugim przypomina mi się ta stara polska komedia – Gangsterzy i filantropii.
W jednym z opowiadań, bohater grany przez Mistrza Michnikowskiego traci pracę w laboratorium. Z rozpaczy upija się w knajpie i przez pomyłkę i własne roztrzepanie, miesza herbatę alkoholomierzem. Sprzęt wyniósł z pracy, którą stracił. Na restauratora pada blady strach i wręcza naszemu bohaterowi łapówkę. Podejrzewa że to Inspektor w Państwowej Inspekcji Handlowej.
Łapówki trafiają się i w innych knajpach, a nasz bohater robi sobie z tego wygodne źródło utrzymania. Niestety potrzeby rodziny są tak duże, że kontrola goni kontrolę. Zdesperowani i osaczeni restauratorzy zaczynają prowadzić swoje biznesy porządnie i uczciwie. Nie ma łapówek, jest za to sprawa sądowa dla bohatera noweli. Co prawda brak wyroku, ale naliczony zostaje gigantyczny podatek z Urzędu Skarbowego.
Wszystkim tym którzy budują stabilność polskiego budżetu na mandatach, polecam obejrzenie tego właśnie filmu. Człowiek ma przecież ograniczoną wytrzymałość, a w chwili obecnej skrzyknąć się na FB to jak splunąć.
I wtedy co ?
- Będzie bezpiecznie - zakrzykną naiwni
Dla kogo bezpiecznie? Rozjechany budżet, bezrobocie dla wielu branż, od mechaników samochodowych po przedsiębiorców pogrzebowych. A jak do akcji dołączą się alkoholicy i nałogowi palacze?
Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.
Więc nie wmawiajcie mi, że białe jest białe a czarne jest czarne, bo i tak nie uwierzę.
Nawiasem mówiąc są tacy, którzy wyczują koniunkturę zawsze i wszędzie. Firma produkująca klocki Lego od dawna już produkuje figurki policjanta z radarem i skazanego (pewnie za odmowę zapłaty mandatu).
                                        (znalezione w Internecie)
Niech się dzieciak cieszy i niech się uczy. Na starość będzie jak znalazł. Figurkę ducha ministra finansów, która unosi się nad tym wszystkim, póki co ułożyć trzeba z tak zwanych uniwersalnych elementów.
Miało u mnie nie być o polityce, ale tu nie chodzi o politykę, ale o zwykły skok na kasę. W dodatku na naszą kasę.
I jeszcze jedna rzecz. Poza gruszką i pietruszką.
Czytałem o pewnym czasopiśmie, które zaapelowało do swoich czytelników o wykup cegiełek. Spadkobiercy właściciela nie chcieli prowadzić czasopisma i postanowili go zlikwidować. Redakcja pomyślała o swoich wiernych czytelnikach. W końcu to było pismo dla inteligentnych i wrażliwych czytelników, dodatkowo wykształconych. Stara i ewentualnie nowa redakcja liczyła na to, że w ciągu trzech miesięcy zbierze kwotę 1,2 mln zł. Rzeczywistość okazała się prozaiczna. Zebrano całe 3,1 tyś zł,- Inteligencja i wrażliwcy w każdym ustroju zarabiają kiepsko.
A może nie zrzucili się z innych powodów.
Jaki stąd płynie wniosek? Można się przeliczyć.
Jak tylko skomentować fakt, że ktoś pomylił się aż o tyle.
Jak to mówił były minister gospodarki – owieczki są po to by je strzyc, a nie zarzynać.
Każdy to przecież wie - Z zarżniętej można urządzić jednego, góra dwa grille.
A może nie każdy.

piątek, 11 stycznia 2013

Dwadzieścia cztery schody

Być może tych schodów jest szesnaście, albo dziesięć, może tylko osiem. Mniejsza o ilość,  stanowią one ułatwienie dla spieszących klientów banku w pokonaniu drogi na wysoki parter, gdzie ulokowano salę obsługi. Owe kilkanaście schodów stanowi jednak barierę nie do przejścia dla osób niepełnosprawnych. Zakładając konto w banku nie myślisz o schodach, a co najwyżej o stopach i to procentowych. Kiedyś zaś było tak, że firma podpisywała umowę z bankiem, a jej pracownicy chcący czy niechcący, dostawali miesięczne wynagrodzenie  na konto w banku. W tym które najbardziej pasowało głównemu księgowemu. O ile ulokować forsę w banku jest stosunkowo prosto, o tyle rozporządzanie nią wymaga już cierpliwości. Pomimo stosowania internetowej obsługi, co rusz trzeba pojawić się przed okienkiem aby coś zgłosić lub potwierdzić osobiście. Bankowcy chyba lubią te zakręcone kolejki do okienek, ponieważ dodatkowo zmniejszają obsadę w godzinach popołudniowych, kiedy to większość zapracowanych ludzi kończy pracę i ma chwilę czasu  na załatwienie spraw osobistych. Bo i konto w banku jest kontem osobistym. Jakiś czas temu wspomniałem o problemach i upokorzeniach jakich moja żona doświadczyła, próbując zmienić dyspozycje w sprawie swojego konta. Cała radość jakiej doświadczyła skacząc ze spadochronu i świadomość, że od tej chwili może już praktycznie wszystko, legła w gruzach przy próbie podejścia do bankowego okienka.
Najpierw była załamana sposobem potraktowania niepełnosprawnego klienta, a później postanowiła działać, aby nikt inny na podobne upokorzenia nie był narażony. Napisała i co bardzo ważne, wysłała list do Dyrekcji Banku oraz do Pełnomocnika ds osób niepełnosprawnych.
Zobaczymy jak wymienione osoby potraktują informacje zawarte w liście,
Pomijając szczegóły identyfikacyjne banku, treść pisma zamieszczam poniżej


Szanowni Państwo

Pragnę wyrazić swoje oburzenie sposobem w jaki potraktowano mnie w trakcie załatwiania spraw związanych z obsługą swojego konta bankowego w Banku ...Oddział w Krakowie.
Chociaż posiadam konto internetowe, dla  anulowania kilku zleceń  zostałam poproszona o obecność osobistą. Jestem osobą  niepełnosprawną, ale  chciałam uczynić zadość wymaganiom  procedur bankowych. 
W dniu 30  listopada 2012, korzystając z pomocy syna udałam się do wspomnianej placówki  banku.
Na wejściu powitało mnie kilkanaście stromych schodów, czyniąc wejście do banku niemożliwym.
Po chwili zauważyłam znaczek dla niepełnosprawnych i udałam się w kierunku tego oznaczenia. Zaplanowane wejście dla osób niepełnosprawnych od tyłu budynku było zamknięte, a na dźwięk dzwonka nikt nie reagował. Po około dziesięciu minutach syn poszedł od frontu by interweniować.
Za chwilę też  pojawiła się jakaś pracownica,  która wpuściła mnie do środka małego pomieszczenia o wymiarach około dwa na dwa metry.  Wewnątrz znajdował się napis „przejścia nie ma” i takie też oświadczenie złożyła pracownica banku. Zamknęła drzwi wejściowe następnie zabrała mój dowód i wychodząc zamknęła kolejne drzwi na klucz.
Zostałam sama, dokładnie zamknięta z każdej ze stron. Ile trwała ta chwila nie potrafię powiedzieć.
Syn czekał na mnie na sali obsługi, myśląc, że tym przejściem dotrę do kas. Ja tkwiłam zamknięta w jak w klatce, w której nikt  nie raczył nawet zaświecić światła. Pozbawiona opiekuna, a nad wszystkim  czuwała kamera monitoringu.  Później pojawił się za drzwiami syn, który próbował do mnie dotrzeć. Bez rezultatu.
Po kolejnym kwadransie pojawił się pracownik banku próbując załatwić moje sprawy.
Nie nie zostałam zaproszona do sali operacyjnej, a załatwiano ze mną sprawy w tym małym pomieszczeniu przypominającym celę.
Wyraziłam swoje oburzenie metodami traktowania niepełnosprawnych w tym banku. Przez ten czas  kiedy siedziałam zamknięta przez pracowników w ciemnym pokoju,  jak również wtedy kiedy załatwiano ze mną sprawy, znowu  po latach czułam się jak obywatel drugiej a może trzeciej kategorii. Jest to ewidentny przykład dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność.
Zastanawiam się czy bank wstydzi się  niepełnosprawnych? Czy boi się że zarażą się tym inni jego klienci.
Informuję więc, że niepełnosprawnością nie można się zarazić. Były nawet takie kampanie społeczne, ale zarząd tej placówki z pewnością tego nie zauważył.
Czy bank któremu powierzyłam swoje oszczędności i rachunki, bank który w tytule nosi dumny dopisek - ... , w ten sposób powinien traktować swoich niepełnosprawnych klientów?
Z pewnością nie.
Piszę do Państwa ten pełen oburzenia list w swoim imieniu jak również w imieniu tych innych, którzy obsługiwani w taki poniżający sposób mieli to poczucie dyskomfortu.
W 2009 roku w chwili kiedy siadłam na wózku inwalidzkim, poczułam, że mój świat się zawalił.
Nie poddałam się jednak i każdego dnia walczyłam o powrót do stabilizacji i tak zwanej normalności.
Krok po kroku, najpierw opuściłam mieszkanie, później pojawiłam się wśród ludzi. W czerwcu tego roku oddałam skok spadochronowy, na przekór swoim słabościom. Kiedy wylądowałam na ziemi krzyczałam w euforii, że od dzisiaj mogę wszystko.
Za sprawą organizacji obsługi niepełnosprawnych w  Państwa banku  na oś...  znowu poczułam te stare lęki. Poczułam, że tyle mogę na ile inni mi pozwolą.
Państwo nie pozwalają na wiele.
Oczekuję odpowiedzi na ten list i podjęcia konstruktywnych działań,
ponieważ nie zamierzam zamknąć tego problemu jednym, być może emocjonalnym listem.  




środa, 9 stycznia 2013

W naszym malutkim domku

Testowy kot cieszy swoich prawowitych gospodarzy, a przez mój ogród po staremu przebiegają dwa koty sąsiada. Jeden czarny z białymi łapami i taką samą plamą na piersiach, drugi całkiem podobny do kota testowego. Czarny czuje się tu bardziej u siebie, wysiadując na naszym parapecie przed oknem do spiżarni. Trochę mu to ułatwiłem, ponieważ postawiłem tam taką półkę na drewno do kominka. Po śladach łap wiem już, że to był głupi pomysł.
W sobotę wyjeżdżając z posesji, całkiem ugrzązłem w błocie powstałym z przekopu pod kable do bramy na nieutwardzonym wjeździe. Tylko doświadczeniu i opanowaniu zawdzięczam, że nie siadłem aż po tak zwane osie. W ten sposób udało się dotrzeć z żoną do ambulatorium na czas, chociaż samochód wyglądał jakby na chwilę ktoś zboczył z jakiegoś rajdu off roadowego.
Po powrocie wyciągnąłem deski pozostałe z szalunków i przystąpiłem do konstruowania podjazdu. Zaraz też pojawił się miły sąsiad z propozycją pomocy. Ponieważ propozycja pachniała raczej odpłatnym zleceniem mu tych prac, delikatnie odmówiłem. A może to miasto uczyniło mnie takim podejrzliwym?
Tak czy siak podziwiam go za szybką reakcję.
- Sąsiedzie, przy sobocie to sobie tak z przyjemnością trochę podłubię z synem.
- Nic z tego nie będzie – ocenił sąsiad.
Zamilkł jednak zaraz po tym gdy z bagażnika wyciągnąłem spalinową piłę łańcuchową. Odpaliłem ją wprawnie i przystąpiłem do docinania desek.
- Z takim sprzętem to ja tu nie zarobię - pomyślał chyba sąsiad, bo szybko pożegnał się i wrócił do domu.
Pomijając sobotni wiatr i niską temperaturę, to ja naprawdę lubię takie roboty. Do pomocy miałem tez Młodszego, który z początku był co prawda również sceptyczny, ale po dłuższej chwili zamilkł. Milczenie oznacza akceptację, ponieważ przyznanie się do błędu lub złej oceny, kosztuje zbyt wiele. No i ta rodzinna współpraca, bezcenna.
Ile miałem desek tyle wykorzystałem. Młody zrobił próbę i z powodzeniem wjechał nad rozmokłym fragmentem łąki.
- Do wiosny wytrzyma – podsumowałem, bo tą porą kostki się nie układa.
Niestety zbyt krótko cieszyłem się swoją zaradnością, w niedzielę spadł śnieg i zasypał moją konstrukcję. Dodatkowo mróz zespolił błocko, co znaczy, że obyłoby się bez konstrukcji.
Gdzie tam, teraz czy później i tak przyjdą roztopy. Wtedy to będzie jak znalazł.
W niedzielę, przed kawą powiesiłem nowe kawałki słoninki dla sikorek. Wybaczę też skubanie dzięcioła, bo jest ładny. Niestety zamiast sikorek pojawił się czarny kocur, który wlazł na drzewo i leżąc na gałęzi obserwował okolicę.
- Przyczaił się na ptaki – stwierdziła żona. Nie była to jednak prawda. Kiedy bowiem kot poczuł się bezpieczny, przesunął się do kawałka słoniny i próbował go przyciągnąć do siebie.
Zastukałem w szybę.
Kot niespiesznie podniósł wzrok i mierzył mnie swoimi wąskimi źrenicami. W końcu powoli zlazł z jabłoni, mrucząc chyba pod nosem – chytrusy.
- Już w porządku – powiedziałem i wróciłem do kawy.
Okazało się jednak, że była to tylko taktyczna zmyłka ze strony kota. Późnym popołudniem nie stwierdziłem obecności słoniny na drzewie.
- Cwaniul – pomyślałem.
- Koty to dranie – zacytowała tytuł pewnego polskiego filmu moja żona.
Wiem już by nie wieszać słoniny zbyt blisko solidnych konarów, bowiem oprócz dzięcioła i kot połasi się na świńską skórkę.
Humor poprawiła nam kwaśnica własnej produkcji. Gotowałem ją od czwartku specjalnie na sobotnie spotkanie z teściem mojego starszego syna. Przygadywał się już od jesieni, a ta tłusta zupa na żeberkach lubi niską temperaturę. Obiecałem, że zaproszę go do Trzech Króli i słowa dotrzymałem.
-Dobra? – spytałem nieśmiało
-Bardzo dobra – stwierdził Teść, wygrzebując z kapusty co większe kawałki wędzonych żeber.
Biorąc pod uwagę wiek spożywających, nie obyło się bez delikatnej konsumpcji – dla zdrowotności. Celowo piszę delikatnej, bowiem obaj jesteśmy ze strefy wina. Ale jak wiadomo zdrowie jest najważniejsze.
Nie migając się od obowiązków gospodarza i ciesząc się, bo jak wiadomo – gość w dom Bóg w dom, zadaję sobie ciągle pytanie - kiedy pomaluję pokój żony i zamontuję w nim szafę wnękową, wobec tych wszystkich propozycji towarzyskich sobót?
Widok waliz i toreb turystycznych trochę mnie już wkurza.
No bo co powiedzieć po takiej dyskusji:
- Kochanie gdzie mamy czyste ścierki?
- Pod moim łóżkiem, w drugiej czerwonej torbie po lewej stronie.
Co to za lokalizacja? A ponoć i do tego można się przyzwyczaić z czasem.
Ja jednak nie chcę. Nie.
Wiatr rozkołysał mi talerz od satelity tak, że obraz co trochę pikseluje. Głośnik jęczy żałośnie, albo strzela dźwiękiem dla odmiany. Bez żalu wyłączam wtedy odbiornik. Jest tyle roboty do wykonania. W ostateczności można zawsze obserwować gałęzie jabłoni kołyszące się na wietrze. To naprawdę poważna alternatywa dla obecnego programu TV


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Statystki chyba coś o mnie mówią. Tylko co?

 Gmail w swojej części administracyjnej umożliwia właścicielowi bloga zapoznanie się ze statystyką wyszukiwanych słów kluczowych.
Być może powinienem czuć się nieco zaniepokojony ponieważ na prezentowane dziesięć, przynajmniej trzy związane są z erotyką i znajdują się one całkiem wysoko w tej statystyce.
0Hitem który najbardziej mnie zaskoczył było "porównywanie penisów z kumplem".
Gdybym miał powód z pewnością byłbym czerwony jak burak. Kochani, nie mogę wstydzić się za okres życia przedszkolnego, gdzie wstyd znajduje się daleko za tak zwaną ciekawością świata. Bez względu na to jakby ten świat pojmować.
Pamiętam jak dziś, a więc fakt ten wyrył się mocno w mojej pamięci, kiedy nie miałem się z czym porównać, obserwując moją koleżankę. skrytą za krzakiem agrestu.W zasadzie to za tym krzakiem agrestu skryliśmy się oboje, ale o tym to już kiedyś pisałem.
Wtedy to pierwszy raz widziałem nagą kobietę. Byłem zszokowany.
Trzeba było sobie jakoś z tym radzić, Internet wymyślono wiele lat później.
Poza owym prowokacyjnym hasłem w czołówce znalazły się:
  • wyjście awaryjne - na czele jak zwykle, co nie dziwi, bo stanowi fragment tytułu mojego bloga.
Zaraz potem leci już z grubej rury, najpierw wspomniane porównywanie i zaraz dalej:
  • obciągnąć za pracę
  • pęknięte serce
  • kwiaty z rajstop krok po kroku
Dziwię się składni tego ostatniego hasła, ale niech tam. Nie wiadomo co ludziom siedzi w głowach.
Nie jest to żaden ostrzegawczy sygnał, ale z pewnością wystarczający powód do zastanowienia się nad sobą.
Są dwie możliwości, albo nie jestem jeszcze taki stary, albo niestety już jestem stary. Na mężczyznę w tym wieku zwykło się mówić - erotoman gawędziarz.
Poruszanie tematów związanych z seksem doskonale potrafi wytłumaczyć obydwa powody.
Oczywiście znalazło się tam jeszcze coś o ramach na telewizor ze styropianu, oraz hasła związane z drewnianym domem. Ale o tym nie piszę bo kogo interesuje normalność?
Od dłuższego czasu obserwuję te statystki i chyba nie tylko ja.
Stają się pretekstem do uśmiechu, a czasami natchnieniem do napisania kolejnego posta.

piątek, 4 stycznia 2013

Komu potrzebna jest taka prawda

Tekst inspirowany
 Dawno temu, chyba jeszcze w 1979r Krzysztof Kieślowski nakręcił jeden z moich ulubionych filmów – Amator
Główny bohater Filip Mosz kręci filmy dokumentalne, sprzeczne z propagandą władz. Przez to naraża bohaterów swoich filmów na kłopoty i zwolnienia.
Był to bowiem czas kiedy prawda jako taka nie była istotna. Istotna była propaganda, ona to naginała życie tak aby pasowało do rozstawu szerokich torów, wiodących do ustroju największej szczęśliwości.
Prawda? Co tam prawda, jeżeli nawet moralność nosiła dopisek - socjalistyczna.
Jak się chce być szczęśliwym to trzeba coś poświęcić. Czasem to jest przyjaźń, czasem rodzina, a czasem tylko prawda. To były ofiary, albo koszty tej podróży do szczęścia.
W finale jest taka scena, kiedy Naczelnik miasta tłumaczy, dlaczego utrzymuje cegielnię, chociaż w tej już dawno skończył się surowiec. Filmowiec wysmażył i wysłał już do Warszawy, kolejny dokument obnażający taki proceder. Naczelnik cierpliwie tłumaczy, że z tych centralnie przydzielanych pieniędzy, utrzymuje służby oczyszczania i odśnieżania miasta, dając pracę jakiejś tam liczbie osób z byłej fabryki.
- Komu potrzebna jest taka prawda? - pyta retorycznie urzędnik.
Odpowiedź nie jest jednak taka znowu jednoznaczna. Główny bohater grany przez Jerzego Stuhra, pędzi po tej rozmowie na pocztę, wycofuje przesyłkę i prześwietla materiał.
Wywołuje tym wściekłość swojego kolegi i współpracownika, który posądza go o zdradę ideałów.

Kto jak kto, ale Krzysztof Kieślowski autorytetem moralnym był i poprzez swoje filmy jest nim nadal. A jednak zadał sobie to pytanie – Czy prawda zawsze czyni szczęśliwym?
Czasem warto je sobie zadać, bez względu na to jak obrazoburczo zabrzmi ta propozycja.

A propos prawdy.

Jedna z tegorocznych celebritos, której imienia ani nazwiska nie wymienię, ponieważ sam mam przesyt, udziela wywiadów na lewo i prawo korzystając ze swoich pięciu minut.
Tak więc w jednym z nich stwierdziła, że marzy o seksie z kobietą. W następnym z kolei przyznała, że w zasadzie to chciałby być matką.
Taka duża dziewczynka powinna wiedzieć, że w tak zwanych naturalnych warunkach, obowiązuje zasada: Nie można zrobić tak aby zjeść ciastko i mieć ciastko. Albo, albo.
Wydawać by się mogło, że Pani … i tu o mało nie uległem pokusie dookreślenia, o życiu wie wiele.
Chyba tak, ponieważ trzeci z wywiadów nosi tytuł - Nie wierzcie we wszystko co o mnie słyszycie.
A więc to tylko marketing, tak się domyślałem.
Osoby popularne odkrywają w sobie homoseksualizm, wybuchającą i nagłą potrzebę macierzyńska, przeżywają dramat rodzinny z sadyzmem w tle, albo tylko zwykły rozwód, bo  przecież uczucie nie sługa.
W chwili obecnej nie można już być tylko dobrym w czymś tam. Trzeba jeszcze traumatycznego przeżycia i szczerego wyznania, najlepiej w tabloidzie.
Tylko te zainteresowania i nagłe potrzeby pewnej pani wydają mi się delikatnie mówiąc zgrane.
I aż się prosi powtórzyć pytanie - Komu potrzebna jest taka prawda?



środa, 2 stycznia 2013

Każdy chciałby stabilnej pracy



W sylwestrowym  Dzienniku przeczytałem intrygujący nagłówek.
Wiem kim jest architekt, ale co robi ten drugi ?
Czy parnik jest od parzenia, czyli dobierania ludzi w pary?
A może od wyparzania czegoś. Tylko czego?
Gdyby to była kawa lub herbata, zawód  powinien nazywać - zaparzacz, ale nowocześnie jest mówić - barista.
Czym więc  zajmuje się powołany w nagłówku parnik?

Oprócz tej tajemniczej profesji, próbowałem odgadnąć który z zawodów jest taki pewny?
Ponieważ powszechnie mówi się, że są tylko dwie pewne rzeczy: śmierć i podatki typowałem na przedsiębiorcę pogrzebowego i urzędnika skarbowego.Rzeczywistość jest jednak inna.
Najpewniejsza jest robota informatyka.  Ciekawe bo same systemy operacyjne czy informatyczne, już takie stabilne nie są. A może to właśnie o to chodzi?  Im mniej stabilny system, tym bardziej stabilna praca?
Potem jak zwykle idą lekarze.
Oni też swój sukces opierają na niestabilnych pacjentach.