wtorek, 31 lipca 2012

Cisza


Cisza. Ale to tylko cisza przed burzą.
Koniec tygodnia znaczony będzie z pewnością wizytą na wsi.
Ale to nie takie zwykłe bratanie się z przyrodą.
Znajomy zapisał się już na ten wyjazd, a że bezpośrednio u nas nie, groźne mu widmo bankructwa żadnej agencji turystycznej ani linii lotniczej. Pozostaje tylko ustalić menu. W końcu znamy zwyczaje żywieniowe znajomych. Czasami te zwyczaje kolidują z naszymi, w których dominują ostre potrawy z udziałem papryki i ryżu.
Ale cóż, gość w dom. Według staropolskiego obyczaju, to jakbyśmy Boga gościli. A ponieważ to tylko przysłowie, nabędę też odpowiednią ilość wina, nie licząc na cuda gościa.
Potem oczekujemy wizyty dwóch par, w tym jednej prawie małżeńskiej.
Zejdzie nam z tym do połowy miesiąca. A więc będzie się działo. Poklepałem po przyjacielsku wątrobę. Znamy się tyle lat, że rozumiemy się bez słów.
Sierpień to tradycyjny u nas czas wzmożonych kontaktów towarzyskich. Wiąże się to z wakacjami, częstszymi pobytami na wsi i takie tam. Poza tym trzeba szanować to co pozostało po przesianiu tych naszych przyjaźni przez wielkie sito weryfikacji.
Jednocześnie nie jest to żaden protest przeciwko ogłaszaniu tu i tam, sierpnia miesiącem trzeźwości narodowej.
Tyle już dźwiga ten miesiąc na swych barkach.
Bo to i Powstanie Warszawskie, Porozumienia Sierpniowe, Bitwę Warszawską. Aż chce się wypić.
Za zdrowie, za pamięć, na cześć. A może kiedyś tak ułożymy się z naszą historią, że wypijemy ze zwykłej radości życia.
Szczególnie, że przysłowie mówi - Sierpień jasny i pogodny dla win jest bardzo wygodny.
Ta składnia jest trochę naciągana, ale oczywiście każdy interpretuje przysłowia po swojemu.
Ja urządzam konsumpcję.
W domu znowu pojawiły się dzieci, oczywiście razem z partnerkami. Szum i gwar niczym w greckiej rodzinie.
Szczególnie w małej kuchni tłok jak na Krupówkach, ale potrafię odnaleźć w tym rodzinnym galimatiasie prawie same pozytywne emocje.
Młodzi przypadkowo wpadli na obiad. A moja żona przypadkowo przygotowała kurczaka z mleczkiem kokosowym, według przepisu Claire. Coś mi się nie chce wierzyć w te przypadki.
Cztery lata temu, w prezencie na pięćdziesiątkę otrzymałem od żony elegancki zegarek znanej firmy. Poprzedni, firmy mniej znanej otrzymałem na czterdziestkę. Służy mi do dzisiaj i reguluję go tylko w chwili zmiany czasu z zimowego na letni i odwrotnie. Trudno mi było odłożyć na półkę zegarek, po dziesięciu latach użytkowania. W końcu zżyłem się z nim. Mając jednak dość pytań dlaczego nie chodzę z nowym, po dwóch latach uników, założyłem chromowaną bransoletkę na przegub ręki. Cięższy, solidniejszy, elegantszy i zdecydowanie droższy. Po dwóch latach ostrożnego użytkowania zgłupiał jednak totalnie. Zatrzymywał się co dobę i nie chciał ruszyć. Było to o tyle dziwne, że w tradycyjnym zegarku doba to dwa pełne obroty wskazówek wokół tarczy.
Zatrzymywał się dokładnie dziesięć po jedenastej, wieczorem.
Zegarmistrz wskazany przez producenta pokiwał głową i przyjął sprzęt do naprawy. Dwa razy musiałem jednak potwierdzić zgodę na przypuszczalną wartość naprawy.
Za tę kwotę mógłbym kupić nowy zegarek. Owszem ale oprócz marki, ważna jest również wartość emocjonalna.
Zegarmistrz, bez emocji włożył go do koperty i wypisał kwitek. Po dwóch tygodniach zadzwonił i podniósł koszty naprawy o pięćdziesiąt złotych. Zgodziłem się bez zastanowienia. Trwało to w sumie tyle czasu, że w porywie napadu sprzątania przed powrotem żony, wyrzuciłem gdzieś pokwitowanie. Całe szczęście, że na jego kartce są wszystkie moje dane.
Tak więc odbiorę zegarek z nowym mechanizmem, wątpiąc w trwałość eleganckich rzeczy.
Kiedy odbierałem prezent stwierdziłem filozoficznie, że - ten zegarek wystarczy miz pewnością na całe, pozostałe po pięćdziesiątce życie. Może w tym stwierdzeniu było coś z Konopnickiej, ale po raz kolejny przekonałem się, że nie ma rzeczy na całe życie. Dzisiaj wątpię w tę wystarczalność. Uważam też, że marki produktów to tylko marketing.
A zegarek z czterdziestki założyłem na rękę, aby wypełnić pustkę w czasie naprawy.
Chodzi punktualnie, nie zacina się. Jakby tak się lepiej przyjrzeć, to nie wygląda znowu tak ubogo.
Zresztą widziałem nie tak dawno, na ręce znajomego zegarek za siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych.
Dobra firma z udokumentowanym pochodzeniem i numerem seryjnym, przyporządkowanym do właściciela.
Gdyby ktoś powiedział, że kosztował dwieście pięćdziesiąt złotych, przyjąłbym to stwierdzenie za dobra monetę.
Dodatkowo zegarek perfekcyjnie spóźniał pięć minut na każdy tydzień. Pomimo kilku napraw.
Ale za to można śmiało poszpanować w gronie podobnych miłośników drogich gadżetów. Nikt nie zauważy ułomności chronometru. W końcu gale i koktajle na trwają tak długo.

niedziela, 29 lipca 2012

Orzeł wylądował


Powinien dopisać  dwójkę  do tytułu, ponieważ w zeszłym roku z pewnością tak samo nazwałem post z powitania  ślubnej małżonki, na rodzinnej ziemi.
 Powtórka czy kontynuacja? Sequel jednym słowem.
W sobotę od samego rana  malowałem trawę na zielono, mrucząc pod nosem słynną piosenkę Eugeniusza Bodo – Umówiłem się z nią na dziewiątą. Znając moje poczucie rytmu, była to bardziej melorecytacja. Słowa jednak pamiętam  dokładnie. Bez potrzeby zaciągania od szefa akonta, sporych rozmiarów wazon wypełniony został różami.
Siódma cztery jakaś płyta
Ósma dziewięć ktoś coś czyta
To nie ważne, najważniejsza dziś jest ona…
Mieszkanie na błysk, obiad powitalny  przygotowany, a na balkonie schnie pranie. Pewnie zdążę go zdjąć ze sznurków przed wyjazdem na lotnisko.
Gorąco jest  dzisiaj  okrutnie,  może po to, żeby  żona nie odczuła szoku klimatycznego  po wylądowaniu.
Pierwsza - siódma, trzecia, piąta
Ktoś mi wszystko dziś poplątał…
Lot z przesiadką w Paryżu wymagał ponad sześciu godzin warowania na lotnisku, został więc odrzucony. Jedynym możliwym połączeniem z południa Francji okazała się  trasa Tuluza – Londyn – Kraków. I tylko w Londynie trzeba się było poszwendać po korytarzach poczekalni przez jakieś dwie godziny. To całkiem niedługo, a dodatkowo zawsze można opowiadać, że w czasie Igrzysk Olimpijskich odwiedziło się Londyn.  Trzeba tylko w każdym utrudnieniu widzieć jaśniejsze fragmenty.
Najpierw dostałem  SMS z numerem lotu, a zaraz potem z prośbą o przeliczenie funtów na euro. O ile godzinę przylotu odszukałem natychmiast, przeliczniki wymagały operacji na kalkulatorze.  Oj chyba te dwie godziny, szczęście moje spędza w sklepach bezcłowych.
Jak ten czas powoli leci
Pierwsza druga, w pół do trzeciej
Do tej dobrej  jeszcze tyle, tyle godzin
Gdyby można zrobić czary
Ponapędzać te zegary
By właściwa była już…
Doczekałem się.
Wspólnie z Młodym opuściłem mieszkanie. W zasadzie bez stresu mógłbym się oddać pod ocenę perfekcyjnej pani domu. Pytanie tylko jak wyglądałbym na lotnisku z  otrzymaną nagrodą - kryształową koroną na głowie.
Po drodze dosiadła się babcia. Teściowa nie wyobraża sobie, aby nie powitać swojej pięćdziesięcioletniej córki w kraju.
A ja z czasem stałem się taki koncyliacyjny, Aż się  sobie sam dziwię.
Samolot siadł na płytach balickiego lotniska „on time” i za chwilę w rozsuwanych drzwiach pojawiło się moje Życiowe Szczęście. Opalona do nieprzyzwoitości, odchudzona  i  mocno zadowolona.
Zapakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy w drogę powrotną do domu.
A tu jak małe dzieci. Obsiedliśmy  czerwoną walizę dookoła, niczym Indianie ognisko. Chrzęst otwieranego zamka wprowadził nas w świat prezentów.
Foie Gras,  sery  i oliwki,  przywiezione wprost z wiejskiego targu.  Doskonale zgrały się z tymi dobrami moje bułeczki, które dopiero co ostygły i uzupełniały kompozycję stołu. I oczywiście wino. Zresztą tradycyjny winny wieczór z powodu powrotu żony został przeniesiony na sobotę.
Placek ze śliwkami autorstwa teściowej zakończył część oficjalną wieczoru. Najpierw lekko chwiejnym krokiem opuściła nas mamusia, a zaraz potem Młody z dziewczyną  wyszli na imprezę.
Pozostaliśmy sami i w tej atmosferze, aż prosiło się aby otworzyć jeszcze jedną butelkę wina.
W tym momencie zakończę opis oficjalnego powitania żony na polskiej ziemi.
Później dzięki łaskawości rodziny rozpoczęło się powitanie nieoficjalne. Z którego, z wiadomych powodów  nie będę składał relacji.
Całość  udała się  wyśmienicie i bez potknięć.
I dopiero dzisiaj po śniadaniu,  żona  kobiecym zwyczajem, dyskretnie zagląda w kąty mieszkania. Niech zagląda, rządził tu ostatni miesiąc perfekcyjny pan domu.
Mogę to napisać, bo to nie moje słowa. Usłyszałem je  wczoraj od teściowej.
Czy po czymś takim, mógłbym jej  czegoś nie wybaczyć?
- No to Kochanie skończył nam się urlop. Wracamy do normalnego życia.
Okazało się, że jakieś ciuchy zostały we Francji.
 - Masz tu już  swoją stałą  szufladę  - stwierdziła Claire.
A więc punkt zaczepienia do powrotu w przyszłości już jest.

piątek, 27 lipca 2012

O skomplikowanych procesach zachodzących w męskim mózgu i poza nim


Kryzys - nagłówek z codziennej prasy. Ponieważ gości na czołówkach już drugi rok, nie sprzedaje się tak dobrze jak wcześniej. Nasza psychika jest zbudowana tak mądrze, że nawet ekstremalne warunki trwające dłuższy czas, postrzegane zaczynają być przez nasz umysł jako swego rodzaju norma.
Kryzys? No to co?
Dlatego jak królika z kapelusza wyciąga się amerykańskiego ekonomistę, który przewidział krach finansowy w bankowości na kilka lat przed. Zyskał przy okazji bardzo medialny przydomek Doktor Zagłada.
Początkowo rzuciłem się na wywiad z człowiekiem, myśląc, że to jakaś postać z czasów II Wojny Światowej. O Wall Street czytam zdecydowanie mniej chętnie.
Ponoć Pan Doktor uważa, że to co było do tej pory, to tylko takie wydmuszki, a prawdziwe jaja i trzepanie portek, czeka nas dopiero w najbliższej przyszłości.
Jesteśmy zbyt rozrzutni - pomyślałem wyrzucając zgniecioną aluminiową puszkę do kosza i sięgając do lodówki po następną.
Nie ma nic lepszego na gorący wieczór jak zimne piwo.
Od zimnego piwa lepsze są jednak dwa piwa. I ta dawka zupełnie mnie satysfakcjonuje.
Mówią, że zimne piwo jest lepsze od seksu. A ponoć cały ten seks jest mocno przereklamowany.
Ostanie zdanie nie jest owocem mojego doświadczenia życiowego, a jedynie zasłyszaną kwestią. Jeszcze?
Jak idzie kryzys to trzeba ograniczać - pomyślałem
Grecja przędzie cienko, ale do tego zdążyliśmy się już przygotować. W kraju w którym jak słyszałem wypłaca się zasiłki dla pedofilów, bo trudno im znaleźć robotę, wszystko jest jednak możliwe.
Coś bąka się o Włoszech, ale były premier Berlusconi, oduczył nas traktowania na poważnie tego co się dzieje w tym kraju. Chociaż swoją drogą muszę powiedzieć, że co jak co ale fantazję to On miał. W zasadzie niepotrzebnie używam czasu przeszłego. I jak mi się wydaje, realizował te swoje fantazje, głownie za swoje pieniądze.
Teraz dochodzi Portugalia i Hiszpania. A może i tam wydaje się nierozsądnie państwowe środki?
Doszedłem do takich wniosków po przeczytaniu wyników badań nad fantazjami erotycznymi Hiszpanów. Notatkę w tej sprawie opublikował 23.07 dziennik pl.
Eksperci przeanalizowali treść i częstotliwość fantazji seksualnych sporej grupy Hiszpanów i Hiszpanek, którzy, od co najmniej pół roku pozostają w heteroseksualnym związku.
Na tej podstawie doszli do wniosku, że partnerzy bez względu na płeć marzą o podobnych rzeczach. Przeważały fantazje dotyczące romantycznej i intymnej relacji erotycznej z ukochaną osobą.
Mężczyźni, tak jak się potocznie sądzi, rzeczywiście częściej częściej myślą o seksie. Marzą, o nowych sytuacjach eksperymentowaniu, jak na przykład uczestniczeniu w orgii czy częstej zmianie partnerek seksualnych.
Kobiety mają więcej fantazji romantycznych
Czy z powyższego badania dowiedzieliśmy czegoś więcej niż wiedzieliśmy do tej pory?
To po co robić badania, z których wynika, że woda jest mokra?. Udowadniać, że słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie?
No chyba, że chodzi o istotne problemy.
Znacie tę sytuację, w której facet po stosunku nie przytula swojej partnerki, szepcząc jej do ucha miłosne zaklęcia. Odwraca się tylko na drugi bok i zasypia.
Rozpalonej kobiecie pozostaje tylko powiedzieć – zazdroszczę ci łatwości zasypiania.
A więc jak to jest? Czy to zwykłe chamstwo i grubiaństwo mężczyzn? A może problem jest bardziej złożony? Być może jak w przypadku osławionego testosteronu, nie do końca jesteśmy winni takim zachowaniom?
Naukowcy z Francji (dziennik pl 26.07) zdecydowali się przyjrzeć procederowi.
W tym celu, specjaliści zeskanowali męski mózg w trakcie seksu i po stosunku.
I tutaj wszyło coś czego kobiety były pewne, a faceci zdecydowanie to negowali.
Badanie wykazało, że w chwili orgazmu, kora mózgowa, która reguluje świadome myślenie, jest wyłączana.
Niby mówi się, że mężczyzna otrzymał od Boga dwie wspaniałe rzeczy: mózg i penisa. Krwi zaś tylko tyle, by naraz obsługiwać tylko jeden organ. Jest to nie tylko niezłym dowcipem, ale dowodem, że medycyna ludowa doskonale radziła sobie przed wynalezieniem skanerów.
Badania naukowców dowodzą jednak, że płeć piękna nie może mieć do nas ciągłych pretensji.
Pewne rzeczy są poza naszą kontrolą.
Poza tym, co bardzo ważne, w trakcie orgazmu uwalniane są między innymi oksytocyna i wazopresyna – dwa związki, które odpowiadają również za sen.
Nie otrzymałem odwiedzi na jedno pytanie, które nasunęło mi się w tej chwili.
Jeżeli w czasie orgazmu uwalniają się związki odpowiedzialne za sen, to co uwalnia się w czasie nudnego schematycznego seksu z udawanym orgazmem?
Bo przecież wtedy umysł musi pracować pełną parą. Wyobraźnia, o czym świadczą męskie opowiadania, nie raz ratowała męski honor.
Jest jeszcze krótka wzmianka o kobietach.
Kobiety przeżywają orgazm inaczej, dlatego też ich reakcja nie jest tak silna, przez co zaraz po orgazmie pozostają one dalej aktywne. Co prawda naukowcy określają tę aktywność jako seksualną, ale w jakich seksualnych kategoriach ocenić zdanie, wypowiedziane zaraz po stosunku?:
- Ten sufit w pokoju zdecydowanie wymaga odmalowania
Jeżeli śpi to jest to stan bezcenny dla jego psychiki. Jeżęli jeszcze nie zasnął, po tych słowach
pozostają mu sny i związane z tym męskie fantazje.
A w obu przypadkach, sny kręcą się wokół podobnych tematów.
Nie tylko bowiem Hiszpanie marzą o szalonym seksie, orgiach, trójkącikach czworokątach i innych nieokreślonych układach.
Pozostaje tylko jedno ostrzeżenie – Uważaj o czym śnisz. Marzenia mogą się bowiem spełnić.
Przekonał się o tym dotkliwie jeden nigeryjski biznesmen.
Opisuje to portal Jego strona pl, w dniu dzisiejszym.
Jak na muzułmanina przystało, biznesmen szczycił się posiadaniem sześciu żon. Ku rozpaczy pięciu pierwszym, cała swoje uczucie ulokował w szóstej najmłodszej partnerce.
Kiedy któregoś wieczoru wrócił do domu nad ranem, skierował się do sypialni szóstej żony
W trakcie miłosnych uniesień, do pokoju wtargnęły jednak pozostałe małżonki.
Uzbrojone w noże i kije żądały respektowania praw i obowiązków małżeńskich.
W obliczu zagrożenia życia i zdrowia, nasz bohater zaczął uprawiał seks także z nimi... 
Kochał się z każdą z żon po kolei, jednak po czwartym stosunku mężczyzna przestał oddychać.
Tak oto skończyło się piękne życie naszego nigeryjskiego bohatera.
Ktoś powie - piękna śmierć. Być może.
Zakładając oczywiście, że facet nie był ofiarą, a bohaterem sennych marzeń.
W życiu jednak tak bywa, że z każdej sytuacji ktoś wychodzi pokrzywdzony.
Piąta żona pozostała co prawda niezaspokojona, ale i jej nie ominął areszt i oskarżenie zgwałcenia mężczyzny na śmierć.
I to się nazywa chichot losu.
Czym przy tym jest jakieś tam zasypianie po stosunku?
Stosunek? Ale to określenie
Niby czego do czego?

czwartek, 26 lipca 2012

Trzy dni i spełnione marzenia


Ostrzegały mnie dzieci, że pogoda zmienną jest. Ale kto by słuchał własnych dzieci. Naciągnąłem na siebie rowerowe ubranie i ustawiwszy właściwe przerzutki, ruszyłem w kierunku swojej roboty.
Wcześniej jeszcze wybrałem właściwą stację radiową. Z rana włączam program informacyjny, w drodze powrotnej pasmo muzyki klasycznej.
Gdzieś w połowie drogi minął mnie syn z synową, błyskając na powitanie światłami reflektorów. Stałem właśnie na brzegu jezdni, czekając na zmianę świateł. Odmachałem im radośnie. Co jak co ale z rana optymizmu mi nie brakuje.
Dojechałem na miejsce i zmieniłem ubranie. Przy pierwszej, porannej kawie wybrałem numer Starszego.
- A Ty syneczku dlaczego nie na rowerze?
- Ma padać, a ja jestem dodatkowo związany czasem.
- Nie bój się. Nie jesteś z cukru, nie rozpuścisz się – powiedziałem z wyższością uprawiającego rekreację.
Wtedy też zdałem sobie sprawę, że uprawiający rekreację zawsze z lekką wyższością mówią o swoich działaniach. Tworzą wobec siebie taką aurę zorientowanych o co w tym życiu chodzi. Tak jakby tworzyli jakiś wyższy krąg wtajemniczenia.
Koło południa spadły pierwsze krople, a większy deszcz wisiał dosłownie w powietrzu.
Wytrzyma, musi wytrzymać.
Nie wytrzymało, zaczęło kropić w połowie drogi. Lekko przyspieszyłem i mijającym mnie w powrotnej drodze dzieciom dałem się pokazać jak dynamicznym facet. Oczywiście z dynamiką obliczoną do wieku.
Pomachali mi tylko zza lekko zmoczonej szyby i pomknęli w dal.
Gdzieś w okolicy Placu Centralnego rozlało się na dobre. Deszcz spływał mi po włosach, karku, a zaraz potem po całym ciele. Przez chwilę myślałem żeby wyciągnąć z uszu słuchawki, bo to przecież urządzenia elektryczne jak by nie było. Leciał jednak taki koncert, że postanowiłem zaryzykować. Ryzykowałem też jazdą w okularach bez wycieraczek. Spoglądałem znad szkieł na mokrą jezdnię i chowających się pod daszkami i drzewami innych rowerzystów. Został mi jeszcze tylko przejazd pod rondem i do domu pozostaje dosłownie parę kroków.
Wtedy zadzwonił do mnie syn z pytaniem jak mi się jedzie.
- Dobrze, jak to w deszczu – odpowiedziałem zgodnie z prawdą
- Mam dla Ciebie dobrą informację - powiedział – Pamiętaj, że nie jesteś z cukru i się nie rozpuścisz.
Złośliwiec jeden, a przecież to krew z krwi.
A może to właśnie dlatego?
W domu wylądowałem pod ciepłym prysznicem, a całe rowerowe ubranie w pralce.
Po obiedzie sprawdziłem pocztę
Żona wróciła znad morza i opisała mi wrażenia z jazdy nowym samochodem Erica.
Odpisałem jej bez zbytniej zwłoki
A widzisz to Touareg..
Początkowo napisałaś mi ze to Touran
Touran to taki minivan jest zbudowany na bazie golfa, a Touareg na naprawdę fajne i elegancie auto.
Teraz moje zadziwienie dla decyzji Erica minęło.
Nawiasem mówiąc Tuaregowie czyli wojownicy z okolic Sahary wsławili się ostatnio zniszczeniem grobowca w Timbuktu, zabytku wpisanego na światowa listę UNESCO
Podchodzę więc z rezerwą do nazwy, nie do auta.
Nie auto było jednak najważniejszym zdaniem tego maila.
Drugi już pobyt we Francji po wypadku medycznym, działa na moją żonę terapeutycznie.
Być może zapach pół lawendy, cykady i wiatr znad Morza Śródziemnego tworzą tę specyficzną, motywującą do życia mieszankę? Może to atmosfera jaką tworzą ludzie w towarzystwie których tam przebywa?
Nie wiem. Wiem natomiast, że za każdym razem otrzymuję widoczny i pozytywny sygnał.
W zeszłym roku, to właśnie z tamtej strony Garonny wyszło stwierdzenie, że na wózku można żyć.
W tym roku nie oczekiwałem takich wystrzałów, ale i tak doczekałem się. Żona napisała takie zdanie:
Byłam nad morzem i stwierdziłam, że jak się bardzo czegoś chce, to jednak marzenia się spełniają.
Czy trzeba coś do tego dodawać?
I w takiej atmosferze minął mi wczorajszy wieczór, którego nie zaburzył nawet deszcz w drodze powrotnej. A może i krakowskie powietrze ma w sobie coś co dobrze na mnie wpływa?
Dopełniają to mijane krajobrazy i kilkoro dobrych znajomych którzy się wczoraj odezwali?
Być może. W końcu mówi się - Magiczny Kraków
Dzisiaj rano wyszedłem na balkon. Na suszarce wisiało wczorajsze pranie. Mokre pozostawały dalej buty i rękawice. Niech tam. Kiedy zobaczyłem mgłę która zawładnęła trawnikiem przed domem i pobliską ulicą , zdecydowanym ruchem zabrałem z półki kluczyki do samochodu.
W końcu zachwyt nad deszczem lejącym się po grzbiecie też gdzieś ma swoje zdroworozsądkowe granice 
Do godziny zero pozostały trzy dni. 


wtorek, 24 lipca 2012

O blasku słońca i bieganiu pomiędzy kroplami deszczu


W takie dni jak ten, nawet w prozaicznych,  codziennych czynnościach można odnaleźć odrobinę poezji. Słońce nie świeci tylko muska swymi promieniami, rzeka wije się aż po horyzont, a wiatr szumi swoją odwieczną opowieść. Uśmiechnąłem się zaraz do siebie na wspomnienie „Awansu” Edwarda Redlińskiego. I mnie również  nawiedzona polonistka, nauczyła patrzeć na świat w inny sposób.
Jestem jej za to wdzięczny, bowiem kolejne nie miały już tej charyzmy. Było to powodem ciągłych dyskusji na temat moich wypracowań, jako odległych od schematów. Bo któż miałby odwagę na przykład podważać romantyczny patriotyzm Konrada Wallenroda.
A propos Konrada Wallenroda, dawno nie byłem na piwie. Z kalendarza wychodzi mi, że do powrotu żony zostały cztery dni. Skłamałbym mówiąc, że sprawdzałem to w kalendarzu. Ja to znam na pamięć. A przecież nie wypada przywieść żonę z lotniska i powiedzieć - no to cześć idę na piwo. Zdecydowanie nie.
Pstryknąłem na ikonę kontaktów w moim telefonie. Krótka ta lista. Cholera trzeba mówić inaczej. Kiedyś jeden polityk powiedział, że ktoś tam jest na krótkiej liście i zaraz musiał składać zeznania w prokuraturze.
A więc ten mój niezbyt długi wykaz, zwiera nazwiska znajome prywatnie i służbowo. Ciach, selekcja. Wycinam służbowe i lista jest jeszcze krótsza. Odseparowałem tych z którymi na piwo nie chodzę i wyszło mi, że w grę wchodzić mogą cztery osoby. Tak, to dokładnie te cztery osoby z którymi zwykle chodzę na piwo.
Można było od tego zacząć, ale nie było by to zrobione tak systematycznie, naukowo i z wykorzystaniem komputerowej technologii.
Jednego ze znajomych namierzyłem pod Monachium. Zwozi właśnie jakieś auto i perspektywa piwa bardzo mu się podoba. Ale dopiero w przyszłym tygodniu.
Drugi odesłał SMS-a z bardzo południowych wakacji. Trzeci jest rezydentem w Bułgarii i oderwałem go właśnie od rakii, którą zapijał skwar Złotych Piasków. Ostatni zaś zupełnie nie odezwał się do mnie, z czego wnoszę, że też urlopuje się. Z ta różnicą, że w tej jego głuszy nie ma zasięgu. To kto cholera pracuje poza mną w tym kraju?
Ja i ojczyzna to jedno,
Nazywam się Milion - bo za miliony
Kocham i cierpię katusze.
No tak rozpoetyzowałem się za bardzo i to z powodu niemożności wybrania się na koleżeńskie piwo. Wspominam polonistki, a przecież żadna z nich nie była w typie urody Natalii Siwiec.
Może więc w życiu nie idzie tylko o kształtne cycki?
A wracając do biedy. Ponoć w naszym kraju jest już ponad dziesięć tysięcy milionerów. Dokładnie to trzynaście tysięcy, na których spadł deszcz fortuny. Ciężko z reguły pracowali na to by się znaleźć w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze, obowiązkowo bez parasola.
Ja opanowałem umiejętność biegania pomiędzy kroplami, gdy pada deszcz fortuny. Tracę tę umiejętność przy zwykłej burzy. Za to z wielką pasją mogę ją opisać.
Spokojnie. Na piwo mnie jeszcze stać. Sam jednak nie pójdę do knajpy. Kupię zgrzewkę w markecie.
Znaczy, że skorzystam z promocyjnej okazji. Włażę pomiędzy puszki, śledząc informacje. Siedem plus jedno gratis, drugi czteropak za połowę ceny. Wszystko to wygląda blado, jeżeli zadać sobie odrobinę trudu i wyliczyć cenę   jednej puszki. Postoję pokombinuje i tak kupię to co zwykle.
Jeszcze tylko dobrze schłodzić. To znaczy że piwo będzie na jutro.
To nawet dobry pomysł.
Zadzwonił Starszy i dopytywał się - kiedy mogą przyjść w odwiedziny. Czasem tak dzwoni do mnie, dzieląc się swoimi problemami. Próbuję znaleźć rozwiązania, ale on już nie do końca ich słucha. Wygląda na to jakby rozwiązanie przychodziło do niego zaraz po tym, jak głośno wyartykułuje problem. Jeżeli jestem w ten sposób pomocny, to niech dzwoni. Teraz też powiedziałem mu, że to jego dom rodzinny i zawsze czekają na niego otwarte drzwi.
Może trochę patetycznie, ale młodzi potrzebują od czasu do czasu posłuchać truizmów. Może brakuje im tego po wyjściu z domu?
Po naszej rozmowie jedna rzecz tylko nie zmieniała się, nie wiem kiedy to będzie. Lodówka zaś jest prowadzona po kawalersku i taka pozostanie, najpewniej do soboty. Z nowym tygodniem z pewnością nasza kochana żona i matka wybije nam niektóre żywieniowe nawyki z głowy. Ale to już po wypłacie.


poniedziałek, 23 lipca 2012

Nowe tydzień, nowe rozdanie

Wczoraj wieczorem zdecydowałem. Wracam do jazdy rowerem. Pogoda stała się przyjazna, bo nie zapowiadają ani afrykańskich upałów, ani deszczu. Przez kilka najbliższych dni będzie spoko. Zaraz po prognozie pogody przygotowałem swoją czerwoną, aktywną koszulkę i resztę stroju. Zmieniłem torbę na plecak i wyciągnąłem z szafy słuchawki. Z samego rana trochę walczyłem ze sobą, bo powietrze było z gatunku rześkich. Najpierw tylko naciągnąłem na siebie cieniutką kołdrę, myśląc - mam w nosie  Przełamałem się jednak i wstałem  energicznie. Obowiązki poranka i już wciskam słuchawki do uszu. Wróciłem jeszcze do domu po dwa owocowe jogurty i śmietankę do kawy.
-No to jestem wyposażony na nowy tydzień – pomyślałem.
Sprawdziłem powtórnie, ale dobrze zamknąłem drzwi wejściowe. Ruszyłem. Asekuracyjnie wyjechałem dziesięć minut wcześniej, licząc się efektami przerwy w  regularnej jeździe. Obawy były jednak niepotrzebne bo dojechałem jak zwykłe w średnim czasie. Po drodze układałem sobie plan dnia, uświadamiając sobie, że dzisiejszy dzień będzie należeć do tych luźniejszych. Przejechałem Wisłę, tradycyjnie zachwyciłem się urodą poranka na samym środku mostu i niespiesznie ruszyłem dalej.  Na pół kilometra przed pracą  czułem już w ustach zapach wonnej i aromatycznej kawy ze śmietanką. Tak.  Lubię przyjechać do pracy nieco wcześniej. Parzę kawę i przeglądam Internet. Sprawdzam pocztę, komentuję wpisy i łagodnie przechodzę w stan aktywny. Niestety  dzisiaj ten wyimaginowany smak kawy w ustach, musiał mi wystarczyć do południa.  Zaraz po przyjeździe okazało się bowiem, że w nocy z soboty na niedzielę, po raz kolejny włamano się do urządzeń firmowych. A więc zgodnie z przećwiczonym schematem: zabezpieczenie miejsca, utrwalenie nagrania z monitoringu i wezwanie policji. Pojawili się też według schematu, w dwóch rzutach. Odciski, ślady, zdjęcia. Oczywiście zeznania i tak do południa. Po wizycie policjantów, mogłem już zlecić  naprawę sprzętu. Jeszcze kilka razy wracałem do tego nagrania. Po to chyba tylko żeby się powtórnie zdenerwować. Prace nad przywrócenie status quo trwały cały dzień. Dzień który wydawał się  luźny i niezobowiązujący. Po raz kolejny uświadomiłem sobie prawdziwość przysłowia - nie chwal dnia przed zachodem słońca.
Powrót do domu  nie przyniósł zadyszki, co wprawiło mnie w doby humor. Dokończyłem  wczorajszy krem z papryki, który powiem nieskromnie - udał się doskonale. Może trochę zbyt ostry, ale w naszym przypadku nie jest to wada. Teściowa zgodnie z przewidywaniami przemknęła przez dom ze ścierką i znikła przed moim przyjściem. Szyby jakby bardziej lśniące, a parapety mniej szorstkie. Było myte.
Wyprasowała też wszystkie wyprane podkoszulki.
Kiedy ona to wszystko  zdążyła zrobić?   Jak będzie wyglądał mój apetyt na życie w jej wieku. Zakładam, że wtedy będę jeszcze po tej właściwej, zielonej stronie trawy.
Na otrzymanym właśnie za pomocą maila zdjęciu, moja żona łapie promienie słoneczne  nad Morzem Śródziemnym. Jej też kończy się urlop. Do powrotu pozostało tylko pięć dni.
Dam radę.   

niedziela, 22 lipca 2012

Spaghetti carbonara


Spaghetti carbonara  pozostało już tylko wspomnieniem. Wkładam ostatnie talerze do zmywarki. Młody urządził sobie bis po osiemnastej. Sobota zaliczona, mogę odkreślić z kalendarza. Bagietki pieczone z rana też są już tylko wspomnieniem. Wniosek nasuwa się jeden, nie chwaląc się  pichcę chyba dość dobrze, bo  jedzenie szybko znika. Za szybko. Opracowałem złoty przepis na chleb. Wielozbożowy chleb smakuje wspaniale, a jak skończyły się bagietki z siemieniem lnianym, mój chleb też jest zagrożony. W procesie produkcyjnym zamiast mąką, gotowe ciasto podsypuję ziarnami lnu i maku.
Fajnie wygląda. Fitness pełną gębą. A może nie warto gotować?
Ojciec opowiadał mi historię pewnego stróża, który przygotowywał napoje chłodzące na okres lata. Był to czas kiedy nikt  nawet nie pomyślał, że wodę mineralną można podawać w plastikowych butelkach. Panował bowiem okres gomułkowskie przaśności. Letnim napojem pracowników fizycznych była czarna kawa zbożowa. Otóż ów stróż nie wywiązywał się ze swojego obowiązku i nie gotował wyżej wspomnianej kawy. Na pytanie ojca, prezesa rady zakładowej - dlaczego nie gotuje kawy?  facet odpowiedział z rozbrajającą szczerością
- A po co mam gotować jak i tak zaraz wypiją.
To wydaje się śmieszne, ale jest logiczne. Tak się zdarza bardzo często i to budzi wątpliwości. Bo gdyby piec podłe pieczywo, starczyło by go na dłużej.
Ambicja nie pozwala mi jednak  wypiekać niejadalne zakalce.
Szczególnie, że wystarczą mi dwa słowa, żeby mieszać ciasto i odmierzać odpowiednią ilość mąki. Trudniej namówić mnie na wódkę niż na pizzę peperoni.
W ramach eksperymentów, na niedzielę zaplanowałem krem z papryki.
Na weselu podano tę zupę i wszystkim smakowała. U nas zazwyczaj bywał serwowany krem z brokułów.
Smakowała zupa i Młodemu, ponieważ propozycję zakupu marchewki na w/w cel przyjął od razu, organizując sobie spacer do marketu z wyrzuceniem śmieci po drodze.
Analizowałem kilka przepisów na ten krem z papryki i wybrałem taki swój własny środek. Przepis który jest średnią  kilku przepisów. Jutro czas pokaże  a smak oceni.
Z opiekanym boczkiem na dokładkę i śmietaną osiemnastką do dekoracji.
Bazylię mam własną na balkonie. Wybrałem ten przepis ponieważ z  produktów na sobotnią carbonarę pozostało mi dziesięć plasterków boczku.
No to plan mam, jak dobry szef kuchni. Super, że nie zaplanowałem nic z winem, bo to kończy się na chwałę pogody na jutro.
Młody zabrał swoją dziewczynę. Odwiezie ją do domu, bo umówił się z Kruszyną na motory. Nic tak dobrze nie robi na psychikę,  jak możliwość lansowania się na krakowskich ulicach, w sobotni wieczór. Kiedyś można się było lansować w czwartki, ale od czasu wzmożonej aktywności policji policji w czwartkowe wieczory, pozostaje  sobota.
Przejrzałem program TV ma sobotni wieczór i pozostałem przy winie i Internecie.
Wcześniej obejrzałem jakiś film z youtube, pewnie piracką kopię. Na razie nie wybieram się do kina, bo nie mam z kim.
Razem z żoną korzystamy z płatnych filmów na VOD albo Kinoplexie. Okazuje się że pięć czy sześć złotych, to kwota którą jestem gotów zapłacić za możliwość  rodzinnego obejrzenia filmu. Tak trzymać. Ktoś zarabia a ja mam poczucie, że nie ciągnę od nikogo za darmochę.
 W tak zwanym międzyczasie zastanawiam się nad wprowadzaniem systemu płatnych treści  na portalach informacyjnych. Ponoć od września, żeby sobie poczytać  trzeba będzie zapłacić. System nazywa się piano,  czyli w kategoriach muzyki cicho. A trzeba by forte, czyli głośno mówić o tym pomyśle. Pewnie od września zrobi się cicho na portalach informacyjnych, gdyż zamożność naszego społeczeństwa wyklucza możliwość zapłaty za przeglądanie  stron  informacyjnych. Jest jeszcze jedna subtelność.
Kiedy kupuję  płatne kanały TV jak np. Cyfra plus,  otrzymuję  filmy nie przerywane  żadnymi reklamami. To jest jak najbardziej uczciwe.
Płatne treści w Internecie nie zamierzają być wolnymi od reklam. Znaczy to, że wydawcy postanowili brać kasę lewą i prawą ręką. A to już  budzi mój szczery sprzeciw.
No cóż to wolny kraj i każdy próbować  noże.
Ja jestem pewien, że nie zamierzam płacić za informację na przykład  o nowych wyskokach posła M, czy P, agencji takiej czy innej.
Za darmo mam tego po uszy.
Szanuję prawo do własności intelektualnej, ale nie można łupić dwoma rękami. Albo płatnie bez reklam, albo bezpłatnie z reklamami do wyrzygania,jak teraz.
Ktoś tu kogoś, jak to określono w filmie ”Zabójcza broń” próbuje  walić  w dupę.  A co jak co, ale ja jestem na to wyczulony.
   

sobota, 21 lipca 2012

Wszystko jest względne


Wiadomości z południa Francji docierają do mnie z pewnym utrudnieniem. Albo inaczej mówiąc - rzadko. Ot coś tam, dwa słowa:  koncert i elegancko, lub kolacja i elegancko. Trzy dni temu dostałem SMS- a, że Eric zmienia samochód. Stary sprzedał a jutro kupuje nowy. Tak pomyślałem przez chwilę, że jeżeli jego pięcioletnie auto jest stare, to jakiego określenia użyć do mojego pojazdu?
Mój trzyma się dziarsko. O to chyba dobre, bo przecież popularne jest określenie - dziarski staruszek. Rozstania są dla związków ożywcze i twórcze, chodzi tylko o to by nie przesadzić. Z jakiegoś powodu mówi się, że najlepszy urlop to dwa tygodnie. Jest chyba w tym stwierdzeniu dużo prawdy, ponieważ trzeci tydzień minął mi na obliczaniu - ile dni pozostało do powrotu.  Na dzisiaj wychodzi siedem. Czyli jeszcze tydzień.
I wbrew temu co piszę, to nudę się solidnie. Bo co innego realizować jakiś plan wobec siebie, a co innego  brać udział w zamieszaniu.  Z  faktu, że upiekłem kolejny chleb,  czy wyszorowałem kabinę prysznicową nie można robić wydarzenia. Od dawna już, z wprawą rozróżniam wszystkie butelki z chemią domową i na pewno nie zapaćkam sobie lustra czymś tłustym.  Ale czy to są wydarzenia? To po prostu proza życia. Za chwilę skończy się seria sześciu zastrzyków jakie zaaplikowała sobie znajoma. Beta która gościnnie zajmowała przez tydzień pokój żony, już wyjechała.
W napisanym naprędce mailu stwierdziłem, że  u mnie nudy. No może poza tym, że codzienne zakładam  nowy (czytaj czysty) podkoszulek. Jeżeli to się liczy to rzeczywiście  u mnie codziennie coś nowego.
W odpowiedzi moja żona napisała :
A tutaj w porządku. Właściwie nic sie nie dzieje. Albo goście tutaj, albo my w gościach.
Wczoraj byłyśmy w Tuluzie na spotkaniu  z Brigitte. Bardzo  cieszyła  się i prosiła żeby Cię ucałować. Swoją drogą Brigitte jest rówieśnicą mojej teściowej, ale to bardzo sympatyczna i pełna serca starsza pani.
Jak do ostatniej informacji dorzucić:  wcześniejsze koncerty, codzienny basen i zapomniany na parkingu  w Tuluzie wózek, to nudy na pudy.
 A z wózkiem było tak:
 Po zwiedzeniu jakiegoś muzeum, chyba historii naturalnej, żona wraz z towarzyszącym jej młodzieńcem i Claire pakowali się do samochodu. Jedno z nich przyjechało na tę wystawę rowerem. Z pewnością nie była to moja żona, bo ona zdecydowanie preferuje cztery koła. Zona siadła z przodu, koło kierowcy, jak zawsze. Z tyłu młodzieniec który pomagał pakować rower. Odjechali z parkingu i po dojechaniu do domu, to jest po pokonaniu około czterdziestu kilometrów, zaczęli się rozładowywać. Po wyjęciu roweru,  oczom Claire ukazał się ziejący pustką bagażnik.  Nie było wózka.
Siedzę, cóż mam robić - wspomina żona – Na rower się nie przesiądę.
Panika i strach. Panika bo wózek jest niezbędny do przemieszczania się. Panika bo taki sprzęt kosztuje grubo ponad dziesięć tysięcy złotych. Swoją drogą, co kosztuje tyle w konstrukcji z rurek aluminiowych  zakończonych dwoma kółkami i gumową dmuchaną poduszką?  Odpowiedź jest prosta, zapłacisz jeżeli nie masz alternatywy.
Przyjaciółka mojej żony z impetem zawróciła na szutrowej alejce, wzbijając w górę kurz i mniejsze kamyki. Dobrze, że teść przebywa chwilowo nad oceanem, bo z pewnością nie byłby z tego zadowolony. Ostatnie trzydzieści lat życia poświęcił na promowanie spokojnej jazdy po tej drodze. A do piratów drogowych rozsiewających kamyki nie ma wyrozumiałości.
Nie bacząc na żandarmerię, kobieta  sunęła ile wlezie swoim samochodem.  Z drogi próbowały dodzwonić się do muzeum, ale bez rezultatu. Może było już po godzinach urzędowania.
Kiedy dojechali do parkingu oczom ich ukazało się jedynie puste miejsce. To miejsce w którym pozostawiły wózek.
Po drodze już zaczęły zastanawiać się, skąd pożyczyć taki wózek?. Odganiały od siebie jednak wszystkie radykalne myśli. Nim całkowicie popadły w czarną rozpacz, zadzwonił Eric. Poinformował je, że dodzwonił się  do  pobliskiej parafii i uczynny ksiądz pobiegł ile sił w nogach, ratując wózek przed przewłaszczeniem. Aż się chce dać na mszę, kiedy widzisz bezpieczny wózek zaparkowany w rogu zakrystii.
Podziękowały i szczęśliwe wróciły do domu. Wózek zaś dodatkowo zyskał na wartości. Bo bardziej cenimy to co chociaż na chwilę wydaje się nam stracone.
Czyli jednym słowem – nie cię nie działo.
Dostałem jeszcze zdjęcie, na którym żona ukrywa się za dorodnym słonecznikiem.
Niechybnie zbiory tournesola,  jak oni nazywają słonecznik będą udane.
A od poniedziałku jak znam życie, po kryjomu do naszego domu podchodzić będzie teściowa. To umyje okno, to przetrze parapet i na pewno podłogę. Ot tak, żeby żona miała czyściutko jak wróci. Zrobi to bez względu na to co ja zrobię w sobotę. Pozwalam jej na to nieszkodliwe wariactwo. Bez tego nie mogła by się spełnić jako matka dorosłej córki, która wyjechała na miesięczne wakacje do Francji.  

piątek, 20 lipca 2012

Doktorat z miłości i cierpliwości


 Widziałem się wczoraj ze starą znajomą. Wpadła tylko na chwilę w celu załatwienia najpilniejszych spraw, spóźniona jak zwykle. Jak zwykle, czyli od czasu kiedy choroba matki rozwinęła się na dobre. Od pewnego czasu jej matka żyje w zamkniętym świecie choroby Alzeheimera.
Nie muszę opisywać objawów, znane są choćby z dowcipów krążących na ten temat. Z opowiadań znajomej wychodzi, że zdarzenia codzienne przebijają żarty. Nie będę opisywał konkretnych przypadków, ponieważ nie chodzi mi o wywołanie taniej sensacji.
Postępujące otępienie powoduje, że człowiek najpierw zapomina o podstawowych funkcjach społecznych, a następnie o życiowych. Na koniec już nie rozpoznaje nawet najbliższych.
To dopiero egzamin z miłości rodzinnej i lekcja pokory wobec życia. Dla wszystkich.
Matka, albo Babka jak się o niej popularnie mówi, potrafi zadziwić i zaskoczyć. Dotychczasowe funkcje przedmiotów tracą swej podstawowe funkcje i nabierają nowych, których nikt z nas nie byłby w stanie sobie wyobrazić.
Dzień mierzy się budzeniem i zasypianiem Babki. Kiedy zasypia, wszyscy są tak zmęczeni, że nie ma czasu ani ochoty by cieszyć się życiem.
- Jeszcze panuję nad sobą, jeszcze to wszystko sobie tłumaczę. Ale jak długo? Dzisiaj miałam ochotę na nią krzyczeć. Wykrzyczeć wszystkie żale wobec życia, do niej choć wiem że mi nie odpowie. Wyhamowałam się i do wieczora byłam zła na siebie, bo cóż babka jest winna?
A z drugiej strony, cóż my jesteśmy winni, że trafiło na nas?
Babka jest zadbana i nakarmiona. Otoczona czułością i miłością rodziny. Kiedy odwiedzałem ich jakiś czas temu, usiadła na kanapie obok nas, cichutka jak zazwyczaj. Śmiała się jednak na opowiadane przeze mnie historie i potwierdzała słuszność wygłaszanych teorii krótkim - tak, tak.
I gdybym był przypadkowym gościem w ich domu, powątpiewałbym w te opowiadania o chorobie.
Ale bywam często i te pozory mnie nie zmylą.
Proponowana opieka nad chorą, liczona jest za godzinę. Przekracza godzinową stawkę znajomej.
Najlepiej bowiem ciągnie się od rodziny chorego, lub zmarłego. W tym biznesie jedni przekazują sobie namiary drugim. W tym akurat mam pierwszorzędne i bezpośrednie doświadczenia.
- Fizycznie babka czuje się doskonale i niechaj zdrowie jej służy - ocena znajoma - Do specjalisty jestem zapisana za trzy miesiące, do innego za pół roku. A do zakładu opiekuńczego potrzebna jest pełna dokumentacja. Wszyscy mają czas, albo pełne ręce roboty.
O zgodzie samej zainteresowanej nie ma co mówić. Więc pewnie dojdzie do tego również ubezwłasnowolnienie własnej matki.
Choroba to bardzo demokratyczna rzecz. Uderza w swoją ofiarę bez względu na status społeczny.
Wobec jej objawów bezbronni są wszyscy. Steve Jobs pomimo głębokiego konta przegrał z nią swoje szachy, przedłużając tylko dzięki kasie swoje życie. Śmierć zaś była szeroko dyskutowana.
Biedni chorują odchodzą w ciszy. Z tą chorobą w ciszy to przesada, bo towarzyszy im gwar szpitalnego korytarza, na którym wyznaczono miejsce dla ich łóżka.
Zamożni chorują w jedynkach w towarzystwie rodziny, albo profesjonalnej opieki psychologicznej.
Dlaczego piszę o tym co ujęto w przysłowie - choroba nie wybiera?
Wczoraj dostałem aktualne zdjęcie, żony jednego na największych polskich rzeźbiarzy.
Wiekowa pani pośród wierzb. Dowiedziałem się, że nie ma już świadomości, bycia żoną twórcy.
Pamiętam ją, gdy dwadzieścia lat temu odwiedziliśmy jej dom. Z wypiekami na twarzy oglądałem pracownię zamienioną w muzeum, gdzie narzędzia pracy leżące obok niedokończonej rzeźby sprawiały wrażenie jakby odłożono je na chwilę, na czas picia pokrzepiającego espresso. Ona cierpliwie pokazywała nam wszystko, tłumacząc co trzeba. Miałem okazję pochylić głowę nad mogiłą twórcy, ulokowaną w dużym zielonym, ogrodzie. Wieńczyła ją ostatnia rzeźba jego autorstwa - Zmartwychwstanie. Ja ująłem ją historią rodzinnego herbu męża.
Dzisiaj z pewnością nie ma już pamięci tego wydarzenia ani świadomości otaczającej jej artystycznej atmosfery.
Aż chce się zakrzyczeć za Okudżawą - A przecież mi żal.
Choroba nie wybiera. Pozostawia tylko rodzinę w poczuciu winy, spowodowanej niemocą.