czwartek, 28 czerwca 2012

Nowy chwilowy tytuł


Czy ja już wspominałem, że za moją żoną nie nadąży?
Kto nie nadąży?
Nikt nie nadąży.
W markecie śledzę jej ścieżki po zapachu palnej gumy z opon jej wózka. Na zakrętach słychać tylko pisk.
Najbardziej obfotografowana na weselu osoba, zaraz po młodej parze, nie zwolniła tempa nawet wtedy gdy można o niej mówić - teściowa.
Ledwie trzy dni cieszyłem się nowym tytułem, przypinając go w myślach z przodu, lub z tyłu swojego nazwiska.
- Może by tak Antoś trochę ustatkować się – pomyślałem - W końcu masz być wzorem.
Ale z tej powagi niewiele wyszło, ponieważ dokładnie od wczoraj, za sprawą żony używam innego tytułu
Słomiany wdowiec.
A przecież wiadomo:
Słomiany wdowiec - ileż wdzięku ma ten stan.
Słomiany wdowiec - o, to wesolutki pan.
gdy żona gdzieś we świecie proszę, w to mi graj na słomie ..
No i tak dalej. Może do tej słomy nie powinienem dochodzić, bo przecież Żona podczytuje ten mój blog i jak każda kobieta może się okazać alergikiem.
A więc mówiąc krótko - po raz drugi w ostatnim tygodniu stało się.
Jeszcze w trakcie podróży do Polski na naszą rodzinną uroczystość, padło hasło
Drogą powrotną zabieramy Cię ze sobą. Pakuj się.
Żonie natychmiast wyrosły skrzydła. Takie jak na hełmie Asterixa. Pomiędzy przymiarką a make -upem, zamówiła bilety lotnicze. Tak się szczęśliwie złożyło, że na ten sam lot.
I poleciała.
Wieczorem dostałem dwa SMS-y z ziemi Galów. Pierwszy z Paryża, a drugi już z samego południa Francji.
Oczywiście, odbyło się to wszystko za moim przyzwoleniem, albo żeby zabrzmiało elegancko - na mocy wspólnej decyzji.
Pamiętam przecież jak w zeszłym roku wróciła z tego pobytu, pełna wiary i nadziei, optymizmu i energii, którą trudno okiełznać do dzisiaj.
Jeżeli łany lawendy powodują, że ładuje te swoje biologiczne akumulatory, to proszę bardzo.
Namiastka w postaci lawendowego krzaczka stoi na balkonie, ale to tylko ersatz.
Kiedy wychodziłem wczoraj z domu, pożegnałem się z nią na dwa sposoby:
Pierwszy w którym już tęsknie i nie wiem jak sobie z tym poradzę.
Drugi gdzie zapewniłem, że dany sobie doskonale radę.
- Wybierz tę formą która Cię bardziej przekonuje, z którą czujesz się lepiej.
Swoja drogą muszę stwierdzić, że na swojej drodze żona moja spotkała wielu porządnych i przyzwoitych ludzi. A poprzez jej szczęście i ja mam z nimi do czynienia.
Naszych szlachetnych Francuzów znamy już ponad dwadzieścia lat, a relacje między nami są lepsze niż w standardzie rodzinnym.
Remontując swój dom, dopasowali go dla niepełnosprawnych.
- Aby Maria czuła się dobrze - stwierdził Eric.
Czy coś trzeba jeszcze dodawać?
SMS-y zachowałem.
Lubie w trakcie tych samotnych, letnich wieczorów, spoglądać na ekran i wywoływać zdarzenia z pamięci.
A póki co organizujemy męską bazę. Na wniosek Młodego zaopatrzyliśmy się w odpowiednią ilość zupek chińskich. Warzywa będę kupował na bieżąco.
Chociaż z drugiej strony, pewnie nie potrafię już żyć bez pieczenia chleba, formowania pizzy, czy gotowaniu ryżu po chińsku.
Najgorzej idzie mi z prasowaniem. Nie dlatego, że nie umiem. Dlatego, że nie lubię. Prasowanie w przeciwieństwie do tańca idzie mi całkiem przyzwoicie. Nie robię podwójnych kantów na spodniach i potrafię wyprasować kołnierzyk. Wiem też, że niektóre ubrania prasuje się z lewej strony.
Ale w piątkowy wieczór z kieliszkiem wina w dłoni, mogę pokusić się o prasowanie firanek, co jest prawdziwą sztuką sztuk.
Tylko po co prasować firanki, gdy nie ma kobiety w domu​​?
Tylko kobieta potrafi docenić wzór splot i przede wszystkim biel.
Dla mnie firanka to powód do nerwic, zwłaszcza gdy zakładki nie są równo rozłożone.
Na reszcie się nie znam.

wtorek, 26 czerwca 2012

No i stało się. Jestem teściem



Powróciłem do codzienności. Codzienność zaskrzeczała awarią zamka przy służbowych drzwiach wejściowych. Wszystkie narzędzia niezbędne do naprawy znajdowały się dokładnie z drugiej strony feralnych drzwi. Dodatkowo, nad wszystkim czuwał uzbrojony alarm i gotowa do działań grupa operacyjna firmy ochroniarskiej. I tak pracownicy mieszali się z klientami, a wszyscy dawali dobre rady - jak objeść złośliwy zamek. Wspólnymi siłami sąsiadów którzy pożyczyli część narzędzi i klienta który w bagażniku wiózł przypadkowo, całkiem nowiutkie wiertła, po około pół godziny udało się wejść do środka. Skwitowałem to krótkim – kolejna spóźniona poranna kawa. Nie było zresztą czasu jej wypić, ponieważ zewsząd wypełzli interesanci i sprawy do załatwienia. Dwa dni urlopu z okazji ślubu syna poszły się paść i przyszło nadrabiać braki w dokumentacji. Wszystko spowodowane zastępstwem z przysłowiowej łapanki. Gdzieś koło południa, kiedy dopijałem resztki zimnego płynu naszło mnie na wspominki.
A więc to już od dwóch dni jestem teściem.
Jeszcze w piątek ganiałem za czymś tam i na szybko sklejałem coś do czegoś. A teraz już po wszystkim.
W sobotę od rana, przez nasz dom, dom rodziców Pana Młodego przewijała się fryzjerka i wizażystka, z pudłem pełnym kolorowych pędzelków i pudełek z tuszami. Na taki widok każdy zdrowo myślący mężczyzna chowa się w jakimś odległym kącie mieszkania.
Uczyniłem taki unik, mając się za zdrowo myślącego. Wypolerowałem jeszcze raz buty i skompletowałem części garderoby. Pasowały do siebie jak trzeba. Żona po tych wszystkich make - upach i w świeżo dopasowanej kreacji też do mnie pasowała.
A może to było odwrotnie i to ja, po raz pierwszy od dłuższego czasu nie w jeansach, pasowałem do niej?
W ostatniej chwili pojawiła się też teściowa. Tworząc bandę trojga udaliśmy się do domu Panny Młodej, na tradycyjne błogosławieństwo. Tam też po raz pierwszy zobaczyliśmy młodych w kreacjach ślubnych. Wyglądali fantastycznie. To jednak dobrze zobaczyć dopiero efekt starań i przymiarek.
Powiedzieliśmy parę patetycznych chociaż pięknych życzeń i wszyscy skierowali się do wyjścia. Przecież w kościele Wielebny już zacierał ręce, z nadzieją nową komórkę społeczną i rodzinę katolicką, bo to przecież ślub konkordatowy.
Kiedy byliśmy przed domem w oczekiwaniu na wyjście Młodych, żona podniosła wzrok do góry i krzyknęła
– Spójrz do góry!
Pod dom podjechała właśnie czarna dyplomatyczna Czajka. Kiedyś woziła sekretarzy komitetu, teraz młodych roześmianych i odważnych ludzi. Do ślubu kościelnego, co jest swego rodzaju chichotem historii.
Słońce wyszło za delikatnej chmury, oświetlając te początki wspólnej drogi, niezbyt gorącym, a raczej dodającym optymizmu światłem. Na niebie zaś,dokładnie nad samym domem krążył bocian. Leciał skądś – dokądś. Zatoczył dwa koła na domem Młodych, po czym powrócił do swoich zajęć.
- Ciekaw jestem jaka agencja je wynajmuje – zażartowałem.
- To chyba dobra wróżba na ten dzień – dodała żona.
Była to pierwsza, ale z pewnością nie ostatnia dobra wróżba tego dnia
- Wyprzedziliśmy sunącą z godnością Czajkę i skierowaliśmy się do kościoła.
Tu oczywiście powitanie rodziny, która się zdecydowała i znajomych których zapraszaliśmy.
Nosząc w butonierce czerwona różę, taką sama jak drugi teść czułem się kimś ważnym. W końcu było to i moje święto. Uwieńczenie decyzji i działań sprzed lat ponad trzydziestu. I tak smakował ten dzień od początku, niczym dojrzała trzydziestoletnia whisky, przechowywana z należytą ostrożnością.
I tylko oczy zrobiły mi się wilgotne, gdy młodzi składali sobie małżeńską przysięgę.
Żona pociągała nosem już od wejścia Młodych do kościoła. A dziewczyna mojego młodszego syna poprosiła o chusteczkę zaraz potem.
Nastrój tworzyły kościelne organy i obój, do tego jakiś anielski głos. Było niezbyt długo i treściwie.
Po wyjściu z kościoła, na Młodych posypały się płatki róż, bo ryżu ksiądz proboszcz zabronił.
Teściowa zorganizowała więc tych płatków tyle, że można by było załatwić cztery śluby i procesję w około krakowskiego rynku. Potem w ruch poszły jednogroszówki, a ktoś kto nie zna tamtejszego proboszcza sypnął ryżem. Życzenia, życzenia, życzenia.
A potem zwaliliśmy się do pewnego podkrakowskiego dworku, gdzie była organizowana część artystyczna.
Po żwirowej alejce, pod budynek podjechała limuzyna z której wysiedli mąż i żona, czyli jedno już ciało w dwóch osobach. Przyjęli chleb i sól oraz wraz z innymi wypili kieliszek szampana. Rzut szkła za siebie i śmiech. Bo chociaż oba kieliszki rozbiły się na szczęście w drobny mak, Młoda Żona trafiła w kamienne płytki, a Młody Mąż trafił wprost w wypolerowany na najwyższy połysk bagażnik Czajki.
Śmiał się nawet kierowca tej limuzyny i na chwilę chociaż powstrzymał się, by nie rzucić się do klapy i analizować ewentualne uszkodzenia.
A potem do stołu, według rozpiski jak na wczasach w Jastarni.
Młodzi dwoili się i troili, aby dobrać przy stole osoby – rodzinnie oraz wiekowo. To też się chyba udało.
A że zadanie było trudne, niech świadczy przekrój gości. Od zdobnej w elegancki kapelusz emerytowanej pani mecenas, do ubranego w czerwone jeansy, białe trampki i oryginalną biało niebieską koszulkę rosyjskiego marynarza, nauczyciela na kilkanaście lat przed emeryturą. Wino białe, węgierskie i czerwone z Południowej Afryki. Oba bardzo mi odpowiadały. W końcu sam brałem udział w wyborze. Nie mogłem jednak pogrążyć się w degustacji z kilku powodów. W końcu jestem ojcem pana młodego, po drugie następnego dnia przyjdzie jeździć samochodem, a po trzecie żona na wózku. Ten ostatni powód jest najbardziej błahy, ponieważ kobieta mojego życia była wyluzowana i szalała na sali bankietowej jak i na parkiecie. Korzystał z tego kamerzysta i pani fotograf, która co rusz pstrykała zdjęcia moją żoną w akcji. Powiem uczciwie, że tego luzu to jaj jej zazdrościłem, ponieważ sam nie wyluzowałem się do tego stopnia, aby samemu pójść w tany.
Trwam w takim zamkniętym kole - nie lubię bo nie umiem. Nie umiem bo nie lubię. Sam namawiam jednak własne dzieci, aby nie dziedziczyły tej skłonności po mnie.
Starszy pokazał, że nie jest na tę taneczną bierność skazany.
Na pierwszy taniec wybrali walc z Ziemi Obiecanej. Oczywiście z choreografią. Wśród burzy braw i łez wzruszenia, sunęli po parkiecie w rytm melodii z mojego ukochanego filmu. Egoistycznie przyjąłem to jako ukłon w moją stronę. A jednak można tańczyć nawet z moim nazwiskiem.
A potem wszyscy już kręcili się, bez względu na gatunek granej muzyki.
Mój francuski przyjaciel, który nie był w Polsce ponad pięć lat, nie mógł nadziwić się, że o takiej późnej porze w wiaderkach z lodem leżały zakręcone butelki pełne wódki.
- Ale w Polsce zmieniło się za te kilka lat.
Po pierwsze większość przyjęła opcję winną. A po drugie, może tego nie zauważamy, może nie chcemy, ale idziemy do przodu.
Okazało się, że w tamtej rodzinie było również kilkoro francuzów. Mogli więc spokojnie stworzyć frankońskie kółko zainteresowań.
Siłą wyrwałem z objęć zabawy moją żonę. Ktoś w końcu powinien panować nad czasem.
- Jest czwarta trzydzieści – idziemy spać.
Poszła niechętnie, bezszelestnie sunąc kołami po dębowej podłodze odrestaurowanego dworku.
Pełen wrażeń spałem raptem dwie godziny i przed siódmą powróciłem do życia.
Prysznic, świeże ubranie i byłem powtórnie otwarty na świat.
Zestresowałem tylko panią drzemiącą na recepcji.
Koniecznie chciała mi zrobić kawę, a ja chciałem tylko pospacerować po alejkach starego parku. Otworzyłem sobie samodzielnie dworek i poszedłem w dal żwirową aleją. Nie wiem czy to chęć życia, czy emocje nie pozwalały mi spać. Ważne, że chłonąłem chłód poranka pełnymi płucami zachwycając się okolicą. Zauważyłem też pewne drobne niedociągnięcia w remoncie. Takie zawodowe skrzywienie.
Śniadanie na tarasie i wyjazd, tylko po to by zmienić ubranie i pojawić się na niedzielnym obiedzie między rodzinnym. Niektórzy nazywają to również poprawinami.
Wszystkie punkty odhaczone. Wszystko udało się bez wtopy. Mogliśmy więc cieszyć serce widokiem szczęśliwych dzieci. Naszych dzieci.
A człowiek to taki dziwny jest jak nieszczęśliwy to płacze i jak szczęśliwy tez płacze.

piątek, 22 czerwca 2012

Ostatni centymetr z metra


Wojsko kultywuje zwyczaj odcinania metra krawieckiego. Po 1 centymetrze przez ostatnie sto dni  służby wojskowej.  A potem kiedy ostatni centymetr ląduje za talerzu wiadomo - do cywila. Gdyby tak przenieść te zwyczaje poza jednostkę , to  mój Starszy obcina właśnie ostatni centymetr ze swojego metra.  W sobotę  pozostawi za sobą  okres trzydziestoletniej  swobody kawalerskiej.  A więc to już jutro.  Pamiętam jak dziś  tamte chwile zmiany pieluch,  pierwsze kroki i pierwsze słowa. Pierwsze uśmiechy i łzy. W końcu pierwszą samodzielnie wykonaną w przedszkolu laurkę. Te  kroki stawały się naturalne i niezbędne dla życia i  słów było dużo, coraz  więcej.  Parę razy zdarzało się,  że   za dużo.  Któż by jednak miał o to pretensje do własnego dziecka.
Kiedy żona  cierpliwie uczyła naszego pierwszego syna czegoś nowego, powtarzała żartobliwie:
- Ja się tak angażuję w wychowanie , a przyjdzie kiedyś taka jedna i mi go zabierze z domu.
Sama myśl, że ten dwulatek będzie kiedyś  czyimś mężem była dla nas tak odległa, że wydawała się nieprawdopodobna i przez to śmieszna. A tu proszę jak z bicza strzelił.
Tylko, że ten bicz oprócz pojawienia się w naszym domu synowej, pobielił nam skronie i lekko naruszył kręgosłupy. Żonie  nawet  bardziej niż lekko.  Za to złagodnieliśmy w swoich poglądach na własne dzieci. Dopasowaliśmy też swoje oczekiwania,  chociaż marzenia uwierają nie dając spać po nocach.
Dzisiaj od samego rana dwanaście telefonów w sprawach technicznych,  a z każdym mój pierworodny wydaje się bardziej zdenerwowany.
- Tak załatwiliśmy - odpowiadamy
- Tak będzie – potwierdzamy
- Nie martwcie się oczywiście. – pocieszamy.
No przecież to naturalne.  Na to konto zafundowałem sobie dzień urlopu, co skrzętnie wykorzystała moja ślubna małżonka, przeciągając mnie przez kilka sklepów odzieżowych. Mam ugruntowany pogląd  na takie wędrówki  i już wiem po co wymyślono robotę.  Aby mieć wytchnienie od chodzenia po sklepach.
Po powrocie  okazało się, że  Żona wystukała na pamięć tekst błogosławieństwa. Tylko raz się zacięła, na samym końcu.  Ja nie stukam, idę na żywioł.
Tak samo jak żywiołowo załatwiłem z rana, wszystkie sprawy związane z duchem.
Jeszcze tylko przeciągnąć półbuty cienką warstwą pasty i wypolerować. Dla mnie ślub może się odbywać choćby z rana.
- Ile mam dać do koperty ? – to brat zadzwonił  dla odmiany z tym  fundamentalnym pytaniem.
- zachowaj rozsądek – odpowiedziałem mu wymijająco.
Zadzwonił powtórnie  za chwilę
- No właśnie.  A  jakimi cyframi  można opisać rozsądek?
Kolejne dwa telefony od dzieci. Napięcie rośnie.
Jak odbywało się wspieranie młodych kiedy nie było telefonii komórkowej – zadaję sobie to pyatnie po raz kolejny przyciskając zieloną słuchawkę na klawiaturze.
Minąłem się z manicurzystką  w przedpokoju. Do drzwi stuka teściowa.
Dzwoni domofon , to nie teściowa bo ona zna PIN, poza tym jest już w domu.
Jakaś miłą z pewnością Pani poprzez głośnik urządzenia pragnie mnie zaprosić na jakieś zgromadzenie miłości w Bogu, organizowane na stadionie. Z pewnością to po Euro , bo na razie na stadionach  mamy zgromadzenie adrenaliny. Ale chyba jakoś podobnie bo tutaj też wszyscy liczą na Jego pomoc.
Grzecznie ale stanowczo kończę rozmowę. Zgromadzenie to ja będę miał jutro i jestem pewien, że i w miłości  i boskiej atmosferze.   
 - Boże niech mnie wyślą po jakieś zakupy, albo co – marzę nietypowo, dziwiąc się nawet tym swoim pragnieniom. No  ale co innego  wymyślę? Samochód umyłem wczoraj.
Czy ja się  wcale nie denerwuję?  Wcale  i w ogóle nie.
Tylko z jakiegoś powodu wstałem wczoraj w nocy i zaparzyłem sobie melisę z pomarańczą.
Pomogło na trzy godziny.
Od kilku dni nie mogę zasnąć, ale zwalam to na gorące noce.
Jan Sztaudynger  napisał taką fraszkę :  Marzenie dziewczęce – trafić w dobre ręce.
Jak na razie wychodzi na to, że Młodzi znajdują się nawzajem w dobrych i troskliwych rękach.
I to czego  sobie życzę z tej okazji, to aby za lat kilka powtórzyć to samo zdanie z takim samym przekonaniem.
- Telefon dzwoni – woła żona z drugiego pokoju. – Odbierz ja mam mokre paznokcie.
Tak to jedyny znany mi przypadek, kiedy kobieta jest zupełnie bezbronna – mokre paznokcie.
Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością mogę powiedzieć kto dzwoni.
Pozostały godziny. Już mniej niż  dwadzieścia cztery.

środa, 20 czerwca 2012

Białe koszule na sznurze schły


Białe koszule na sznurze schły...
Śpiewała Małgośka, tytułowa bohaterka piosenki Maryli Rodowicz.
U nas białe koszule już wyprasowane. Spokojnie czekają na wieszaku. A więc dla faceta wszystko jest pod kontrolą.
Żona ze strachem zauważyła, że schudła od czasu zakupu kreacji ślubnej i jako teściowa, a właściwie świekra ( kto to wymyślił?) wystąpi w zbyt luźnej sukni. Na tak zwane Jezus-Maria rozpoczęły się poszukiwania ekspresowej krawcowej, żeby zrobiła mały szew tu i tam.
Nie rozumiem tej paniki. A może nie rozumiem damskiej logiki. Jeżeli bowiem po zakupie kreacji prowadzi się planowe odchudzanie, to trzeba liczyć się z sukcesem kuracji.
- Też Cię kocham – pozostaje mi powiedzieć na wszelki okrzyki trwogi, że się nie uda.
Uff. Udało się zaprosić sąsiadkę z niższego piętra.
Przyszła razem z najmłodszą pociechą. Syn, jak to w wieku przedszkolnym, nieśmiały i rozbrajający, na zmianę. Dodatkowo posiniaczony i podrapany dokoła, ponieważ dopiero co posiadł trudną sztukę jazdy na rowerze, bez pomocy bocznych kółek.
Kiedy już obejrzałem wszystkie te honorowe blizny Wiktor zapytał
- Masz śliwki?
- Nie mam, ponieważ to jeszcze nie pora na te owoce – odpowiedziałem - Na śliwki zapraszam za dwa miesiące. Mam za to banany. Mogą być?
- Wiktor zgodził się i już za chwilę pokazał z jaką wprawą oddzielił skórkę od właściwego miąszu. Nie dłużej trwała tez konsumpcja.
- Masz może jeszcze banany?
- A czy dwa banany to nie za dużo na taki brzuszek czterolatka – spytałem – z pewnością Cię rozboli.
- Po bananach nigdy mnie nie boli – odpowiedział zdecydowanie.
- A masz jakieś kanapki?
- Z kanapkami to będzie problem, bo nie mam chleba.
- Nie szkodzi będę miał w domu – powiedział lekko rozczarowany.
- Zaraza zaraz, ale mam pyszną szarlotkę. Może być?
Mogła.
Kiedy przygotowywałem ciasto, Wiktor pojawił się niespodziewanie w kuchni.
- O masz jeszcze banany. Oszukałeś mnie
- Ten jest dla Mojego syna, a ten dla Cioci. Każdy tak jak Ty, dostanie więc po jednym – próbowałem zagadać oskarżenie o oszustwo.
Wytłumaczenie zostało jednak przyjęte, a szklanka wody z sokiem ugasiła zarzewie konfliktu.
- Gdzie macie łazienkę ? - spytał.
Po wyjściu zakomunikował, że sam spuścił wodę i zgasił światło.
Nic takiego? Czasami trudno oczekiwać tego od wielu dorosłych.
- Ładna ta łazienka – pochwalił po wyjściu.
Kiedy już zjadł, wypił i wysikał się, zaczął opowiadać historię wyprawy do azylu, po psa.
- Tak tam śmierdziało, że cały czas to miałem zatkany nos. O tak – zademonstrował.
- A potem to puściłem palce i wyleciał mi z nosa gil. I tak go wytarłem ręką - powtórnie zademonstrował. I już do końca trzymałem zatkany nos.
Za drzwiami sypialni, panie wbijały szpilki we właściwe miejsca. Ja podziwiałem rezolutnego chłopaka. Czy ktoś może być bardziej szczery od dziecka?
Czy ktoś opowie sąsiadom, co i skąd mu wypadło? Raczej nie.
A ile trzeba żeby powiedzieć komuś - oszukałeś mnie?
Będziemy się gryźć w sobie i raczej ograniczymy kontakty towarzyskie, niż zdobędziemy się na ten akt odwagi.
To oskarżenie, uderzyło mnie z resztą dotkliwie. Chciałem uniknąć kłopotów gastrycznych dziecka, wybrałem tylko złą drogę.
Wbijanie szpilek skończyło się i Panie opuściły pokój.
- Idziemy do domu – zdecydowała Mama Wiktora
- Teraz to ja będę robił kupę – powiedział
- Ale do domu mamy dwa kroki – próbowała negocjować.
- Nie dam rady – stwierdził definitywnie.
- Podoba mu się w łazience. To dlatego – usprawiedliwiała sytuację Wiktorowa Mama.
Poszło szybko i według schematu. Otrzymałem meldunek, że woda i światło zostały użyte tak jak trzeba.
Kiedy zbierali się do wyjścia, poszedłem do kuchni i przyniosłem stamtąd dwa banany.
- Ten do jednej ręki, a ten do drugiej. Na drogę.
Podziękował i ku mojemu zaskoczeniu powiedział – podzielę się z Konradem.
No proszę !
Już na wyjściu, żona prosiła mamę Wiktora
- Pamiętaj tylko, że ja ten ślub mam w tę sobotę. Na przyszły tydzień suknia nie jest mi już potrzebna.
Żona odzyskała chwilowy spokój, a ja miałem trening z bycia dziadkiem. Kiedyś będzie jak znalazł. Dzisiaj też się czegoś nauczyłem.
Kiedy jednak te moje umiejętności się przydadzą? Nie wiem.
Póki co przed zaśnięciem, zastanawiam się jak moje dziecko da sobie radę w tym swoim nowym życiu i jak to będzie za rok? A jak za dziesięć?. O trzydziestu które są naszym udziałem nie chcę nawet myśleć.
A propos długich związków.
Na łamach Onetu, jakiś facet żali się, że po 23 latach małżeństwa, żona zaproponowała mu białe małżeństwo.
Wśród komentarzy znalazł się jeden
- Prawdopodobnie ty też jej już nie pociągasz, bo nie ma nic gorszego od faceta po 50-tce - młoda
A ja uważam, że się myli. Gorszy jest facet po sześćdziesiątce, który jest niczym przy tym po siedemdziesiątce. Tak więc każdy wiek może być porą do bycia najgorszym.
Co ciekawe pogląd na te sprawy zmienia się z wiekiem, a normy przesuwają się. Pięćdziesiąt jest dla mnie w porządku.

niedziela, 17 czerwca 2012

Ostatnia sobota przed ślubem


Sobota  minęła, a wraz z nią wieczór  kawalerski mojego syna. Mam nadzieję że odbyło się bez ekscesów opisanych w poprzednim poście. Jak się to odbyło? Nie wiem i słusznie. Mam nadzieję, że dobrze.  Wymyślonym tekstem skomplikowałem  sam  sobie relację,  przynajmniej z dwoma osobami. Wystraszyłem  Syna, który jak się okazało  podczytuje na boku kolejne posty i jedną, znajomą  z sieci. Ex- polonistka napisała  mi,  że poczuła się zażenowana. Jeżeli o emocjach pisać, to ja w rewanżu poczułem się zaskoczony. Po pierwsze  opisałem tylko sen, a wiadomo sen  mara -  Bóg wiara.  Po drugie, występująca tam polonistka  jest inteligentną osobą, która zaskoczona pomyłką  imprezowiczów,  jest jednak na bieżąco z wyzwaniami Unii Europejskiej.  Ostatnio czytałem hymn pochwalny na cześć  prowadzonej gdzieś w Polsce - żywej biblioteki.  Ale jak zawsze, szanuję prawo do indywidualnego  odczytania tekstu.
Jakiś zwariowany przypadek ,  a może nawet seria przypadków, spowodowała moją nadspodziewaną  aktywność zawodową. Pracowita sobota  z serią telefonów i dwukrotną wizytą  w firmie , wypełniła mi dzień. Ostatnie telefony,  których już z premedytacją nie odebrałem odzywały   o 21.30.  Trzeba być narąbanym albo napalonym, żeby w służbowych sprawach dzwonić w sobotę o tej godzinie.
Może i inni  mają psy do których  adresowane są  małe  paczuszki.
Nim zdążyłem się zainteresować się piłką  i tym meczem o wszystko, było już po przysłowiowej herbacie.
Mówi się, że nasi zawsze grają trzy mecze
Inauguracyjny, o wszystko i o honor.
Tym razem, ten ostatni mecz był o wszystko.  Trzy mecze, tradycyjnie  odbyły się i po raz pierwszy nie czytam nigdzie naszej narodowej zbitki słów,  że  pomimo wszystko "jesteśmy moralnymi zwycięzcami".
Może zmienia się powoli charakter Polaków, ponieważ dzisiaj od rana nie słychać  było również, tego jakże typowego plucia na siebie. Tego  polskiego  piekła,  w którym według opowiadania nikt nie stoi na straży  przy kotłach. To niepotrzebne,  ponieważ rodacy sami wciągają za nogi tych którzy podeszli wyżej. A może mylę się?  Może  tylko nie minął  jeszcze ten pierwszy szok?
Abyśmy się zarazili  dystansem do siebie, od braci Czechów w którymi przegraliśmy ostatni mecz. Z uśmiechem łatwiej podjąć wielkie wyzwania.
Ja  jestem dalej w szoku,  ale z całkiem innego powodu.
W związku z nadspodziewaną sobotnią aktywnością zjadłem coś na szybko. Wysoka temperatura spowodowała,  że  zdecydowanie nie powinienem tego robić.
Ponieważ jem aby żyć, a nie odwrotnie, nie zauważyłem tego.
Inaczej niż mój organizm. Zauważył i zareagował.  Cieszę się, że jest już ranek.
- Ho, ho, ho  - powiedziałem do siebie  stając  na wadze.
Nie jest to jednak metoda odchudzania godna polecenia.
Niedziela pod znakiem diety i mocnej kawy. Mam nadzieję stanąć na nogi do południa.
Planowałem jakąś  delikatną  trasę rowerową,  w związku z chwilowym zakończeniem pory deszczowej.  Nie pojadę jednak,  ponieważ boję się,  że mocniejszy podmuch wiatru na moście, mógłby przerzucić mnie za bariery.
Trzeba być mądrym, choćby mądrością życiową.  Na to zawsze była moda. Pamiętam taki fragment  z „Ziemi Obiecanej” . To rozmowa  mojej  sympatii Dawida  Halperna z polskim szlachcicem, któremu  zachciało się być fabrykantem  -  Kazimierzem Trawińskim.
– Dla mądrych jest zawsze dobry czas
– A kiedyż będzie dla uczciwych? – zapytał ironicznie Trawiński
– Sza, panie Trawiński, oni mają niebo, po co im dobre czasy
A z tą mądrością każdy może  sobie zrobić co zechce.  
A ja wbrew uczuciom z nocy, bardziej niż  o niebie  zaczynam myśleć  o sprawach codziennych. Idzie na lepsze, przynajmniej ze zdrowiem.

środa, 13 czerwca 2012

Wieczór kawalerski

Włożył lekko zakurzoną płytę do kieszeni odtwarzacza CD. Wcześniej niedbale przetarł ją o koszulkę, aby usunąć nagromadzoną tam patynę czasu. Przeskoczył do zaplanowanego miejsca.
Z głośników zaczął lecieć głos Jacka, bo tak zawsze o Kaczmarskim mówiono w jego domu.

Bierzesz przyjacielu żonę
Twoja sprawa i twój los
Nie weźmiemy cię w obronę
Ale rzuć przez ramię grosz
No właśnie! Wieczór kawalerski. Trzeba zorganizować wieczór kawalerski.
A na nim, jako na najstarszym weselnym drużbie, ciąży ten miły obowiązek.
Kaczmarski lekko chrypiąc, a może tylko chrzęszcząc z powodu kurzu na płycie, tłumaczył powód tego ostatniego kawalerskiego spotkania
By się zeszły nasze drogi
Jak się zeszły raz
Chociaż inne wielbiąc bogi
Będziesz dawał w gaz
Zaraz zaczął się instruktaż, jak ów wieczór ma wyglądać

A my damy banię
A my damy w szyję
Człowiek z pawiem na kolanie
Dowie się, że żyje

- Łatwizna - pomyślał Jakub, wybierając numer telefonu, pewnego miłego lokalu w centrum Krakowa.
- Witam, tu Kuba. Tak, tak, ten sam co w zeszłym tygodniu....tak, tak. No cóż trudno zakład to zakład. Najważniejsze, że wygrałem
Na wspomnienie ostatniego pobytu w lokalu, uśmiech zagościł na jego twarzy. Pozwolił na to, aby tam pozostał i po chwili niezbędnej na wysłuchanie wrażeń dziewczyny kontynuował.
- Kochanie – zwrócił się do prowadzącej konwersację barmanki - Chciałem zarezerwować tą małą, to znaczy tę mała salkę, na wieczór kawalerski.
Nie, nie. Nie będzie żadnych konkursów na kontuarze. Takie kulturalne towarzystwo
- ...
Jak to niemożliwe jest kulturalne towarzystwo na wieczorze kawalerskim?. Jak mówię to mówię. Nie?
-...
- Ile osób? O kuźwa, jeszcze nie wiem. Daj mi chwilę, zaraz potwierdzę liczbę.
Podniósł pokrywę laptopa i zalogował się do Naszej Klasy.
Odszukał profil porzucającego w najbliższym czasie status kawalera, czyli bohatera imprezy i zaczął przeglądać jego znajomych.
Sto jedenaście. To przeciętna ilość i powinno pójść szybko. Dodatkowo porównał listę z tą facebookową. Pokrywała się.
Odhaczył siebie, przerzucając swoje nazwisko na przygotowana listę uczestników.
Potem odrzucił dziewięćdziesiąt sześć dziewczyn, posiadających status znajomych. Z oczywistych powodów.
Co on prowadził tu jakieś kursy szydełkowania, czy zdrowych wypieków? – skomentował z przekąsem tę kobieca dominację.
Pozostaje czternaście. Bułka z masłem.
Aha, bohater imprezy. Na kartce dopisał nazwisko kawalera. Nie bez powodu było to, to samo nazwisko.
Przyjaciela z dzieciństwa, okupującego teraz ławki w Central Parku też wyrzucił z powodu odległości. To samo zrobił z mieszkającymi gdzieś w Norwegii, Madrycie i Paryża. Nad Paryżem trochę się wahał, ale kumpel dopiero w zeszłym miesiącu wizytował stary Kraków.
Dziesięć
W przypadku czterech brak było możliwości ustalenia numeru telefonu. Wysłał więc tylko informacje, nie licząc na szybką odpowiedź. Mylił się jednak. Jedna odpowiedź nadeszła dosłownie po chwili. Okazało się, że Wrocław leży równie daleko jak ławeczka w Central Parku.
No to pozostał nam tylko sam creme de la creme. - wykazał wobec swoich działań wielki optymizm.
- Właściciel tego numeru znajduje się poza zasięgiem..... - przywitał go komunikat automatycznej sekretarki.
- To może ty przyjdziesz? - rzucił lekko już podenerwowany bezskutecznością swoich działań - Kuźwa co się dzieje.
- Jest i numero uno. Spojrzał na personalia Tadeusza. Tadeusz był facetem pełną gębą, z wiekiem i doświadczeniem małżeńskim. Chyba dobrze mu zrobi gdy się wyrwie się na jeden wieczór z objęć żony i kłopotliwych pytań syna.
- Pan Tadeusz? - zapytał, gdy w słuchawce usłyszał zdecydowane męskie – halo.
- A to ty Kuba. Czym mogę ?
- Organizuję wieczór kawalerski dla Grześka. Chętnie bym Pana widział wśród nas, w ten sobotni wieczór. Dwudziesta w klubie „Esencja”. Będzie parę osób
- A striptiz będzie? – zapytał bez ogródek Tadeusz.
- Pracuję nad tym - skłamał Jakub. Na razie kompletuję listę gości.
- Wiesz, nie bardzo mogę – Pan Tadeusz zaczął się wycofywać rakiem zaraz po pytaniu o striptiz - Ojciec stary, żona młoda, dziecko jeszcze bardziej. Kosić muszę trawę i grabić i …
- W sobotę wieczorem tą, tę trawę będzie Pan kosić? - podchwytliwie zapytał Kuba.
- No nie, ale żeby dojechać i wrócić trzeba trzeźwym być. Zresztą ja się jeszcze zastanowię i jutro oddzwonię. Pan Tadeusz zakończył rozmowę.
- Żona, żona się przydaje w takich sytuacjach. Mój ojciec tak mówi – podpowiedział Kuba.
Pan Tadeusz - wykaligrafował na kartce, ale przy nazwisku postawił duży znak zapytania.
Kuzynostwo! Na rodzinę przecież można liczyć
- Nie lubię przebywać w towarzystwie, którego nie znam – stwierdził filozoficznie starszy z kuzynów. Młodszy zaś, nawet nie odebrał telefonu.
Z rodziną to tylko na fotografii, tak chyba to leciało - podsumował coraz bardziej zdenerwowany.
Z upływem czasu i rosnącą frustracją udało się w końcu mieścić na liście Marka, kolegę Grześka. Grzesiek z Markiem pracują biurko w biurko.
Potem dopisał do tej listy Andrzeja i Roberta. Jeden zapalony turysta górski, z którym Grzesiek wspólnie przeżywał niedolę i piękno tatrzańskich szlaków. Robert z kolei dzielił z Grześkiem pasję do gier RPG i muzyki gotyckiej. Stare dzieje.
A więc: On, Grzesiek, Marek, Andrzej i Robert. To pięć.
- Słabo trochę, ale liczy się przede wszystkim jakość – oszukiwał troszkę sam siebie.
- Pięć. Magda słyszysz? Będzie pięć - Powiedział gdy tylko barmanka powtórnie odebrała telefon od niego.
- Co będziemy pić? Nie uwierzysz ale wino. Mam nadzieję, że jest z czego wybrać. Mój brat się bawi. A i będzie mały striptiz. Mam nadzieję, że przymkniecie oko.
No jeszcze tylko ten striptiz i jak znam mojego brata, powinien być kulturalny.
W wyszukiwarce wpisał trzy słowa; striptiz, kultura i Kraków.
Po chwili, w wyniku wyszukiwania pojawiło się hasło zaznaczone jako nowość – Kulturalny striptiz w Krakowie. Tutaj adres strony www i numer telefonu.
- Dzień dobry, czy ja się dobrze dodzwoniłem? Chodzi mi o striptiz, ale wie Pani taki kulturalny.
- Intelektualny?
- Kulturalny, czy intelektualny?. Wszystko mi jedno. Chodzi tylko o to, że gość jest wymagający jeśli idzie o to, żeby było kulturalnie.
- Proszę o podanie adresu i daty tego spotkania.
- Sobota, dwudziesta, Esencja Kraków – powtarzała Pani przyjmująca zgłoszenie - Koszt całkowity to trzysta pięćdziesiąt złotych. Będzie faktura czy wystarczy paragon?
- Najbardziej zależy mi na występie. A faktury nie mam gdzie rozliczyć.
- Proszę więc przesłać nam zaliczkę w wysokości trzydziestu procent, na konto wskazane na naszej stronie Internetowej.
Szybko dokonał przelewu i starał się zapomnieć o towarzyszących temu działaniu kłopotach.
Sobota. Godzina dwudziesta
Cała piątka pojawiła się o wyznaczonej godzinie, przy zarezerwowanym stoliku.
Zebranych powitał On jako organizator. Do honorowego gościa czyli Grześka przemówił słowami cytowanego już wcześniej barda:

Baw się teraz ile wlezie
Pij i rzygaj póki sił
Żebyś potem mógł powiedzieć
Ale sobie człowiek żył

Z tym rzyganiem to mocna przesada, bowiem Grzesiek z dniem swojego małżeństwa wkraczał w elegancki świat establishmentu. Kulturę zachowań pielęgnował więc już od dłuższego czasu.
Przed uczestnikami wieczoru postawiono wysokie, 500 ml kieliszki do czerwonego wina. Każdy z uczestników imprezy proponował jakiś gatunek z listy, który później wspólne degustowali.
Kuba jako człowiek praktyczny i oszczędny przy pomocy kreski wykonanej długopisem na liście win, oddzielił te wina które mogą być degustowane od tych, które należy podziwiać biorąc pod uwagę jedynie elegancką nazwę i ekskluzywną cenę.
Ze względu na wielkość kieliszków, szybko obróciła się kolejka degustacyjna.
Przy drugiej kolejce Artur powiedział tylko - niech Pani leje tego czerwonego.
Którego? - spytała rezolutnie dziewczyna- wszystkie wina były czerwone.
- No to jeszcze raz tak samo – zdecydował.
Kulturalna rozmowa z początku spotkania ustąpiła miejsca rozmowie swobodnej. I tak to coraz bardziej swobodna myśl wzlatywała nad stolikiem, w tej w miarę cichej jak na warunki knajpy enklawie.
W pewnej chwili barmanka dała umówiony znak Kubie.
- Panowie zaczekajcie chwilkę. Idę po gwóźdź wieczoru - powiedział i odszedł od stolika.
- Pewnie będzie striptizik – powiedział, zacierając ręce Robert.
Po chwili do stolika podszedł Kuba. Nietęga mina świadczyła o jego maksymalnym zaskoczeniu.
Za nim stała kobieta w wieku średnim. No może z początku tego średniego okresu. Z pewnością nie miała wyglądu typowej striptizerki. Ubrana też była w sposób odbiegający od night clubowej stylistyki. Żadna tam policjantka czy pielęgniarka. Typowy wygląd zamyślonej nauczycielki od polskiego. Sympatyczna twarz, skryta za okularami typu kujonki.
- Jestem zgodnie z zamówieniem - powiedziała trochę zdezorientowana miejscem spotkania. Dyskretnie rozglądała się na boki.
- Jest Pani zaskoczona miejscem?, bo ja jestem zaskoczony ogólnie. Bardzo zaskoczony.
- Tak jestem zaskoczona. Zwykle jestem zapraszana do domów, ale w końcu jestem profesjonalistką. Mam na imię Monika. Możemy mówić sobie po imieniu.
Spojrzała na zebranych i spytała:
- No kto jest tym szczęśliwcem dzisiejszego wieczora ?
- Ja - powiedział Grzesiek, ale jego mina nie należała do gatunku szczęśliwych.
- W porządku to o czym porozmawiamy
- Porozmawiamy ?
- Tak, podyskutujemy. Najczęściej klienci wybierają Jamesa Joycea
Ulisses to takie ambitne i intelektualne. Rozbierzemy go dzisiaj do goła, na czynniki pierwsze. Urządzimy mu prawdziwy striptiz.
- No więc tak - Monika zaczęła snuć swoje opowiadanie:
Powieść powstała w 1922 roku. Jest niejako nowym odczytaniem starożytnego mitu. Jak sugeruje nam sam tytuł Ulisses dotyczy historii mitycznego bohatera Odyseusza. W mistrzowski sposób James Joyce prastary topos podróży i powrotu do domu przeniósł do współczesnego mu Dublina. Z niezwykłą precyzją przedstawił miejsca XX wiecznego miasta, które na oczach czytelnika przekształcały się czy to w krainę Lotofagów, czy też wyspę czarodziejki Kirke.
- Zaraz, zaraz jakie Lotofagi - spytał Kuba - Miał być striptiz. Kulturalny striptiz, ale striptiz
- Lotofagi – figofagi. – wyrzucił z siebie strzelając palcami Robercik - Mała, pokaż cycki
- Proszę się uspokoić i proszę mnie nie obrażać. Ja mam doktorat z polonistyki.
- To co Pani robi jako striptizerka – spytał Kuba.
- A Pan się dobrze zapoznał z ofertą na stronie internetowej? - spytała, zaczynając rozumieć pomyłkę, pani doktor Monika - To jest nowa inicjatywa klubu miłośników sztuki. Za drobne pieniądze można zaprosić do siebie profesjonalistę z dziedziny sztuk i podyskutować na tematy literatury, poezji. Metodzie reportażu i tworzenia opowiadań. Wspólnie z klientem możemy na przykład układać limeryki. Naszej inicjatywie przyklasnęła, sponsorując ją Unia Europejska. A duży artykuł na nasz temat ukazał się w Parisien Literature.
Monika wyrzucała z siebie potok słów, reklamując nowy pomysł, niestety opacznie zrozumiany.
- To nie będzie cycuszków? – spytał zatroskany sytuacją Robercik, ale nikt nie zwracał już na niego najmniejszej uwagi.
- Sam Pan prosił przecież o striptiz intelektualny.
- No nie. Miał być kulturalny. No wie Pani bez tych propozycji wprost. To ta Pani z telefonu zaproponowała żeby był intelektualny. Dla mnie to wszystko jedno.
- No proszę Pana. Nie zgadzam się. Intelekt a kultura to są zupełnie inne pojęcia, chociaż w pewien sposób ze sobą powiązane. Weźmy na to …..
- Dość, dość. Dziękuję bardzo. Jak to mówią ślepy w karty nie gra. Mam teraz nie kulturalnego i nie intelektualnego, ale moralnego kaca.
Pożegnali panią doktor od języka, a Kuba honorowo dopłacił brakująca kwotę.
- Ale cycki to chyba miała fajne – zaczął po swojemu Robercik. - Tak myślę, bo ten golf przysłaniał mi widok. Ale jak tak fajnie mówiła to i cała musi być fajna.
- To co teraz zrobimy? - spytał jakby z wyrzutem Artur.
- Co teraz zrobimy?
- teraz
- zrobimy
- co?
- Co ? Co? Zbierz myśli - dopingował się Jakub. Zacznij może od otwarcia oczu. Najpierw jedno, potem drugie.
- Zaraz, zaraz. A dlaczego ja mam zamknięte oczy w knajpie?
Kiedy je w końcu otworzył, odkrył z niejakim zdziwieniem, że znajduje się we własnym pokoju. Środa, siódma rano. Tak wynikało ze wskazań budzika.
Środa. To na dzisiaj planował budować listę gości, na wieczór kawalerski swojego brata.
Już wiedział jak to zrobi
- Delikatnie i skromnie. Tylko z tą intelektualna kulturą trzeba bardzo uważać. 
  Posłuchaj - J.Kaczmarski Hymn wieczoru kawalerskiego