środa, 30 maja 2012

O czym mówią statystyki





Mój znajomy lubi statystyki. Uważa, że najważniejsza jest skondensowana informacja liczbowa, a nie jakieś pierdzielenie o emocjach. Dlatego też w trakcie wczorajszej rozmowy, szperał w internecie, wyciągając z sieci liczbę mieszkańców największych polskich miast. Ja jestem zdania, że statystyki mocno upraszczają rzeczywistość. I jak mówi stare biurowe powiedzenie - wszelkiego rodzaju zestawienia i statystyki nie są tworzone w celu informowania kogokolwiek, a jedynie w celu ochrony tyłka sporządzającego je.
- Kraków 730.000 mieszkańców - mówi Michał
- A policz, że samych studentów jest ponad 200.000 – dodaję
Sprawdził - rzeczywiście 215.000. To daje ponad 900.000 – zsumował
- Nie do końca. Część studentów jest jednocześnie mieszkańcami tego miasta.
Tak to na statystykę można patrzeć różnie. Niejednoznacznie i ostrożnością, ale spoglądać trzeba.
I mnie udzieliło się trochę to zainteresowanie twardymi cyframi i na portalu TOK FM zapoznałem się z takim zestawieniem:
W 2010 słowo "mądry" pojawiało się w krajowej prasie 0,4 razy na tysiąc akapitów. To trzy razy rzadziej niż 18 lat wcześniej. "Umysł" drastycznie stracił na popularności w 1999, przez kilka lat walczył jeszcze o swoją pozycję, ale ostatecznie nie odrobił strat i w 2010 zatrzymał się na poziomie 0,35 (w 1993 - 1,3). "Seks" w 2005 miał kryzys, ale od tego czasu poprawia wyniki.”
Autorzy zestawienia zadają dramatyczne pytanie - czyżby koniec wielkiej humanistycznej wizji człowieka?
Czy to prawda? Aby odpowiedzieć na to pytanie wystarczy się rozejrzeć dookoła
Sam seks zmieniał się ewoluował przez ten czas dobierając sobie słowa towarzyszące
W polskiej prasie zrobił karierę dopiero po 1989. Z upływem lat zmieniały się słowa, z którymi się pojawiał. W latach 1992 - 1998 "seks" był tylko "bezpieczny" i "uprawiany", po 1999 zrobiło się frywolniej - prasa pisała często o "seksie oralnym", "ochocie na seks", "symbolach seksu", "seksie przygodnym" i "pozamałżeńskim"
Wnioski wysuwane z zestawienia są takie, że w języku odbijają się zmiany kulturowe i cywilizacyjne.
Media dopasowały się do oczekiwań społecznych. Akcentuje się ciało, pozbawiając je myśl.
Z drugiej jednak strony, często zdarza się, że jeżeli takie piękne ciało przemówi to tylko siąść i płakać. Aby nie narażać czytelników na stres dokonuje się cięć i korekt.
Dowodem może być zdjęcie, jakie udało mi się dzisiaj zobaczyć w portalu Dziennik.pl
Zdjęcie przedstawia, jak wynika z podpisu Grażynę Szapołowską w towarzystwie prawdopodobnie córki. Umiejętność czytania dalej jest więc bardzo pomocna.
Redakcja wyeksponowała zgodnie z tendencją te elementy ciała, które najczęściej kojarzone są z seksem, pomijając te gdzie rodzi się myśl czyli tak zwana mądrość.
Szanowni Redaktorzy, na te fragmenty Pani Szapołowskiej napatrzyłem się w swoim wieku, kiedy to trzy razy byłem w kinie na filmie - Wielki Szu. Potem dorosłem i doceniłem też grę aktorską Jana Nowickiego.
A poza tym przypominam - najbardziej znany polski seksuolog uważa, że udany seks zaczyna się w głowie. A tę głowę Grażynie Szapołowskiej na widocznym zdjęciu brutalnie odcięto.

poniedziałek, 28 maja 2012

Una fantastica grappa


 
Przypominam południowca?. Tu stawiam znak zapytania.
Kiedyś ponoć przypominałem mieszkańca Europy południowej. Z moim zaprzyjaźnionym Francuzem spod Tuluzy, uchodziliśmy w opinii otoczenia za braci. A jemu nic ująć ze stereotypu nie można było. Ze względu na wagę miał w sobie tego południowca tak ze sto dwadzieścia procent. Teraz i On się postarzał i ja trochę zdziadziałem.
Musi być jednak coś na rzeczy, ponieważ w czasie spaceru po Wenecji, wiele osób zaczepiało mnie pytaniem o drogę na Plac Świętego Piotra.
Lubię śródziemnomorskie sałatki, spaghetti, cameloni i oczywiście pizzę. Swoją pizzę rozciągam podrzucając w powietrzu. I robię to bardzo zgrabnie ku rozpaczy małżonki, która nie tylko oczami wyobraźni widzi tę mąkę, rozsypującą się wokół. Rzeczywiście po fakcie szafki są trochę szorstkie, ale pizza jak we Włoszech.
Mam też wielki sentyment do kraju i ludzi, poprzez wspomnienie pewnej przedstawicielki tego narodu. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych spotkaliśmy się na plaży w Trieście.
Nie znałem języka włoskiego, Ona nie znała słowa po polsku. Nie możliwe? Możliwe. W końcu Polak został papieżem dopiero w następnym, 1978 roku. Nie przeszkadzało nam to we wspólnym obserwowaniu zachodu słońca, nad wodami Adriatyku. A potem zastał nas zmrok i pewnie zastał by i świt, gdyby nie nawoływania rodzin z pobliskiego campingu.
Rozjechaliśmy się, każde w swoją stronę. Bez wymiany adresów. Ja nie mogłem uwierzyć w to, co spotkało mnie poprzedniego wieczora. Do dzisiaj zresztą mam te wątpliwości. Czasem zastanawiam się nawet, czy sam sobie tego nie wymyśliłem.
Tyle w tym temacie, ponieważ i tak czynię sobie na przekór, wspominając publicznie o tym nadmorskim spotkaniu.
A potem zakochałem się w Verdim. A gdy Pavarotti śpiewa Nessun Dorma z Turandota Pucciniego, czuję się Włochem.
Po Ojcu Chrzestnym. Którego dodatkowo przeczytałem, dowiedziałem się co znaczy Tarantella.
I na sam koniec historycznie. Przecież to mój idol i bohater - Generał Wieniawa Długoszowski, został ambasadorem Drugiej Rzeczypospolitej w Rzymie. Wielokrotnie wspominał o włoskiej sympatii wobec Polaków
A espresso? Gdzie w tym wykazie jest moje codzienne espresso? W czołówce.
Wydawać by się mogło, że moja wiedza jest taka schematyczna, ograniczająca się do Sycylii, Wenecji. Przeczytałem również „Pod słońcem Toskanii”, ale to tylko spostrzeżenia i obserwacje amerykanki - Frances Mayes.
I byłbym pewien, że ten stosunek do Włoch pozostanie na niezmiennym poziomie, gdyby nie pewien mail:

Witaj Antoni :) dzisiaj wreszcie - a jestem w Krakowie od niemal miesiąca - zebrałam się w sobie. Co prawda grappa to nie wino ..ale może przyjmiesz? :)
Mojemu włoskiemu mężowi, który wpadł na ten szalony pomysł i zobowiązał mnie do wykonania, byłoby niezmiernie miło.
Pozdrawiam serdecznie
Zaraz za pozdrowieniami widniał podpis i numer telefonu.

Cóż tu dużo mówić, mail zaspokoił znakomicie moją próżność i do końca dnia można było załatwić ze mną dosłownie wszystko. Całkiem nieświadomie skorzystały z tego dzieci.
Czuć się dobrze to raz, ale podjąć decyzję to dwa. Z ukrytą tożsamością czułem się niczym agent MI-6. Z drugiej strony, moja rodzina odkryła móje miejsce w sieci i podgląda na bieżąco. Ostatnio pytam żonę:
- Czytałaś taką informację?
- Nie ale znam Twój komentarz na blogu.
No proszę w domowym rankingu wyprzedziłem PAP jako źródło informacji.
Podzieliłem się wątpliwościami co do tego spotkania z moją ślubną
- Co to jest grappa? – spytała
Grappa - To włoski destylat przefermentowanych wytłoków i pestek winogron
Przeźroczysta ciecz o charakterystycznym smaku oraz intensywnym zapachu. Napój ten zawiera od 40 do 50% alkoholu. Na początku produkowano go, by nie marnować pozostałości pod koniec sezonu winnego, jednak ten silny alkohol bardzo szybko zyskał na popularności na całym świecie.
- Bez związku z grappą, ale koniecznie musisz iść- powiedziała. Sama wyprasuję Ci koszulę.
Ta ostatnia deklaracja odrobinę zapachniała mi zazdrością, ale z oferty skorzystałem
Wybrałem numer telefonu z maila.
- Czy to Pani Magda?
- Tak. A czy to może Pan Antoni?
- No to już się usłyszeliśmy i myślę, że możemy się spotkać. Ostrzegam tylko, że od tej chwili zaczną się Twoje kolejne rozczarowania. Ponieważ jak piszę na blogu – nic nie jest takie na jakie wygląda.
Nie mam przesadnych wyobrażeń, więc z pewnością nie będę zawiedziona – odpowiedziała Magda i w zasadzie pozostało nam tylko ustalić czas i miejsce.
- Mój mąż w sobotę wybiera się na randkę - powiedziała moja małżonka do wspólnej znajomej.
- Dlaczego tak mówisz, skoro ja ani razu nie użyłem tego określenia?
- A jak mam mówić?
- Ja skłaniam się bardziej do określenia wieczór autorski. W końcu Magda jest umówiona z Antonim Relskim.
No proszę nawet najbardziej kochane kobiety, potrafią wszędzie dostrzec zagrożenie. Z drugiej jednak strony stać je by pokazać jakie są wspaniałomyślne.
W sobotę, punktualnie o określonej godzinie spotkaliśmy się w Galerii Kazimierz. Ponieważ ustaliliśmy, że jesteśmy nietuzinkowi, udało nam się rozpoznać bez problemu w tłumie klientów.
Ze względu na miłość do dymu, Magda wybrała parasole na zewnątrz galerii. Przystałem na to i mogłem pić kawę, spoglądając na stary żydowski cmentarz znajdujący się z drugiej strony ulicy. Nie było to jednak konieczne, ponieważ Magda okazała się bardzo miłą osoba i szybko udało nam się znaleźć wspólny język. Wspólne miasta, wspólne ulice, nawet lody u tego samego producenta.
Kraków, ciekawe miasto. Sympatyczny kloszard z filmu „Anioł w Krakowie” na stwierdzenie tytułowego bohatera – tego człowieka skądś znam. - odpowiedział
- Też mi wydarzenie, w tym mieście wszyscy się znają.
Jakimś przypadkiem pojawił się również mój syn, ze swoją dziewczyną i kolegą. Niczym urząd finansowy dokonał zaboru poprzez wysępienie, nadwyżki budżetowej z mojego portfela i zniknął.
Gdybym nie znał swojej żony, pomyślałbym, że to nie jest do końca przypadek.
Kiedy zdawałem relację z tego spotkania, żona gorąco odżegnała się od takich pomysłów.
- Ależ ja to mówię jako żart.
Pozostaje tylko angielskie – O kids!
Kiedy doszło do wręczenia tytułowej grappy, spytałem skąd taka sympatia włoskiego męża Magdy do Antoniego Relskiego.
- Bo ja mu czytam fragmenty, próbując odpowiednio oddać nastrój tekstu.
Ostatnio Mauro sam sobie tłumaczył, za pomocą translatora. Zaśmiewał się do łez.
- Temu to się nawet nie dziwię – stwierdziłem – nawet informacja o śmierci i terminie pogrzebu tłumaczona on line, na takim translatorem wydaje się być zabawna.
Grappę przyjąłem niczym literacki wawrzyn. Postawiłem na półce i może dorobię mosiężną tabliczkę.
I najważniejsze - Dziękuję ci Mauro!
Czas ucieka nieubłaganie, o czym świadczyły telefony od najbliższych. Pożegnaliśmy się serdecznie, a na odchodnym otrzymałem wizytówkę.
- Może się kiedyś przyda.
- Nigdy nie odrzucam takiej możliwości.
A potem każde udało się w soją stronę. Ja na parking, Magda do księgarni po przewodnik. Od jutra będzie szukać swoich korzeni, gdzieś tam na wschodzie. A może jej rodzina mieszkała blisko Ciotuni? W końcu Lwów jak Kraków.

piątek, 25 maja 2012

Wszyscy chcą jeździć. Niektórzy nawet koleją


Usłyszałem tę informację przelotnie, w jakimś radiowym serwisie informacyjnym. Z początku nie chciałem uwierzyć w to co słyszałem, ale po wpisaniu w wyszukiwarkę kilku elementów wydarzenia takich jak: zwłoki, pociąg i wersalka, pojawiło się pisemne potwierdzenie informacji
„Dwóch mężczyzn wpadło na peronie kolejowym w Słupsku. Nieśli wersalkę. Kiedy próbowali załadować ją do pociągu relacji Słupsk - Gdańsk, ze skrzyni wypadły zwłoki około 50-letniego mężczyzny. Jedną z osób, która niosła wersalkę, od razu zatrzymano, drugiemu mężczyźnie udało się zbiec. Został jednak ujęty po 20 minutach. Zatrzymani to mieszkańcy Słupska. Jeden ma 23 lata, drugi 40 lat.”
Pierwsza myśl jaka się nasuwa to ta, że spełniali ostatnią wolę zmarłego.
Może nie chcieli aby zmarnował się wykupiony już bilet?
Absurdalne prawda? A jednak prawdziwe. Pomysłowość ludzka nie kończy się tam, gdzie kończy się nasza. Ona sięga zdecydowanie dalej. Żywi bohaterowie tej historii, nie są oryginalni. Zmarłemu zaś jest chyba wszystko jedno.
Kiedy sięgnę pamięcią w góralskie opowieści producentów regionalnych pantofli, przypomina mi się historia pewnej słowackiej rodziny. Przyjechała ona na tradycyjny jarmark do Nowego Targu.
Zjeżdżają ich tu z resztą całe chmary, ze względu na bliskość granicy i brak utrudnień. W czasie kiedy wydarzyła się ta historia nie korzystano jeszcze z dobrodziejstwa Schengen. Na granicy stali ubrani w odpowiednie mundury zawodowi ciekawscy, pytając skąd? , gdzie? po co? i z czym?
Słowacka rodzina zamierzała zakupić wersalkę, których pełny wybór znajdował się nowotarskim placu. Wybrali się całą wielopokoleniową rodziną, z dziećmi i wiekowa babcią, której nie wypadało zostawić samej w domu.
Kiedy kupili odpowiedni mebel, zainstalowali go na bagażniku, który przezornie przykręcili do dachu swojego samochodu. Samochód też był z resztą nie stary, co świadczyło o finansowym statusie rodziny. Czy to pogoda, czy emocje związane z zakupem spowodowały, że szanowna babcia zeszła była. Zeszła na parkingu podczas załadunku wersalki. Krótka narada rodzina, analiza ewentualnych kłopotów z przewozem zwłok przez granice i ... babcia wylądowała w wersalce. Wersalka zaś jak wspomniałem na dachu samochodu. Kiedy opadły emocje, a opadły szybko, babcia była bowiem wiekowa i w zasadzie każdy przeżyty dzień był dla niej jakimś bonusem od Pana Boga, zatrzymano się na obiad.
Bo to zakup jak trzeba, testament na korzyść w szafie i wyjaśniła się sprawa pokoju, który babcia zajmowała. Pozostawiono auto na parkingu i cała pozostała przy życiu rodzina udała się na na tradycyjnego schabowego. Zasiedzieli się trochę, zamierzali bowiem przejechać granicę przy szczycie powrotów. Do szczęścia trzeba było liczyć na przyspieszoną odprawę celną.
Kiedy w końcu wyszli z knajpy, oczom ich ukazał się starszy widok. W zasadzie to nawet brak tego widoku. Bo nie było i auta i wersalki. Nawet babci nie było. Złodziej połakomił się na auto, traktując wersalkę jako bonus. O prawdziwym zrządzeniu losu miał się przekonać dopiero w garażu – dziupli.
- Zgłaszać czy nie zgłaszać porwanie babci? - Trwała teraz burza słowackich mózgów.
Babcia odnalazła się już następnego dnia, w całkiem niezłym stanie i zgodnie z oczekiwaniami policjantów, w dalszym ciągu nie żyła. Znalazła się też wersalka do przewiezienia której trzeba było wynajmując specjalny samochód. Nikt niestety nie chciał spać na wspomnianej kanapie. Za każdym razem kiedy zaskrzypiało wyschnięte drewno konstrukcji, wydawało się, że to babcia puka ze skrzyni na pościel.

czwartek, 24 maja 2012

Ciotunia


Ciotunia ma osiemdziesiąt dwa lata i kresową elegancję. Dobre wychowanie i coś takiego co podnosi każdą rozmowę na wyższy poziom.
Czas obszedł się łaskawie z jej pamięcią. W końcu do dzisiaj aktywnie pracuje zawodowo.
Może dlatego też, kiedy wyciągnęła z szuflady pożółkłe fotografie, doskonale potrafiła określić gdzie, kto, z kim i kiedy. Z malutkich fotografii wykonywanych z pewnością metodą stykową, z szerokich negatywów, widać radosne, a przynajmniej rozmarzone twarze. Niemodne kreacje, niemodne fryzury i to miejsce urodzenia, tak trudne do wypełniania w kwestionariuszach osobowych PRL-u. Bo jak było pisać w rubryce- miejsce urodzenia – ZSRR, podczas gdy wzrastało się w umiłowaniu polski i języka polskiego. Tragiczna historia i parę pamiątek uratowanych przez nocą w której trzeba było uchodzić z jedną walizką i porzucić te wszystkie sprzęty i rzeczy świadczące o historii własnej i własnego kraju.
Nie należy się więc dziwić, że propozycja wypożyczenia tych kilku fotografii dla zeskanowania, na wstępie została przyjęta chłodno. Decyzja dojrzewała latami, aż w końcu została podjęta.
Razem z żoną podjechaliśmy wczoraj na jedno z krakowskich osiedli. Tu od lat w scenerii regałów pełnych książek mieliśmy zaszczyt zaprosić Ciotunię na ślub naszego najstarszego syna.
Wytaszczyliśmy się na wysokie piętro, korzystając z dobrodziejstwa windy. Nie byliśmy tutaj od lat, chociaż kontakt telefoniczny podtrzymywaliśmy przez te lata.
Ot po prostu Ciotuni nie odpowiada grecki model rodziny (wspominam często film - Moje wielkie greckie wesele). W przedpokoju od lat za dekorację robi lalka rodem z Groteski. Pamiętam ją, ponieważ już przy pierwszej wizycie ujęła mnie swoją urodą. Na wstępie więc zostałem pochwalony za dobra pamięć
Powitanie, zaproszenie, wspominanie. Tak można by określić w punktach przebieg tej wizyty.
Ciotunia pierwszy raz widziała żonę na wózku i na tym oczywiście skoncentrowała się rozmowa. I mnie dostał się komplement. Ponoć nie zestarzałem się zbytnio.
- Czas się dla Ciebie zatrzymał - powiedziała Ciotunia. Ale ja doskonale wiem co to jest wychowanie wyniesione z dobrego domu.
Odwzajemniłem komplement, mówiąc o srebrzystej farbie na głowie gospodyni. Tylko porównanie fryzury do Marii Dąbrowskiej, wywołało głośny sprzeciw naszej gospodyni.
Ponoć gwiazdy kina niemego nosiły takie fryzury.
+ Niech będzie – poprawiłem się.
Nie myślałem, że Maria Dąbrowska nawet wśród ludzi zawodowo związanych ze słowem wywołuje kontrowersje.
Mogłem jednak przypuszczać, po ostatnim przeczytaniu kilku książek o dwudziestoleciu międzywojennym.
Piętnaście sztuk zdjęć, według mojej oceny niższej rangi, zostało nam powierzonych.
Pytanie o babcine zdjęcia z dzieciństwa, o którym ja doskonale pamiętałem zostało pominięte milczeniem. A z nieżyjącą od lat babcią miałem doskonałe relacje, pomimo że była to babcia żony. Ona to paliła papierosy w lufce i opowiadała swoje historie. A ja lubię historię. Lubiłem i babcię. Kiedy w szpitalu amputowano jej nogę, na pierwszej wizycie rozśmieszyłem ją do łez, ku zgorszeniu reszty pacjentów. Bo któż to rży w szpitalu?, przeszkadzając śmiechem w przeżywaniu własnego bólu.
Myślę że jeżeli zdamy egzamin i powierzone piętnaście fotografii wróci do właścicielki, „cudownie” odnajdą się kolejne. W najbliższy weekend zrobię kopie.
Potem wydrukuję, bo nie godzi się zdjęcia z trzydziestego ósmego roku, trzymać w wersji elektronicznej. Potem każde z dzieci dostanie komplet. Niechaj są świadomi swojej rodziny. Niechaj wiedzą nie tylko dokąd zmierzają, ale co równie ważne - skąd.
Rodzina to w końcu powód do dumy. Bez względu na to w jakim wojennym exodusie uczestniczyła, albo właśnie ze względu na ten fakt.
Kiedy wieczorem oglądaliśmy powtórnie te stare zdjęcia, odnajdywaliśmy elementy urody odziedziczone przez chłopaków. Dobrze, że teraz będą mieć coś materialnego, oprócz symbolicznej mogiły pradziadka na Krakowskim cmentarzu.

wtorek, 22 maja 2012

Dobre i złe przyzwyczajenia


Pojawienie się tego zdjęcia sugeruje, że rozpoczął się dla mnie sezon rowerowy. Może i późno, ale wcześniej były niezwykle chłodne poranki. W sobotę zasiadłem za srebrną kierownicą mojego, w dalszym ciągu żółto-niebieskiego roweru i wyjechałem w podróż testową. Chciałem zorientować się jak długo będzie trwała jazda do pracy, bez nadmiernego napinania muskułów. Okazało się, że relaksacyjna jazda nie trwa zdecydowanie dłużej. Dodatkowo okazało się, że nogi wdzięczne są za dziesięciokilogramową obniżkę wagi i powstrzymały się od drżenia, gdy zsiadłem z siodełka. Zdecydowałem że mogę. Stwierdziłem to z niejakim zadowoleniem.
Tak trochę szpanuję przed samym sobą, ale co tu ukrywać mam z tego kupę radości. Szczeniacką radość soboty zaburzyły mi wydarzenia z drugiej połowy dnia. Organizm przypomniał mi, że nie jestem już szczeniakiem i mam swoje pięćdziesiąt plus. Dodatkowo biorę różne tabletki. Na niektórych znajdują się ostrzeżenia. Nie chcę jednak już do tego wracać.
Dzisiaj rano ubrany w sportowy strój stanąłem przed lustrem. O mój boże. Spodenki dopasowane kiedyś do figury wiszą niczym wyśmiewane kiedyś dynamówki, z których wystają krzywe i nieopalone nogi. Jedynie koszulka wykonana z termoaktywnego materiału dopasowała się łaskawie do figury. Fascynujące jest to, że jazda do domu samochodem trwa tyle samo co rowerem. A to jest aż trudne do zrozumienia. Stanąłem na środku mostu i zrobiłem fotkę. Jako dowód. Gdzieś tam zatrąbiła na mój widok przyszła synowa, machając radośnie dłonią. Odmachałem. Straszy również kręcił w tym czasie pedałami tylko w innym kierunku.
Gdyby tak podciągnąć wózek żony jako rower, boć to przecież pojazd na kołach poruszany siłą mięśni to i ona należy do grona hołdujących temu zdrowemu trybowi życia. Młodszy Jako jedyny zdradził ekologię i wczoraj wieczorem przemierzał ulice, popierdując dźwięcznie sportowym tłumikiem. U żony wyrobił się nawet pewien odruch. Kiedy słychać za oknem dźwięk przejeżdżającego szybko motocykla, odwraca się do mnie i pyta:
- A Kuba to przypadkiem nie poszedł na motor?
Korzystając z odnalezienia okularów do czytania, zapoznałem się z wywiadem jakiego Piotr Kraśko udzielił Marcinowi Mroczko z redakcji Onetu. Nie jest to najnowsze wywiad, ale wpadł mi w ręce, albo w oczy. Jak kto woli.
Tematem rozmowy była jego najnowsza książki zatytułowana Rwanda. Tak jak dla amerykanów Polska to matecznik białego niedźwiedzia tak dla mnie Rwanda to jeden wielki konflikt, naznaczony śmiercią wielu niewinnych ludzi.
Kraśko powiedział, w jaki sposób Amerykanie i nie tylko zresztą oni, przyjmują informację o śmierci ludzi w krajach tak zwanego trzeciego świata:
W jednej z amerykańskich redakcji ułożono taki algorytm według, którego układano kolejność newsów. Chciano ustalić ile górników musiałoby zginąć w katastrofie chińskiej kopalni, żeby zainteresowało to kogoś w Nowym Jorku. Tam ciekawsza dla ludzi będzie wiadomość o tym, że strażak zdjął kota, który wlazł na drzewo w Central Parku, niż to, że tego właśnie dnia setka dzieci umarła z głodu w Sudanie. Pod tym względem jednak Europejczycy nie są o wiele bardziej wrażliwi. Coraz mniej interesuje nas świat.”
Przerażająca jest ta łatwość przyjmowania do wiadomości cudzych nieszczęść.
Bo co to nas obchodzi? Wszak to tak daleko od nas.
Że nie jesteśmy tacy ?
Że cechuje nas typowo polska wrażliwość na cudze nieszczęścia?
Tak? Spójrzmy sobie głęboko w oczy.
Ilu z Nas elektryzuje wiadomość w wieczornych informacjach:
Dwudziestu górników zginęło w kopalni...
Wzrok nasz natychmiast ląduje na ekranie monitora lub TV
- w RPA – brzmi głos redaktora.
- Dzięki Bogu nie u nas – myślimy i wracamy do swoich zajęć.
Tamtejsza śmierć ma przecież taki sam ciężar gatunkowy - umiera człowiek.
Do nieszczęść i tragedii można się przyzwyczaić i o tym autor również wspomina
A nam pozostaje tylko data i statystyka do zestawień.
Wisława Szymborska napisała wiersz – Obóz głodowy pod Jasłem, „przerabiany” na lekcjach polskiego. Być może dlatego go pamiętam. A może utkwił we mnie z innych powodów?
Historia zaokrągla szkielety do zera.
Tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc.
Ten jeden, jakby go wcale nie było
A za lat kilka, pomyłka w liczbie ofiar kontynentalnego konfliktu o 50 tysięcy, skutkować będzie ewentualnym obniżeniem oceny o jeden stopień.
Tyle wart jest strach i śmiertelne cierpienie jednego człowieka.

poniedziałek, 21 maja 2012

Zamazany poniedziałek


Dzisiaj, tak w połowie drogi do pracy, zdałem sobie z tego sprawę. Nie było już politycznie wracać do domu, a oprócz polityki ważna jest jeszcze ekonomia. Cena benzyny się nie poddaje.
Tak więc dzisiejszy dzień w mojej pracy spędzam bez okularów do czytania. Codzienna prasówka odbyła się jednak zgodnie z planem, ponieważ Firefox posiada zgrabny mechanizm zwiększania obrazu. Programy do pisania i arkusze kalkulacyjne również. Problem zaczyna się w chwili konieczności skorzystania z programu firmowego. Małe literki nie dają się powiększyć, dodatkowo wydruki z drukarki igłowej są nieczytelne. Niemożliwym staje się odróżnić zero od ósemki.
Dzięki bogu nie pracuję w aptece Tam każdy ułamek grama ma znaczenie. Inaczej ktoś zamiast lekkiego przeczyszczenia mógłby zasrać się na śmierć, lub osiągnąć nieustający wzwód. Co prawda niektórzy z radością przyjęliby tę drugą dokuczliwość, ale uwierzcie, że to nie jest takie fajne. Jak z takim widocznym dowodem działania leku, tłumaczyć szefowi – mężczyźnie, o przyczynach niewykonania planu za poprzedni miesiąc?
Mój kolega powtarzał, że może być ślepy i głuchy byleby mu tylko zmysł dotyku został.
Dzisiaj życie udowadnia mi, że to bardzo trudne, przejść roboczą dniówkę na macanego.
Wiem, wiem, że są takie fajne okulary - wszystko w jednym. Wygodne i w ogóle super. Schodziłem dwie pary takich szkieł. Ale teraz wybrałem wariant ekonomiczny. A jak mówią Amerykanie – nigdy nie oczekuj od towaru więcej niż za niego zapłaciłeś. Z tym, że z moimi ostatnimi „ekonomicznymi” szkłami ledwo zamknąłem się w tysiącu.
Czuję się niczym przysłowiowy krecik. Ślepawy i zagubiony. Dobrze, że zegar wiszący na ścianie posiada duże cyfry. Dzięki temu z pewnością nie przegapię końca pracy. Jeszcze tylko siedem godzin.

piątek, 18 maja 2012

A nam wciąż mało



Atrakcja goni atrakcję, nowość goni nowość. Telewizory 3D i ponoć 5D. U mnie po staremu odbiornik 4D czyli - dupa. Ignoruję informację, że coś absolutnie muszę mieć.
Fajnie, ale jak przy tym nie zwariować?
Uruchomienie kiedyś zwykłego, GS-owskiego sklepu w Wólce Mniejszej powodowało odpowiedni reportaż w Trybunie Ludu. Dowiadywaliśmy się, że ten sklep w którym można kupić chleb, gumiaki, oprysk na stonkę i gumkę do majtek, stanowi zwycięstwo ludu pracującego miast i wsi nad zachodnim imperializmem. A potem pomimo odtrąbionej przegranej, ten zachód rozlał się po całym naszym kraju. Wszystko wydawało się tanie, a najtańsze było wino. GS-owskie sklepiki nie mogły utrzymać się ze sprzedaży taniego wina i masowo padały jak muchy, na tle świetlanej przyszłości sieciowych marketów. Kiedy dzisiaj jadę przez Łącko w kierunku Nowego Sącza, widzę jak położone zaraz za centrum sklepy wielkopowierzchniowe, rywalizują ze sobą, ku rozpaczy drobnych sklepikarzy. Rozpacz sklepikarzy miesza się ze znudzeniem klientów, a więc otwiera się kolejne galerie. Teraz już jako super i hipermarkety. Bo trzeba klienta dopieścić.
Metoda dopieszczania i uświadamiania, że ma prawo oczekiwać więcej, przeniosła się na inne dziedziny życia.
Kolorowe gazety nie piszą już o prawie do orgazmu. Taki zwykły orgazm to taniocha.
Dzisiaj rzuciła mi się w oczy notatka zatytułowana - Daj jej podwójny orgazm.
A to dla faceta wyzwanie. Mówię tu o standardowym mężczyźnie, z pewnym już stażem w związku. Takim co to coś tam zarobi, coś tam naprawi i pewnie coś tam chciałby zaszaleć. Wykorzystywany tylko od czasu do czasu organizm, ma trudności z wejściem na K-2. Trzeba by najpierw regularnie pochodzić po Tatrach, a nawet Gorcach. Wiadomo bowiem, że kto nie trenuje ten na olimpiadę nie jedzie.
Ponieważ w obecnym świecie, nie na czasu na systematyczne treningi, stosuje się pewne substytuty. Ot tak, obżerać się bezkarnie pizzą, a od czasu do czasu wykonać sobie liposukcję. Trzymać faceta w pobliżu ale na dystans, by na skinienie ręki zamówić odlot do nieba.
Nauka, której przedstawicielami są w końcu w dużej części mężczyźni, przyszła z pomocą przedstawicielom swojej płci.
Podaną pomocna dłonią jest reklamowany na stronie - masażer osobisty. Ze względu na fakt używania go przez dwie osoby naraz, powinien nazywać się raczej masażerem towarzyskim. Nie wiem dlaczego ale oglądając zdjęcie, przypomniało mi się przysłowie, że każdy kij ma dwa końce. Tutaj te końce działają naraz, wspólnie i w porozumieniu.Poza tym to bardziej bumerang niż kij.
Dane techniczne jeżą włos na głowie, chociaż jak mówi Leszek Mazan, mądrej głowy włos się nie trzyma. Prawo do seksu przysługuje jednak wszystkim, bez względu na wyniki IQ.
Produkowany w kilku modelach wibrator posiada na przykład - dwa motorki wibracyjne. Nowocześniejszy model dodatkowo został wyposażony w pilota umożliwiającego zdalne sterowanie wibracjami podczas stosunku.
Produkt ma aż dziewięć trybów wibracji (Niska Prędkość – Wysoka Prędkość – Drganie – Fala – Pulsowanie – Rampa – Droczenie – Wznoszenie – Cza-Cza), dzięki czemu partnerzy mogą dopasować jego działanie do swoich upodobań. Pod warunkiem oczywiście, że lubią to samo.
Wyobraźnia działa, ale pomimo posiadania bogatej, nie potrafię wyobrazić sobie rytmu – Rampa. Ciekawy tez musi być tryb - Droczenie. Być może chodzi o ten fragment gry wstępnej, kiedy kobieta opiera się twierdząc, że nie chce i że boli ją głowa.
Niepokoi mnie też tryb – Wznoszenie. Ja na przykład mam lęk wysokości, a żona nie.
Po analizie doszedłem do wniosku, że w tym nowoczesnym urządzeniu brakuje trybu dziesiątego – Zakończ za mnie.
Mam tez obawy co do zdalnego sterowania. Jeżeli pomimo kiepskiego programu w TV, trwają domowe walki o pilota, jak będzie w łóżku?
Urządzenie ma niewielkie rozmiary - około 8 cm długości i 2,5 cm szerokości. Co rzeczywiście lokuje go wymiarami w kategorii patologii, ale nie wyzwoli to mężczyzny od poczucia czyjejś jeszcze obecność i jakby jakiejś konkurencji.
- Wydaje mi się kochanie, że nie jesteśmy sami w tym pokoju.
- Nie gadaj tyle, tylko podkręć obroty.
Marzy Wam się taki trójkącik? Tylko Wam się marzy.
I tak będzie jak było, czyli seks na pieska.
Jak wygląda taka pozycja?
Wygląda to tak, że facet na czworakach błaga o seks, a partnerka leży na plecach udając martwą.
Różnicę może stanowić ów gadżet, którego facet właśnie zaaportował.


środa, 16 maja 2012

Groch z kapustą czyli przegląd mediów

Elegancko zacząć od cytatu
Irlandzki pisarz Oscar Wilde powiedział, że młodym ludziom zdaje się, iż pieniądze są najważniejszą rzeczą w życiu, a gdy się starzeją, ich przeczucie przechodzi w pewność. Wiek który położył mi łapę na karku, czyli pięćdziesiąt cztery, upoważnia mnie już do owej pewności. Humanistyczna natura zmusza mnie jednak do cyklicznego wątpienia w prawdziwość tego stwierdzenia. Liczą się przecież jeszcze marzenia, złudzenia i te niemodne obecnie uczucia. Kiedyś była jeszcze męska przyjaźń, ale ponoć już jej nie ma. Pozostała rywalizacja.  Ponoć nigdy nie było również  przyjaźni między mężczyzną a kobietą, bo to niemożliwe. To co mieniło się przyjaźnią, to tylko zakamuflowana gra wstępna. Czyżby więc Wilde miał po raz kolejny rację?

Czy to dobrze?

- Bo pan dobrze wie, że płotkę zjada duży kiełbik, kiełbika zjada okoń, a okonia zjada szczupak, a szczupaka? Szczupaka zjada człowiek! A człowieka zjadają drudzy ludzie, jedzą go bankructwa, jedzą choroby, jedzą zmartwienia, aż go w końcu zjada śmierć. To wszystko jest w porządku i jest bardzo ładnie na świecie, bo z tego robi się ruch. To cytat z mojego  drugiego ulubionego nieudacznika Dawida Halperna, z Ziemi Obiecanej. Być może ktoś pamięta starego Żyda zakochanego w Łodzi? Grał go Włodzimierz Boruński, prywatnie kuzyn Juliana Tuwima. Byli ponoć bardzo do siebie podobni. Aż dziwię się że nikt nie wpadł na pomysł by nakręcić z Boruńskim film o Tuwimie. Przywołuję go dlatego, że od czasu gdy po raz pierwszy przeczytałem ten fragment  o tym łańcuchu pokarmowym, zastanawiam się czy Halpern miał rację, a jeżeli tak - czy to dobrze?.
Fragment ten przyszedł mi powtórnie  na myśl, gdy w zeszłym tygodniu oglądałem film „Londyński Bulwar” z Colinem Farrellem.
Tytułowy Londyński bulwar to miejsce, gdzie marzenia się nie spełniają. Jedni cierpią tutaj z braku miłości, inni nie mogą osiągnąć sukcesów w jakiejkolwiek dziedzinie.
Mitchell, w tej roli Farrell, to drobny kryminalista, który właśnie opuścił więzienie po odsiedzeniu wyroku za zabójstwo. Mężczyzna pragnie rozpocząć uczciwe życie, w związku z czym zatrudnia się jako złota rączka w posiadłości rozchwianej emocjonalnie gwiazdy. Mitchell zna się nie tylko na majsterkowaniu, toteż w zakres jego obowiązków wchodzi również radzenie sobie z natrętnymi paparazzi, którzy prześladują chlebodawczynię. Wszystko układa pomyślnie do czasu, aż daje o sobie znać przestępcza przeszłość bohatera. Świat przedstawiony w filmie jawi się niezwykle ponuro. Tutaj słabszy jest zjadany przez mocniejszego, a ten z kolei zjadany jest..Ten wielopiętrowy szwedzki stół od razu skojarzył mi się z cytatem, na który powołuję się na wstępie. I po obejrzeniu tego filmu wiem już, że to nie jest ładnie i to nie jest dobrze. Kiedy zwykły ludzki odruch, musi być natychmiast przykładnie ukarany.  Nie, nie podoba mi się taki ruch w interesie, ale do obejrzenia filmu zachęcam. Choćby w te kilka jeszcze chłodnych dni.  

Co to są stereotypy?

Damskie wieczory, podczas  których kobiety robią sobie na zmianę masaże, porównują biusty i drapią po plecach, to właśnie stereotyp.
O czym rozmawiają faceci  w trakcie spotkań w swoim gronie? Przy piwie, albo bez piwa, kiedy nie słyszy ich żadne kobiece ucho? O seksie! - Ciśnie się na damskie usta najprostsza z możliwych  odpowiedzi.
 Pozory mylą, a statystyczne badania  obyczajów mężczyzn, publikowane w damskiej prasie, kłamią.  Rozmowy ewoluują oczywiście z wiekiem, jak i uczestnicy dyskusji.  Po pięćdziesiątce wyglądają mniej więcej tak:
- Ja  dokładnie mieszam, podlewam chłodną przegotowaną wodą i odstawiam do rana – stwierdził Miłosz.
 -  A ja  robię to zgodnie z  przepisem. Do swojej maszyny do chleba dostałem płytę, a na niej około  pięćset przepisów. Robię po kolei jak  jest napisane.  Najbardziej  smakuje mi ciasto z bananów – pochwalił się Roman
 -  A ja w zeszłym tygodniu zrobiłem imprezę. Na zakąskę  parówki zapiekane w cieście. Nim  skończyliśmy pierwszą flaszkę, parówki się skończyły – pochwaliłem się  próbując dopasować do rozmówców.
 - Ja tam nie lubię parówek – stwierdził Roman.
 - Ale one w tym cieście zupełnie nie przypominają  parówek.  Jak ty je dokładnie robisz Antoni? – spytał Miłosz.
 - Oprócz parówki biorę:  kawałek żółtego sera i kawałek papryki. Parówki kroję na pół, dzięki temu bułeczki są małe i idealne na przekąskę do drinka. Smaruję jajkiem posypuję czarnuszką i do pieca. No mówię wam poezja. Czarnuszka daje ten charakterystyczny smak. Pamiętacie te szwedzkie pierogi, które sprzedawali na Długiej lata temu? Rozmarzyliśmy się we wspomnieniach  i przyprawach. A w służbowej lodówce tylko mleczko do kawy. Fakt, lubię sobie pogotować. Oczywiście  pod warunkiem, że wejście do kuchni jest potrzebą serca. Nic z obowiązku.  W czasach kiedy młode kobiety mają problem nawet ze zrobieniem herbaty, ta męska umiejętność może zdecydować o życiu. Przynajmniej  o zdrowiu, lub choćby dobrym samopoczuciu.
 A może z tym brakiem daru do gotowania u współczesnych młodych kobiet to tylko taki stereotyp?  

Koniec męskiego świata

Świat się kończy. Oczywiście w takiej formie do jakiej jestem przyzwyczajony. Nie piszę, że kończy się najlepszy ze światów, ale ten w którym wzrastałem. Kończy się męski świat. Nie chcę tutaj pisać o kobietach na traktorach, czy marszałkiniach, lub ministerkach. Setki dziennikarzy otrzymało za to, tak zwane wierszówki.
Otwarcie zawodów to w końcu element postępu. To również naturalne wyrównanie szans płci na choroby zawodowe.
 Chodzi o najbardziej męskie z męskich, formy zachowań.
 Pierwsze to pilot do telewizora. Kiedy w jednej z amerykańskich komedii, syn zadaje ojcu pytanie - kto rządzi w domu? Bohater grany przez Woodego Allena odpowiada: 
- Zasadniczo mamusia podejmuje decyzje we wszystkich kwestiach dotyczących naszej rodziny, ale to tatuś trzyma pilota od telewizora. Przez prasę przewala się fala artykułów pod jednym tytułem - domowa wojna o pilota. Proponowane są wzorce ugody, posiadania na zmianę, a nawet związanej z tym problemem terapii.  Teraz w związku ze zmianą formy korzystania z TV, częściej przez laptopa, problem pilota umiera powoli śmiercią naturalną.
 Czyżby pozostały nam tylko samochody. Czyli po drugie.
Kiedy jechałem dzisiaj do pracy, z wyciszonego radia dopadła mnie wiadomość. Według jakichś tam badań, to kobiety coraz częściej decydują o marce samochodu, którą jeździ ich mężczyzna.
 Dotychczas kobieta decydowała zwykle o kolorze nadwozia i odcieniu tapicerki. Teraz apetyty poszły na całość. Aż dziwne ponieważ odcinają sobie w ten sposób naturalne prawo do narzekania
 - Bo kupiłeś taki samochód, bo ty chciałeś ten model. Bo uparłeś się na ten silnik.  Bardzo dawno temu, kiedy jechałem po odbiór nowego samochodu, ojciec zapytał matkę:
 - Jaki kolor?
 Przypomnę, że wczasach PRL to pytanie było z gatunku abstrakcyjnych. Z magazynu wydawano jak leci.
- Nie podoba się ? To nie brać. I do domu.
- Wszystko jedno jaki – stwierdziła skromnie staruszka.
 Kiedy oglądała nowo nabyty samochód, spytała z niesmakiem
 - Taki kolor ?                                                                               
 - Mówiłaś, że wszystko jedno jaki – bronił się stary.
 - Wszystko jedno jaki, ale nie taki.
 Może chodzi tutaj o to, aby facet w swoim samochodzie był mniej atrakcyjny dla innych kobiet?  Stąd to wkroczenie na ten dotychczas typowo męski rejon. To forma jakiejś samoobrony. 
A może nie. Może to fragment przemyślanej kampanii, po której już bardzo blisko do tego, o czym ze wstrętem mówił bohater Seksmisji
 - Ale żeby tak jajo o jajo !
Po tej wiadomości o samochodach, która wryła mi się głęboko w umysł, nic nie będzie takie jak dotychczas.
 A jak jeszcze przyjdzie sikać na siedząco?!
 Przecież facet skonstruowany jest trochę inaczej. Wypić, pośpiewać, nawet narozrabiać w knajpie. Dać sobie po pysku, tak dla draki.
 To męska domena. Dodatkowo upatrzyć sobie posiadaczkę jakichś fajnych piersi, czy pośladków. Czasem nie muszą być nawet fajne, byle by były. Osobiście znam takich, dla których po kilku drinkach, to nie jest to warunek konieczny. Bo w końcu nie ważny wiek, nie ważna płeć. Liczy się uczucie. Byle następnego dnia opowiedzieć o wieczornej zdobyczy. Bo wiadomo, facet myśliwym jest.  Czasami naprawdę nie ma się czym chwalić, ale od czego nasza męska ułańska fantazja.
Dodatkowo alkohol przesuwa tę granicę od której przestajemy mówić o zalotach, a zaczynamy mówić o molestowaniu. Czasem nawet o gwałcie.
 Użyłem tutaj określenia zaloty, co może być niezrozumiałe w pewnej niestety coraz szerszej grupie wiekowej. Chodzi mi mianowicie o tak zwane bzykanie za obopólną zgodą. I tu również okazało się po raz kolejny, że padł kolejny bastion męskości.
 Jak przeczytałem w necie :
 „39-letnia mieszkanka Australii została oskarżona o włamanie do domu i zgwałcenie mieszkającego tam mężczyzny” - Tak donosi portal dailymail.co.uk.
 Według prokuratora, obydwa incydenty miały miejsce na przedmieściach Adelaide we wrześniu 2011 roku. Kobieta miała włamać się do domu mężczyzny ze z góry podjętym zamiarem dokonania zgwałcenia. Ostatecznie, postawiony akt oskarżenia zarzuca jej uprawianie z poszkodowanym seksu oralnego bez jego zgody.” Koniec wiadomości
I już moja przybrudzona, męska wyobraźnia zaczyna pracować.
Bo w zasadzie o co chodzi? O co chodzi?
Po pierwsze - W którym kierunku poszedł ten seks oralny jeżeli gwałcącym,  o przepraszam, gwałcącą jest kobieta?
Po drugie - Dlaczego ze zgłoszeniem faktu ofiara czekała tak długo?
I po trzecie -  Zupełnie nie wiem dlaczego, przypomina mi się rysunek Andrzeja Mleczki. Na tle płonącej wioski odbywa się rozmowa dwóch Wikingów, ojca i syna.
 Ojciec mówi:
- Tyle razy mówiłem Ci gówniarzu – najpierw gwałcić i rabować, a dopiero później palić.

poniedziałek, 14 maja 2012

Nocne rozmowy z udziałem wina


Piątek wlókł się niemiłosiernie. Upał doskwierał, uświadamiając mi, że jestem w pracy. Jakoś tak na sam koniec, podjechał do mnie Młodszy. Na swym szalejącym ścigaczu, w miłym towarzystwie. Znana mi już od pewnego czasu blondynka, zdjęła czarny kask i uśmiechnęła się do mnie szeroko. Odpowiedziałem miłym uśmiechem i powitałem ich.
Jeszcze raz dla porządku obejrzałem nowe opony motocykla.
- Teraz do kompletu brakuje Ci już tylko koszulki z napisem” Jeżeli potrafisz przeczytać ten napis to znaczy, że zwiało mi dziewczynę” - zagadałem.
- To prawda. Siodełko dla pasażera jest raczej symboliczne – stwierdziła Dziewczyna Młodszego - ale mam do Niego zaufanie.
Pogładziła go po policzku, na który to gest, niezręczny dla prawdziwego faceta, odsunął się w bok.
- Moja kiedyś dziewczyna, a obecnie żona, też miała do mnie zaufanie, ale wyrażała go w inny sposób - zauważyłem
- Próbujesz się czepiać? – wyrzucił z siebie zaczepnie Młodszy.
- Tylko zauważam, że czasy się zmieniają – nie dałem się sprowokować
Dzieci, dziećmi. Wychowanie wychowaniem, ale czujność w dyskusji z Młodszym jest bezcenna.
Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że czujność jest podstawą trwałości rodzinnych relacji.
Jak dobry ojciec, udzieliłem pomocy nie bacząc na związane z tym koszty. Wypikało szesnastą. Złapałem, aktówkę w dłoń i uruchamiając alarm, ewakuowałem się z budynku.
Jakże powoli zasuwała się ta automatyczna brama. W pośpiechu, zapomniałem o piciu i jabłuszku, zostawiając wszystko w służbowej lodówce. Udało się jednak wyrwać przed falą wyjeżdżających z sąsiednich firm. Nie złapał mnie tez żaden z pobliskich kolejowych przejazdów.
Droga pełna zakrętów przez Wieliczkę, Dobczyce i Wiśniową. W Dobczycach skorzystałem z dyskontu „dla uboższych” - jak go nazwał kiedyś pewien polityk.
Nabyłem sery, warzywa i pewne portugalskie wino, za rozsądne pieniądze. Wziąłem trzy butelki.
Reszta drogi przebiegła mi pogodnie i szybko. Odsłuchiwałem w czasie jazdy jakieś dwa słuchowiska polskiego Radia, z serii Sceny Teatralnej Trójki. To wspaniały pomysł, że można je znaleźć w internecie. Na wsi powitał mnie kolega, który przywiózł mi kasetę do kosiarki, wraz z zapasem żyłki. Niedostępna w Krakowie, przyjechała z nim aż z Nowego Sącza. Są jeszcze uczynni ludzie na tym świecie. A wobec ludzkiej dobroci nie można przejść obojętnie. Zaraz też zaproponowałem mu pozostanie do jutra, na mojej gościnnej wsi. Długo wahał się się konsultując z rodzina decyzję. Kiedy się w końcu zdecydował, żona powiedziała
- Z góry wiedziałam, że zostaniesz.
Wybór padł na wino. Trochę chyba pod wpływem mojej sugestii.
- Wiesz co skoczymy do sklepu, bo jestem chyba słabo przygotowany do tego spotkania.
Prawdą jest że od pięciu lat nie było okazji degustować wspólnie.
W pobliskim markecie dokupiliśmy jeszcze dwie butelki, biorąc za klucz wyboru kolor. Bo w czym tu wybierać, gdy nie ma wyboru.
Zjedliśmy spóźniony obiad i dopiero po nim, żona przyznała się do tygodniowych niepowodzeń.
Po pierwsze pralka. Jakimś cudem ruszyła z otwartym bębnem, blokując cały mechanizm. Pralka jest ładowana od góry.
Po drugie kibel. Padł ofiarą operacji przesiadania się z wózka. Puściły mocowania i całość wyglądała jak łazienka w akademiku po juwenaliach.
- Dzięki Bogu nic sobie nie zrobiłaś – uspokoiłem ją.
Teściowa która upiekła ciasto drożdżowe z dżemem i kruszonką, wsypała żonę, że ta bardzo się martwiła, że będę się awanturować.
- O co ? - spytałem zdziwiony - Mogę być tylko wdzięczny opatrzności, że nic Ci się nie stało. Zastrzegam jednak, że za naprawę biorę się dopiero jutro.
Podparłem muszlę listewkami poziomując ją i zaraz też wróciłem do drożdżowego placka i portugalskiego wina.
Wino było koncertowe. Testowałem je przecież w poprzednim tygodniu.
Kolega chwalił na zmianę ciasto i wino.
Żona zajadała się serem z dyskontu.
- Dla takich chwil, warto ponosić te wszystkie koszty – zadumał się Znajomy.
Po pewnych rozmowach wyjaśniających, między córką a matką, teściowa opuściła imprezę po godzinie, wymigując się dobrą książką.
Emocje związane z nieposłuszeństwem sprzętów spowodowały, że i żona poczuła się zmęczona dniem.
O dziesiątej zostaliśmy sami. I wtedy zaczęły się prawdziwe Polaków rozmowy. No muszę od czasu do czasu komuś się wygadać, a i znajomy posiada podobny charakter. Chociaż na co dzień to on jest zamknięty w sobie. Gadaliśmy, piliśmy wino i słuchaliśmy kolejnych uderzeń zegara. Włączyłem delikatne oświetlenie tarasu, takie które nie razi w oczy, a pozwala trafić dłonią do kieliszka z winem. In vino veritas – mówili starożytni, a my jak małpy powtarzamy za nimi tę prawdę, w martwym już języku. Ale przecież i wino było dla nas łaskawe, wyzwalając emocje, ale pozwalając cały czas kontrolować jasność i kulturę wypowiedzi. W oddali szemrał strumień, naśladując padający deszcz, co nawet ze dwa razy sprawdzaliśmy.
- Muszę naprawić ten bijący zegar. Leży zepsuty w moim domu. Zakochałem się w tym wybijaniu godzin. To fantastyczne, tak leniwie kontrolować czas z poziomu tarasu.
To było stwierdzenie kończące miły wieczór. Zegar wybił właśnie wpół do drugiej. Załadowałem i uruchomiłem zmywarkę. Chińska maszyna ruszyła z impetem, napełniając cały dom szumem lejącej wody i głośnym pstrykaniem programatora. Zawsze sprzątam po sobie.
Znajomy udał się na piętro, ja po krótkiej wizycie w łazience do sypialni.
- Ile tego wina wypiliście wczoraj ? - spytała z rana żona.
- Jak to ile ? Wszystko - Stwierdziłem zdziwiony samym pytaniem.
Śniadanie, kawa, reszta tego drożdżowego placka z wczoraj i do roboty. Okazało się, że muszę dokupić śruby do mocowania, gumowy kielich uszczelniający wpływ wody i silikon.
Udałem się do sąsiadów i wykorzystałem ich córkę.
Nie oburzajcie się proszę. Ja z definicji nie jeżdżę samochodem po nocnych imprezach, dlatego też poprosiłem o podwózkę Dorotkę.
Dorotka podrzuciła mnie do najbliższego sklepu, gdzie okazało się, że są tylko śruby. Gumki nie ma.
W następnym składzie budowlanym tez nie było.
- Trudno będę improwizował, wracamy – powiedziałem do córki sąsiadów. Ale ona (dobre dziecko), podwiozła mnie z własnej inicjatywy do Łącka. Tam nabyłem gumowy lejek za całe dwa pięćdziesiąt. Okazuje się, że w przypadku awarii sprzętu i konieczności nabycia części, mieszkanie w mieście ma swoje zalety.
Wziąłem się ostro za naprawę, ale nic nie przebiega gładko. Pękniętym okazało się kolanko odpływowe, a ja nie miałem już śmiałości gonić Dorotki. Rozpocząłem pieszy kurs po sąsiadach i jeden podarował mi takie stare, zostawione na wszelki wypadek.
- Może się sprzydać – mówi mój gospodarz.
I jego słowa okazały się prorocze. Ucieszyłem się.
Na chwilę. Kolanko miało tyle lat, że przystosowane zostało do węższych uszczelek. Przy pomocy nożyc do blachy, zwęziłem posiadaną uszczelkę. Nie drgnęła mi ręką i wszystko udało się jak trzeba. Po nałożeniu silikonu zrobiłem próbę szczelności. Bez zarzutu. Chwilę później odblokowałem pralkę i uruchomiłem ją.
- Ja zrobiłem próbę szczelności, Ty zrób próbę obciążenia – zażartowałem
Dawno nie widziałem tyle wdzięczności w oczach mojej żony, jak w to sobotnie popołudnie.
- Jesteś bohaterem w swoim domu – powiedziała do mnie.
Tak tez nazywała mnie w kilku wykonanych później rozmowach telefonicznych.
Była trzynasta, kiedy znajomy zdecydował się odjechać. Ja chciałem go przytrzymać jeszcze do popołudnia. On stwierdził że musi naprawić auto żony, bo tez chce trochę tego bohaterstwa spić z jej ust.
Dałem dobry przykład. Zadzwonię w poniedziałek i dowiem się jak było z chwaleniem.
Moja żona potrafi zrobić mi reklamę przed gośćmi. W takiej sytuacji potrafię wybaczyć jej wszystko. Przy czym aby była ścisłość - nie nadużywa u mnie skłonności do wybaczania.
Kiedy wypiłem południową kawę, zabrałem się za naprawę kosiarki. Uniwersalną głowicę trzeba było dopasować do typu podkaszarki.
Poszło.
Wziąłem się do koszenia, ale zrobiłem tylko płaski kawałek na ogrodzie. Zaraz też zaczął wiać mocny, zimny wiatr i temperatura spadła. Spadł też deszcz, niwecząc pozostałe plany związane z koszeniem. Może i dobrze, bo nie mam już trzydziestu lat. Kosiarka gotowa, zatankowana, przyda się następnym razem. Może dzieci, tknięte porywem dobroci zaproponują
- Daj klucze, skoczymy na wieś i wykosimy.
Marzy mi się. Ale ja nie przekreślam nikogo.
Cyfrowy Polsat wyłączył mi w sobotę dostęp do platformy cyfrowej, ponieważ wypowiedziałem umowę. To zbędne koszty, gdy jestem tam tak rzadko.
Pokonałem kłopoty organizacyjne i na dekoderze z nieaktywną kartą mogę oglądać tak zwane programy FTA, czyli bezpłatne. Najbardziej cieszę się że nie zamilkło słuchane tą drogą radio. Tutaj fale radiowe przynoszą tylko „katolicki głos do mego domu”.
Na dekoderze jest też TVP Kultura. A więc niech tak będzie - na wsi z Kulturą.
Niedzielne sześć stopni ciepła, zdopingowało nas do wyjazdu. W południe zawitaliśmy do Krakowa. Żona zajęła się rozpakowywaniem bagaży i wstępnym porządkowaniem po dwóch tygodniach męskich rządów. Ja nastawiłem ciasto na pizzę.
Kiedy wyciągałem ją z pieca, jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki pojawił się Młodszy. Chwilę później zapukała do drzwi jego dziewczyna. Znów było miło i rodzinnie.
Pod warunkiem zachowania czujności, oczywiście. A może ta moja pizza odrobinę łagodzi obyczaje?

piątek, 11 maja 2012

O szkodliwym działaniu pieniędzy


Jest taki rysunek Andrzeja Mleczki:
W tle biurowego korytarza sprzątaczka myje podłogę. Na kolanach. Dużą ryżową szczotka szoruje powierzchnie płaskie. Obok przechodzą dwaj pracownicy. Zapewne z kadry, bo ubrani w eleganckie garnitury. Jeden mówi do drugiego:
- Wiesz, za każdym razem jak ją mijam, mam ochotę kopnąć ją w dupę.
Podziwiam wyczucie sytuacji Andrzeja Mleczki, czemu wyraz dałem już w kilka postach.
Tak dokładnie wygląda nasz stosunek do ludzi zawodowo ułatwiających nam życie.
Nie mówię o lekarzach, księżach i adwokatach, bo tym wchodzimy do dupy, bez wazeliny.
Bardzo często jestem świadkiem takiej oto scenki w markecie. Klient zrzuca towar z półki i odchodzi spokojnie. Często celnym kopniakiem umieszcza go w okolicy regału.
Na zwróconą uwagę usłyszałem odpowiedź, że są tu ludzie od tego.
Wielokrotnie schylałem się po rzecz, która niechcący upuściłem i zaręczam nie strzelił mi kręgosłup, ani nie pękła ta tak zwana pierdząca żyłka w dupie. Świerzbiła mnie natomiast ręka, żeby nauczyć szacunku do drugiego człowieka, gdy jakiś niemłody już facet wykrzykiwał nad zestresowana kasjerką, traktując ją per ty.
- Powinnaś znać wszystkie ceny, bo jesteś tu jak dupa od srania.
Czyżby aż tak zepsuły nas pieniądze? Ponoć teraz większe dla każdego (mnie chyba ominęło.)Teraz wymienialne na Euro i każdą inną walutę. Jeżeli tak, to obok standardowych napisów powinny zawierać specjalne ostrzeżenie. Takie jak na paczce papierosów:
Posiadanie większej ilości pieniędzy może prowadzić do demoralizacji i braku szacunku dla drugiego człowieka” W ustawowej proporcjo 1/3 wielkości banknotu.
Przeglądam blogi i tradycyjną prasę. Mamy zwyczaj ujadać na niekompetentnych sprzedawców i leniwych urzędników. A czy zastanawialiśmy się, jakimi klientami jesteśmy my sami? Czy przypadkiem nie zaliczamy się do kategorii – klient upierdliwy.
Klient upierdliwy to taki, który negocjuje zakup całego samochodu. Kiedy jest już po jazdach próbnych, dobrał kolor , silnik i wytargował dobry upust, zmienia decyzję. Wychodzi ze sklepu kupując jedynie nowe wentylki do swoich starych kół, w równie starym, rozklekotanym wozie.
Narzekając na jakość obsługi - Bo przecież mógłby kupić całe auto. Tylko ta obsługa.
Kto bogatemu zabroni?
Od kilkunastu lat pracuję w sferze budowania zadowolenia klienta. Wierzcie mi, z każdym rokiem trudniej budować do zadowolenie.
Jako doświadczony pracownik, albo frajer jak mówią inni, mam zwyczaj przychodzić do pracy jakieś pół godziny wcześniej. Spokojnie wtedy parzę kawę. Sprawdzam wczorajsze zestawienia i od godziny 8.00 jestem gotów do biznesowych kontaktów. Zaraz jednak po moim przyjściu, wciśnie się klient, który ma głęboko w dupie tabliczkę z informacją „czynne od 8.00 – 16.00”. Wpada tylko po mała fakturę, albo małe wyliczenie, albo równie małą ofertę. Na nic tłumaczenia, że jeszcze nieczynne. On ma kasę i chce kupić, albo teraz zapytać a kiedyś kupić.
- Jak nieczynne, jak Pan już jest?
Zamykam drzwi do ósmej, licząc się z komentarzem, że nie chcę pieniędzy.
Zwykle łamię się dziesięć przed.
Kto bogatemu zabroni być obsłużonym wcześniej ?
Wczoraj godzina 16.05. Zamknąłem za sobą drzwi i uruchomiłem alarm. Wsiadłem do samochodu i włączyłem się do ruchu. Telefon.
- Jak tam się do pana jedzie? Bo się wybieram
- Ale to może dopiero jutro -proponuję - Pracujemy codzienne od ósmej do szesnastej.
- Coś Pan zgłupiał? Klient do pana jedzie i chce złożyć zamówienie.
- Ale ja już nie pracuję i jestem poza firmą. Proszę to zrozumieć
- A którąż to mamy godzinę? 16.03 dopiero.
- 16.06 jeżeli idzie o ścisłość – sprostowałem.
- Panie puknij się pan w łeb. Ja jadę do pana z kasą. Kumasz pan. Klient do pana jedzie, a pan co? Ma pan to wszystko w dupie?
Postanowiłem nie tłumaczyć, że z dodatkową połową godziny czasu pracy zebrało się dość, a oprócz tego mam umówioną wizytę u specjalisty. Po pracy, na ostatniego, żeby nie ograniczać klienta. Tłumaczenie uznałem za czynnośc poniżej mojej godności.
- Jesteś Pan.... i tutaj nastąpił wykaz inwektyw, którego nie odważę się zacytować w całości.
Któż bogatemu zabroni? Chce być obsługiwany po godzinach
Ponieważ upierdliwi klienci chodzą jak nieszczęścia, parami, nie musiałem długo czekać na połówkę od kompletu.
Dzisiaj, godzina 5.03. Dosypiam snem zasłużonym, chociaż już czujnym. Od dwóch dni nie przyśnił mi się żaden horror a więc cieszę się ciepłem łóżka. Nagle z rozmarzenia wyrywa mnie dzwonek telefonu. Nie załapałem się na pierwsze dzwonienie, a więc za moment nastąpiło kolejne.
- Panie ja jestem tu u Pana w firmie. I automat zjadł mi dziesięć złotych.
- I dzwoni pan specjalnie o piątej rano, aby mi o tym powiedzieć?
- Jest numer to i dzwonię – powiedział gość z rozbrajającą szczerością.
- I myśli Pan, że co ? Przyjadę to do pana w pięć minut? Przecież ta dycha mogłaby poczekać do ósmej. Automat wyświetla Komunikat „ nieczynny” i numer błędu. A jakby tę dychę zjadło o drugiej w nocy, to też by pan dzwonił
- Pisze że można dzwonić to dzwonię.
- Jasne ! jest tak napisane. Jak dotrę do firmy to zaraz dopiszę – „proszę dzwonić w rozsądnych godzinach”
Tylko czy to wystarczy? Rozsądek jest teraz na wagę złota.
Pan gospodarz przywiózł pietruszkę na plac i po drodze skorzystał z dobrodziejstwa obsługi automatycznej. A przecież jak pan gospodarz już wstał i i jego inwentarz też nie śpi, to dlaczego ma się wylegiwać jakiś urzędnik?
Kopa w dupę i do roboty – jak w dowcipie Mleczki.
Kopanie w dupę umysłowych, to tradycja długa, wyniesiona jeszcze z PRL-u.
Teraz doszło jeszcze parę tyłków do kopania. Szczególnie tych z chudszym portfelem. Chudszym ale własnym, podczas gdy zbajerowana astra pana klienta, jest autem służbowym.
No więc jak? Mieć czy być?. Ileż to razy zastanawiałem się nad tym w publikowanych tu postach.
A może by tak nie myśleć, chociaż przez chwilę. Bo ja też kopa w dupę mogę dać. Tylko to myślenie, powraca za wcześnie. 

środa, 9 maja 2012

Wtorek po wolnym i ja jakby wolny

 Powiało chłodem, szczególnie w nocy. Ręka sama zmniejsza rozwarcie okien. Ponoć to przejściowe i zatęsknimy jeszcze za ożywczym chłodem.
Żona pozostała na wsi, napawając oczy winoroślą, która dosłownie w oczach wypuszcza pąki, które natychmiast zamieniają się w liście. Wiosna w pełni, nawet w górach. W niedzielę opadały płatki z kwiatów jabłoni. Sąsiad hoduje wczesną odmianę, starych, wysokopiennych jabłoni. Kiedy zawiał wiatr, części kwiatów niczym płatki śniegu, opadały na krzewy, kamienie i trawę, tworząc biały kobierzec z płatków. Teściowa nie zachwycała się urodą spadłych płatków. Rzuciła się z miotłą na podwórko, ale już następna fala wiatru wykazała jak bezsensowne jest to działanie. Kiedy bezradnie stała z miotłą i przysłoniwszy dłonią oczy od słońca, obserwowała drzewo, powiedziałem do niej
- A ja siedzę i podziwiam. To przecież fantastyczne.
Cóż było robić. Siadła, ale tyłem do padających płatków.
Świat jest taki lub inny, w zależności od tego czyje oczy obserwują.
Wczoraj odwiedziłem mojego krawca ciężkiego. Nadszedł czas przymiarki, czemu posłusznie oddawałem się przez ponad pół godziny. Zastanawiam się skąd wykrzesałem tyle cierpliwości własnej. Może obecność trzech pań, które głośno dyskutowały o długości rękawa i szerokości nogawki, podziałały tak na mnie. W końcu nie zawsze jestem obiektem uwagi trzech kobiet naraz. Z tego dwie były młodsze ode mnie.
Zapłaciłem zaliczkę, w wysokości połowy należności i opuściłem lokal. W samą porę ponieważ pod przymierzalnią, jakaś kobieta tupała ze zniecierpliwienia. Gdy wychodziłem, kiwała się na boki w długiej, czerwonej sukni.
Mam mieszane uczucia. Nie widzę siebie w tej plątaninie fastryg i szpilek. Wciskanych zresztą w moje spodnie, w te pewne, kłopotliwe okolice. Trudna jest praca krawca, a krawca ciężkiego to już w szczególności.
- Odbiór za dwa tygodnie.
A tam, wóz – przewóz.
Zbiegłem po schodach, spiesząc się na następną wizytę.
Jakimś sposobem informacja o mnie jako Panu Strzykawie, rozniosła się po moich znajomych. Koleżanka którą połamało, poprosiła mnie o pomoc.
- Zrób mi zastrzyk, bo zwariuję.
Cóż było robić. Zapukałem do drzwi, które po chwili otworzyła zbolała koleżanka.
- Antoni. Dobrze że jesteś. Tu już wszystko naszykowane.
Złamałem ampułkę i przygotowałem strzykawkę. Raz, dwa trzy i po krzyku.
- Jutro wpadnę do ciebie do pracy, to mi zrobisz drugi – poprosiła.
- A Ty Piotr nie masz nic przeciwko temu, że żona wpadnie do pracy, pokazać mi tyłek?
Nie miał. Dostałem natomiast michę gulaszu z szynki. Tak chwaliła znajoma.
Są jeszcze ludzie, którzy myślą takimi kategoriami - najpierw zjedz, a potem opowiadaj co słychać.
Szczególnie, że przez te swoje cukrzycowe tabletki, muszę jadać w miarę regularnie.
Powróciłem do domu koło dwudziestej. Z planu dnia pozostało mi tylko pogrzebać w komputerze. Nie mogę przecież po raz dwudziesty piąty oglądać filmu z Seagalem.
Mogłem jeszcze poczytać, ale utknąłem w połowie książki Oscara Lewisa – Sanchez i jego dzieci.
A obiecałem sobie, że skończę. Może jutro?
Może tylko że tak powtarzam już od jakiegoś czasu.
Potem czeka na mnie Oksana. Oczywiście w wersji książkowej.
Byle tylko nie spóźnić się do pracy. Drugi dzień z rzędu wstaję kwadrans później niż zakładam. Mała panika, podparta okupowaniem łazienki przez Młodego. Udało się jednak.
Sny jakieś takie dziwne odtwarzam, że z tym biciem serca nie ma mowy o spokojnym wypoczynku. Gdy w końcu zasnę trzeba wstawać. Może nie powinienem oglądać kronik policyjnych przed snem?
Ostatniej nocy śniło mi się, że chcę zasnąć. Podchodzę po kolei do wielu łóżek. Podnoszę kołdrę i wtedy okazuje się, że łóżko m już lokatora śpiącego snem …. wiecznym. Brr.
Niedospany podejmuję kilka ważnych życiowych decyzji.
O kilku z pewnością poinformuję.
Już wkrótce.