poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Tam i z powrotem

Poniedziałek, ostatni dzień kwietnia.
W niektórych grillach dopalał się jeszcze węgiel drzewny, kiedy ja nie pozwoliłem zadzwonić swojemu budzikowi. Wstałem o piątej rano i poczłapałem do łazienki. Nie wszyscy mają wolny, długi weekend. Chciałem jednak urwać z niego ile się da. W piątek wywiozłem na wieś żonę. Nie wracałem do Krakowa w niedzielę, ponieważ wolałem pogrążyć się w zamyśleniu. Czasami było to tylko bezmyślnym siedzeniem na tarasie, ale nie można myśleć bez przerwy. Chłodny wiatr studził wysoką temperaturę dogasającego dnia i było miło
- Pojadę rano – zdecydowałem.
Stąd ta wczesna pobudka. Potem trasa do Krakowa, osiem godzin pracy i powrót na wieś. Mam nadzieję, że po powrocie trafię na jakieś gotowe już palenisko. Będę wtedy mógł przed świętem ludzi pracy, czyli i moim, oddać się hedonistycznej przyjemności biesiadowania.
Do pracy wpadnę dopiero w piątek, aby odbębnić swoje osiem godzin.
Nad zawodowym uniesieniem pomyślę w zeszłym tygodniu.
Po drodze słuchałem Różańskiego, który do muzyki Satanowskiego interpretuje Stachurę. Stara płyta, kiedyś jeszcze czarna, ale satysfakcja ciągle ta sama.
Ach kiedy znowu ruszą dla mnie te dni” - jak nie kochać Steda.
Ponieważ moje samochodowe radio urodziło się przed modą na Mp3, korzystam z pomocy nawigacji. Mogę to robić, chociaż urządzenie potrafi albo odtwarzać, albo nawigować. Drogę na wieś znam przecież bardzo dobrze.
Dwa lata temu, w związku z wyjazdem do Poznania, zakupiłem nawigację samochodową. Kolorowe pudełko z ekranem, czyli popularne GPS. Żadne tam cudo. Mały ekran, niewiele gadżetów, a wszystko z promocji. Najważniejsze było to, że podpowiadało jak poruszać się w gąszczu poznańskich ulic, w trakcie Budmy. Sprawdziła się zresztą i w innych miastach, gdy najważniejsze było by dojechać, a nie którędy. Nawigacji używam z rozsądkiem, stosując zasadę ograniczonego zaufania. Nie wybieram ustawienia „najbliższa droga”, tylko „najszybsza”, co zniechęca system do kierowania mnie jakimiś zadupiami. Dodatkowo zaznaczyłem opcję „unikaj dróg bitych”.
No i gitara jak mówi Ferdek Kiepski.
Problem polega na tym, że w naszym kraju powstają nowe drogi. Co prawda tempo nie jest oszałamiające, ale warto dokonywać aktualizacji. Przynajmniej od czasu do czasu.
Trochę się z tym zaniedbałem, ponieważ ostatnio nigdzie dalej nie wyjeżdżałem, a drogę z pracy do domu pamiętam. Byłem co prawda we Wrocławiu i tu nawigacja, pomimo braku aktualizacji bardzo się sprawdziła.
Teraz zdecydował rozsądek że chociaż raz na dwa lata warto.
Trzeba zhakować i wgrać pirata – mówili znajomi.
Zgłębiłem temat. To rzeczywiście prosta operacja. Żal mi jednak było mojej historii praworządności. To znaczy posiadania legalnego programu w wersji top i konta w sklepie. Sprawdziłem w internecie i okazało się, że w ramach jakiejś promocji, koszt takiej aktualizacji to całe dwadzieścia siedem złotych. Bez zastanowienia kupiłem legalną aktualizację.
Mam nowy program, nową mapę i stare poczucie satysfakcji.
Kiedy w piątek, Młody wiózł mnie do pracy, pochwaliłem się zakupem.
- Wszyscy teraz hakują – stwierdził.
Synku. Jest granica przyzwoitości, za którą się nie posunę. To jest cena, przy której ściąganie to już nie jest cwaniactwo, to jest ciężki wstyd. Swoją drogą, gdyby CD były po dwadzieścia złotych a DVD po trzydzieści, liczba nielegalnych pobrań byłaby zdecydowanie mniejsza.
- Teraz się słucha Mp3 – zagiął mnie Syn
- Fakt i tu jest największy przekręt. Mp3 kupione i legalnie ściągnięte są droższe niż cała płyta audio, na srebrnym nośniku w kolorowym pudełku.
Przecież ludzi którym uczciwość przynosi satysfakcję, jest naprawdę wiele. Trzeba tylko tej uczciwości dać szansę.
Ps
Nie jest to tekst sponsorowany, dlatego nie pada żadna nazwa producenta, ani produktu. Tym bardziej organizacji.
Pozdrawiam 

niedziela, 29 kwietnia 2012

Niezawinione śmierci ?

Weekend na wsi. Sobota wydawała się leniwa.  Sprzątanie  było ograniczone, ponieważ żona uznała, że w zeszłym tygodniu  posprzątaliśmy wystarczająco. Wokół trawa bujnie wzrasta, a zieleń staje się intensywna. Po zamontowaniu kilku obrazów i domku dla ptaków, poczułem się  zwolniony z obowiązków wobec domu. Rozlałem piwo.  Po dłuższym namyśle okazało się, że jest to pierwsze piwo w tym roku, które piję z satysfakcją. Powiem więcej, że jest to pierwsze piwo które w ogóle piję w tym roku. Odchudzanie się ma swoje konsekwencje.  Ptasi świergot dobiega mnie zewsząd, a ptaki przyzwyczajone do naszej nieobecności zawisają w zdziwieniu, bojąc się przefruwać ponad naszymi głowami do zaplanowanych miejsce lęgu na trasie, pod oknami domu w Gorcach. Wygląda to bardzo dziwnie. Najpierw swobodny lot, później zadziwienie i gwałtowne hamowanie. Trzepot skrzydeł i widzę tylko kolorowe  brzuszki  oddalające się w pośpiechu. Wiem z doświadczenia,  że za kilka dni przyzwyczają się  i zaakceptują naszą  obecność. Na razie czuję się trochę niezręcznie. W końcu jestem u siebie. Modrzewie pachną zabójczo, niebieskie dzwoneczki kwitną, a  winorośl puszcza pąki. Ona niespiesznie rwie się dożycia. I wydawać by się mogło, że nic nie zmąci tego sielskiego obrazu. A jednak. Wiadomość z Onetu: - 31-letnia matka, trzymając 3-miesięczną córkę na rękach wyskoczyła w sobotę z 10. Piętra  bloku w centrum Krakowa. Kobieta zginęła na miejscu, dziecko w stanie krytycznym przewieziono do szpitala, ale lekarzom nie udało się go uratować.
Pierwsze skojarzenia, były typowe, dla informacji tego typu.
Kiedy jednak po 22.00 zadzwonił telefon i okazało się, że ta ofiara samobójczego skoku jest dobrze nam znaną osobą. Coś w nas pękło.
Co? Jak?, dlaczego?  - przewala się przez nasze głowy
Gdzie był Bóg? Gdzie jest, jeżeli w ogóle jest? – to pytanie nurtuje nas  najbardziej.
Jak poinformował rzecznik małopolskiej policji nadkomisarz Mariusz Ciarka, według wstępnych ustaleń kobieta z córeczką wyszła rano ze swojego mieszkania na spacer. Po godzinie 13. kilka ulic dalej weszła do wieżowca i wyskoczyła z dzieckiem z okna na klatce schodowej na 10 piętrze. Kobieta zginęła na miejscu, dziecko przez kilka godzin bezskutecznie ratowano w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu.
 Jak oceniła psycholog i psychoterapeutka , specjalizująca się w leczeniu zaburzeń okresu ciąży i okołoporodowego to, że kobieta nie była leczona psychiatrycznie.
Powiem więcej, osoba ta była wykształcona do zapobiegania podobnym przypadkom u innych. Ale jak to mówią – najtrudniej być prorokiem we własnym kraju.
Dlaczego? To pytanie pozostanie już chyba bez odpowiedzi.
Samo zdarzenie, rzutować będzie na cały weekend. Nie pomogą ptasie koncerty i koncertowy zachód słońca. Skończyło się trzydziestoletnie życie. Które mogło jeszcze trwać i to drugie które na dobrą sprawę jeszcze się nie zaczęło.
Jesteśmy tak przygnębieni, że trudno  w tym wszystkim znaleźć jakiś sens.
Jakąś odrobinę sensu.
Bo  przecież to takie niezawinione  śmierci.      

czwartek, 26 kwietnia 2012

Nowe możliwości Rowu Mariańskiego

Z wiekiem dochodzimy do chwili, kiedy żałujemy, że nie urodziliśmy się później.
Pewne rzeczy stają się dla nas niedostępne, na niektóre można popatrzeć tylko przez szybkę.
I nie chodzi tu wyłącznie o tłusty boczek, podnoszący cholesterol. Idzie o całą tę nadbudowę, o której przychodzi myśleć gdy w brzuszku pełno. Już nie jeść aby żyć, ale by mieć z tego jak najwięcej przyjemności. Już nie pić w miłym towarzystwie, ale by mieć odlot.
Widziałem grupę młodzieży, która przed wyjściem do knajpy obróciła w domu szybką flaszkę. Jak mówili - aby tak zwany odlot w knajpie zafundować sobie za mniejsze pieniądze.
A kiedyś wydawało mi się, że cała sztuka polegała na tym aby pić i się nie opić. Bo wtedy w ręce może wpaść coś, czego przyjdzie się wstydzić po obudzeniu.
Czasy się zmieniają a wstyd również jakby inny. Standardem jest przecież pokazać cycki na Facebooku.
No właśnie, z tego co tutaj napisałem można wyciągnąć wniosek, że żałuję bowiem nie mogę pokazać cycków na Facebooku. Ależ mogę ale nie chcę. Zresztą jaki to byłby widok, po tej całej akcji związanej z odchudzaniem?
Chodzi o seks, zwany również współżyciem, pukaniem lub bzykaniem. Lata świetlne nie słyszałem opowieści o nim w kategorii – miłość.
Otóż co wywołuje moją zazdrość. Nie chodzi już o to - czy?, ale - jak?
Dzisiaj zaintrygował mnie tytuł materiału filmowego w internecie:
Zapomnijcie o podniebnym seksie, lepszy jest podwodny! Jak się bzykać podczas nurkowania? „
Za naszych czasów chodziło o to by w ogóle się bzykać i nie wracać samotnie po imprezie. Obecnie zwykły seks to taniocha, jak widać w powyższym tytule.
Oczami wyobraźni już widzę parę na spadochronach. Wykonują te życiodajne ruchy w tę i nazad. Oczywiście seks tylko dla sprinterów i koniecznie bez gry wstępnej. Czas opadania wynosi przecież maksymalnie kilka minut. Można by wylecieć samolotem wyżej, ale ta temperatura na zewnątrz zmotywować może tylko kaczora, na co dzień moczącego kuper w zimnej wodzie.
A więc propozycja dla szybkich gości. Po raz pierwszy pośpiech może być zaletą. No może warto być szybkim przy doggersowaniu w centrum miasta, ale wiem to tylko z lektury.
A co zrobić, gdy ziemia rośnie nam w oczach a partnerka krzyczy:
- Nie jeszcze nie teraz.
Ty widzisz poszczególne pola, miedze i kłosy zbóż. Do uszu zaś dociera groźba
- Jak teraz skończysz, to nie odezwę się do ciebie do końca życia.
Adrenalina jak diabli.
Albo to opowiadanie na imprezie.
- Najgorzej było przebić się przez piankę kombinezonu. Ale potem! Tak bzykaliśmy się tak, że zaparowała mi szyba w masce. Panowie. Wskaźnik pokazuje, że koniec powietrza w butli a Ona nie chce kończyć.
-Nie jeszcze nie teraz.
Ja widzę wskazówkę na czerwonym polu, a Ona migowym językiem grozi mi:
-Jak teraz skończysz to nie odezwę się do ciebie do końca życia.
Adrenalina jak diabli.
I wiecie co ja wtedy robię ? Ja.....
No właśnie Czy ja mam czego żałować? Szczególnie, że nie latam na spadochronie, a tym bardziej nie nurkuję. W obecnych czasach przyszło by mi uschnąć w kącie.
Ostatnio prasę obiegła wiadomość o facecie (niestety w moim wieku), który spowodował wypadek samochodowy. Facet był bez spodni, a na siedzeniu leżał otwarty magazyn erotyczny. Mężczyzna odmówił składania wyjaśnień, poprzestając na zapłacie mandatu. Jest podejrzenie że mastrubował się w trakcie jazdy. Może nie ma licencji na nurkowanie?
Z lądowaniem też chyba nie tęgo, skoro wylądował w rowie.Bynajmniej nie mariańskim

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Krawiec ciężki i lekkie wino

W piątek odwiedziłem lekarza. Oczywiście po drodze zepsuł mi se samochód i musiałem najpierw zawinąć się lekarza od samochodów. Mechanik zrobił szybko to co do niego należało. Szczuplejszy o stówę ruszyłem w pościg z czasem. Przejeżdżając skrzyżowania na przy zmieniających się światłach, dotarłem do przychodni, na około dziesięć minut przed zamknięciem. Na żadne wyciągnięcie karty nie mogłem już liczyć. Udało mi się natomiast napaść lekarkę w przejściu między gabinetami i pokazać jej moją książeczkę z wynikami pomiaru cukru. Pokiwała głową z uznaniem, chociaż prawdę mówiąc mam brzydki charakter pisma.
- Jest dobrze – powiedziała. I były to słowa których każdy oczekuje. Że jest do dupy, dowiaduję się za każdym razem gdy włączę telewizor.
Zostałem też zwolniony z pomiarów w środku nocy. Ponoć mój organizm jeszcze produkuje.
- Wiem – odpowiedziałem - Zauważam to codzienne w toalecie.
Uśmiech zagościł na zmęczonym obliczu mojej doktorki, chociaż dowcip był z gatunku gównianych.
Ponieważ cykl pomiarów zakończyłem dnia poprzedniego, ze spokojem otworzyłem piątkową butelkę wina.
W sobotę po kawie wziąłem się za mierzenie garniturów. Ślub Starszego już tuż tuż.
Obydwa ubrania kupione w okresie prosperity wagowej.
Kiedy ubrałem na siebie wszystkie elementy, to znaczy spodnie i marynarkę pokazałem się żonie.
On jest tak obszerny, że wystarczy mi założyć czerwone, za duże buty i mogę w cyrku robić za clowna. Na dowód moich słów puściłem spodnie, starannie przytrzymywane lewą ręką.
Spodnie jak na komendę spadły mi do samych kostek.
- To chyba popisowy numer w cyrku. Nie?. Opadające gacie klowna.
Udałem się też zaraz do krawcowej ciężkiej, w celu dopasowania. Pod wskazanym adresem powitała mnie filigranowa dziewczyna, która z zapamiętaniem zaczęła wbijać we mnie szpilki. Czułem się trochę jak na dalekowschodnim masażu z akupunkturą.
Po dokonaniu obmiaru delikatnie zdjąłem to wdzianko jeża. Pani podsumowała mnie i wyznaczyła termin przymiarki.
- Za tę cenę to mógłbyś kupić nowy garnitur – skomentował Młody
- Ale nie taki? Dałem za niego kupę kasy i byłem w nim trzy razy. Aż serce się kraje.
Drugi też nie jest nadużywany.
Az jestem ciekaw co z tego wyjdzie.
Zawsze jest czas na zakup. Tylko na cholerę mi kolejny wieszak w szafie.
Wykorzystałem tym samym cały tygodniowy limit na przymierzanie i nie zajrzałem nawet do żadnego sklepu.
Nie było zresztą czasu, bowiem żona przebierała już kółkami nerwowo. Za chwilę mieliśmy się pojawić z młodymi i ich ojcem na degustacji, w miejscu organizacji wesela.
Trudnej roli kierowcy, podjąłem się ja.
Było to o tyle bolesne że oprócz potraw degustowano i zatwierdzano wina do posiłków, a ja z każdego spróbowałem w ilości łyżki do zupy.
Degustacja, przekomarzanie z szefem kuchni oraz managerką imprezy trwało chwilę. W końcu to my byliśmy po posiłku. Poza tym część, spora część, a w zasadzie to wszyscy poza mną degustowali wino. Rozmowa była jak przy winie, swobodna.
W pewnej chwili zauważyłem, co natychmiast wyartykułowałem, że managerka i szef kuchni działają w myśl hollywoodzkiej zasady. Dobry glina i zły glina. Kucharz dałby wszystko, manager liczy koszty.
Wspólnym wysiłkiem menu zostało klepnięte, a my udaliśmy się w stronę powrotną. Powrót został przerwany towarzyska wizytą u przyszłego teścia mojego syna. Tam przy kawie i drożdżowym cieście z kakaem, napadliśmy na młodych by przedstawili nam scenariusz tego „naszego - ich” najważniejszego ślubu. Tę skrupulatność i skłonność do planowania osiąga się chyba z wiekiem. Póki co swoje ślubne scenariusze Starszy zamknął cytatem z Mickiewicza:
- Wszyscy staną w rzędzie, my z Kasią na przedzie i jakoś to będzie.
- No tak, ale jaki ten rząd ma być? - pytamy - Pojedynczy? podwójny?. Z lewej czy prawej strony kościoła?
A może tak jest lepiej? Zdrowiej?
Z miłej atmosfery pogaduszek wyrwałem brutalnie moją żonę. Najpierw dyskretnie a później demonstracyjnie pukając w zegarek.
Kiedy w końcu siedzieliśmy w aucie stwierdziłem, że jeszcze chwila, a stukałbym zegarkiem o blat ławy.
- Ja tak rzadko wychodzę – oceniła żona. Poza tym jeszcze wcześnie.
- Jakie wcześnie?
Wyjaśniło się. Ubierając wyjściowy zegarek, nie zauważyła że chodzi on jeszcze według czasu zimowego. Stąd to ociąganie.
Kiedy to była ta zmian czasu? Może rzeczywiście rzadko wychodzimy.
Wychodzimy? W sobotę robiłem za kierowcę.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Pan Strzykawa

W ostatni weekend byłem na wsi. Zaraz tam weekend, piątek po pracy i sobota.
Nie brałem ze sobą żony. Nie było nas tam całą zimę, nie wiedziałem więc czy woda nie zamarzła.
Pierwsze przyjemne doświadczenie. Woda jest.
Zabrałem się za rozpalanie kominka, a Młody za rozładunek auta.
Nie było tych rzeczy wiele, ot coś do jedzenia na dzisiaj i kiełbasa na sobotniego grilla.
Kiedy ogień rozszalał się w palenisku, delikatne ciepło popłynęło na pokój. Nie dalej jednak niż metr od szyby. Wygląda na to, że cała zima z okolicy schowała się w moim domu.
Po obiadokolacji próbowaliśmy włączyć telewizor. Wypowiedziałem umowę na platformę satelitarną i sygnał bez ociągania się natychmiast wyłączono. Kanałów bezpłatnych nie odbiera. Dekoder pomimo tego, że jest moją własnością, jest zakodowany. Ponoć trzeba prosić dostawce usług o takie odblokowanie.
- Włącz coś – prosił syn – Niech coś buczy. Ta cisza mnie zabija!
- Odzwyczaiłeś się synu od brzmienia ciszy – stwierdziłem
Ja chyba też. Poddałem się w starciu z odbiornikiem satelitarnym i włączyłem film Quentina Tarantino - Jackie Brown.
Niech coś buczy.
Otworzyłem butelkę wina z Biedronki. Widziałem w sieci pozytywną ocenę tego wina. Zgodziłem się z oceną. To dobre połączenie jakości z ceną. A że cena była niewysoka... Wypiłem kieliszek i zawróciło mi się w głowie. Potem dołączyły się inne efekty więc podjąłem podejrzenie, że to z powodu braku cukru. Mógłbym to sprawdzić przy pomocy glukometru, ale oczywiście ten został w Krakowie.
Na podstawie przeczucia, zażyłem łyżeczkę cukru. Przeszło. Zawroty minęły, serce wróciło do normy, a ja do wina, ponieważ odwiedzili mnie sąsiedzi zza potoku.
Czy ty wiesz że Staszek nie żyje? Miał raptem sześćdziesiąt cztery lata.
Umarł we śnie. Odszedł najspokojniejszą z możliwych śmiercią.
Na swoje odejście Staszek pracował latami. Kiedyś tam pracujący zarobkowo, kiedyś tam budujący swój dom. A potem nastąpiła rewizja jego poglądów i doszedł do wniosku, że najbardziej interesuje go życie towarzyskie. O towarzystwo łatwo, zwłaszcza gdy ma się pieniądze. Staszek był honorowym gościem w miejscowym klubie kawalerów. Po wyczerpaniu gotówki, został zwykłym członkiem. To prawda Staszek nadużywał, chociaż tutaj tę skłonność określa się innym słowami;
- No lubi chłop wypić. Jak chłop.
Często też można było zauważyć Staszka, gdy bezgłośnie pojawiał się na okolicznych imieninach, rocznicach, grillach. Stał się elementem trwałym, z czasem może nawet niezbędnym.
- Jak to nie ma Staszka? - pytano przy drinku.
- Szedł po krowy, ale się pewnie pojawi – uspokajał ktoś.
Myli się jednak ten kto uważa, że jego obecność była kłopotliwa.
To chyba jedyny z członków tej społeczności, który nie miał z nikim konfliktów.
Zawsze pogodny, zawsze uśmiechnięty.
Nie narzekał na swój los, a dodatkowo potrafił cieszyć się cudzym sukcesem.
Nie zdarzyło się aby prosił o piwo. Zdarzało się, że przynosił świeżo zebrane grzyby, maliny, czy jeżyny. Zostawiał je bezgłośnie na tarasie i znikał. Trzeba go było szukać, żeby mu podziękować i zapłacić. Nigdy nie chciał pieniędzy i trzeba go było do tego namawiać.
Zawsze też można było liczyć na pomoc w rąbaniu drewna czy kopaniu w skalistym terenie.
Zdarzało się, że wracając nad ranem, z posiedzenia klubu, targał za pazuchą kota, lub szczenię. Znajdywał je porzucone pośród łąk, ratując przed niechybną śmiercią. Podrzucał takie biedne stworzenie na próg domu i naciskał dzwonek. Znikał potem jak cień, a na pytanie
- Czy to ty Stasiu przyniosłeś tego kota? - tylko uśmiechał się pod nosem, jednocześnie głośno zaprzeczając.
Potem pozostały mu już tylko prace interwencyjne na rzecz gminy, ale i ta zarobiona kasa znikała wśród zaprzyjaźnionych kawalerów.
Teraz już nie ma takich ludzi, bezinteresownych i żyjących troską drugiego człowieka.
Osiedle bez Staszka już nie będzie takie jak kiedyś.
Może to i truizm, powtarzany w ślad za kimś kto odszedł. W tym jednak przypadku brzmi nad wyraz prawdziwie.
W sobotę od samego rana grabiliśmy pozostałe z zeszłego sezonu liście. Zebrane kupy ładowaliśmy do olbrzymiego wiklinowego kosza. Wyrzucałem je potem w otchłań nieużywanego już szamba. Zebrało się tych koszy ponad dziesięć. Jak ja nienawidzę tej roboty. Mogę kosić, proszę bardzo. Grabienie powoduje wewnętrzny bunt. Młodemu zaś robota paliła się w rękach. Zaraz też z powodu tej eksplodującej energii złamał grabie. A w kwadrans później ostrą miotłę.
- Tylko proszę, nic nie mów.
- Co tu mówić? To trzeba naprawić.
Po południu Młody wziął się za kiełbasę. Dobrze smakuje gdy to ktoś inny grilluje je na ruszcie.
Najczęściej to mnie gryzie w oczy i potem z tego stania w dymie, nie czuję już takiej satysfakcji jedząc.
Pijąc drugą tego dnia kawę podziwiałem ledwo budzącą się do życia przyrodę. W Krakowie zieleń bucha, a tu?. W górnych partiach jeszcze biało. W zakamarkach brudne łaty śniegu. I tylko te pierwsze kwiaty świadczą, że bezpowrotnie zimy już nie ma.
W niedzielny poranek żona uskrzydlona naszą obecnością postanowiła objechać lokalne galerie. Roli szofera podjął się Młody.
Byłem zaskoczony. Tyle dobra z jego strony w jednej jednostce czasu, czyli w tygodniu? Nie do pomyślenia. Dojdzie do tego, że zacznę go chwalić w każdym poście.
Z rozważań tych wyrwał mnie telefon. Kiedy pomagał mamie przy wysiadaniu, coś strzeliło mu w kręgosłupie. Młody jest postrzyknięty. Nie piszę postrzelony, bo to ma inny wydźwięk.
Od poniedziałku osobiście aplikuję mu zastrzyki. Nauka na pogotowiu i praktyka z żoną, nie poszły na marne.
Okazało się przy okazji, że ten super młodzieniec dziwnie boi się igły. Widziałem tę niepewność w jego oczach kiedy zbliżałem się ze strzykawką. Ale gdy idzie o zdrowie i życie potrafię być bezwzględny.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Granice wytrzymałości

Są jakieś granice, a moje puszczają. Od kilku co najmniej dni, wpisanie adresu bloga skutkuje informacją, przyprawiającą o szybsze bicie serca.
"Nie ma takiego bloga"
Dobrze, że stosuję zasadę ograniczonego zaufania i nie wierzę w to co jest napisane. Zwykle po drugiej albo trzeciej próbie, udaje się na blog wejść.
Próba zamieszczenia komentarza, lub opublikowania posta kończą się wyświetleniem takiej informacji

 

Dzisiaj, od rana mojego bloga nie było. Nie było też innych. Dostałem za to kilka dramatycznych pytań. Dlaczego tak nagle rezygnuję?
Informuję, że nie rezygnuję, ale nie potrafię przebić się przez ten mur problemów.
Wierność to cecha mojego charakteru. To co się dzieje od pewnego czasu na Onecie,  wystawia mój charakter na próbę.
Przepraszam jeżeli nie odpowiadam na Wasze komentarze.
Przepraszam jeżeli spóźniam się z nowymi wpisami.
Przepraszam, chociaż czuję się w tej sytuacji najmniej winny.
A może winą jest moją to, że w ogóle zachciało mi się prowadzenie tego bloga?
A więc Przepraszam i za to. 

sobota, 14 kwietnia 2012

Na marginesie

Przeczytałem wstrząsającą relację o pomyłce lekarzy południowoamerykańskich.
Mylili się w kwestii stanu zdrowia, a nawet stanu życia, dopiero co narodzonego dziecka. Noworodek przeżył pomimo potraktowania go kostnicą i dziecięcą trumienką.
To się nazywa wola życia.
Szczęściarz a raczej szczęściara, bo to dziewczynka, została nazwana „dziecko-ud” jak czytam w artykule.
Na dobrą sprawę my wszyscy, bez takich traumatycznych doświadczeń, jesteśmy mówiąc dosłownie - owocami ud.
A więc taka nazwa mogłaby dotyczyć nas wszystkich.
Z dalszej treści artykułu wiem już, że to zwykła literówka.
Bardzo lubię wyłapywać takie drobiazgi i się trochę czepiać. To po pierwsze.
A po drugie. Zwróćmy jednak uwagę, jak jedna litera potrafi zmienić sens wypowiedzi.
Bierzcie to Panie po uwagę w chwilach pełnych napięcia.
Zwłaszcza, gdy tłumaczy się ze swego późnego powrotu do domu mąż, po kilku drinkach.



  

czwartek, 12 kwietnia 2012

Aby się tylko nie zasiedzieć w sobie

Przez dwa przedświąteczne tygodnie pisałem intensywnie. Dla przyjemności pisałem.
Spędzałem w edytorach tekstu nawet po kilka godzin dziennie. Północ regularnie witała mnie nad klawiaturą. Z efektów tego wysiłku jestem zadowolony. Być może więc, spełnię jakąś daną sobie obietnicę. Póki co z nastaniem świąt ogarnęło mnie zmęczenie i wyjałowienie. Normalnie czuję się tak jakby mózg mi się wyprasował. Kiedy siadam przed laptopem unikam wzrokiem ikony Worda. Poczekam jeszcze chwile może samo minie.
Z reguły mam tak, że otwarciu programu towarzyszy wewnętrzna niechęć, która przełamuję po kilku zdaniach i wtedy wszystko zaczyna się powoli samo układać. Wszystko jest kwestą samodyscypliny.
Aby nie popaść w całkowity marazm zamieniłem prace intelektualne na te bardziej użytkowe.
Zabezpieczyłem pieczywo na święta piekąc dwa chleby i trzy bagietki. Dokupiony na wszelki wypadek chleb myślenicki nadaje się wyłącznie na bułkę tartą. Po świętach, wymieniłem opony na letnie. Samodzielnie. Zaoszczędziłem na tej operacji około 60 złotych, a wartość emocjonalna jest nie do oszacowania. Naschylałem się i ubrudziłem a dodatkowo, przypomniałem sobie cały katalog przekleństw, którym motywuje się zapieczone śruby do ustąpienia. Niektórymi byłem nawet sam zaskoczony. Nadymając się przy kluczu do kół, poruszałem te mięśnie, które jeszcze nie obudziły się po zimie.
Przyda się to w weekend ponieważ razem z Młodym wybieram się tam w piątek aby otworzyć sezon. Z pewnością uda się tylko zgrabić suche liście i zebrać podrzucone śmieci. Pod warunkiem, że nie będzie padać.
Pytanie tylko czy cieszę się na tę okoliczność?
Powrót do Krakowa w sobotę wieczorem, bo obowiązki wobec rodziny są.
Korzystając z tego porywu do pracy od podstaw, pokazałem Młodemu co to znaczy człowiek na trudne czasu. Czyli taki który żył w latach osiemdziesiątych.
W motocyklu, który kupił, a o którym pisałem nie wszystko jest idealne. Wyrwany był zamek do schowka, znajdującego się za kanapą. W ziejącą dziurę wtykał ołówek i pokręcając nim otwierał zaczep. Nowy kosztuje ponad dwieście i sprowadza się go na zamówienie.
Allegro nie dało rady, punty serwisowe nie dały rady, a Antoni Relski poradził sobie z tym problemem.
Zmierzyłem średnicę otworu i zaryzykowałem.
Odkręciłem dwa wkręty w szufladzie biurka i wyciągnąłem zamek meblarski. Przy pomocy piły elektrycznej dociąłem wystający sztyft tak, aby miał mniejszą długość. Otwory mocujące nie zgrały się, a więc zmieniłem na szczeliny mocujące i udało się to skręcić w jeden organizm. Kiedy po skręceniu nie chciało działać zeszlifowałem boki klucza aby miał mniejszą główkę.
Raz, Dwa, Trzy - działa !
- Czyż socjalizm nie był szkołą życia ?
Komu dzisiaj przyjdzie do głowy, żeby coś zastępować czymś. Idzie się do sklepu i wymienia cały element, albo jak to się ładnie mówi moduł. Czy ktoś z wywalonym jęzorem, docina uszczelki z samochodowej dętki?. Albo kto robi podkładki ze złotówki?
Naprawa wygląda zupełnie profesjonalnie. Front zamka błyszczy swoim chromem, w małym otworze obok siedzenia.
- Jestem do przodu dwie stówy – stwierdził Młody.
Jak znam życie, to zaoszczędzone w tej chwili dwieście złotych, zostanie natychmiast przeznaczone na zalanie baku tego niebieskiego potwora.
Czy w sobotę tak sam zgrabnie pójdzie mi z grabiami?

czwartek, 5 kwietnia 2012

Odwiedziłem lekarza rodzinnego

Już wiem skąd taka nazwa. Ja na przykład lubię Ją. Skoncentrowaną i zamyśloną. Zadaje konkretne pytania, chociaż mnie zawsze uda się odwieść ją od tematu głównego. Spotykamy się raz, dwa razy do roku, a ona pamięta moje imię. Poza tym bardzo chwaliła mnie za ostatni proces odchudzania, w którym straciłem prawię dychę.
Co prawda wszyscy mnie chwalili, ale Ona zrobiła to najlepiej. Być może jednak, najbardziej liczę się z opinia białego fartucha. Moja żona która skazana jest na regularne kontakty, ma zdanie takie, jak większość osób zdanych na łaskę NFZ. Najgorsze zdanie ma zaś teściowa, która utrzymuje łączność na linii córka – lekarz. Czyli jest jak w rodzinie. Czy w takiej sytuacji lekarz mógłby się nazywać inaczej?
Obejrzawszy wyniki analizy krwi, pobranej z żyły i za przeproszeniem moczu, wiele razy powtórzyła - idealnie, perfekcyjnie i raz - dobrze. Zatrzymała się zaś przy jednej pozycji stwierdzając, że trzeba powtórzyć badanie ze względu na zbyt dużą ilość cukru.
- Niech mi Pani mówi coś czego nie wiem – poprosiłem – żona od dawna i bez tych laboratoryjnych analiz twierdzi, że jestem słodki. W każdym razie twierdziła tak jeszcze niedawno.
- Czy ktoś w rodzinie ma problemy z cukrzycą?
- Niestety tak. Darczyńca mojego materiału genetycznego, czyli matka regularnie się strzyka.
- Zrobimy powtórne badania, a potem zdecydujemy.
Zrobiłem powtórne nakłucie. Powoli zacząłem też przyzwyczajać się do następnego słowa, które mnie będzie charakteryzować.
C u k r z y c a
W myśl modnych reklam, podjąłem się ratowania człowieka, czyli siebie.
To takie wzniosłe.
Po kilku dniach mogłem powiedzieć - Jest.
Ujawniła się przekraczając normy
Kilka dni niepewności i diagnoza potwierdziła się. W zasadzie nie wiem na co liczyłem. Znajduję się bowiem, w tak zwanej grupie ryzyka. Mojego młodszego brata dopadła już wcześniej. Przez chwilę myślałem, że statystycznie, jako rodzina zostaliśmy obdzieleni. Ale widocznie było mało na statystykę.
Od piątkowego popołudnia, trzy tygodnie temu, istotne stały się dla mnie paski do glukometrów. Rzecz obok której przechodziłem obojętnie na przekór dyskusji która przelewała się przez media.
- Mnie nie dotyczy – myślałem
Od dwóch dni już mnie jednak dotyczy.
Zaraz też uczyłem się nakłuwania i pomiarów. Wyniki będę wprowadzać do specjalnej książki pomiarów.
I dieta.
A alkohol? I owszem, ale okazjonalnie.
I to tchnie nadzieją
Wszak powodów do świętowania nie brakuje
Za mną imieniny teściowej, przede mną urodziny własne i święta.
I tak dalej i tak dalej.
Nim stanę się ćpaczem insuliny otrzymałem tabletki do łykania.
Jeżeli dobrze pójdzie to z pięć lat można na tych tabletkach jechać – pocieszyła doktor.
Po dwóch dniach zażywania straciłem apetyt. Wszystko straciło swój smak, a przyjemność z jedzenia zamieniła się w świadomość konieczności odżywiania.
Wszystko miało ten sam smak niczego. I życie na pograniczu mdłości.
Miałem prawie wszystkie zamieszczone w ulotce objawy uboczne. Zgodnie z ulotką okazały się przejściowe.
I znów jedzenia sprawia mi przyjemność, ale wielka „C” zakłada cugle na ten apetyt. Póki co utrzymuję wagę na poziomie uzyskanym w trakcie odchudzania.
- Co upiec na święta? Spytała żona?
- Udam że nie słyszałem tego pytania – odpowiedziałem - A cha i powiedz swojej mamie, niech nie kupuje tego tłustego boczku. Tylko ja go jadałem, a więc nie będzie amatorów.
Ale jajeczka owszem.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Bezkarnie? Tylko dzisiaj

Jak ten czas leci. Dzisiaj  pierwszy dzień kwietnia. Patrząc za okno, trudno mi w to uwierzyć. Kalendarz Windowsa uparcie obstaje jednak przy tej dacie.
Prima aprilis, czyli czas na bezkarne kłamstwa i opowiadanie głupot w tym jednym dniu w roku. W czasach nie całkiem  jeszcze odległych,  prima aprilis  zdarzało się znacznie częściej. Wystarczyło  rankiem kupić gazetę. Potem otworzyć pierwszą stronę takiej na przykład Trybuny Ludu. Sztab komików  zatrudnionych na etatach, pracował nad tym, aby nasz nastrój  był  dobry. Bo przecież nic lepiej nie wpływa na samopoczucie niż dawka śmiechu. Tylko, że  wtedy  nie było do śmiechu.
 Aż zebrali się ludzie, którzy pod hasłem - Aby prima aprilis był tylko raz w roku – dokonali zmian. Z rozpędu nawet ustrojowych zmian. Dzisiaj nie ma już nawet  wspomnianej gazety, ale nie brakuje  rzeczników zwiększenia  liczby dni, w których można bezkarnie blagować.
A co mają zrobić uczciwi i prawdomówni do szpiku kości? Konieczna może okazać się wizyta u lekarza. A wtedy? Na przykład jak w dowcipie:
Przychodzi facet  do gabinetu seksuologa:
- Na co się skarżymy? – pyta lekarz
- Panie doktorze! Mój sąsiad mówi,, że on w nocy może osiem razy! A ja nie więcej niż trzy...
- Popatrzymy, popatrzymy... Proszę otworzyć usta, proszę powiedzieć A - A - A...
- A - A - A - A...
- Proszę zamknąć usta. Nie widzę żadnych przeciwwskazań, żeby Pan nie mógł mówić tego samego...