niedziela, 31 lipca 2011

Lipiec 2011

28 lipca 2011
W młodości szalenie imponował mi zachód.  Ten styl,  ten rozmach i ta swoboda. Swoboda zachowania,  podróżowania, a dodatkowo swoboda wyrażania emocji. Kiedy Unia Europejska  dodatkowo wdrożyła Schoengen, było to jak realizacja jednego z moich młodzieńczych sennych marzeń. Tych które to zwykle dziwnie się kończą,  jeżeli nie obudzimy się w odpowiedniej chwili.
Oni to mają dobrze – pomyślałem.  Żadnych granic,  zero  i nul.  Kiedy więc machając unijną flagą, pierwszy raz minąłem puste stanowiska celników  na granicy polsko-słowackiej byłem dumny,  że uczestniczę w tym eksperymencie.
Eksperyment ma  swoje dobre i złe strony.  Ostatnio  na przykład,  z północy Europy dochodzi nas pogląd, że jakieś granice jednak by się przydały.  Oburzyłem się na takie opowiadania,  ale kiedy czternastego  lipca czytałem wiadomości  na Onecie, powtórzyłem za Duńczykami   jakieś  granice powinny być.   Na przykład w podawaniu  informacji.
Funkcjonujący kiedyś tak zwany sezon ogórkowy obfitował w informacje o potworze z Loch Ness,  gigantycznej truskawce,  czy dorodnym grzybie.  Patrzyliśmy na to z życzliwą  obojętnością, dając od czasu do czasu nabrać się na  lądowanie UFO.  Wiadomo wszak,  że  obowiązywała tzw.  wierszówka  czyli coś za co dziennikarzowi płacono. Nie chcielibyśmy, aby taki dziennikarz musiał pić na kredyt, albo co gorsza za nasze pieniądze.
Naginano więc rzeczywistość, dla dobra informacji i ludu pracującego miast i wsi. Szczególnie latem naginano.
Kiedy zapanowała w naszym kraju demokracja i każdy mógł wystartować w wyborach do Sejmu czy  Senatu,   nastąpił zalew  fantastycznych informacji.  Podam tu  jako przykład lądowanie Talibów w Klewkach.  Oj przyzwyczaiły nas elity narodu do traktowania ich z przymrużeniem oka.  Oni zaś zaakceptowali te nasze  przyzwyczajenia i nadal opowiadają  historie,  które przeciętny człowiek odważy się opowiedzieć tylko swojemu psychoterapeucie.
Świat jest jednak tak skonstruowany,  że o ludziach biednych mówi się, że są (przepraszam) pierdolnięci.  O bogatych, że są ekscentrykami.
Wracając jednak do informacji która mną wstrząsnęła. Tytuł jej brzmiał :   
Śmierdzące skarpetki ocalą życie tysięcy ludzi?
 A treść? Treść równie fascynująca:           
„Zużyte skarpetki mogą być kluczem w ochronie krajów rozwijających się przed malarią. Jak się okazuje ich zapach jest bardzo skuteczny i przyciąga komary – twierdzi dr Fredros Okumu z Instytutu Zdrowia Ifakara w Tanzani. Urządzenie skonstruowane przez naukowca zabija komary wabiąc je zapachem - czytamy na eurekalert.org.
Opracowane przez Okumu urządzenie jest umieszczone poza domem. Zespół naukowy w Instytucie Zdrowia Ifakara pod wodzą dra Okumu stwierdził, że najbardziej skutecznym sposobem na przyciągnięcie komarów do urządzenia jest zapach śmierdzących skarpetek lub podobny syntetyczny. Wewnątrz urządzenia gromadzą się komary, które później są zatruwane i umierają….”
Ponieważ wielu z nas, opanowało  sztukę czytania ze zrozumieniem, widzę jeszcze jedną zaletę cytowanego powyżej tekstu.
 A w ogóle tytuł powinien brzmieć
Śmierdzące skarpetki ocalą życie tysięcy ludzi i setki małżeństw.
Od dzisiaj  bowiem  na zarzut żony  wyrażający się słowami:
- Znowu łajzo zostawiłeś brudne skarpetki w salonie -  mamy gotową odpowiedź:
- Kochanie narzekałaś na komary,  które atakują Twoje słodkie ciało.  Z poświęceniem zdrowia i mienia zastawiłem na  nie tę oto pułapkę.
Tutaj szerokim gestem wskazujemy  dwie  skarpety, które tylko na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie porzuconych. My po prostu ustawiliśmy je na trasie największej migracji miniaturowych obiektów latających. 
Teraz tylko czekać, aż w taką skarpetę wejdzie komar i  zdechnie. Dostęp do pułapek mamy wprost nieograniczony. Codziennie, lub jeżeli zależy nam na wysokiej jakości  i skuteczności urządzenia co dwa, trzy dni. 
Po raz kolejny coś, co podświadomie robili faceci od czasu wynalezienia skarpety zyskało solidną naukową podbudowę.
Niech ktoś jeszcze powie, że facet to fleja.
Nieprawda!.
Facet  to misternie zbudowana maszyna.
Nie  jest prawdą jak mówi  M.Gretkowska –  że Facet to prosta maszyna,  którą obsługuje się jedną dźwignią. Faktem bezdyskusyjnym jest, że tę maszynę najlepiej prowadzi się  przy pomocy wspomnianego yoisticka. Jest to jednak  już całkiem inna historia.
Sama skarpeta zyskała  kolejne nowe zastosowanie.  Pomijając samo chodzenie, służyła przecież  do trzymania w niej gotówki, a  niejednokrotnie była pierwszym jedynym  świadkiem budzących się męskich namiętności. Nie licząc oczywiście nagiej piękności w kolorowym magazynie.
Pozostaje jeszcze tylko podeprzeć naukową teorią bekanie, pierdzenie i drapanie się po tyłku. Ale nad tym  sponsorowani odpowiednimi funduszami naukowcy, z pewnością już pracują. 

Antoni Relski
24 komentarzy
25 lipca 2011
Letnie weekendy znaczę trasą z Mojego Miasta na Moją Wieś. Kiedy tylko minie szok cenowy po wizycie na stacje benzynowej,  ustalam obroty silnika w pozycji – „ekonomiczne” i dalej w trasę. Od czasu gdy jeżdżę własnym samochodem nawet fotoradary są jakby mniej groźne. O wyższości samochodu służbowego nad prywatnym napisano już nie jedną rozprawę.  Pomimo delikatnej nogi, w ostatnim tygodniu zameldowałem się na miejscu już  o siedemnastej czterdzieści. Tak więc udało mi się załapać na świeżo  wyjęte z wody, ruskie pierogi. Stopiona słonina z cebulką dopełniała poezji  pikantnego farszu. Nawet nie wiem jak, ale tak  jakoś  zaraz pojawiło się na stole  węgierskie  Egri Bikaver.  Sprawcą tego  pierogowego uniesienia była moja żona,  która w towarzystwie  swojej matki, a mojej teściowej  przez ostatnie dwa tygodnie  wypełniała gwarem  wiejskie zabudowania.  Gwar jakoś tak  szczególnie kojarzy mi się z teściowa, która organizując ser, mleko,  swojski chleb i ogórki prosto z krzaka, niemal równocześnie uczestnicząc  w wydarzeniach osiedla opanowała chyba zdolność bilokacji.
A propos cudów. Kiedy wjeżdżałem w osiedle  i na horyzoncie zauważyłem czerwony dach mojej chałupy, poczułem to błogie uczucie powrotu. Z rozmarzenia wyrwał mnie tłum stojący,  a w zasadzie klęczący  na asfaltowej drodze poniżej mojej chałupy.  Ponad  zebranymi  rozpościerał się duży drewniany krzyż.  Poczułem się nieswojo. Kamer telewizyjnych jeszcze nie ma , ale  co się  dzieje?  Albo moja żona  odzyskała władzę w nogach  i wtedy gotów byłem sam rzucić się na kolana, albo na szybie od kuchni pojawiła się  plama o rysach Matki Boskiej.  Wyhamowałem  delikatnie  i tłum powoli zrobił mi miejsce do przejazdu. Patrząc uważnie na lewo i prawo dojechałem do parkingu.
- Jasiek co to za cudza się dzieją?
- To Oaza zrobiła sobie stację w marszu z krzyżem i wypadło pod Twoją furtką.
- Ale to niebezpieczne tak na środku drogi
 - Ja żem już miał miękkie nogi jak żem jechał z sianem z lasu a oni tak  sobie stali. Ani dobrych  hamulców, ani trąbienia  przy wozie nie mam. Tylko mi,  jak im modlić się pozostało żeby nic się nie stało. Pan Bóg zachował.
Ci księża od oazy to czasem zupełnie nie myślą- dodał po chwili
Zdziwiłem się tym słowom Jaśka,  ponieważ  przyzwolenie dla dowolnych działań oazowych księży było do tej pory  nieograniczone.
Fakt, że wybierający sobie drogę przez wieś   do swoich rozważań modlitewnych, ani myślą usunąć się przed najeżdżającym samochodem. Stoję chwilę , a potem przeciskam się jak w stadzie owiec w Pirenejach. Oazowe owieczki  nie chcą rozpraszać się w trakcie rozmowy z Panem B.  A przecież ideą  spotkań oazowych  powinno być rozmyślanie o Bogu pośród tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą,  posrebrzanych żytem. Gdzie bursztynowy  świerzop  gryka ….i tak dalej. Asfalt osiedlowej dróżki nadaje się do tego najmniej.
Podzieliłem się wrażeniami z żoną. Zaśmiała się gorzko.
Sobota  przebiegła na pracach porządkowych i przycinaniu winnego krzewu. W lecie przycinam go mocno co dwa tygodnie. Dzięki temu  cała życiodajna siła idzie w kiście. Owoce  dosłownie rosną w oczach.  Pozostałe liście robią się bardzo duże. W sam raz aby owinąć grillowanego pstrąga.
Wieczorna wizyta sąsiadów wyrwała mnie z wieczornej drzemki  przed telewizorem. Zmęczenie podkręcone kieliszkiem czerwonego wina,  na wygodnym  rattanowym fotelu i nawet najlepszy film nie zmusi mnie do utrzymywania otwartych powiek.
Mocno  rozespany  zasiadłem do gościnnego polskiego stołu. Za chwilę już uczucie  sennego rozkojarzenia  zamieniło się w przyjemny szmerek pod czaszką. Swojski chleb, smalec z cebulką i świeżo kiszony małosolny ogóras  wypełniły treścią sympatyczny wieczór. Oprócz  oczywiście tego,  po czym się owego ogórka zagryza.     
Szczęśliwie, być może  ze względu na  późna porę nie przeszliśmy na wyższy etap doznań.
Kultywowane jako  tradycja rodzinna wspólne niedzielne śniadania odbywają się na tarasie. Pośród  kolumnowych jałowców i wspomnianego krzaka winogron, zwykłe jajko na miękko zyskuje swoją mistyczna moc.  Stukasz w skorupkę obserwując kątem  wzniesienia  wieńczące  sąsiednią  stronę  szerokiej doliny. I jeszcze ten świergot ptaków. Wciskający się między grzanki z dżemem i poranną kawę.  Żaden kanał z muzyką klasyczna nie wprowadza mnie  w taki nastrój. Dla tych chwil warto  znieść nawet chłodnawy wietrzyk, który od czasu do czasu przypomniał o zmiennej pogodzie lipca.
Dwa tygodnie szybko zleciały na  tak zwanym  nic nierobieniu.  Bo czy sprzątnie domu, robienie dżemu z wiśni, czy przepierki po ostatnich gościach to praca?
Nic nierobieniem zajmowała się oczywiście moja  żona.  Ja zaszczycałem  wieś swoją obecnością wyłącznie w weekendy.
W niedzielę po południu rozpocząłem procedurę zamykania, domu. Okna, okiennice, woda i prąd  podlegają wyłączeniu  lub zamykaniu,  w odwrotnej kolejności do uruchamiana.  Robię tak aby następnym  razem było do czego wrócić.  Prąd bez dozoru w drewnianej chałupie, to jakby prośba o problemy.
Kiedy już tak pozamykałem wszystko i dopakowałem  samochód stwierdziłem,  do czego już jestem przyzwyczajony,  brak telefonu komórkowego. W poszukiwaniu  aparatu  przemieszczałem się po opuszczonym domu , aż wszedłem  do ciemnego,  z powodu założonych okiennic salonu. Włączyłem   lampę nad stołem.
-  O jest – zauważyłem.
Wziąłem go ze stołu  i wsadziłem go do kieszeni.  Kątem oka zauważyłem  ptaszka, takiego samego jak trzy inne sztuczne  stworki mieszkające w otwartej klatce na tarasie.  Taka wizja plastyczna bez odbierania wolności żywym.  
- Że też nikt mi nie powiedział o tym zakupie - zauważyłem.
Chciałem zobaczyć jaki zestaw kolorów ma zabaweczka  i kiedy zbliżyłem głowę do ptaszka,   nieruchoma główka mrugnęła oczkiem. Delikatnie i prawie niezauważalnie. Szybko odsunąłem okiennice i otwarłem na całą szerokość drzwi na taras. Spojrzałem jeszcze raz, ptaszek  ponownie mrugnął.   Zaskoczony sytuacją  zwołałem na żonę. Kiedy wjechała do pokoju w towarzystwie teściowej stwierdziła to samo co ja .
Na podstawce   z wymalowaną kaczka, taką  pod kubek, przysiadł mały ptaszek. Kolorowy młodzian z tegorocznym upierzeniem. Głupi, a więc nieświadomy zagrożeń jakie niosą za sobą  kontakty z ludźmi.  Na głowie nastroszony czubek z delikatnych piórek  sugerował,  że być może to dudek. Dobrowolnie nie kwapił się do odlotu, a jego gościna opóźniała mi czas wyjazdu. Chciałem go wziąć w ręce i wynieść  na zewnątrz. Uniknął  tego odlatując w bok. Postanowił  przysiąść na zdobnej w góralskie wzory desce, ale zaczepił pazurkiem o drewno.  Zawisł łapką do góry,  machając rozpaczliwie skrzydełkami.  Podszedłem i delikatnie chwyciłem ptaszka.  Z równą starannością odczepiłem zaplątaną nóżkę. Objąłem go delikatnie tworząc kryjówkę z  dłoni, czekając aż  się  uspokoi.  On sam za chwilę przestał się rzucać i przysiadł spokojnie.
Wyszedłem na taras. Rozłożyłem szeroko dłonie. On spokojnie siedział jeszcze chwilę, po czym rozłożył skrzydła i łagodnym łukiem sfrunął z  moich dłoni wprost pod krzak hortensji .
Spojrzałem w ślad za nim  i powróciłem do zamykania okiennic drzwi etc.
Uratowałem malutkie ptasie życie.  I jeżeli wrodzona mądrość uchroni  go przed kotem, czy kuną, będzie żył ku mojej radości  w trakcie  ćwierkających śniadań. 
No to do usłyszenia ptaszku.
A od  poniedziałku  monotonia  rodzinnego żywota.

Antoni Relski
20 komentarzy
22 lipca 2011
- Nie, nie, nie -  powiedziała moja żona, której podrzucam od czasu do czasu jakiś swój  tekst – To nie może się skończyć na jakich przyjacielskich przytulankach. Tu powinno być gorąco i namiętne.
Proście a będzie Wam dane

Drugie wejście do tej samej rzeki  część trzecia
Wracał do domu niespiesznie. Noc już całkiem objęła w posiadanie miasto i wszystko zamarło i   wygasło z wyjątkiem ulicznych latarni. Ulica którą szedł nie należała do tak zwanych handlowych, dlatego tez próżno by szukać dodatkowego oświetlenia przemierzanej drogi.  Z powodu braku szyb wystawowych nie mógł również zobaczyć jak  aktualnie wygląda jego mina. Byłoby to o tyle ciekawe,  że doświadczył tego wieczora pełnej gamy doznań. Od fascynacji osobą do mocnego  napięcia emocjonalnego i  chwili kiedy wszystko klapnęło niczym przekłuty balon, czy układanka z puzzli. Nie pogrążył się jednak w nicość,  gdyż na to miejsce Magda  rzuciła przed niego  garść nowych elementów do układania. Jedynym problemem był brak obrazka matki, czyli wzoru według którego mógłby tę nową układankę tworzyć.  Niebo zaciągnęło się chmurami,  najpierw zasłaniając gwiazdy na koniec  księżyc,  który wyglądał jak za grubą muślinową zasłoną…
- Będzie coś z deszczu pomyślał  i odruchowo poprawił marynarkę układając ją równo na ramionach. Marynarka. Dziwny strój na grilla, ale tak prawdę powiedziawszy On tego grilla nie planował. Został porwany z drogi i wzięty w jasyr. Nie planował też tego buzującego po czaszką uczucia. Zastanawiał się, czy dzisiaj będzie jeszcze mógł zasnąć Szczerze wątpił w taką możliwość. 
Martę  pożegnał się pod jej domem. Pocałowała go na pożegnanie i szybko zniknęła za drzwiami wejściowymi do klatki schodowej niewielkiego bloku. Stał jeszcze przez chwilę,  patrząc jak jej postać przemyka z młodzieńczą  prawie  sprawnością po  betonowych schodach. Nie doczekał  jednak chwili, gdy rozświetli się światło w którymś z okien na drugim piętrze.  Za chwilę natomiast zgasło światło i klatka schodowa wypełniła się mrokiem. Odwrócił się na piętach i powoli ruszył do domu.
Od czasu kiedy weszli w gęstwę parku nie mówili do siebie przez dłuższa chwilę. Ona szła przytulona do niego i ani przez chwilę nie wypuściła jego ręki  z mocnego kurczowego uścisku. Jakby bała się, że nagle zniknie i że to wszystko co się zdarzyło było tylko pięknym snem z koszmarnym zakończeniem.
Czuła się fantastycznie przebywając w jego towarzystwie. Samą  swoją obecnością wpływał na nią pozytywnie. Rozsiewał jakieś cudowne fluidy dzięki którym  stawała się zadowoloną z życia, pełnowartościową kobietą.  W trakcie całego wieczoru zrobiła mu swoisty test. Opowiadając jakąś historię zadawała mu  pytanie sprawdzające  poziom jego uwagi. Za każdym razem zdał celująco.  To dobry  sposób aby ocenić faceta.  Sprawdziła to wielokrotnie, że większość facetów powtarza tylko
- Tak kochanie, oczywiście kochanie.
Po dodatkowym pytania - ale co tak?- Następowała głucha cisza.
Stała teraz na ciemnej klatce schodowej patrząc na Marka,  który z zadartą do góry głową stał jeszcze przez chwilę pod  domem. Później wsadził ręce do kieszeni, następnie odwrócił się tyłem i odszedł wzdłuż drogi wyjazdowej z osiedla.  Nie miała ochoty wracać do domu.  Chciała zbiec najszybciej jak się da po tych cholernych schodach i pobiec za nim. Nie bacząc na ciszę nocy wykrzyczeć jego imię, które niesione wiatrem odbije się od okolicznych domów i wpadnie wraz z wibrującym echem wprost do jego  uszu. On odwróci się do niej,  a ona rzuci mu się w ramiona całując  nerwowo i pospiesznie. Marek to imię chciała odmieniać przez przypadki, czasy i liczby,  jak nastolatka. Zapomniała już jak to jest, a życie nauczyło Ją aby do uczuć podchodzić z rezerwą. Czyż to jeden raz sparzyła się na swoich oczekiwaniach?.  A bez tego zauroczenia, fascynacji i gotowości do poświęceń nawet seks jest kaleki  i niepełny.  Teraz to eksplodujące wprost uczucie, dojrzałe doświadczeniem, a jednak świeże jak u  wkraczającej w życie dziewczyny. I te motyle o których opowiadają kobiece aktywistki w kobiecych programach. To stawało się coraz bardziej realne.
W dali majaczył już blok, w którym jego firma wynajęła  służbowe mieszkanie.  Przyspieszył nieco kroku ponieważ z nieba spadły pierwsze, pojedyncze, ciężkie od nabrzmiałej atmosfery wieczora krople  deszczy. Uderzyły go  w twarz, spadły na głowę i ramiona.  Odruchowo postawił kołnierz marynarki.  Wejścia do klatki nie bronił żaden domofon, ponieważ ostatni funkcjonujący został uszkodzony przez młodzieńców z  trzeciego piętra. Widocznie noszenie klucza do bramy było zbyt stresujące. Powoli już wyszedł na pierwsze piętro, a dalej zewnętrzną klatka schodową, aż do samych drzwi na końcu korytarza. Zdecydowanym ruchem przekręcił klucz w zamku i wszedł w czeluść  mieszkania. Ostre światło żarówki uderzyło go w oczy, przywołując do rzeczywistości. Rzucił marynarkę na krzesło, ale zaraz poprawił ją starannie układając na oparciu, aby przez te kilka godzin które pozostały do światu przeschła i odzyskała swój właściwy fason.  Rozebrał się i wszedł pod prysznic. Woda spływała mu po twarzy ramionach a dalej w dół by rozbić się z  o brodzik kabiny i spłynąć obfitą pianą do kratki. Umył się szybko, ale stał dalej pod prysznicem, z twarzą skierowaną na strumień wody.  Zmniejszył temperaturę  wody,  aby spłukać emocje które wypełniły jego wnętrze i buzowały pod skórą.
- No to się narobiło – pomyślał -  Łagodnym łukiem przeszedłem etap z macho do psychoterapeuty.
 Zdecydowanie wolał to pierwsze zadanie, ale los często decydował za niego, obsadzając go w roli słuchacza. Ileż to razy sączył piwo słuchając opowiadań kumpla o swojej żonie, dziewczynie, niewdzięcznym dziecku, czy popapranym życiu.  Wyglądało na to, że ktoś robił mu reklamę, ponieważ  z czasem pojawiały się drugie połowy jego kumpli. Opowiadały swoją wersję prosząc jednocześnie, żeby pod żadnym pozorem nie wygadał się z faktu tej rozmowy. Marek milczał jak grób i być może w tej dyskrecji tkwiła tajemnica jego sukcesu. 
  - Cholerny sędzia pokoju – myślał o sobie.
Denerwowała  go ta jego umiejętność, z czasem zaczął ja nosić jak stygmaty.  Widząc  ulgę  na twarzach tych wszystkich zbolałych opowiadaczy, osiągał swoją mała satysfakcję. 
- I  Jeżeli już ma tak być,  że dzięki mnie ktoś będzie lepszy lub szczęśliwy, to niech się tak będzie -  powiedział głośno do nikogo ufając,  że słowa trafią do adresata. A kiedy przyszedł czas  gdy to On potrzebował kogoś z kim mógłby pogadać trafił w próżnię.
Z cenę jednego piwa pozostawał mu tylko psycholog na NFZ.
Małżeństwo  Marka traciło  na znaczeniu  powoli.  Erozja związku obliczona na lata dokonywała się stopniowo. Jak dodawany w maleńkich ilościach arszenik truje na raty, tak umierało to małżeństwo. Długofalowa agonia małżeństwo pojmowanego jako związek dusz.  Słabły emocje i temperatura. Uniesienia stawały się rzadkie za sprawą codziennych obowiązków.  Wymuszane intymności pogłębiały w nim frustracje.  Nie chciał tego tak łatwo odpuścić. Zainicjował dwie, albo trzy rozmowy, niestety bez rezultatu.
- Psychoanalizę to Ty sobie prowadź u swoich kolegów –  odburknęła żona i w zasadzie to zamykało drogę do jakiegoś porozumienia ponad podziałami.
Właściwie to Ona miała do Niego te same pretensje i uwagi. Uważała, że poświęca jej za mało czasu. Ponoć wygasił emocje i bazuje wyłącznie  na rutynie. Najpewniej prawda tkwiła gdzieś po środku, bo życie nie jest czarno –białe. Życie oferuje cała paletę szarości.
Nie robili sobie scen i publicznych projekcji. Zachowywali wobec siebie elegancję w słowach i czynach. On jadał regularnie, w czystym i pachnącym mieszkaniu. Ale  kiedy po obiedzie pragnął czymś wypełnić popołudnie, pozostawały tylko  oglądane przez nią telewizyjne seriale.  Zagłębiał się więc w internecie, który stał się jego drugim światem. W czasie tych milczących wieczorów stawał się coraz częściej światem numer jeden.
Wychodzili do znajomych i tych znajomych zapraszali do siebie. W trakcie tych spotkań grali wprawnie swoje role, zgodne uśmiechnięte małżeństwo.
- Tak kochanie, oczywiście kochanie - nigdy publicznie nie obniżyli swoich standardów.
I wtedy przyszła ta propozycja z innego miasta. To chyba był najlepszy a zarazem ostatni moment.
- Nie jestem jeszcze taki stary, by podjąć to ryzyko – postanowił o  sobie.
Nie chodziło tu jednak o zwykłe, męskie sprawdzenie siebie.  W wyjeździe dojrzał  szansę dla nich obojga.  Bo przecież odległości i nieobecności powodują tęsknotę. A tęsknota może być fundamentem. Na ten fundament bardzo liczył, w zasadzie była to jego ostatnia deska ratunku.
Nie wyrzuca się przecież ot tak sobie tych wszystkich lat.  Czasu  kiedy przysłowiowych pięciu minut nie można było wytrzymać bez siebie. Kiedy obrazowi partnera towarzyszyło przyspieszone bicie serca.  Tych chwil kiedy bez skrępowania pocałunkami poznawaliśmy każdy kawałek kochanego ciała partnera.  Zachłanni na to poznanie smakowaliśmy to łapczywie, jakby chwila nam dana miała się już nigdy nie powtórzyć.
- I co się z tym wszystkim kurwa stało?
Trwał tak w tym filozoficznym zamyśleniu, trąc szorstkim ręcznikiem plecy tak długo, aż nabrały  intensywnego bordowego zabarwienia. Wyszedł z łazienki. Z lodówki wyciągnął butelkę zimnej wody mineralnej z której pociągnął spoty łyk.  Czynił to tak energicznie że woda wylała mu się z kącikami  ust, spadając na rozgrzany tors.  Otwarta dłonią starł niedbale krople, po czym schował butelkę. Nie ubierając nic na siebie jak to miał w zwyczaju,  położył się na szerokim sprężystym materacu. Bardzo go lubił ponieważ dzięki niemu mógł spać wzdłuż, albo w poprzek swojego łóżka, w zależności od fantazji jak go w danej chwili ogarnęła. Zegarek wskazywał pierwszą trzydzieści. świecące cyfry  elektrycznego zegara z godną podziwy cierpliwością zmieniały się minuta po minucie. Nie mógł zasnąć. Dodatkowo deszcz, którego pierwsze krople zaczęły spadać na chodnik gdy prawie wchodził do domu, rozpadał się na całego. Krople waliły o parapet, a ciepły deszcz nie zamierzał  przestawać. Zamknął oczy i próbował odgonić od siebie te wszystkie myśli pełne pytań i wątpliwości.   Chciał chociaż przepchnąć je na czas rannej kawy i przeglądania wiadomości.
I wtedy usłyszał dzwonek. Zainstalowany nad wejściowymi drzwiami gong ogłaszał czyjeś przybycie.. Najpierw delikatnie jakby nieśmiało, by za chwilę wrócić do jego uszu powtórką już  bardziej śmiałą. Kiedy w końcu śmiałość  alarmowania zbliżyła się do granicy natarczywości ubrał szlafrok i podszedł do drzwi.  Uchylił je najpierw delikatnie, by za chwilę otworzyć na pełną szerokość.
Na progu stała Ona. Nieśmiała i zawstydzona swoim zdecydowaniem.  Zdecydowana jednak na działanie z widoczną wprost determinacją.  Padający deszcz zmoczył jej włosy prostując je  układając ściśle wokół szyi i ramion. Mokra sukienka dokładnie opinała jej ciało , modelując sylwetkę. Jej piersi z wyraźnie zarysowanymi sutkami dopełniały tego obrazu.  Drżała cała z emocji lub deszczu, albo obu tych rzeczy łącznie. Pomimo że głos wiązł jej w krtani zebrała się w sobie i wyrzuciła szybko:
- Nie potrafiłam zostać domu. Nie mogłam znieść tej ciszy, nie mogłam wytrzymać  bez rozmowy. Nic nie jest  ważne bez Ciebie. Teraz stoję tu i boję się  o to co o mnie sobie pomyślisz.  Ale gwiżdże na to co pomyślisz, Dla mnie jest ważna ta chwila i Ty jesteś dla mnie ważny.
- Przede wszystkim myślę,  że się przeziębisz stojąc tak na progu w mokrej sukience. Wchodź.
Wziął  Ją za rękę i wprowadził do przedpokoju. Kiedy tylko zamknęli za sobą drzwi Ona rzuciła mu się na szyję obejmując go rękami tak mocno, jak tylko mogła to zrobić targana emocjami. On zaś zaczął całować ją szybko i namiętnie w usta, które tym razem bezbłędnie odszukał. Kiedy już nacieszył się tą pierwsza bliskością chciał, aby chwila trwała a emocje rosły.  Przesunął usta niżej kierując się na szyję i płatki uszu.  Drżała cała przyjmując oczekiwane czułości. Próbowała uciec od tej przyjemności, która prowadziła aż do fizycznego bólu, ale ten ból sygnalizował jej niechybne nadejście Wielkiej Przyjemności.  Mokra sukienka w jednej chwili wylądowała na podłodze, rzucona  byle jak w kąt przez zgodne w tym działaniu obie pary rąk. Ten sam los spotkał również pozostałe części damskiej garderoby. Owinął ją połami swojego szlafroka, aby chociaż trochę osuszyć i rozgrzać jej wilgotną skórę.   Następnie wziął  na ręce i zaniósł do sypialni. Tam delikatnie położył na łóżku, siadając trochę niepewnie na jego skraju. Zrzucił  wcześniej wilgotny szlafrok w którego czeluściach suszyła się podczas powitania Marta.  Nie chciała przedłużać tej chwili wahania  więc tylko szepnęła mu do ucha:
- Wszystko w porządku, jestem bezpieczną  dziewczynką. Chodź do mnie.
Posłusznie wykonał plecenie, chociaż w tej chwili  o bezpieczeństwie myślał najmniej. Wiedział że największą przyjemność czerpie się  w drodze na zatracenie.  W głowie kłębiły mu się setki myśli, ale jedna zaczęła dominować. Wydawała się być poleceniem którego Marek postanowił się trzymać.
- Zapomnij o wszystkim czego się do tej pory nauczyłeś…   
W  blasku wychodzącego właśnie zza chmur księżyca  zobaczyć można było ciała tych pięknych  uczuciem czterdziestoletnich kochanków. Któż by jednak miał obserwować szaloną choreografię dwóch spragnionych siebie ciał,  gdy nowy dzień powoli szykował się do powstania.


Antoni Relski
25 komentarzy
20 lipca 2011
Nie jestem jak  Grisza Perelman, bezrobotny matematyk z Petersburga, który odmówił przyjęcia nagrody w wysokości jednego miliona dolarów  za udowodnienie  Hipotezy Poincarégo. Po pierwsze mam pracę, pod drugie za cholerę nie rozumiem o co w tej hipotezie chodzi.  Po trzecie zaś  przyznaną mi przez Iw  nagrodę przyjmuję.  Nie byłbym jednak sobą gdybym nie podszedł do tematu nagród z tradycyjną nutką ironii.
W myśl regulaminu należy opublikować jej wizerunek
Oto przyznana nagroda
  

Podziękować osobie nagradzającej,  która jak wiem do blogowych nagród podchodzi z równym dystansem – dziękuję  Ci Iw – Kobieto Współczesna.      
·         Mam opowiedzieć  coś o sobie :
„Znamy się mało... więc może ja bym powiedział parę słów o sobie - najpierw. Urodziłem się... urodziłem się w Małkini, w 1937 roku, w lipcu. Znaczy, w połowie lipca... właściwie w drugiej połowie lipca, właściwie... dokładnie 17 lipca. No... to tyle może o sobie - na początek... Czy są jakieś pytania?”
A tak są.  Po analizie ich uważam,  że "Pytania są tendencyjne."
Oto więc zestaw gotowych odpowiedzi do których przygotowałem pytania:
·         Czego oczekuję od czytelników
"Każdy może, prawda, krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczenie do krytyki, panie, tu nikomu tak nie podoba się. Tak więc z punktu, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie tych naszych, prawda, punktów, które stworzymy."
·         Jakie stawiam sobie cele blogowe
 … Wyłania się idea tekstów  i... jakich jeszcze nie było. Stworzenia czegoś zupełnie nowego. Nowa wartość może powstać jako synteza różnorodnych sprzecznych ze sobą wartości. Jeżeli chcemy osiągnąć nową wartość, musimy doprowadzić do konfliktu między tym co fizyczne, a tym co duchowe. Jeżeli natura, więc fizyczność, jest czymś pierwotnym, czyli tezą, to kultura jest jej antytezą, a synteza tym, co pragniemy osiągnąć. Gdy ktoś z nas gimnastykuje się, reprezentuje naturę, więc tezę, jeśli ktoś z nas śpiewa, reprezentuje kulturę, więc antytezę. Chcąc stworzyć sztukę na naszą miarę, musimy zwiększyć w niej udział wysiłku fizycznego, a dla antytezy i duchowego. I to jest nowa strategia syntezy. I to jest nowa koncepcja sztuki."
·         Jak oceniam  wartość swojego bloga
‘Pan mówi o tekście, ale pan ma na myśli wyłącznie treści, których tu nie ma. Aha. No więc jeśli to jest forma bez treści, to nie ma to waloru obiektywności, no więc jest to formalizm. I to jest groźne, ale formalizm jest jeszcze groźny dlatego, że jak nie ma tam treści, to po prostu można tam sobie podkładać różne treści i może nawet takie, które by nam tu nie odpowiadały.’
·         I oś od siebie
Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę.
·         Na koniec powinienem nominować do nagrody szesnaście blogów (sic!)
Tutaj muszę stwierdzić, że jestem egoistą i egocentrykiem. Nawet nie bywam regularnie na szesnastu blogach. Wpadam od czasu do czasu do siebie i o ile czas pozwoli zamieszczam  jakiś tekst. Dlatego nie wypełnię  ostatniego warunku  przyznanej nagrody ponieważ kocham Was wszystkich.
A jeżeli ktoś nie zorientował się jeszcze, po resztę odpowiedzi zapraszam na "Rejs"  M.Piwowskiego. Pytania dorobicie sobie sami

 
Antoni Relski
16 komentarzy
18 lipca 2011
Głowa Mitoraja  na krakowskim rynku ma mocno wypolerowane na złoty kolor oczodoły.  To  widoczny znak , że  wielu turystów robi sobie pamiątkowe zdjęcie wchodząc do środka rzeźby.  Fakt,  w ostatnie piątkowy wieczór różnobarwny tłum niczym z reklamy United Colors of Benetton, wylał się jak każdego  dnia  na płytę rynku i sąsiadujące z nim ulice. Pogoda niestety nie rozpieszczała nas  wylewając od czasu do czasu mniej lub bardziej intensywnie krople deszczu.  Olbrzymie parasole w kawiarnianych ogródkach  chroniły przed nim swoich gości, którzy nad filiżanką kawy lub szklanką piwa kontemplowali ułożenie maszkaronów na świeżo odrestaurowanych  Sukiennicach.  Na początku ulicy Floriańskiej grupka młodzieży uzbrojona  w całkiem profesjonalny sprzęt z fagotem i klarnetem na czele dała popis muzyki klasycznej ku radości zwiedzających. Niektórzy dawali wyraz swej ekspresji odbioru tańcząc lub kołysząc się w rytm muzyki.  Część z tych ekspresjonistów była świeżo po konsumpcji we  wspomnianych wyżej ogródkach.  Byłem i ja w tym miejscu otoczonym mieszaniną historii i współczesności. Uzbrojony w parasol  okrążałem  rynek,  gapiąc się na mijane wystawy. Przybyłem trochę za wcześnie, aby doświadczyć kontaktu ze sztuką teatralną.  Korzystając z zaproszenia Mirka (koniecmira) podjąłem kolejną próbę obejrzenia  monodramu do jego tekstu – „Mój Dekalog czyli dziesięć wariacji na temat wariacji”. Ponieważ dobry los  mi sprzyjał,  a ja nie chciałem nic pozostawić przypadkowi, już  godzinę wcześniej zameldowałem się w  kasie biletowej  Centrum Kultury przy ulicy Mikołajskiej.
- Jest Pan pierwszy-  powiedziała  bileterka
-  Cieszę się z tego bardzo, ponieważ bycie pierwszym zdarza mi się niezmiernie rzadko.
Sympatyczna pracownica kultury zainkasowała dwie i pół dychy wręczając mi w zamian wymarzony bilet. Mały kawałek papieru schowałem jak relikwię do portfela,  a ponieważ miałem jeszcze kupę czasu postanowiłem napawać się  atmosferą krakowskiego rynku.
Jako mieszkaniec tego pięknego miasta mam mało okazji do spacerowania wzdłuż jego historycznych kamienic.  Teraz swobodny i chwilowo samotny  czyniłem to z ogromną radością.
I wszystko mi się podobało i tłum i deszcz i jedenaście dorożek stojących jedna za drugą. Na co drugim  koźle siedziała kobieta  powiewając białym welonem zaczepionym do czarnego cylindra. I pewnie śmiały by się do bólu na pytanie o parytety w zawodzie dorożkarza . Bo w końcu  nic nie działa  na męską wyobraźnie bardziej niż kobieta i koń, a najlepiej naga kobieta na galopujących wierzchowcu.  Jednym słowem Szał i jakby to powiedział mój syn - Panie Podkowiński  piąteczka.
Obserwowałem wystawy,  ale tylko te ze sfery kultury. Zatrzymałem się  przed moją ulubioną księgarnią, usytuowaną  pomiędzy  ulicami Bracką i Wiślną.  Zauważyłem  za szybą książkę  Kisiela. Zawierała alfabet Kisiela i jeszcze dwie pozycje.  Uśmiechnąłem się do siebie. Ileż to razy zaczytywałem się Alfabetem,  poznając inną ludzką twarz  ludzi kultury i polityki. Książka Kisiela oznaczona była naklejką -25% .
- O Mój Boże jak  wszystko traci na znaczeniu i wartości.
 Potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie - ilu młodym ludziom mówi coś nazwisko Stefana Kisielewskiego?   Starsi posiadają książki z pierwszych wydań.
Kiedy minęło pierwsze rozczarowanie zauważyłem,  że wszystkie książki na wystawie posiadają taką samą nalepkę informującą o zniżce. Może to jakaś zmasowana wyprzedaż?
Kiedy jednak doszedłem do Empiku i tak na wystawie mościły się książki z równie wysokim upustem,
doszedłem do wniosku, że to tylko łatwy do przejrzenia  chwyt marketingowy. Odetchnąłem.
Ponieważ godzina rozpoczęcia spektaklu  zbliżała się nieubłagalnie, udałem się szybkim już krokiem do  siedziby  Centrum.
Letnia scena Teatru Lamelli przedstawiała na swoich  deskach sztukę mojego bądź co bądź kumpla . Główny Mag  wydarzenia Pan Wojciech Michno przywitał nas  śpiąc targany jakimiś konwulsjami czy  sennymi zmorami. Chwilę czekałem na rozpoczęcie  spektaklu nim dotarło do mnie, że spektakl już trwa. A ja nie życzę nikomu takiego snu. 
Surowa scenografia, dominujące  czernie, delikatne światła reflektora.  Stół oraz cztery krzesła,  które jak się później okazało grały w spektaklu różne funkcje. Analiza wystroju scenicznego zeszła jednak na plan dalszy ponieważ zaczęło się dynamicznie.
W dużym skrócie można powiedzieć, że jest to historia  hospitalizacji głównego bohatera, w Szpitalu Psychiatrycznym  w Kobierzynie. Autor który w spektaklu jest bohaterem zaczyna od  narkotycznych  wizje we wczesnym etapie zatrzymania i transportowania do szpitala, aż do szczęśliwego wypisania ze szpitala.  Fizyczny i psychiczny ból związany z  działaniami wbrew woli wraz z towarzyszącym im  krępowaniem kaftanem bezpieczeństwa. Dodatkowo ból związany z przyjmowaniem leków powodował odczytywanie działań służb medycznych  jako strącenie głównego bohatera w czeluść piekieł, gdzieś pomiędzy jego kręgami. Były w tej historii postacie lepsze i gorsze, jak w życiu.
Bardzo interesowała mnie tocząca się akcja,  ponieważ  miałem w swoim życiu  taki epizod  pracy  jako sanitariusz w pogotowiu ratunkowym. To ja,  ubrany w zielony uniform wyciągałem z pomocą kierowcy karetki tych zakwalifikowanych  do leczenia w psychiatryku  pacjentów.  Po pewnym czasie  zakładanie  kaftana bezpieczeństwa opanowałem do perfekcji.  Wśród moich klientów był cały przekrój typów,  osobowości, zawodów, płci i wieku. To na mnie właśnie pluli w bezsilnej złości użytkownicy kaftana w trakcie jego zakładania, Gryźli i drapali  ubliżając nam soczyście. Kto z nas wtedy słyszał o AIDS?. Dziwne ale w tamtym okresie nie miałem wyrzutów sumienia w związku z wykonywaną pracą. Miałem poczucie misji, bo oto jestem ogniwem w łańcuchu ludzi dobrej woli, którzy choremu wbrew jego woli oferują terapię. Oprócz tego brałem udział w  kilku akcjach  reanimacyjnych,  by uratować  czyjeś  gasnące życie. Odbierałem również poród, by zobaczyć  jak to nowe życie  łapie pierwszy oddech. Byłem szczęśliwy. Fakt że obowiązujący w tamtym okresie system znany był  z uszczęśliwiania ludzi na siłę. To partia wiedziała co jest dla nas najlepsze. Szczególnie dla psychicznie i nerwowo chorych. A czy ktoś, kto był przeciwko władzy mógł być psychicznie zdrowy?
 Dobra sztuka zmusza do myślenia, Ta  zmusiła mnie dodatkowo do zadania sobie pytania:
- Czy w transportowanym do Szpitala przypadku medycznym wystarczająco mocno dostrzegałem człowieka.
Podszedłem do tej sztuki bardzo osobiście, analizując pojawiające się jeden po drugim obrazy.
To przeglądanie  stało się dla mnie jakąś wielką czynnością przypominania. Prawda czasu, prawda ekranu - jak mawiają krytycy filmowi.
Kiedyś jeden Prezes  wygłosił słynne zdane o tym, gdzie kto kiedyś stał. Parafrazując mogę powiedzieć, że chociaż Mirek  i ja staliśmy z różnych stron drzwi do Szpitalnego Oddziału  nie przeszkadza nam to być dzisiaj kumplami.
Nawiasem mówiąc bardzo chciałem poznać Mirka już wtedy, kiedy jeszcze nie maiłem pojęcia o jego istnieniu. Może kiedyś o tym napiszę, na razie waham się całkiem poważnie.  Post będzie musiał mieć tytuł – „Wszystko na sprzedaż”
Ogólnie sztuka podobała mi się z wyjątkiem jednego fragmentu. Pod koniec  na scenie pojawia się grupa czworga młodych ludzi.  Jest więc baletnica, żołnierz w uniformie z czasów I wojny światowej, oraz  osobnik w generalskim płaszczu sugerujący chyba Napoleona. Wszyscy  Oni tańczą na scenie,  oraz tworzą  jakiś taki korowód.  Szalone ruchy, szalone gesty, szalone śmiechy. Dla mnie to taki trochę  obraz wprost sugerujący miejsce akcji,  bazujący na pewnych stereotypach  szpitala psychiatrycznego. Poza tym czułem  w tym jakieś nawiązanie  do  Teatru Cricot. Czytałem przed spektaklem,  że teatr MIST którego aktorem  jest Pan Wojciech Michno,  poprzez osobę swojego Dyrektora miał  bliskie powiązanie z  Tadeuszem Kantorem.
Osobiście uważam,  że reżyser spektaklu nie docenia mnie jako widza, być może jednak  ktoś inny dojrzy w tym głęboki mistycyzm i ze dwa znaczenia, ale to już sprawa indywidualnego odbioru.
Różnorodność oferty programowej, czas letni i pogoda sprawiły z pewnością,  że publiczność na owym spektaklu nie dopisała. Nie zauważyłem natomiast, aby wielkość widowni wpłynęła na jakość gry aktorskiej.  Wojciech Michno jest profesjonalistą w każdym calu i dzięki piątkowemu spektaklowi pozwolił mi  uwierzyć,  że dla prawdziwego aktora liczy się  tylko sztuka.  Ani na chwilę na obniżył poprzeczki,  którą sobie wysoko postawił. Za to chciałbym Mu serdecznie podziękować.
Zadowolony,  ale z uczuciem niedosytu z faktu, że przedstawienie trwało tylko godzinę opuściłem budynek centrum. Idąc  alejkami Plant skierowałem się  do  przystanku tramwajowego.
Moja czwórka nadjechała niebawem i być może tutaj muza sztuki przestała mnie nieść.
Jak długi wyłożyłem się wchodząc do wysoko podłogowego wagonu.
Nie użyłem żądnego ze słów  powszechnie uznanych za wulgarne. Uśmiechnąłem się tylko do swojej  nieuwagi i roztarłem kolano.
Aj !  Już czuję że szuka łagodzi obyczaje.
Antoni Relski
29 komentarzy
16 lipca 2011
Andrzej wygasił do końca żar w swoim ogrodowym grillu, następnie  zebrał przyrządy do grillowania i wyniósł do kuchni. Wrócił za chwilę aby pozbierać porzucone w trawie puszki. I butelki.  Kiedy ogarnął pobojowisko odetchnął z ulga i rozsiadł się w swoim wiklinowym fotelu. Żona  która zdążyła już nastawić zmywarkę wyszła na taras  i po swojemu zlustrowała otoczenie.
-  No, może być . To co? idziemy się bzykać na górę czy będziesz się do północy patrzył w gwiazdy?
 Edyta byłą bardzo bezpośrednia w wyrażaniu swoich emocji i oczekiwań. Szczególnie od czasu gdy stała się tak zwaną ryczącą czterdziestką. Swoje prawo do orgazmu realizowała z cała stanowczością. Wzbudzało to w nim mieszane uczucia. Bo kiedyś marzył o kobiecie bezpośredniej z zachowaniem   na granicy perwersji, przy czym to on miał decydować  kiedy ta perwersja się zaczyna.  Za każdym razem kiedy musiał przełamywać   te idiotyczne pozy przyzwoitości  u napalonych dziewczynek z dobrego domu, myślał to samo. O ileż prostsze i ciekawsze było by życie gdyby taka powiedziała  że ma ochotę na seks. A dodatkowo jaka oszczędność czasu z której można by wykroić jeszcze jeden numerek. Jak to śpiewał Markowski?
Naga do mnie przyjdź  i od progu powiedz na co masz chęć.
Lata wpłynęły na zmianę filozofii życiowej Andrzeja.  Jeszcze jeden -  sztandarowe zawołanie męskiej populacji wykorzystywał ostatnio tylko w takcie oglądania meczów piłkarskich w TV.  Edyta miała mu to za złe, ponieważ  ten  fizyczny entuzjazm był tym co między innymi połączyło te dwie połówki jabłka.  Teraz do furii doprowadzało ją  nadużywane przez niego powiedzonko.
- Jak coś się zrobi od razu porządnie to nie trzeba poprawiać
- To choć raz zrób to porządnie – odgryzała się trochę na wyrost , bo w końcu nie był taki ostatni. Raniło to jego męskie ego i nawet na jakiś tydzień  wyprowadził się z ich sypialni do pokoju na parterze, ale kiedy  życie brutalnie  przypomniało o swoich potrzebach,  wrócił do góry. Ona postanowiła go ukarać dłuższą abstynencją ,  ale jak już zjawił się w tej sypialni, taki bezradny. Poza tym godzenie się do awanturze działa jak mocny afrodyzjak.
- Tak do końca nie wiem czy mam ochotę  na bzykanko,  chyba wypiłem za dużo piwa i jestem cholernie śpiący. Wiem natomiast doskonale  kto się bez seksu dzisiaj nie obejdzie.
- Myślisz o Marcie?
- Może o Marcie, może o Marku ? Może o nich do kupy. Ty widziałaś jak Ona na niego patrzyła.  Aż mu tego trochę zazdroszczę.
- Zrób tutaj stójkę , to spojrzę na Ciebie  tak samo.
- Przecież ją robię regularnie.
- O stójkę na rękach albo głowie mi idzie, Ty zawsze o jednym.
- Marek nie robił żadnej stójki ,  zrobił małpę i opowiedział kupę dowcipów.  Fakt niektóre słyszałem pierwszy raz w życiu.
- O to właśnie idzie Kochanie. Kobieta potrzebuje faceta którego może podziwiać , faceta którym się może pochwalić, błysnąć w środowisku swoich koleżanek. W innym przypadku wystarczy jej wibrator.
-To co idziesz na górę czy mam planować jakieś wyjście awaryjne.
- Boże toż to molestowanie i szantaż.
-Dokładnie tak. Nastaw się pozytywnie bo  będzie również dominacja.
 Andrzej wstał ze swego ulubionego wiklinowego fotela ,  a gdy żona zniknęła za drzwiami     rozciągnął szeroko ręce aż usłyszał chrzęst naciąganych stawów.
- Dominacja – powiedział do siebie i znacząco podrapał się po tyłku.  Jak to facet
Niebo rzeczywiście  wyglądało tej nocy wspaniale. Idealnie  ciemno granatowe na którym złociły się miliony drobnych punkcików.  Marek odszukał Wielki Wóz i wskazał  go Jej nazywając głośno.  Po co tak robił ? Tego nie wiedział, ale za każdym razem gdy gapił się na niebo  odczuwał taką nagłą  i bardzo silną potrzebę.  Jak gdyby bez tej czynności oglądanie gwiazd  nie było ważne i zupełnie nieprofesjonalne. W tym temacie brał przykład z kolegi . Andrzej ,  ten to się znał na tych punkcikach. Potrafił wskazać  i nazwać co najmniej pół setki  gwiazd, konstelacji  i czego tam jeszcze nie wymyślono.  Astronomia to była jego pasja , która jak to mówili rodzice nie da mu chleba. Idąc więc za głosem wynikającym z własnego DNA wybrał prawo.  Skończył je z większymi lub mniejszymi perypetiami i  wylądować w policji, gdzie gwiazdy mógł oglądać najwyżej na pagonach przełożonych. Teraz  jako policyjny emeryt  siedział w tym swoim wiklinowym fotelu i patrzył w gwiazdy zupełnie bezinteresownie . Czasem  gdy dopadła go zawodowa dolegliwość  imprezował do czasu,  aż bez potrzeby patrzenia w niebo widział je wszystkie po zamknięciu powiek. Twierdził że panuje nad tą drobnostką,  jak swoją skłonność do gorzały nazywał.  Rzeczywiście były okresy gdy potrafił to udowodnić.   Edycie to nie przeszkadzało specjalnie. Zasiadali czasem przed telewizorem,  w sobotni wieczór i pod postacią drinków z colą potrafili doskonale poradzić sobie z butelką.  Potem łóżko i seks, czasem seks i łóżko , coraz częściej tylko łóżko.
- Tak, Wielki Wóz powtórzyła za nim wskazując wyciągnięta ręką dokładnie w ten sam punkt  .Ich wyciągnięte dłonie dotknęły się  przypadkowo, a kiedy Ona odsunęła ją delikatnie na bok, Marek objął jej dłoń swoją. Chwile trwali w tej pozycji wskazujących gwiazdy niczym  jakiś  patetyczny spiżowy pomnik.  Kiedy Ona chciała zabrać dłoń, On przygarnął ją do siebie pocałował  i odwrócił jakby z jej linii papilarnych próbował przeczytać najbliższą przyszłość.
- Masz długa linię życia – powiedział a kiedy poczuł,  że brzmi to niesamowicie banalnie  powtórnie podniósł jej dłoń do ust, ale tym razem   pocałował  jej wewnętrzną stronę .  Zaskoczona ta nagłą sytuacją na początku postanowiła wyrwać dłoń z jego  objęcia ,  ale powstrzymała Ją jakaś  niewytłumaczalna  dziecięca wprost ciekawość.  On zaś wykorzystując tę chwilę niepewności musnął ustami w ulubionym miejscu samobójców,  w okolicach nadgarstka gdzie  wygodnie usadowiły się tętnice.  Delikatny acz gwałtowny dreszcz przeszedł Ją od dłoni  poprzez  kręgosłup, aż utkwił głęboko w głowie. Spojrzał jej w oczy.   Tak trzeba , to jeszcze dość dobrze  pamięta  a kiedy zobaczył  ten błysk w oczach postanowił iść dalej.
Powoli nie spiesz się  - wyznaczał sobie tempo .  Zbliżył twarz do jej twarzy tak blisko jak tylko to było możliwe , zatrzymał się na chwilą aby dać jej szansę na  ewentualne wycofanie się.
Marta tkwiła tak  w bezruchu sparaliżowana ciekawością. Posunął się jeszcze dalej i ich usta spotkały się w delikatnym , przyjacielskim prawie pocałunku.
Być może każda ze stron oczekiwała tego wybuchu namiętności od drugiej strony.  Według wszelkich reguł to on  powinien niczym w powieści Heleny Samozwaniec wpić się w jej usta z ta dziką zwierzęcą furią. On szkolony przez całe dziesięciolecia  małżeństwa do temperowania swoich emocji nie umiał się na to zdobyć. Pewnie by i nie potrafił  po latach całowania na dzień dobry, do widzenia, dobranoc. I po seksie z podziękowaniem, chociaż  wielokrotnie burzył się w sobie – kurde jakie podziękowanie.
- To mamy już za sobą – zbagatelizował sprawę próbując ratować sytuację. -  Może być już tylko lepiej.  Jeszcze nie odchodzisz przecież. Słowik to a nie skowronek się zrywa -  Podparł się klasykiem.
Lubił podpierać się  klasykami.  Nie byłe jakimś cholernym erudytą , ot po prostu potrafił splatać ze sobą różne wątki, podeprzeć się cytatem.  Tworzył z tego dość strawną papkę którą udawało mu się karmić zebranych. Po dorzuceniu kilku dowcipów i powiedzeń  Allena  spinał to w jeną wielką całość. Wszak zebrani nie lubią jak traktuje się ich jak idiotów, z drugiej strony wymaganie od nich wielkiej inteligencji szczególnie na imprezie po alkoholu, mogłoby ich tylko zniechęcić. W zasadzie to on powinien napisać książkę pod tytułem – Jak blefować doskonale.  Jego działanie nie służyło  żadnym niskim pobudkom. Stworzył sobie taki świat w którym  czuł się dobrze.  Bo nasz  świat nie jest taki jaki jest , tylko taki jakim go opisujemy.
- Wiesz jak kobieta powinna  traktować mężczyznę ? –sięgnął do swego repertuaru.
Jak psa – odpowiedział  natychmiast -  Karmić go  dobrze , nie drażnić i wypuszczać.
 Zaśmiała się  delikatnie aby  za chwilę dodać :
A co jak mężczyzna traktuje kobietę jak sukę ?
- Nie znam tego dowcipu  - odpowiedział Marek
- To nie dowcip  to smutna rzeczywistość. Byłam tak traktowana przez ponad dziesięć lat mojego małżeństwa. Zanim zdecydowałam się uciec od tego wszystkiego .Już na imprezie opowiadałam Ci,  że to moje małżeństwo to był niewypał i że uczucie wygasło, ale  to nie jest cała prawda.
Blask ulicznych lamp  walczył  z nocą,  a ona wdzierała się w Rynek swoją  mroczna atmosferą.  Podświetlony kolorowymi reflektorami ratusz wydawał się jeszcze bardziej smukły ze względu na fakt,  że szczyt wieży krył się  w miejscu gdzie światło już nie docierało.  Poprzeplatane kolorowymi światełkami drzewa  dodawały temu miejscu bajkowej  tajemniczości.  Kawiarniany ogródek z rattanowymi meblami  doświetlony był przez małe dyskretne  lampki ustawione na stolikach.  Kelnerki powoli szykowały się do zamknięcia  lokalu,  ale przy trzech stolikach trwała jeszcze ożywiona dyskusja przeplatana  śmiechem.  Przy czwartym stoliku, na obrzeżach ogródka siedział Marek z Martą.
- Przez dziesięć lat traktowana byłam jak suka.- powtórzyła ostatnie zdanie Marta.  Mój pan i władca  uważał,  że zapewnienie mi dachu nad głową i wyżywienia w pełni rekompensuje moje potrzeby. Przy całym rodzinnym majątku wyliczał mi pieniądze na  ubranie, wytykając równocześnie,   że nie mam gustu.  Seks, który tak mocno związał mnie z nim na początku związku stawał się powoli koszmarem. Na początku kochaliśmy się w każdej możliwej i niemożliwej sytuacji. Bzykaliśmy się jak króliki do czasu ślubu i nawet chwilę po. Potem gwałtownie zaczął ograniczać wszelkie intymności, traktując seks jako swoista nagrodę,  jeżeli  zachowywałam się zgodnie z jego  życzeniem.  Jak ja znienawidziłam tej nagrody.   Z czasem  wpadłam na pewien chytry sposób . Pod koniec tygodnia sprowokowałam jego wybuch niezadowolenia i miałam  spokój.  On po prostu traktował kobiety jak zdobycz.  Posiadane trofeum nie kręciło już  tak bardzo,  a z czasem zupełnie.  Kiedy dowiedziałam się że ten znany chirurg plastyczny otocza się gronem adoratorek  chęć do nieposłuszeństwa była jeszcze większa. 
- To dlaczego od niego nie odeszłaś od razu? Tego nie rozumiem.
-  Bo Ty pewnie nie byłeś w sytuacji ciągłego zagrożenia , on latami niszczył moją samoocenę.  Było w tym coś z szarlatańskiego  eksperymentu.  
Marta otworzyła się zupełnie  i opowiedziała mu  o poszczególnych etapach rozpadu związku. Odnosił wrażenie,  jakby  czyniła  to po raz pierwszy, zawstydzona ale i podekscytowana możliwością.  Bo takie zwierzenia przed jakby nie było obcą osobą to takie  zrzucenie ubrania, tylko że z duszy.  Słuchał o awanturach, nieporozumieniach na koniec o rękoczynach.  Siedział naprzeciw  Niej sącząc powoli czerwone wino.  Pozostałe stoliki opustoszały już,  a kelnerki siedzą przy jednym ze stolików nerwowo spoglądały na zawartość ich kieliszków.  Siedząc tak przez Martą i jej duszą jak potłuczonym lustrem , ale poprzez  te  odpryski  dojrzał  również  narastającą irytację personelu.  Sprowokował dopicie wina i zaproponował jeszcze spacer  deptakiem odchodzącym z rynku.
Gorąca atmosfera  pełna niedomówień i oczekiwań  ostygła do temperatury  odgrzewanej pospiesznie zupy.  I czuł się jak w zupie  w tej gęstej atmosferze,  w której niewidomo czy zatracić się i ,iść aż na dno, czy z godnością machając rękami dopłynąć do bezpiecznego brzegu.
Marek zapłacił rachunek i podszedł do Marty która czekała za ogrodzeniem . Wskazał  dwa przeciwstawne kierunki , pozwalając jej dokonać wybory. Wybrała, a więc szli powoli we wskazanym kierunku , w celu którego teraz gorączkowo próbował się doszukać.
Jeszcze godzinę temu   jako bezpieczny  ale jednak zdeterminowany  amator kwaśnych wiśni , zastanawiał się jak  i gdzie dyskretnie nabyć paczkę gumek.  Teraz zrozumiał,  że każda propozycja seksu z jego strony byłaby nadużyciem jej zaufania.   Zszarganiem wtajemniczenia  jakiego  dostąpił tego wieczora.  Minęli dwie kamienice , aby zatrzymać się przed dużą szybą  wystawową.  Ich postacie odbijały się w niej wyraźnie.
Marta jest rzeczywiście fantastyczna pomyślał patrząc na odbicie w szybie, ona zaś spojrzała na niego,  chwilę poszukiwała jego dłoni , na koniec  wsparła swoją głowę na jego ramieniu.
- Marek jesteś fantastyczny. Większość  facetów z którymi miałam do czynienia myślało tylko jak mnie przelecieć. Ty potrafisz tak fantastycznie słuchać.  Wiesz, czuję się taka bezpieczna przy Tobie.
Słuchając tych zwierzeń  patrzył w ich lustrzane  wystawowe odbicie .  Burza jej rudych włosów spływała  mu z ramienia na tors . Dojrzał w Jej oczach ten blask , który być może poprzednio źle zinterpretował. Był to rzeczywiście blask podziwu dla niego jako faceta. Podziwu w zupełnie inny sposób.
Czy to  sprawił  żal  okazji, która była tak wielka  i tak wielkim okazała się niespełnieniem.  Czy wzruszył się tym słowami o sobie, że ktoś jeszcze może go tak postrzegać . Faktem jest,  że w kąciku oka pojawiła się  łza  która powoli zaczęła    spływać po policzku.   Zauważyła to i otwartą dłonią starła  słoną tę jego  łzę,  Całując go w ślad który ta łza pozostawiła.
- Dziękuję Ci że jesteś –powiedziała  cicho.
Trzymając się za ręce szli deptakiem,  aż do jego końca.  Po chwili noc otuliła ich aksamitna czernią i zniknęli  gdzieś wśród  krzewów i drzew.   I przez chwilę jeszcze wydawało się,  że widać ich odbicia w wystawowej szybie.  On z tą  zatroskaną  twarzą  i Ona z głową  na jego ramieniu. W Jej błyszczących rudych włosach  skrzyły  się wszystkie gwiazdy z Wielkim Wozem na czele. 
Antoni Relski
23 komentarzy
13 lipca 2011
Grill dymił  coraz bardziej,  a wiatr kierował dym wprost w oczy Marka.  Przymuszony sytuacją zabrał swoje piwo  i przesiadł się w inne miejsce. Uczynił to niechętnie,  ale po chwili  pogodził się z sytuacją. Z nowego miejsca  miał  również bardzo dobry widok. Sączył małymi łyczkami zimne piwo i równie niespiesznie przesuwał wzrokiem  po nogach Magdy.  Krótka , zwiewna letnia sukienka zdawała się być  ledwie namiastką tajemnicy.  Powiewający na delikatnym wietrze kolorowy batyst  zapraszał wiatr do dalszej śmiałości.  Zaczął od podziwiania  stóp,  które ozdabiały delikatne skórzane paseczki.  Aktualny pedicure i żywy letni  kolor działały na jego wyobraźnię , a  łydki opalone  i piekielnie gładkie wyobraźnię tę napędzały.  Chciał uniknąć nachalnego gapienia się na  Magdę,  ale kobiety z pewnością wyczuwały takie spojrzenia.  Dwukrotnie został przyłapany na tym ukradkowym jak mu się wydawało spojrzeniu,  a kiedy ich oczy spotkały się , jej twarz ozdobił delikatny uśmiech. Nie był to jednak jakiś kpiący uśmieszek czy ironia. W tym delikatnym skrzywieniu ust czaiła się  całkiem otwarta zachęta.
- Próbuj - zdawały się mówić pełne przyzwolenia do tego działania oczy.
Może dlatego w swoim gapieniu się stawał coraz bardziej bezczelny.   Nad ogrodem  powoli zapadał zmrok,  a obecni  tam zajęci byli jakimiś czynnościami związanymi z przygotowaniem uczty. Ktoś podlał karkówkę piwem i odwrócił kiełbaski na ruszcie, inny przyniósł nowe chłodne puszki. Magda rozkładała talerze i sztućce wdzięcznie  przemykając z miejsca na miejsce,  dzięki czemu widział te nogi w całej swojej krasie.   Drgały napinające się tuż pod skórą mięśnie, nie nadające nogom  jednak w żadnym wypadku  atletycznego rysu.  Były w porządku  takie jakimi je widział. Wyobrażał sobie, że są równie delikatne w dotyku.  Sukienka z dużym dekoltem odsłaniała bardziej niż zasłaniała pozostałe walory.
- Zawsze uważałem,  że ma fantastyczne piersi – utwierdził się w przekonaniu. Rzeczywiście  piersi pomimo ukończenia  czterdziestki,  w dalszym ciągu zdawały się bronić przed uznaniem praw  grawitacji. Swobodnie falowały unosząc się i opadając na przemian.
-Twoja karkówka – wyrwał go z rozmarzenia głos  Andrzeja.
Gospodarz położył przed nim talerzyk  z opieczonym mięsem i spora porcją musztardy. Brzęknęły sztućce, rozpoczęła się konsumpcja.
Marek znalazł się na tej imprezie zupełnie przypadkowo.  Kiedy  meblował się w nowym służbowym mieszkaniu  już drugiego dnia okazało się,  że naprzeciw  w uroczym bliźniaku od dziesięciu z górą lat mieszka Andrzej, kolega ze studiów.  Kolega przebywał właśnie na wcześniejszej emeryturze ponieważ pracował zawodowo w firmie,  która może używać przymusu bezpośredniego zgodnie z prawem.  Zapomniałem  że oprócz przymusu stosuje jeszcze  prewencję.   Ponieważ to stosowanie przymusu jest mocno stresujące,  a stres jest szkodliwy dla zdrowia,  lata pracy liczone były podwójnie  albo potrójnie.  Marek należał do obywateli praworządnych  więc przez te parę lat nie mieli ze sobą kontaktu.
Teraz Andrzej zupełnie już  bezstresowo  pichcił  coś na grillu,  podlewając całość mniej lub bardziej stężonym alkoholem. Mówiło się,  że skłonność do alkoholu to jeszcze jedna pozostałość  po tej stresującej robocie.
Kiedy Marek nachlał się na jakimś wieczorku wspomnień powiedział,  że wzorem kolegi  on również powinien otrzymać rentę zdrowotną,  ponieważ w związku ze sprzeciwem ideowym  żony zmuszony był do stosowania tak zwanego stosunku przerywanego,  co kosztowało go wiele zdrowia i zawsze wiązało ze stresem.
Ponieważ grill zdarzał się w domu Andrzeja często, po kilku dniach Marek starał się przemknąć koło domu kolegi niezauważalnie.  Szedł więc na przygiętych kolanach z opuszczoną głową starając nie wychylać ponad płot.  Przypominał w tym czaplę,  która przemierza jeziorko w poszukiwaniu ryb. Pomimo tych działań,  które kłóciły się nieco z jego osobistą  godnością , Markowi tylko co drugi raz udawało się  uniknąć biesiadowania.  Dobrze że żona przebywała sto pięćdziesiąt kilometrów od domu dzięki czemu mógł uniknąć wymówek po powrocie.
Tym razem również  miał topić gorycz  porażki  w szklance z chłodnym piwem. Niespodziewanie jednak los się odwrócił  i siedział teraz upajając się  analizą pięknej  Magdy.
Nie było w tej analizie nic złośliwego,  czy prześmiewczego. W każdej  z kategorii którą wymyślił zbierała komplet punktów.
Magda studiowała  na tym samym roku co Marek i Andrzej. Prześliczna blondynka o posągowej urodzie.  Faceci oszaleli na jej punkcie. Ona otoczona wianuszkiem adoratorów  przeżywała kolejne dni coraz bardziej świadoma swej atrakcyjności.  Powoli  grupowi  fani odpadali jeden po drugim tracąc nadzieję na coś więcej,  a i przy okazji gubiąc sen s życia.  Magda zaś zaczęła prowadzać się z kolegami z wyższych roczników.  Ktoś coś wspominał o Akademii Medycznej  dorzucając kąśliwą uwagę o anatomii, ale to pewnie złe ludzkie języki  były.   Odrzucony facet  zawsze znajdzie wytłumaczenie w którym to „honor i moralność” nie pozwoliły mu na trwanie w związku. To schemat i sztampa,  niestety co rusz ktoś  z niego korzysta..  Nie tylko  bowiem  Księżyc posiada swoją drugą ciemną stronę .
Ponieważ Marek posiadał w domu lustro i  duży ładunek samokrytyki,  nie odważył się  nigdy na żadne  taktyczne manewry.  Wiedział,  że to nie ta półka. Tylko wieczorami  tuż przed zaśnięciem  lub tuż po wybudzeniu,  kiedy umysł kręcił się jeszcze w  trybie sennym  marzył sobie,  że oto Ona i On gdzieś tam i coś tak.
A potem wyrósł z tych nierealnych szczeniackich  snów,  a w normalnym życiu wszystko sobie poukładał .  Nie był nieszczęśliwy w małżeństwie. Nie był w nim również  wyjącym ze szczęścia facetem.  Jak śpiewał Jonasz Kofta którego uwielbiał cytować
- Nie jest mnie dobrze, nie jest mnie źle. Cholera wie czego ja chce.
Tamte senne marzenia powróciły w trakcie tego grillowego wieczora.
- Ona jest po rozwodzie -  powiedział do mnie Andrzej.  Facet ją podle traktował  i odeszła od  niego. Kiedy dzisiaj je powiedziałem,  że mieszkasz naprzeciw , koniecznie chciała żebym  Cię zaprosił.
-Ona mnie pamięta?  Żart jakiś Ci się urodził Jędruś  - odpowiedział Marek.
- A jednak.
Marek zaczął zastanawiać się  dlaczego Andrzej tak zagadywał  na temat Magdy.  I w ogóle  -  o co tu chodzi?
To działo się w sferze  rozumu i rozsądku, serce zaś zaczęło  rysować szalone scenariusze.  Powróciły te  senne wizje  i tamte obrazy. Wpisywał więc tę  obecną Magdę w tamte szczeniackie projekty, klatka po klatce.  Jak afrodyzjak działało piwo, grill, a może  sukienka,  najpewniej zaś burza rudych jak ogień włosów,  w których wyglądała fantastycznie.  Kilka razy próbował odgonić od siebie te obrazy powołując się na swój  żelazny rozsądek.  Ileż to razy jednak serce wygrywa z rozumem.
Nie było to również ta prymitywna samcza potrzeba seksu,  ale realna możliwość  bliskości.
- Nie, nie  seksu nie odrzucaj – wyprostował go  jakiś wewnętrzny głos. Tylko czy ciebie  jeszcze stać, po tych wszystkich małżeńskich latach  na dziki, szalony, nieskrępowany regułami i przyzwyczajeniami seks?  Czy potrafisz  wykrzesać z siebie emocje, ale tak aby z nimi nie przesadzić i nie dać plamy?  Bo czy lata praktyki nie są zabójcą namiętności?
- Fajny taki ogród, z takim wieczornym grillem i tą nieskrępowaną atmosferą .
Z rozmyślań wyrwał go czyjś głos. Podniósł oczy,  przed nim stała Magda.
- Można?-  spytała wskazując ręką na krzesło  stojące obok.  Nie czekając zaś na pozwolenie usiadła.
- Tak siadaj  -   zaprosił lekko jeszcze rozkojarzony Marek.
Widocznie zmieszany, ponieważ jeszcze przed chwilą pogrążony był w całkiem cielesnych rozważaniach  na temat swoje sąsiadki.
-J ak to dobrze, że myśli w dalszym ciągu pozostają w ukryciu. Czułbym się  naprawdę głupio.
Co się z Tobą działo przez te wszystkie lata Madziu ?
- No wiesz długo by mówić,  ale nie ma się czym chwalić. Tak naprawdę nie skończyłam tych studiów, ani  normalnie, ani później.  Wyszłam za mąż za faceta  starszego ode mnie o pięć lat, po medycynie.
A więc  z tą medycyną było coś na rzeczy – skojarzył Marek.
Stara lekarska rodzina i duża kasa. Szybko jednak przekonałam się,  że byłam facetowi potrzebna  jak spinki do wyjściowej koszuli. Reprezentacyjna żona przy boku faceta  którem się udało. Niedługo potem wygasło coś co wydawało mi się uczuciem i na trzeźwo zauważyłam zimnego wyrachowanego faceta . Taki co to  dodatkowo nie przepuści żadnej kobiecie. To taka rodzinna tradycja. Tak robił ojciec kardiolog i tak robi synuś,  specjalista chirurgii plastycznej.  Długo myślałam patrząc na teściową, która wytrzymała tak dużo.   W końcu po jakichś dziecięciu  latach zdecydowałam się odejść.  I jestem  sama.
- A dlaczego czekałaś dziesięć lat?
- Człowiek czasami nie umie podjąć decyzji.  Zresztą mąż tak często podkreślał mi, że wszystko mu zawdzięczam i  że tam w normalnym życiu nie dam sobie rady.  Minęło wile lat zanim  udało mi się stłumić  ten tkwiący we mnie  Jego głos.  A teraz jestem jak to mówią singlem, albo kobietą samotną. To zależy od dnia i samopoczucia.  Wiesz Jonasz Kofta śpiewał Kiedyś :
- Nie jest mnie dobrze, nie jest mnie źle. Cholera wie czego ja chcę – zacytowali w duecie, którego  nie planowali.
Ujęła go tym cytatem, to znak że, że….
- Że lubi Koftę – podpowiedział rozum  
- Nie mogę powiedzieć , że przegrałam życie. Nie powiem również, że osiągnęłam sukces. Pracuję w banku, jako osoba niezależna od nikogo. Osiągnęłam niezły status zawodowy. Wszystko to oczywiście kosztem swojego wolnego czasu. Szefowie wiedzieli,  że Magdę można wysłać w najdalszą delegację  i pojedzie.  Z czasem nauczyłam się czerpać z tego  jakieś korzyści.  Kreta, Majorka czy Egipt nie stanowią dla mnie problemu, ale zawsze zamawiam  w hotelu jedynkę.
- Jak sobie przypomnę ten wianuszek  facetów  którzy Cię otaczali.
 - Ciebie, pamiętam tam nigdy nie było
- Wiesz miałem  lustro w domu
-  Ale byłeś szalenie dowcipny.  Jak zaczynałeś opowiadać   to szło boki zrywać. Podziwiałam Cię za tę głowę do tych wszystkich kawałów.  A już jak zrobiłeś małpę to szło boki zrywać.
 - Pamiętasz moją małpę?
- Pamiętam jak ją robiłeś  na pierwszej wspólnej grupowej imprezie.  Tylko Piotrkowi wychodziła równie dobrze. Zresztą gdy odszedłeś z naszej grupy on ją eksploatował bezlitośnie.
- Dużo pamiętasz  rzeczy związanych ze mną. To już tyle lat.
-  Wtedy chciałam żebyś  zaproponował mi wspólne wyjście do kina, albo na Planty.  Kobiety podziwiają zgrabną klatę i twardy tyłek,  ale gdy mają lat szesnaście  lub osiemnaście lat. Potem to się zmienia. Powiem tak wrodzone poczucie humoru też może być argumentem. Myślałam sobie , że żadna kobieta do końca życia nie  może się nudzić z takim facetem.
- Znam  taką jedną –  powiedział Marek, ale ugryzł się zaraz w język, gdyż ta odpowiedź aż nazbyt wyraźnie sugerowała ślubną małżonkę,  a tego  sztampowego użalania się nad sobą  chciał uniknąć.
- Żony są zwykle surowymi jurorami – podsumowała Magda.
- No popatrz. Wychodzi na to,  że przez niską samoocenę straciłem okazję na randkę z najfajniejszą dziewczyną na roku – wyrzucił z siebie Marek
 - Życie jest pełne zmarnowanych okazji i chociaż mówią, że nie da rady wejść dwa razy do tej samej rzeki,  ja jestem zdania,  że niektóre rzeczy można spróbować  naprawić. Dalej jesteś taki dowcipny? Z tego co widziałam i słyszałam , to trzymasz formę.
Pomimo wypitego piwa wrażliwość Marka pozostała na niezmienionym poziomie. KGB-owska zaś  czujność  podpowiadała mu jednak  zachowanie ostrożności.  Bo ten amerykański  w swojej swobodzie  dialog prowadził  w kierunku na który przynajmniej Marek nie był przygotowany. Z drugiej jednak strony  pilna odpowiedź na zadane pytanie wydawała się koniecznością.
- Myśl Marku i odpowiadaj –  ponaglał się -  Czy naprawdę chcesz być dowcipny? .
Antoni Relski
7 komentarzy
08 lipca 2011
Piotr delikatnie uchylił powiekę jakby bał się tego co zobaczy po  przebudzeniu.
- Nie. Wszystko w porządku, jest we własnym mieszkaniu, leży w salonie  na złożonej kanapie .  Bezładnie rzucone na podłogę spodnie tworzyły fantazyjną figurę geometryczną  do spółki z pantoflami.
- To stąd było mi tak zimno – pomyślał. Tak zwana gęsia skórka pokrywała  całe ciało, którym targnął kolejny zimny dreszcz. Niepewnym gestem sięgnął nad głowę
- Jest – ucieszył się.
Mały  koc  z polaru w kolorze dojrzałej maliny zbyt mały żeby przykryć  go całego, dobry jednak by dać mu chociaż namiastkę. Przekręcił się na bok  i skulił cały.
- Lepiej zdecydowanie lepiej. 
W trakcie tego moszczenia się spojrzał na zegarek - czwarta trzydzieści. Zgadza się.  Godzinę mógłby określić bez spoglądania na cyferblat. Zawsze po alkoholu budził się o tej samej godzinie i to nie za sprawą prostaty, która w jego regularnym życiu  miała jeszcze godzinę do  swojego – „wstawaj szkoda dnia”.
Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością mógł powiedzieć,  że za chwilę zaczną mu się przesuwać przed oczami obrazki z wczoraj okraszone  wewnętrzną  auto negacją  postępowania, a więc mówiąc prosto wyrzuty sumienia.
Zaschnięte gardło piekło okrutnie.  Spróbował przełknąć ślinę,  ale to niestety nie wyszło. Cała woda zawarta w organizmie przeznaczona została na rozcieńczenie alkoholu, a następnie przerobienia go  na jakieś inne związki, których nazw nawet nie próbował zapamiętać. Coś tam z kwasem octowym.
Ocet parszywa rzecz, no chyba że z galaretą.
W końcu udało się po trzeciej próbie,  ale wilgotna kropla  utknęła gdzieś  w przełyku  wywołując atak kaszlu.  Walczył ze sobą żeby nie wstawać. Rozbudzony organizm zaraz po wodzie zapragnie kibla w krótkim i długim  sensie jego przeznaczenia.  A on chciał urwać jeszcze chociaż godzinę dwie z tego czasu, po którym będzie musiał spojrzeć Jej w oczy. Oczy z pewnością pełne wyrzutu.
Fakt, przesadził wczoraj. Najpierw w piciu a później w mowie, trochę w gestach. Nad czynami  zawsze panował.
Nie był agresywny po alkoholu, zresztą miał pokojową naturę i w stanie wskazującym  można mu było ciosać przysłowiowe kołki na głowie .
Skąd więc  to zachowanie  poprzedniego  wieczora?
Zadziałała stara zasada kropli która drąży skałę, bądź dzbana któremu się ucho urwało.
Wraz ze świadomością wracała pamięć.  Powoli przed zamkniętymi powiekami przewijały się obrazy. Najpierw nieostre ogólne, by  za chwilę  powrócić  uzupełnione o szczegóły.  Później szczegóły stawały się jeszcze bardziej dokładne, a wyrzuty większe.
Wczorajszy wieczór nie zapowiadał się niczym szczególnym. Zaprzyjaźnione małżeństwo  zawitało      z zapowiedzianymi odwiedzinami. Pielęgnował wraz z żoną tę znajomość.  Pęd życia wywiał wielu znajomych z ich otoczenia. Najpierw z powodu  tego, że powodziło im się trochę lepiej, później dlatego, że gorzej. Pielęgnowali więc ten swój stan posiadania przyjaciół.
Te spotkania przy wódce, rzadkie chociaż cykliczne, sprawiały mu  wiele radości. Mógł oderwać się od szarej codzienności  na chwilę  o niej zapomnieć .
Sam preferował wino, ale czegóż się nie robi w imię przyjaźni.
Żubrówka  white  z colą wchodziła bardzo dobrze, taj jak i przygotowane zakąski. Nic wymyślnego, czasami jakaś pizza, częściej zwykłe kanapki. Bo w końcu nie o jedzeniu tu chodziło najbardziej.  Alkohol przyjemnie rozpływał się po całym ciele, transportowany  żyłami do najodleglejszych jego zakątków.      
I wszystko  odbyłoby się według scenariusza,  gdyby rozmowa nie zeszła na tematy finansowe. Znajomi kupili coś na raty, coś zmienili w swoim domu , coś zmodernizowali.
Zaczepny komentarz żony wzburzył nim w jednej chwili. Może i nie powinien brać wszystkiego do siebie, ale alkohol zrobił swoje.  Poza tym wyczulony był na punkcie zabezpieczenia rodziny i od czasu kiedy  zaczął zarabiać gorzej, z tego powodu podlegał ciągłej wewnętrznej destrukcji.
Sam reprezentował postawę,  że kiedyś  było lepiej i za to jest życiu wdzięczny. Teraz jest gorzej, trudno.  Nie jest to popularna filozofia. Media wraz  z artykułami w stylu  – masz prawo do orgazmu, masz prawo do …, masz prawo…  rozreklamowały taką  pozycję roszczeniową. Bądź egoistką w łóżku - to kolejny ciekawy artykuł. A  łóżko to przecież samo życie, a przynajmniej jego bardzo ważny element.
- Nieudacznik - powie ktoś przysłuchujący się z boku.- Nieudacznik dorabiający sobie filozofię  do tego że jest do dupy.
Trzeba jednak przeżyć parę lat ze zmiennym szczęściem, aby nabyć prawo do oceny. Ale kto chce czekać na doświadczenie.
- Co Ty mi chcesz radzić, jak nie potrafisz poradzić sobie z własnym życiem – powiedział do niego, bojkotując próbę rozmowy jego syn.
Zadziwiające jak często ten obraz stawał mu przed oczyma, nie tylko wtedy gdy był pod wpływem.
Jakże walecznie broni się swoich poglądów kiedy czarodziejka gorzałka w nas krąży, po to by po kilku następnych  drinkach powiedzieć
- Wiesz Romeczku, wszystko to ch.j !
Tak i wczoraj. Raz, dwa, raz, dwa i ruszył pin pong słowny.  Znajomi zdusili tę wymianę zdań, ale uraz  pozostał i tlił się w ukryciu jak ogień . To tylko kwestia czasu gdy wybuchnie z nową siłą.  Atmosfera  eksplodowała zaraz po wyjściu gości.  Ona już bez słowa wkładała naczynia do zmywarki, a ołowiane chmury wyczuwalnie wisiały w powietrzu. Złożył stół, opróżnił popielniczki. Próbował powrócić do normalnego  sposobu rozmowy,  na próżno. Strzeliła focha i łaskawie coś odpowiedziała monosylabami.  
Zrozumiał już,  że ten wieczór nie zakończy się tak jak  wiele innych jemu podobnych.  Nie prysną zmysły  i nie będzie szału uniesień.  Wszak alkohol zażywany z głową jest afrodyzjakiem. Dla niego był afrodyzjakiem i pity bez głowy.  Jeden warunek – alkoholu używają oboje partnerzy.
Był wyczulony na fochy i  tak zwane robienie łachy.  Ileż  to razy rezygnował z wieczoru, gdy leżała jak kłoda , śpiąc lub udając śpiącą. Nic na siłę . Nie to nie. Odwracał się na drugi bok i zasypiał, życząc Jej  jednak zawsze - dobrej nocy. Tradycyjnie chciał  pocałować Ją na dobranoc. Odsunęła  usta  na bok. Trafił w policzek  i poczuł się jakby to nie własną  żonę całował a ciocię Zosię, z okazji niedzielnego obiadu.
I wtedy postanowił zrobić małpę. Zebrał się cały w sobie i spod tego wysiłku wyszła najpiękniejsza małpa jaką mógł sobie wymyślić.  Małpa powstawała z  połączenia skrzywionej grymasem  twarzy,  nadętych policzków, wraz ze specyficznym  układem rąk. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. To taki rodzinny kod - gest, rozumiany tylko i wyłącznie przez członków  tej podstawowej komórki społecznej.  Nie było w tym geście nic niestosowanego,  było to raczej prymitywnie śmieszne.
Z jakichś jednak  niewytłumaczalnych powodów  mina  ta zupełnie Jej nie odpowiadała.  Raziła ją, denerwowała i w jakiś sposób  jej uwłaczała.  
Sama małpa to efekt jakichś  szalonych imprezowych wygłupów, jeszcze z czasów studiów.
Wszyscy mówili    No  Piotrek  zrób małpę -  i Piotrek nadymał się ku uciesze zebranych .
Cieszyli się wszyscy  nawet jego dziewczyna, która zmieniła zdanie gdzieś tak w drugim roku małżeństwa, że to niby jej mąż robi z siebie błazna.
 Tak długo z tym walczyła,  aż w końcu swoimi kobiecymi sposobami wyegzekwowała od niego obietnicę,  że  przy niej małpy robić nie będzie.
 Złamał się  ze dwa razy, dla pokrzepienia bratnich serc,  ten raz  był trzeci.
Ona zagotowała,  on poczuł ulgę.  Całkiem spokojny i wyluzowany  powiedział:
- Dobranoc kochanie – po czym  poszedł do drugiego pokoju.
Był już mocno zmęczony wieczorną wizytą,  ale otworzył barek  zaglądając  ciekawie w jego przepastne wnętrze.   Wino nie nadawało się do degustacji,  ponieważ wszystkie kubeczki smakowe miał otępiałe  żubrówką.  Szampan również odpadał,  ponieważ nie bardzo było co świętować. Poza tym nie było żadnego  „po” , skoro „przed”  zakończyło się małpą.  
Kiedyś wymyślił sobie,  że w ramach zemsty najpierw zrobi małpę,  a za chwilę stójkę i niecnie wykorzysta   sytuację z czterema przynajmniej pozycjami,  ale od kiedy przeczytał artykuł o molestowaniu w małżeństwie, odstąpił od tego pomysłu. 
W lodówce brakło lodu. Zamknął drzwi zamrażarki wyrzucając z siebie
No i ch..j.
Nalał do szklaneczki jedną trzecią objętości.  Wrzucił do odtwarzacza płytę Soyki
„Dlaczego nie mówimy o tym co nas boli otwarcie”  -  poleciało z głośników.
- No właśnie dlaczego ? - powiedział do siebie i pociągnął spory łyk z ozdobnego szkła.
Przyjemna  obrzydliwość  - podsumował. Zresztą na tym etapie mógłby pić nawet  bimber z ziemniaków.
Czynność uzupełnienia szklaneczki wykonał jeszcze trzy razy,  a kiedy płyta skończyła  się i zatrzymała na wysuniętej już kieszeni czytnika,  on spał snem nieprzytomnym, nie bacząc na  pościel i  ubranie. Zapadł się w jakiś letarg,  czy leczniczy sen,  a  gdy powtórnie otworzył oczy była  czwarta trzydzieści.

Antoni Relski
16 komentarzy
03 lipca 2011
Parole, parole, parole - śpiewała Dalida w duecie  Alainem Delonem, co znaczy dokładnie
Słowa, słowa, słowa...
A dalej w refrenie :
Posłuchaj mnie.
Słowa, słowa, słowa...
Proszę...
Słowa, słowa, słowa...
Przysięgam Ci
Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa...
Tylko słowa rzucane na wiatr.
A jak  my sami  obecnie radzimy sobie ze słowami?
Poloniści radzą cudzoziemcom, że jeżeli ich języki w trakcie polskiego szeleszczenia zapętlą się w jeden wielki gordyjski węzeł, najlepiej dla odblokowania powiedzieć jedno polskie przekleństwo na k.   Następuje natychmiastowe odblokowanie aparatu mowy, dodatkowo wypowiedziane słowo  odstresuje nas i  w tym być może tkwi tajemnica sukcesu, tego pochodzącego z łaciny słowa.  A że współczesna populacja jest mocno zestresowana i zapętlona przez codzienny wyścig szczurów, słów na k  używamy coraz częściej.  Ponieważ zaś staramy się być oryginalni i niepowtarzalni karierę robią  i inne odblokowujące słowa.
W ostatnim dniu czerwca  Rzeczypospolita napisała, Onet streścił , a ja przeczytałem z przyjemnością artykuł pod tytułem :  Niezwykła kariera pewnego słowa.
Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że może tutaj chodzić o słowo w stylu  proszę czy dziękuję. Pierwsze skojarzenie okazało się słuszne chodzi oczywiście o słowo „zajebisty”.
Fonetycznie obrzydliwe – wytykają językoznawcy. Ale "zajebisty" słychać coraz częściej. Mają go w słowniku Anglicy (fanfuckingastic), Hiszpanie (cojonugo), Rosjanie (ochujennyj) czy Niemcy (affengeil). Ale to u nas słowo "zajebisty" robi chyba największą karierę…. 
….Radio Szczecin doniosło właśnie, że jedna z tamtejszych restauracji, zapraszająca na flaczki, żurek i schabowego, zareklamowała się na dworcu kolejowym sloganem: "Zajebista polska kuchnia". – Zamurowało mnie. Ten wyraz mnie zszokował – cytuje stacja jedną z mieszkanek Szczecina.
Z badań zespołu, w którym pracował Piotr Fąka, wynika, że jako nacja umiemy powiedzieć wszystko za pomocą kilku wulgaryzmów: czterech klasyków na "k...", "ch...", "j..." i "p..." oraz właśnie słowa "zajebisty", które zrobiło w Polsce niezwykłą karierę. Na ulicach i w mediach.”
Nie cierpię słowa zajebisty i nie używam go. Z tego powodu być może miałem problemy w osiągnięciu porozumienia, w jednej z moich poprzednich prac. Szef trzymający pewnie stery firmy w swych zawsze wypielęgnowanych dłoniach wiedział co jest najlepsze dla jego firmy. Wiedział również, że oprócz  godziwego wynagrodzenia, możliwość współdecydowania o losach zakładu są niezmiernie motywujące. Bo oto robisz coś co sam zaproponowałeś, wymyśliłeś lub udoskonaliłeś. Kasa jak kasa przeciętna ale ta motywacja. W tym właśnie celu spotykaliśmy się na cyklicznych zebraniach - burzach mózgów. Będąc nowym pracownikiem w tym środowisku postanowiłem pokazać, że każda złotówka z wypłacanego mi wynagrodzenia to nie są zmarnowane pieniądze. W trakcie spotkania zaproponowałem alternatywne rozwiązanie jakiegoś  problemu. Szef spojrzał na mnie zdziwiony, nie mniej zdziwieni byli współuczestnicy spotkania. Zachowując wszystkie zasady kulturalnej dyskusji, szef powoli i dwa razy wytłumaczył mi założenia  proponowanego rozwiązania. W trakcie tej edukacji poczułem się jak ostatni matoł, który niczego nie nauczył przez ostatnie dwanaście lat terminowania w branży. Ustąpiłem i zaakceptowałem widząc w oczach zebranych ulgę,  bo przecież już od godziny zjadaliśmy swój czas wolny. Wyrwałem się jeszcze ze dwa razy, a po spotkaniu na którym wybieraliśmy widoczki do kalendarzy i spodobał mi się taki trochę inny niż założono, szef sąsiedniego działu zaprosił mnie na bok i powiedział:
- Antoni. Ty powoli się uczysz. Spójrz na mnie, czy to tak trudno powiedzieć tajemnicze słowo – „zajebiste”?.
Widziałeś dzisiaj, bez patrzenia na widoczki powiedziałem – zajebiste. I spoko.
Cennik? Zajebiste. Bilbordy ? Zajebiste.
No powtarzaj za mną.  Tutaj nadął policzki i teatralnie krzywiąc wargi  sylabizował:
Za – je – bis - te  
Nie nauczyłem się tego odruchu. Zmieniłem pracę z tego i paru innych powodów. Uraz mi pozostał,   słowa nie cierpię.
Czy jestem taki  że nie lubię sobie zakląć?
Ależ nic z tych rzeczy. Bardzo lubię.
Szczególnie kiedy walnę się w palucha przy wbijaniu gwoździa, lub zapieczona śruba nie chce puścić.
To śmieszne, ale ona zawsze po czymś takim puszcza. Bez trudu znajduję także zagubiony przymiar, lub ołówek stolarski.
Pamiętacie taką scenę w Seksmisji kiedy główni bohaterowie próbują odgadnąć hasło słowne do wejścia na zewnątrz. Zdesperowany Maks Paradys  mówi:
- wszystko przepadło -  a za chwilę zrozpaczony dodaje - K…a mać .
Blokada zwalnia się i  nieznany świat stoi przed  nimi otworem.
Nie używam słowa na ch, jest takie zbyt dosłowne. Zamiast tego przywołuję staropolską nazwę dekoracyjnego elementu ubrania, czapek i zasłon. Ewentualnie myślę o pewnym znanym rzeźbiarzu węgierskim . Nazywa się  László Kutas.
… „ Profesor Miodek wskazuje, że obok "zajebiście", jest kilka innych sformułowań, które powinny w uszach zgrzytać jak klasyczne wulgaryzmy. A nie zgrzytają. – Jest problem tzw. substytutów mocnych słów – podkreśla prof. Miodek. – Dziś jak ktoś mówi, że "się wkurzył", to uważa, że to w porządku, bo przecież nie powiedział, że się "wkur...ł". Albo gdy kogoś "opierdzielił"…
A ja inaczej niż profesor, nie traktuję tych słów jako substytutów. Ja nimi stopniuję emocje.
I tak „opierdzielić” to taka drobna forma zwrócenia komuś uwago. Zrobić to przez „ d” a nie „dz”  i przez „o: a nie „ie” to połajanka innego całkiem kalibru.  Tu już nie ma zmiłuj.
„Wkurzyć” się mogę bez powodu , „wkur…ić” się   prez  „w „ tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Mój sąsiad wiejski Jasiek używa tego słowa do usprawiedliwienia  picia wódki. Nie raz słyszałem jak mówił:
- Maryś zrób po drinku bo żem się coś wkurzył
Takie maksymalne napięcie emocjonalne osiągał mój znajomy Andrzej, człowiek niespotykanej dobroci i wewnętrznego spokoju.
Jego żona często wykorzystywała ten jego spokój i opanowanie do załatwienia własnych spraw.
Bez oporów zygała do niego, a kiedy w towarzystwie piliśmy wino i zaczynało ono szumieć w naszych głowach, Ania bo tak miała na imię żona Andrzeja „spinała mu się po nerwach” jak to się popularnie mówi.
Jędrek niezainteresowany siedział nad kieliszkiem czerwonego Cabernet i milczał. W pewnej chwili wyrzucał z siebie tylko jedno zdane:
- Aniu bardzo proszę nie wkur…j mnie.
Ania rozumiała, że dotarła do granicy. My wiedzieliśmy,  że Andrzej ma już dość.
A więc czy rzeczywiście rację mają poloniści, którzy mówią, że  przy pomocy tych kilku wulgaryzmów można opisać cały świat?
Słyszałem taki dowcip ,który obrazuje że można.
Pewien dresiarz  wybrał się na wycieczkę do Paryża. Po powrocie tak oto opisuje swojej lasce wrażenia ze zwiedzania:
- Wychodzę z autobusu patrzę przed siebie - O kur..a!.  Patrzę w lewo - o ja cię pier…lę !.  Patrzę w prawo -  zajebiście!.
Zośka ! A czemu ty płaczesz?  
-  Ze wzruszenia. Bo jak sobie pomyślę, że tam jest tak pięknie.
Idzie nowe i  zmienia się nawet nasz sposób zachwytu nad otaczającym światem.
Być może przyjdzie taki czas,  gdy dla zrozumienia starych dwudziestowiecznych tekstów potrzebne będą tłumaczenia. Z pointę niechaj posłuży ostatnie zdanie z artykułu:
„,Czy to znaczy, że gdyby Gałczyński żył dziś i wychował się na "X Factorze", to napisałby: "Wyjebista dorożka, zajebisty dorożkarz, zajefajny koń"?”
Antoni Relski
33 komentarzy