poniedziałek, 28 lutego 2011

Luty 2011

27 lutego 2011
Nie chcę  tego tak zostawić. Nie mogę przejść  obojętnie. Przeczytałem uważnie wszystkie komentarze zamieszczone  pod  wpisem „ Robota jest robota „ i  do teraz  jest mi po ludzku głupio. Jak bowiem nazwać  kraj,  który spycha na margines swoich obywateli tylko z tego powodu,  że  zdmuchnęli na urodzinowym torcie  o kilka świeczek za dużo. Zresztą co to znaczy za dużo?
Kapitalizm dziewiętnastowieczny, którego odmianę mamy okazję doświadczać na co dzień, wprowadził takie ciekawe zasady. Właściwy kandydat do pracy to pozwalający się wykorzystywać za najniższą pensję, wykształcony, młody człowiek poniżej trzydziestki,  najlepiej z  wieloletnim  doświadczeniem. Brak rodziny  i oczekiwań  jest dodatkowym atutem.  Zasady nie do pogodzenia ze sobą, a jednak sądząc z zawieranych umów (najlepiej na czas określony),  pracodawcy znajdują tę kompilację cech w swoich przyszłych pracownikach.
A później realizacja tak zwanej indywidualnej  ścieżki kariery, chociaż sama  ścieżka kojarzy mi się z czymś wąziutkim, pokręconym i pełnym nierówności.
Czytałem gdzieś,  że na zachodzie w cenie są dojrzałe pracownice, które mają perspektywę znalezienia pracy jako np.  asystentki biznesmenów(tych z prawdziwego zdarzenia), lekarzy czy innych pracodawców.  Oni  dawno już zrozumieli,   że taka osoba która odchowała dzieci  i znajduje się na przykład w wieloletnim związku , może bez straty dla w/w  poświęcić więcej czasu dla firmy, oraz  na potrzeby własnego samodoskonalenia.  Osoba taka posiada  dodatkowo  tak zwaną mądrość życiową,  która jest nie do przecenienia, oraz szacunek do  pracy jako takiej.  Poza tym,  klienci bardziej wierzą takiej właśnie osobie,  niż długonogiej młodej blondynce o idealnej figurze.
Poprzez doskonałość  figury  jawi  się dla nas, przeciętnie niedoskonałych  jako  mało wiarygodna.
Co innego jest bowiem wyrwać się  an drinka nawet long, a co innego załatwić zaświadczenie lekarskie o problemach związanych z prostatą.
Kiedy  ta mądrość spłynie pod polskie strzechy biznesu?
Spłynie wcześniej czy później ,  bo pomimo  obaw artykułowanych  w latach dziewięćdziesiątych,  białe skarpety i czarne mokasyny,  nie są już elementem obowiązkowego ubioru biznesmanów.
Biorąc powyższe pod uwagę pomyślałem,  żeby na ten jeden raz przeciwstawić się swoim zasadom. Na chwilę zapomnieć, że ten blog jest wolny od polityki.
Może  napisać e-mail.  Korzystając z dobrodziejstwa Internetu  wybrać  trochę adresów,    na przykład  do posłów. To w końcu nasi przedstawiciele. Wielokrotnie zapewniano mnie o tym w trakcie kampanii wyborczej. A teraz zaczyna się nowa.  Niech poczytają Wasze komentarze .
Bo to co tam napisano,  to jest Polska właśnie .  
A może Wy macie jakieś propozycje co do adresatów?
A poza tym czy  to ma w ogóle jakiś sens?  

A teraz z innej beczki,  jak mówili  Monty Pythons
Dosłownie przed chwilą  oglądałem spotkanie z  Panami:  Danielem  Olbrychskim  i Wojciechem Pszoniakiem.  Tematem rozmowy była między innymi historia powstania filmu „Ziemia Obiecana” w związku ze zbliżającą się uroczystością wręczenia Oskarów. Ziemia Obiecana to wielki przegrany tamtejszego  rozdania nagród. Film  przegrał w starciu z Akiro Kurosawą. To ładna przegrana, a my Polacy kochamy piękne przegrane. O porażce filmu zdecydowała ponoć w opinii części  jury, antysemicka wymowa filmu .  Bzdurna opinia!.  Jestem zakochany w tym filmie, oglądałem go już przynajmniej dwadzieścia razy i kocham  Welta  Moryca granego przez Pszoniaka.
To najsympatyczniejsza postać filmu.
I Borowiecki który postanowił zerwać z klasycznym wzorcem Polaka. Chciał pokazać że Polak potrafi, ale i jego porwała czapka z pawimi piórami, jak   prostego Jaśka z „Wesela”.  A potem to już była katastrofa. Ale nie taka w stylu  Greka Zorby.
A Herr Borowiecki czyli Daniel Olbrychski obchodzi dzisiaj właśnie  66 urodziny. Z tej okazji do  studia wjechał tort.  Gratulacje i życzenia. Bohater uśmiechnięty i wyraźnie wzruszony  powiedział:
- Tortu nie zjem, bo jestem na diecie proteinowej, ale z chęcią na niego popatrzę.
Ech prorocy moi z dawnych lat, obrastacie w tłuszcz  – śpiewał Perfect.
Co stało się z dzikim Azją Tuchajbejem ,   czy zawadiackim Kmicicem , któremu Oleńka „ran nie godna była całować”?.  Gdzie ten Olbrychski, który z szablą w dłoni wpadł do Zachęty,  by ciąć i siekać?
Zastanawiałem się nad tym pierwszy raz,  gdy w jakimś kobiecym  magazynie  zauważyłem zdjęcie Pana Daniela z psem rasy York.  Zdjęcie jak zdjęcie, ale dla wizerunku mocnego faceta taki pies nie pasuje.
A może to ja chcę Go widzieć  jako buntownika i zawadiakę?. A może bohaterowie są zmęczeni?.
Być  może Johny Wayne czy Yul Brynner  męczyli  się  z wizerunkiem  twardziela, pod koniec  swojego życia, ale z kolei taki  Clint Estwood  pomimo osiemdziesiątki potrafi  jeszcze dać w pysk.
Bo prawdziwy twardziel w  jak mówi Kondrat w „Dniu Świra”  myje zęby króciutko,  płucząc usta whisky. Spluwa do umywalki  i zaciąga się papierosem.
Każdy ma prawo do swego wizerunku, każdy ma prawo swojego życia.  Martwi mnie jednak,  że  Daniel Olbrychski przybrał  soft wizerunek,  ponieważ i ja starzeję się ze swymi bohaterami (bo do takich bez wątpienia Daniel Olbrychski należy). Każdy taki fakt medialny uświadamia mi że i ja powinienem zbadać swój cholesterol i zrobić PSA, a przecież nikt nie lubi gdy przypomina mu się jego wiek. Sto lat Panie Danielu! 

Antoni Relski
48 komentarzy
22 lutego 2011
Kiedyś wydawało mi się, że otwiera wszystkie drzwi, podkreśla dorosłość  i umożliwia zakup wina. Chociaż z tym ostatnim nigdy nie miałem problemu, nawet  pomimo jego braku. Dowód Osobisty. Bywało że uroczyście wręczany na takich młodzieżowo - patriotycznych spędach, nastrojem przypominających  wręczenie paszportu w filmie Barei – „Miś”. Najpierw zielona książeczka, z masą pieczątek i wpisów, o ślubie, zameldowaniu, wydaniu kartek na cukier, zatrudnieniu, zwolnieniu , oraz  o możliwości przekraczania granicy z NRD.
 W ramach europeizacji  administracji  zmienił się w kolorowy kawałek plastiku  wielkości karty kredytowej. Kiedy wprowadzono nowe dokumenty, wspólnie z małżonką skusiliśmy się na wymianę. Być może z powodu zdjęcia. Na zdjęciu w starym dowodzie  widniał  osiemnastoletni szczeniak,  a mnie Dzięki Bogu  wystukało już prawie czterdzieści trzy.  Po miesiącu oczekiwania otrzymałem dokument, który po raz drugi z dumą pokazywałem.  Kiedyś jako fakt  dojrzałości,  później  jako gadżet. W końcu byłem jednym z pierwszych, wymieniałem już  w 2001 roku.
Dodatkowo otrzymałem   numer  seryjny z gatunku „ dla blondynki „  jak mówi moja żona, a więc: dwie  pierwsze cyfry  stanowiły jedną trzecią cyfr piątej  i szóstej a połowę trzeciej i czwartej. Trzecia i czwarta  z kolei stanowiły dwie trzecie ostatnich dwóch cyfr. Prawda że proste ?  Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nowe dowody posiadają termin ważności i niczym   mleko UHT  czy  sałatka wiejska i  mija im właśnie termin ważności.  Zgodnie z przepisami należy podjąć starania o jego wznowienie minimum trzydzieści dni od końca daty ważności.   Ze względu na konieczność osobistego złożenia wniosku i wiadome kłopoty mojej żony,  do naszego domu zawitał Pan Urzędnik , który przyjął  wniosek i dwa zdjęcia. Na  tych zdjęciach żona była dość podobna do siebie. Tutaj muszę oddać sprawiedliwość i stwierdzić że w Urzędach zmienia się na lepsze. Być może powoli, ale jednak.  W wielkiej radości,  z powodu załatwienia  urzędowej sprawy, Kochana , moja jedyna małżonka wypełniła w moim imieniu wniosek,  wyszukując dodatkowo dwa moje zdjęcia.  Jest pewna logika w tym wypełnianiu,  bo przecież kto jak kto, ale Ona patrząc mi w oczy najlepiej wie jakiego są koloru.  Natomiast pytanie o znaki szczególne potraktowała jako zbyt osobiste i pozostawiła bez odpowiedzi.
Zaopatrzony w dokumenty, pełen wiary w dobrą wolę żony ,w piątek po pracy zjawiłem się w Urzędzie . Co ciekawe,   urząd był czynny  do 18.00. Pani przyjęła mój wniosek,  który osobiście przy niej podpisałem  i wszystko by było załatwione,  gdyby nie urzędnicza dociekliwość,  z jaką zaczęła oglądać zdjęcia.
- Odnoszę wrażenie – stwierdziła – że to są te same zdjęcia jakie pan złożył do poprzedniego dowodu.
- Gdzież tam – zagrałem w ciemno – zrobiłem najpóźniej w zeszłym roku. Ja się po prostu tak wolno starzeję
- I nie zmienił się pan od dziesięciu lat? – spytała
- Tylko trochę posiwiałem , najbardziej na klacie –  żartem próbowałem spoufalić się z Panią Urzędnik.
 W międzyczasie spojrzałem na wspomniane fotografie i porównałem z dowodem. Nie da się ukryć to te same zdjęcia. My Polacy lubimy jednak bronić spraw nie do obrony.
- Nawet krawat ma pan ten sam na obu zdjęciach
- To był bardzo drogi krawat i niesamowicie trwały ? – pociągnąłem – Tak jak marynarka.
- Przyjmę Panu ten wniosek, ale nie wyjedzie z urzędu bez nowych fotografii. Może podrzucić nawet syn, albo teściowa,  jeżeli  pan nie ma  czasu.  Niech będą tylko  czytelnie podpisane. Zdjęcia oczywiście.
Tak więc nie ominęła mnie wizyta u fotografa,  w najbliższym Carrefourze. Przyklapnąłem na chwilę pomiędzy albumami i aparatami  przy składanym tle, a  pani odgadując moje intencję  powiedziała
- Proszę się nie uśmiechać.
A jest z czego. Ambitna praca zawodowych fotografów zamieniana  jest na fuchę osoby obsługującej automat do odbitek i tanią cyfrówkę.  Działania te przypominają mi widoki z Chin czy Indii. Gdzie na tamtejszych bazarach  wędrowni dentyści usuwają zęby. Pacjenci siedzą tak przykurczeni jak i ja przy robieniu dowodowych fotografii.  Ale za to tanio i promocja -  50% na drugi komplet.
Skorzystałem z promocji, tylko nie wiem po co. Na zdjęciu wyszedłem  kiepsko, ale nie zgłaszałem reklamacji.  Mógłbym przecież  usłyszeć
- Ja tylko rejestruję rzeczywistość, nie upiększam.
To byłoby  bardziej stresujące niż dziewięć nieudanych fotografii.
Kiedy w domu przyłożyłem jedną do drugiej,  zrozumiałem co Urzędnicza miała na myśli.
Przez chwilę poczułem na plecach te dziesięć lat,  które minęły od poprzedniego zdjęcia.
Ale czy sobota, jest porą  pogłębianie depresji ?
Kiedy  mijałem  lustro w przedpokoju,  zatrzymałem się na chwilę. Naciągając skórę na policzkach powiedziałem do siebie.
- No. Nie  jest tak źle.
Pewnie że nie jest źle,  odbiór dokumentu ustalono na dwudziesty pierwszy marca. Może będzie wcześniej.
  
Antoni Relski
43 komentarzy
17 lutego 2011
Znacie to uczucie  kiedy rano bez wstrętu podrywacie się z pościeli bo przecież trzeba iść do pracy?  Tak zrywałem się ja,  w poniedziałek , po odtrąbieniu końca przeziębienia na 6.30. I chociaż cholerny kaszel targał mną jeszcze jak rasowego gruźlika, porzuciłem  ciepłe łóżeczko i skierowałem się do łazienki.   Zima wróciła przede wszystkim pod postacią  bardzo ujemnej temperatury. Minus jedenaście  zmotywowało mnie do naciągnięcia aż na same oczy ciepłej czapeczki, z firmowym znaczkiem. Sprzeciwiłem się więc swoim  zasadom według których czapkę zakładam od minus piętnastu , a tak zwane gacie  od dwudziestu. Jak trzeba to trzeba. Wsiadłem do  auta i jak codziennie pokonałem to swoje dziesięć kilometrów. P:o drodze,  w odległości około dwustu metrów mijam budynek,  w którym o tej porze pewnie  śni jeszcze swoje szalone sny Mirek - Koniecmira  i  melduję się jako pierwszy w siedzibie firmy. Lubię być przynajmniej kwadrans wcześniej. Bez stresu parzę kawę, przeglądam pocztę i zerkam na newsy Onetu.  Ja po prostu lubię pracować. Może to głupie i takie nienowoczesne , ale zawsze praca sprawiała mi przyjemność . Co prawda  otarłem się kiedyś  o pracoholizm i miałem nawet pierwsze tego objawy, ale szczęśliwie przyszło na mnie opamiętanie. Otarłem się również o bezrobocie i z tego zestawienia wolę jednak nadmiar roboty.
Pomyśleć że w zeszłym roku o tej porze próbowałem zmagać się z innymi wyzwaniami.  Kolega  wyciągnął mnie z firmy w której okrzepłem. Ot po prostu  pod pozorem pomocy mojej rodzinie,  a szczególnie  mojej niepełnosprawnej żonie , doby znajomy  zwerbował mnie do pracy. Oczywiście interes miał być obustronny . Ja modernizuję mu firmę, on standard  mojego życia.  Ja jestem baran chociaż byk  i dałem się zwieść szpetnie. Bo to bliżej domu,  a więc gdyby coś się stało to dwa kroki.   A to zatrudnimy żonę, dla niej to będzie rehabilitacja, a ty  ją przywieziesz i odwieziesz . Otrzymasz pełną swobodę działania, nie będziemy się mieszać, liczy się wynik.  Piłem te słowa z ust kolegi i dałem się ponieść romantyzmowi wyzwania. Rozwiązałem umowę o pracę i przeszedłem do nowej pracy. W starej podarowano mi  pamiątkowy zegarek a w nowej  otrzymałem gwarancję zatrudnienia,  jeżeli nawet  zmieni się koncepcja zarządzania firmą.  Ja w rewanżu zaproponowałem wynagrodzenie w tej samej wysokości co w starej firmie nie biorąc pod uwagę tego,  że tam zajmowałem się tylko wycinkiem a tutaj całością. Ponieważ kasa nie mieściła się tak zwanej siatce płac, różnica miała być z tak zwanej kamizelki. Czy dżentelmenom i przyjaciołom potrzeba więcej niż uścisk dłoni i słowo honoru. Deklarowana swoboda działania okazała się również fikcją.  Kamizelkowy dług rósł,  a ja  głupi nie obniżyłem standardu  wydatków.  Szybko zrozumiałem, że wobec skrajnie różnych koncepcji prowadzenia firmy  bez względu na podjęta decyzję, pozostawałem w konflikcie z częścią właścicieli. Po pół roku  akcjonariat zdecydował   zmienić koncepcję zarządzania firmą. Po amerykańsku powiedziano mi -  żegnaj  i zostaw telefon i kluczyki na biurku. Nie musisz przychodzić do pracy, do końca wypowiedzenia. Na pytanie co z obiecaną gwarancją pracy usłyszałem milczenie.   Nie doczekałem się również pełnej kasy za żaden z miesięcy moje nowej pracy.  Niepamięci cud się kręci.  Ja obiecywałem ?  Tyle kasy? .  A ja durnie zgodziłem się brać mnie o półtorej stówy niż poprzednio. Pokażę się z najlepszej strony, będzie dobrze. Straciłem w ten głupi sposób starą,  dobrze płatną pracę, do której nie było  powrotu. Ale nawet gdyby to było możliwe, to nie honorowo. Dowiedziałem się szybko co to znaczy pokolenie +50. Na  setkę  z wysłanych CV nie przyszła odpowiedź.  No może gdybym był cieślą , albo kierowcą TIR-a to może. Przeprowadziłem szereg rozmów ze znajomymi. Miłych rozmów  z których absolutnie nic nie wynikało. Przesuwano odmowę  na następny tydzień, później na następny. Z oczywistych względów nie mogłem  pracować poza Krakowem, ponieważ żona…  Służba zdrowia i koszty rehabilitacji  i  sprzętu medycznego nie brały pod uwagę możliwości  braku pracy.  Płać albo zdychaj.  Zaczęły się pojawiać początki depresji. Siłą zbierałem w sobie wolę do wstania z łóżka aby zacząć dzień.   Żeby nie myśleć  gotowałem i sprzątałem patrząc jak mi to życie ucieka. Pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony, koleżance z byłej  pracy chciało się ruszyć tyłek i podejść z prośbą do właściciela firmy w której sama pracowała. Decyzja była pozytywna. Oczywiście spadłem z drabiny funkcji  ale złapałem  się  ostatniego  szczebla.  Potem  byłem szkolony.  Uczono mnie rzeczy,  które od lat wymagałem od swoich podwładnych. Niech tam. Lepiej mieć pracę niż jej nie mieć.  I zacząłem. I jak w starej sentencji – szukaj nowej pracy tylko wtedy kiedy masz starą ( pracę oczywiście). Zaraz też pojawiła się nowa propozycja pracy, którą przyjąłem, a kiedy jechałem rozwiązać umowę o pracę  na korzyść tej drugiej zatrzymałem się u byłego współpracownika  na kawie. I okazało się że otrzymałem propozycję pracy. Trzecią propozycję którą przyjąłem. Zadomowiłem się już tutaj, a ostatnio usłyszałem - fajnie że tu jesteś w naszym zespole. Tylko tyle i aż tyle.  I nawet  nie wiem dlaczego to wszystko przypomniałem sobie  tego poniedziałkowego ranka, kiedy  słabo-zdrowy otwierałem podwoje swojej nie takiej już nowej roboty. Może to wspomnienie działa lepiej  od aspiryny.
Antoni Relski
260 komentarzy
13 lutego 2011
Lewa ręka jest  ciężka. Prawa ręka jest ciężka
Nogi są  ciężkie . Obie  z wszystkimi dodatkami
O reszcie nawet nie ma co pisać.  Płuca pracują z wyczuwalną niechęcią.
Głowa co chwilę opada ma na piersi (moje własne niestety) . I pewnie zasnąłbym niechybnie gdyby nie kaszel, który  przywołuje mnie do porządku. Ból istnienia  materializuje się dzisiaj w takiej formie.  
Dodatkowo  odczuwam, że ja to nie ja, ale ktoś kto znajduje się w połowie  wewnątrz,  a w połowie na zewnątrz. Obserwuję więc siebie trochę tak,  trochę tak . Umysł przemielony  na kawałki, luźno przesuwające się z lewa na prawo przy każdym potrząśnięciu głową.  Coraz gorzej  artykułuje myśli, które  jednak jakiś dziwnym  sposobem przemykają między synapsami.
Złapało mnie zwykłe, chamskie przeziębienie. Ból głowy, katar, a dodatkowo  wszystkie mięśnie odczuwam tak, jakby ktoś obrócił  mnie w  młockarni. Odezwały mi się poprzednie kontuzje i tak dowala mi uszkodzone  kiedyś na nartach  kolano, oraz  łokieć, którego wcześniejszej kontuzji nie byłem nawet świadomy.  Piję  jakieś lekarstwo na gorąco  i dodatkowo wapno.
- Idź wapno do wapna -zażartował Młodszy - my zdrowi wolimy piwo.
Nie chce mi się. Niech chce mi się zimnego piwa i to jest chyba jedna z podstawowych oznak przeziębienia.
W telewizji  jakaś animowana reklama śpiewa „sto lat”  na cześć syropu na kaszel.
W innej blond aniołek demonstruje jak kaszle jej ojciec.
A może to ta sama reklama, wszystko zlewa mi się w jedno. Wegetując pomiędzy fotelem a kanapą wykazuję  des interesments   wobec programu TV .
A  jaki drażliwy się zrobiłem,  do czego przyznać się najtrudniej. Rodzina postanowiła wyręczyć mnie w pewnych  obowiązkach  domowych. Być może wybór tych prac do zastępstwa został wybrany  przypadkowo,  być może leki przesunęły mi granicę  irytacji. Faktem jest,  że wkurz mnie widok żony , która siedząc na wózku ciągnie za sobą suszarkę z praniem ,  albo niczym transportowiec,  przewozi coś  ponad miarę,  z jednego końca mieszkania w drugi.  Nie wiem dlaczego pojawia mi się wtedy  przed oczami scena z filmu z  Chevy Chasem.  On to w komedii  „Europejskie wakacje”  prosi o wyniesienie bagaży do pokoju w angielskim hotelu .  Byczkowaty  recepcjonista w przybrudzonym  podkoszulku na ramiączkach krzyczy:
-  Mamo ! bagaże !
Wtedy drobniutka osiemdziesięcioletnia  staruszka z daszkiem na głowie,  łapie się za bagaże których nie może podnieść  do góry.  Wtedy ta  mina głównego bohatera,  który po chwili  wyrywa  jej walizy,  aby  sam je wtargać bo inaczej nie wypada . Nie wiem dlaczego mam taką samą.  Nie wiem dlaczego , ale za każdym razem, gdy żona robi jakąś  karkołomną figurę aby coś dosięgnąć, coś wynieść ponad normę , coś przenieść ponad siły, pojawia mi się przed oczami  ta scena z filmu.  
- Dlaczego to robisz pytam? Przecież jestem, pomogę.
- Nie lubię się prosić – odpowiada niezmiennie żona
A przecież siedząc tyłem do zdarzenia,  lub przodem ale w innym pokoju ,nie widziałem. Pomimo łączącej nas więzi nie domyśliłem  planów. Telepatia nie zadziałała.
A może za dwa dni będę patrzył na to zupełnie inaczej.  Być może po męsku nie zauważę.
Jedyne co pozytywnego w tej całej chorobie to ,  że łaskawie pozwoliła  mi na chorowanie w weekend. Doczołgałem się do piątku,  a rozchorowałem po sobotnich rannych zakupach.  Być może po obejrzeniu  podsumowania  paragonu, za jak to powiedziała ślubna,  wyłącznie niezbędne rzeczy. To ile przyjdzie mi zapłacić gdy żonę ogarnie fantazja?
Jeszcze przetrwać niedzielny obiad.
Tu pomoże mi menuet  Młynarskiego o rodzinnym obiadku
….Nie ma nic milszego niech, kto chce mi wierzy,
Jak rodzinny obiad w sielskiej atmosferze,
Obrus świeży leży, starsi znad talerzy do młodzieży
Szczerze szczerzą się…
Pomijając mój dzisiejszy podły nastrój,  lubię te rodzinne obiady. Zwyczajem stało się, że synowie przychodzą  ze  swoimi dziewczynami  i jest tak jakoś miło. W zeszłym tygodniu ja przygotowałem kaczkę po chińsku a tygodniu  żona od rana znęca się nad piersiami …. Indyka.
Drób jednym słowem .  Do tego białe lekko  schłodzone lub różowe delikatne w smaku,  podpowiedział mi umysł. O widać że zdrowieję.  Jakże miało by być inaczej  skoro administracyjnie wyznaczyłem sobie koniec przeziębienia na poniedziałek  6.30.
   
Antoni Relski
50 komentarzy
06 lutego 2011
Dawno temu, tak ze trzydzieści pięć lat temu, wyjechałem na  tematyczny obóz  harcerski. Dlaczego tematyczny? Bo to był obóz dla uzdolnionej młodzieży. Pytano co robię w tym towarzystwie, ponieważ przez średnią szkołę przewinąłem się  na tak zwanej średniej pomiędzy dwa a pięć, czyli około plus trzy. To byłą cena niezależności, oraz koszty  doprowadzonego do perfekcji lenistwa. Dzięki uzyskanemu wolnemu czasowi, na większą skalę  mogłem pogrążyć się w werterowskim bólu dojrzewania. Wracając zaś do tematu   mojego uzdolnienia, w  rubryce „uzdolnienia”  wpisano – wiedza społeczno –polityczna. Tak szanowni państwo Antoniemu  Relskiemu, olewającemu ciepłym moczem  obecną politykę, wróżono  karierę męża stanu, a w najgorszym przypadku chociażby politruka,  w fabryce numerycznych obrabiarek. Powszechnie bowiem  wiadomo, że rozum dojrzewa na końcu. Co zaś do końca, to był on nad wiek dojrzały i przesadnie niecierpliwy. Szybko też, mniej więcej zaraz po rozbiciu namiotów i wykopaniu latryn poznałem Ją.  Ona czyli Basia była delikatną blondynką z dobrego domu,  która oprócz  umiejętności wpadania w oko, uwielbiała biologię. Może to była chemia?  tego nie pamiętam już tak dokładnie. W każdej wolnej chwili wychodziliśmy poza obóz, by na pokrytych mchem polankach trzymać się za ręce i całować, całować do tak zwanej pierwszej krwi. Wracaliśmy wieczorkiem na teren obozu,  gdzie  każde  wybierało drogę do swojego namiotu. Ona w pełni szczęśliwa   gotowa na kolorowe senne marzenia, mnie sen przychodził z trudem z powodu pewnej młodzieńczej dolegliwości, która przeszła  z wiekiem. Młodszym czytelnikom wypada przypomnieć,   że w tamtych czasach,  ze względu na panujące obyczaje, zdecydowanie  trudniej było rozładować gromadzące się wewnątrz  emocje i napięcia.  I chociaż  udało mi się już poznać namacalnie pewne elementy geografii Basinego ciała , cała tajemnica nie stanęła przede mną otworem .  Któregoś zaś  popołudnia,  elegancki Polonez  Jej ojca, wywiózł  moje  wakacyjne szczęście do domu, który mieścił się w okolicach jastrzębskiego zagłębia węglowego. Pozostały mi klisze w aparacie, naświetlone  w ważniejszych chwilach i nadzieja,  że zdjęcia wyjdą ostre.  Czekała mnie również niespodzianka. Następnego dnia  po wyjeździe Basi,  jej  najlepsza przyjaciółka powiedziała mi w tajemnicy, że tak naprawdę Basia nie jest blondynką . Jest rudzielcem , który dla niepoznaki farbuje włosy w pszeniczne barwy. Wiedza ta nie była mi do niczego potrzebna.   Nie zaburzyła też mojego wielkiego wakacyjnego uczucia.  Zastanawiałem się zaś , nad  fenomenem braku  dziewczęcej  solidarności.
O tym że następna moja blond miłość jest puszczalska, dowiedziałem się również od jej przyjaciółki, chociaż nie wiem czy to określenie jest najwłaściwsze. Akurat wszystko jak śpiewała Elita : „łapka w łapkę świetnie szło” i kiedy już prawie „co jej było moje”  podzielono się ze mną tą radosną wiedzą.
 Od tamtej chwili nie wierzę w kobiecą  solidarność.  Co prawda sam używałem określenia  „solidarność jajników” , ale chyba inaczej rozumiałem słowo „solidarność”. Pocieszam się jednak, że
problemy w rozumieniu znaczenia słowa „solidarność”  dotyczyły  chyba połowy naszego  społeczeństwa.
Nie jestem  odosobniony w swoich przemyśleniach. Ostatnio odnalazłem jedno z tak zwanych  złotych stwierdzeń . Tym razem autorem jest  Robert De Niro :
„Jak wynika z najnowszych badań, kobiety twierdzą, że czują się mniej niezręcznie, kiedy rozbierają się przed mężczyznami, niż gdy rozbierają się przed innymi kobietami. Według nich kobiety są zbyt krytyczne, podczas gdy mężczyźni, rzecz jasna, są zwyczajnie wdzięczni."
I ja do dzisiaj jestem tak zwyczajnie wdzięczny , trochę  starszej ode mnie  wychowawczyni  pewnej grupy kolonijnej.  Studentce pedagogiki WSP, która  kiedyś uczyniła to dla mnie bezinteresownie.
(A  może miała w tym jakiś swój interes. Mój na pewno)
A ja patrzyłem na nią w blasku pełnego górskiego księżyca  i nie w głowie byłą mi jakakolwiek krytyka.
Wdzięczność i podziw były tak duże, że jak to się mówi „aż wyłaziły  mi oczy z orbit”.  
Ech ten stary prymitywny świat,  gdzie nie znane były  wirtualne modele z internetu . Komputery ODRA  zajmowały  parę pomieszczeń  i sztab informatyków, a my  prawdę o życiu poznawaliśmy na obiektach naturalnych. Może również dzięki temu   brakowi solidarności?
 

Antoni Relski
58 komentarzy
01 lutego 2011
Czy to wiek, czy stan umysłu powoduje,  że uciekają nam niektóre rzeczy. Terminarz pełen jest spraw, które odhaczyłem jako wykonane. Niezrealizowane przenoszę na inne terminy, a i tak w to ułożone życie wkradnie się chochlik zapomnienia. Dopóki jest to zapomnienie zakupu żarówki do lampy w dużym pokoju, narażam się tylko na zarzut lenistwa lub złośliwego zaniechania.  A  co będzie jak któregoś dnia zapomnę się wysikać przed snem? Ponoć marzenie, aby nie lać w spodnie  tkwi u początku  jak i końca  męskiego życia. Spina  go jak klamrą. Póki co, pamiętając o wieczornej toalecie,  odszukałem  zagubione  w plikach przemyślenia z końca ubiegłego roku.
Dzień Babci i Dzień Dziadka.  Dwa miłe dni, które  jak co roku minęły.  I nim nastanie Dzień Kobiet, socjalistyczny wymysł, z którego Panie nie zrezygnowały pomimo rezygnacji z  samego socjalizmu, nastąpi Dzień Zakochanych  czyli Walentynki.  W powodzi innych dni „Ku czci i chwale” przypomniałem sobie, że umknął nam całkiem Dzień Orgazmu obchodzony 21 grudnia.  Niby  dotyczy zakochanych, niby   tego  samego,   a jednak wychodzi na to,  że Walentynki to inaczej - Dzień Kochających, ale nie fizycznie.
 Kiedy   ganialiśmy  za świątecznym karpiem i makiem na kutię, Polska The Times  informowała  tłustym drukiem : „Globalny orgazm wyzwoli "pokojową energię jądrową”
 Czyż mógłbym nie czytać dalej ? A dalej było jeszcze ciekawiej.
„21 grudnia przypada światowy dzień orgazmu. Według pomysłodawców idei, najlepiej by do orgazmu doszło między godz. 12 a 14, a optymalnie o 12.04 czasu uniwersalnego.To moment zimowego przesilenia. „
Ale o co chodzi? o co chodzi?  Czytam więc dalej
Co więcej, w Światowym Dniu Orgazmu nie chodzi jedynie o seks dla przyjemności, ale o seks dla światowego pokoju (Love & Peace). Globalny orgazm powinien w momencie przesilenia zimowego wyzwolić "pokojową energię jądrową".
No to już wiem wszystko. Jestem istotą społeczną,  a pokój leży mi na sercu nie mniej niż Miss  Północnej Dakoty.
Niestety.
Cholera pracowałem  w tym czasie  i ponieważ o inicjatywie dowiedziałem się tego samego dnia, nie można już było zorganizować żadnego urlopu na życzenie.  Co prawda jak twierdzi mój ulubieniec  Woody Allen - "Uprawianie seksu przypomina grę w brydża. Jak się nie ma dobrego partnera, to lepiej mieć dobrą rękę."  W pracy jak to w pracy,  zaczęły więc nachodzić mnie wątpliwości dotyczące  przywiązania do biurka.  Nadgorliwość jak mówią jest gorsza od faszyzmu.
Między dwunastą a czternastą odbyłem owocne rozmowy handlowe do których używałem umysłu, głosu i obu rąk.  I chociaż osiągnąłem zawodowy sukces , to trudno tu mówić o orgazmie, tym bardziej dla pokoju.
Światowy Dzień Orgazmu jest o tyle uczciwy, że dla świętowania go  nie trzeba zaliczyć perfumerii, czy sklepu z prezentami. Wystarczy tylko trochę się przyłożyć.
Być może zapomniałem, bo niema  czym się pochwalić?  Być może za bardzo  ujęła mnie magia świąt i atmosfera Sylwestra. Być może przestaje mi zależeć?
A może by tak, to efekt moich ostatnich  przemyśleń, uzgodnić „Dzień przykładania się do seksu”.
Ot po prostu, tego dnia  popracujemy nad sobą i przypomnimy sobie starą prawdę, że największą przyjemnością  jest  podarowanie przyjemności innym.
„Miłość to potrawa jarska, a nie sztuka kominiarska”-  pisał niezapominany Jan Sztaudynger.  A więc panowie :  do zakresu ars amandi należą również przytulanki  i szeptanki. Trochę fantazji a nie zwykłego codziennego  rachu ciachu.  Inaczej złośliwa żona zaproponuje nam seks, aby odmierzyć czas gotowania jajek na miękko ( 3 minuty).
Panie powinny wiedzieć zaś,  że trudno żądać  wieczorem perfekcji od faceta,  któremu cały dzień wytyka się  wady.
Inaczej zostanie nam rozgrywka brydżowa….  z  „dziadkiem”.
Antoni Relski
34 komentarzy