niedziela, 31 października 2010

Pażdziernik 2010

30 października 2010
A potem żyli długo i szczęśliwie. On dostał połowę  królestwa  i królewską córkę,  ona męża z ludu który do tej pory pomykał drewnianą łyżką z glinianej michy.  Z michy tej równocześnie pożywiało się  siedmioro rodzeństwa, dzieci biednego stróża, jeszcze  lepiej  szewca, albo  aby tragizm był większy wdowy po takim szewcu.  Zamiana czworaków  na marmurowe posadzki wytwornych pałaców nie oznaczała wcale że później żyli długo,  a już w ogóle szczęśliwie   Bo cóż pozostaje w życiu,  kiedy kończy się zachwyt nad erekcją nad żądanie  i wieczorami trzeba porozmawiać o życiu, może jakiejś obejrzanej  sztuce teatralnej, albo kwartecie smyczkowym, który przygrywał w pałacowych  ogrodach w ostatnią niedzielę.  A kiedy brak wspólnych tematów  następuje ewakuacja z domu, na korzyść pubu,  męskiego piwa lub sponsoringu. Zdarza się również emigracja wewnętrzna, lub alternatywny świat wirtualny.  I wtedy dopiero zaczyna być ciekawie.  Awantura, porzucenie, rozwód z wyłącznej winy,  czy w końcu cudzołóstwo. Dlaczego piszę „w końcu” często od tego się zaczyna.
 A u śledzących   bieg zdarzeń wypieki na twarzy.
Cóż może być ciekawego w  historii zgodnego małżeństwa ?  W którym on kupuje jej kwiaty, w drodze do domu i razem z zakupami  zrobionymi  po pracy,  niesie do domu. Nie  narzeka, że nie ma jeszcze obiadu. Przecież  Ona również wróciła właśnie z pracy, on to rozumie. Zdejmuje buty zaraz za drzwiami a potem obiera ziemniaki .  Ona  sosem z torebki podlewa mięso, bowiem jest to jej sposób na  galaktyczne porozumienie.  Później jedzą  przerzucając się  historiami z całego dnia,  usprawiedliwiając nawzajem swoje zachowania.  Oglądają film o równie porywającej pełnej żaru  miłości , która przetrwałą próbę czasu, pomimo  prozy życia , tej  monotonni dnia codziennego.
 Na koniec on masuje jej  ramiona i szyję, a późnym wieczorem Ona zasypia wtulona w jego olbrzymie, bezpieczne ramiona.  Wszystko to pośród pocałunków składanych na jej włosach w zapachu wręczonych kwiatów.  
Bzdura! Taka miłość nie istnieje, jak nie istnieje statystyczny obywatel. Poza tym czy takie historie sprzedadzą się w popularnym magazynie? A może  w TV w tak zwanym dobrym czasie antenowym?
 Zdecydowanie nie. Negatywne  emocje  sprzedają  się lepiej.
Kiedy wrócił do domu alkohol  delikatnie  burzył mu krew w żyłach.  Nie była to ilość która zaburzała  płynność ruchów  czy utrudniała artykulację.  Ot piwo, czy kieliszek brandy. Fakt,  spóźniony nieznacznie  do domu, ale ostatnimi czasy opóźniał  swój powroty na łono, tłumacząc  to nienormowanym czasem pracy.  O ile żona pogodziła się  z nienormowanym elementem wynagrodzenia, akceptując wszelkie zwyżki i wzrosty, o tyle  chętnie widziałaby go w domu, najwyżej  w pół godziny  od  przepisowego końca pracy. Na spóźnienia  reagowała alergicznie, z niekłamaną zazdrością. Problem w tym, że nie miała  dla niego żadnej alternatywy.  Chciała  by tak tradycyjnie, siedział ”przy domu” jak jej ojciec i ponoć ojciec jej ojca.  Któregoś dnia kiedy dała upust swoim emocjom grożąc  mu:
- Będziesz siedział  w domu jak pies przy budzie!
- W porządku , wchodzę w to - odpowiedział bezczelnie. Pamiętaj jednak,  że dobry gospodarz  spuszcza na noc Burka z łańcucha, by ten mógł odwiedzić okoliczne suki.
 Wyobraźnia żony nie dopuszczała jednak do siebie takiej możliwości.
Powiedziane, żałowane. On postanowił postawić na swoim, ona imała się różnych szykan by wymusić posłuszeństwo. Karanie brakiem seksu, nie przyniosło oczekiwanego skutku, bowiem inaczej postrzega się te rzeczy kiedy przestają cieszyć swoją świeżością, a  jedynie przynoszą ulgę. On wyczuł zresztą aluzję i w czasie ostatniego towarzyskiego wieczoru u znajomych,  opowiedział  dowcip takiej mniej więcej treści: 
Przed drzwiami agencji towarzyskiej w małym miasteczko pod czerwoną żarówką znajdująca się nad drzwiami  spotykają się dwaj dżentelmeni. I jak na dżentelmenów przystało ten młodszy ustępuje pierwszeństwa starszemu, bacznie obserwując reakcję. Gdy blask żarówki pada na twarz,  młodszy wykrzykuje
 - Tatuś?
-  Piotruś? - odpowiada pytaniem na pytanie starszy
-  Co ty tutaj robisz?
-  Daj spokój synku,  dziwki teraz takie tanie,  że szkoda budzić mamusię.
Uśmiali się serdecznie ze szwagrem , a na koniec On dodał :
- I jest to informacja dla tych wszystkich,  które myślą,  że  małżeństwo wiąże ręce i zniewala umysł.
Alternatywa? –  to dobre. Gdybym miał łódź nazwałbym ją „ alternatywa” Żeby nie zapomnieć że mamy jeszcze  jakieś wyjście.
-  A nie myślicie że taka „ alternatywa „ może zakończyć się konsternacją ? – spytała siostra. I wtedy dopiero się zaczęło.
 Mężowie zarzucili żonom brak ochoty na seks, żony mężom brak pomocy.
Mężowie  przesadną dbałość  o porządki, kobiety pozrzucanie  skarpet.
Oni to,  one tamto.
Skończyło się jak zwykle. Kobiety są oziębłe, a faceci źle zarabiają.
Jaki związek mają  zarobki z oziębłością?
Z wieczornej  dyskusji  wynikło że duży.
 Kiedy przyszło do rodzinnego prania brudów, ze stylowego salonu zrobił się zwykły magiel.
Ona postanowiła już wracać, on postanowił  pokazać swoją wolną wolę.
Ona zamówiła taksówkę , On skończył flaszkę ze szwagrem.
A kiedy wrócili do domu  było pewne,  że ten wieczór  nie skończy się tak,  że on  masuje jej  ramiona i szyję.  Późnym wieczorem Ona  nie zaśnie wtulona w jego olbrzymie, bezpieczne ramiona.  Wszystko to nie odbędzie się pośród pocałunków składanych na jej włosach,  w zapachu wręczonych kwiatów.
Pomylił czynności i zamiast cichcem obrać ziemniaki,  zrobił  publiczne pranie brudów.
Ona  wsadziła nos w książkę , On wystukał w wyszukiwarce swojego laptopa:  free porn.
Jutro będzie można powiedzieć że szanują swoją indywidualność,   ponieważ  wieczory spędzają w zgodzie  ze swoimi zainteresowaniami.    

Antoni Relski
56 komentarzy
27 października 2010
Tekst zawiera niecenzuralne słowa – przepraszam
Opowiadałem kiedyś taki dowcip:
- Witaj kochanie - powiedziała żona wchodząc do domu -  Ale miałam dzisiaj dzień. Zebrania i zebrania. W trakcie wystąpienia jednego z dyrektorów usłyszałam wyraz, którego znaczenia nie rozumiem „Konsternacja”-  tak brzmi to słowo, ale co ono w ogóle znaczy?  
 Mąż pomyślał chwilę i postanowił wytłumaczyć małżonce, rzecz całą w formie prostej, a przez to zrozumiałej.
- Wytłumaczę Ci to na przykładzie. Wyobraź sobie, że wchodzisz do domu i widzisz mnie z sąsiadką w łóżku. Uczucie, które Cię wtedy ogarnia nazywa się właśnie – konsternacja.
- Nie wiem czy to dobrze zrozumiałam powiedziała żona. Czy konsternacja  na przykład  jest wtedy, kiedy wchodzisz do domu i zastajesz mnie z sąsiadem w łóżku?
- Nie kochanie - zaprotestował mąż. Ty mylisz kurestwo z konsternacją.
W życiu uczucie konsternacji jest nam doskonale, ale samo słowo straciło swój wydźwięk. Obecnie wolimy powiedzieć, że jesteśmy po prosu – wkurwieni.
Nie wiem jednak co dręczyło właściciela łodzi, którą napotkał mój Starszy w trakcie jesiennego spaceru gdzieś w Polsce.
„Konsternacja” tak nazywa się ta łódź, a na dowód prawdziwości informacji załączam zdjęcie. Patrząc pod kątem dowcipu… pewnie miał swoje powody.
Nabrzeże pełne jest zresztą ludzi z traumatyczną przeszłością. Ślad dawnych doświadczeń  nie ciąży już wyłącznie na psychice, ale ratując  zdrowie psychiczne , eksploduje  materializując się  nazwą łodzi.  Bo przecież nie wspólny wypad  do knajpy  stanął  o podstaw  pomysłu nazwania łodzi jak na drugim zdjęciu – „ Szwagra cień”. Sam  szwagra posiadam, więc podejrzewam,  ile musiał nagrabić sobie pierwowzór.   
A gdzie dawne stare wypróbowane nazwy?  Marynistyczne jak  Mewa, Albatros. Odimienne
Zosia, Marysia, Dorotka, albo  geograficzne: Horn czy Krzyż  Południa?
Zmienia się czas zmieniają pryncypia. Boję się że za parę lat na burcie nowoczesnej łodzi żaglowej odczytam na przykład  „Orgazm Stefana’ albo „Moje Wielkie Sobotnie Bzykanie” 

  
   
Antoni Relski
40 komentarzy
25 października 2010
Krzyś od zawsze wzbudzał  pozytywne emocje. Współczucie i empatię, a także głęboką potrzebę pomocy.  Bo Krzyś to jest Krzyś, symbol życiowej niezaradności i bezgranicznej miłości bliźniego.
Krzyś oddałby  ostatnią  koszulę  na rzecz potrzebującego bliźniego, ba Krzyś   taką koszulę niejednokrotnie oddał. Idąc kiedyś na egzamin kończący jego wyższą edukację  zwany egzaminem magisterskim,  spotkał gościa który naprawiał samochód. Podniesiona klapa, facet pochylony nad korpusem silnika,  usmarowany do łokci przepracowanym smarem i klnący pod nosem na złośliwe zrządzenie losu.
- Proszę Pana, czy byłby Pan łaskaw podać mi  tę trzynastkę leżącą koła lewego koła - spytał kierowca.
Krzyś  ubrany w elegancki garnitur,  białą koszulę  i stylowy krawat zakupiony specjalnie na tę okazję, pochylił się przy  wiekowej Warszawie i usłużnie podał klucz.
- Co się dzieje? - spytał z  grzeczności, a zarazem dręczącej go ciekawości.
- Chyba poszła prądnica,  ponieważ kontrolka ładowania ciągle świeci – stwierdził facet.  Ochoczo  odpowiedział, ponieważ nadarzała się okazja męskiej rozmowy na fachowe tematy.
- Może jakiś kabelek puścił -  podpowiedział Krzyś,  pochylając się nad usmarowanym silnikiem.
- Nie, kable już sprawdzałem. Są całe i  mocowania po śrubami również
- A pasek klinowy  nie ślizga? – nie dawał za wygraną  Krzyś.
- Nie, ma dobry naciąg, a napinacz podciągnąłem już wcześniej.
Krzyś pomyślał chwilę i twarz  ozdobił serdeczny uśmiech.
- Wie Pan co?  W zeszłym roku mój znajomy miał podobny problem w Syrence.  Wtedy zawiesiły mu się szczotki w prądnicy. Uderzał młotkiem w korpus i po kłopocie. Szczotki wracały na swoje miejsce i było ładowanie.
Ponieważ kierowca nie wiedział gdzie,  ani z jaką siłą uderzyć, podał Krzysiowi młotek.  Sam  zaś zasiadł za kierownicą, aby  lepiej obserwować kontrolkę.
Krzyś z  pochylił się nad silnikiem i wsadzając dłoń głęboko w komorę silnika, wykonał dwa precyzyjne uderzenia.
-Zgasło!, zgasło! -  z radością powiedział kierowca.
Spełniony Krzyś wyciągnął z komory silnika rękę uzbrojoną w młotek. Z precyzyjnych dłoni wyjął  młotek i odłożył na miejsce. Czarne, wysmarowane dłonie roztarł  tak,  że teraz obie miały kolor przypominający uliczny asfalt.  Dodatkowo rękaw nowiutkiej marynarki zdobiła olbrzymia tłusta plama .
- O ubrudził się Pan – zauważył kierowca.
- Nic nie szkodzi, w porządku  - Spojrzał jeszcze raz na wyciągniętą,  rękę zegarek wskazywał dwunastą
- O Boże. O dziesiątej miałem zdawać egzamin.
Spóźniony o dwie godziny Krzyś, z tłustym rękawem i plamą na rękawie wpadł do Sali Egzaminacyjnej. Gestykulował coś brudnymi rękami , wymyślając kosmiczne historię o pomocy w  naprawie Karetki Pogotowia, która wiozła rodzącą kobietę.   Być może członkowie Komisji byli zwolennikami literatury SF, ponieważ przyjęli  go poza wyznaczonym terminem i nie oblali żadnymi podchwytliwymi pytaniami.
To pierwszy znana mi grupa Obrońców Krzysia
Następna to ten tabun kobiet w akademikach,  które uwielbiały opiekować się Krzysiem. Imponowała im  jego życiowa nieporadność. Nigdy nie musiał szarpać się z tymi dwoma haftkami przy staniku. Dziewczyny same  brały ten obowiązek na siebie, licząc się z życiową nieporadnością  Krzysia.
Nie byłem łóżkiem  w pokoju akademickim, ale  wiem że z tego zebrałaby się spora grupa obrończyń. Wszystkie one są  w tej chwili w wieku, kiedy jeszcze żartują z moherowych beretów, ale ukradkiem  mierzą już,  by sprawdzić jak to nosić. Na czubku, może trochę na lewo albo prawo.  Gdyby Krzyś startował w najbliższych wyborach  samorządowych mógłby liczyć na spory elektorat.
Popularność wśród płci nie przekreślała prawdziwej męskiej przyjaźni.
I to kolejna grupa obrońców.  Kiedy ogłoszono historyczny dzień bez Teleranka, Krzyś przejął się dolą żołnierzy, szczególnie tych, którzy strzeli naszych granic. Udał się do jednostki wojsk ochrony pogranicza,  gdzie posiadał kilku osobistych przyjaciół.
Wiadomo że żołnierz przyjacielem i obrońcą jest , a tu dodatkowo  taka sytuacja dziejowa. Gadka szmatka a i sympatycznym  gestom nie było końca. Przyniesiona wódka cudownie się rozmnożyła i było tak :  Rozmowy bez granic, męska przyjaźń bez granic i alkohol bez granic.  Tylko te  państwowe granice  socjalistycznej, internacjonalnej przyjaźni,  pokryte drutem kolczastym były realnie prawdziwe.   A kiedy okazało się że Krzyś zasiedział się ponad miarę, a kraj  objęła godzina policyjna, dowódca zapakował go do transportera opancerzonego typu SKOT.
- Odwieźcie chłopaka do domu, bo gotów trafić na te charty z ORMO , a z nimi żartów nie ma.
  Sierżant Danielak osobiście usiadł za kierownicą pojazdu  o numerze bocznym  UH 7685-B  i odwiózł Krzysia do domu.  Ryk silnika trzymanego na obrotach obudził mieszkańców trzech najbliższych ulic.  A pożegnaniom przy wyjącym  silniku nie było końca.
Krzysiowi nic się nie stało, za to od następnego ranka  sąsiedzi albo kłaniali się nad zwyczaj demonstracyjnie, albo przemykali chyłkiem drugą stroną ulicy. Wszak facet podwieziony do domu w środku godziny milicyjnej , transporterem opancerzonym,  to nie mógł być byle kto.
I aby wszystko było po staremu, Krzyś musiał napisać na  słupie ogłoszeniowym „precz z komuną” a i to nie brakowało  zdań, że to prowokacja. Ale jak zawiał wiatr zmian nikt mu nie wypominał tego transportera , ale  całą grupa potwierdziła  pryncypialność wolnościowych przekonań i kręcenie korbą powielacza.
 I tak żyje Krzyś w krzysiowym  świecie i spotyka różnych ludzi, w swojej odmianie siedmiomilowego lasu – w życiu. A życie obchodzi się z nim łagodnie,  bo jak podłożyć nogę komuś do kogo wszyscy podchodzą z  opiekuńczą troską.
      
Antoni Relski
33 komentarzy
21 października 2010
Wezwanie rzecz ważna. Urzędowe ze zwrotką, czyli żółtą karteczką potwierdzającą odbiór przesyłki.  Przysłane miesiąc temu,  a więc odpowiednio wcześnie, by zaplanować życie. Wezwanie  przyszło z Urzędu Gminy właściwego  miejscu  posadowienia mojej chałupy. Rozprawa na gruncie celem wyznaczenia  granic działki. Pewnie ma to związek z wybudowaną drogą,  którą  pokryto asfaltem również dla mojej wygody. Jako człowiek społeczny, wziąłem urlop i napełniwszy bak pojazdu benzyną ruszyłem w trasę. Mgły i przelotne pokapywania skutecznie psuły mi radość z wyjazdu w góry. Ale jak to mówił mój znajomy-  czasami trza.
- Jak trza to trza –  myślałem sobie mijając Myślenice drogą w kierunku na Zakopane.
Moja gorczańska Wieś przywitała mnie słońcem i niebieskim niebem.
Pełen wdzięczności i podziwu dla natury wdrapałem się  pod sam dom i zaparkowałem na stromym  placyku  w pobliżu. Lekko zmrożona trawa chrzęściła  pod butami,  gdy kierowałem się w kierunku bramki.  Spadłe liście przybrały brzydki odcień i niczym nie przypominały tych  czerwonych  i żółtych  ze szkolnego zielnika.  Otworzyłem  drzwi, włączyłem prąd . Dzięki  Bogu wszystko w porządku.
Za każdym razem, od siedemnastu lat,  ten dziwny niepokój towarzyszy mi niezmiennie w trakcie przekręcania klucza w zamku. Potem ulga. Parę razy jednak nerwy i  złorzeczenia.
Wewnątrz zimno i ponuro chociaż pojedyncze promienie oświetlały pomieszczenia  gdzie nie ma okiennic.  Obiegłem pokoje, wizytowałem  strych z szybkością wolnego elektronu.
Punktualnie o dziesiątej  stawiłem się w publicznym miejscu, czekając na sądowego geometrę. Mam najdalej,  dlatego  byłem pierwszy.  I czekałem, czekałem. Kwadrans  czasu wiejskiego,  to nie jest  tyle samo według czasu miejskiego. Tutaj na pewno nie umiera się z pośpiechu.  Po trzydziestu minutach  zza płotów zaczęli się wyłaniać uczestnicy postępowania.  Powoli, spokojnie, nie nerwowo. O i Pani z Gminy  i Pan Sołtys. Iluż poznałem nowych ludzi, którzy na co dzień starają się aby żyło mi się lepiej. Dlaczego więc do tej pory  ich nie spotkałem.
Krótki wstęp, protokół i spisywanie danych.
Jestem na siódmej pozycji,   przygotowany do przekazania danych. Imię nazwisko, nazwisko panieńskie matki i numer  dowodu osobistego.  Jako jedyny z całego towarzystwa  wyrecytowałem go z pamięci.
- Szanowny Panie-  zwróciłem się z wolnym wnioskiem - jako że zwolniłem się z pracy, do której ma sto dwadzieścia kilometrów,  proszę o wymierzenie moje granicy  w pierwszej kolejności. Jestem istotą społeczną, członkiem tego osiedla, dlatego rozumiem potrzebę oddania części nieruchomości pod wspólną drogę.  Akceptuję  i podpiszę.
Być może to moje szczere wyznanie  potraktowano jako prowokację,  ponieważ Pan Geometra powiedział,  że obowiązuje kolejność  a ja jestem na końcu listy.  Najpierw trzeba wszystko ogólnie, a potem będą szczegóły.
-  Zaczynam od Zośki znad potoku.
- Ale ona nie ma posesji przy drodze – zauważyłem
- Ale ma konflikt ze Staszkiem z Ogrodu,  o prawo przejazdu i to jest najważniejsze.
- To po co ja zostałem wezwany ? – spytałem
- Bo przy okazji geometra obmierzy  nową drogę.
-To kiedy  zmierzy Pan moją drogę przy okazji? - spytałem lekko poirytowany.
-To tutaj nie pójdzie łatwo. Przy takiej awanturze  to pewnie koło wieczora.
 I znowu ktoś próbuje mnie wydymać
A było tak. Najgorzej bywa w rodzinie. On i Ona, brat i siostra, razem   spadkobiercy swoich rodziców.  Jak to bywa w takich sytuacjach,  każda ze stron czuje się lekko wykorzystana. Przez lata ukrywają  rozczarowanie decyzją rodziców,  aż popadają w otwarty konflikt. Słowa, słowa, słowa. Niepotrzebne słowa, a potem czyny.  Ona rozebrała jego garaż uważając, że stoi na jej gruncie. On stwierdził,  że na drodze dojazdowej do jego nieruchomości ona urządziła ogród,  przez co całymi  latami  korzystał z przejazdu przez posesję sąsiadów.  Oni nigdy  nie mieli nic przeciw.  Ale któregoś dnia  przecież mogą. Należy więc przygotować się do tego  dnia,  posiadając własny dojazd. A ponoć przed wojną tędy właśnie wiodła droga przez osiedle. Teraz tędy płynie potok , postawiono dwie stodoły,  a nowa  asfaltowa droga istnieje  dziesięć metrów dalej. Nic to jednak , dla udowodnienia własnych racji.
- A cóż mnie do tego - jak to mawiają-  moja chata z brzegu
 Odwróciłem  się na pięcie  i wróciłem  do chałupy. Korzystając z okazji zlałem resztkę ratafii, i zebrałem winogrona o których całkiem zapomniałem .  Cały dorodny kosz, słodkich,   lekko zważonych mrozem ciemnych winogron. Takich jak trzeba do zrobienia dżemu . Takiego jak trzeba do domowych francuskich śniadań.
Moje koszty to dzień urlopu i szesnaście litrów benzyny.
dla sąsiadów kilka lat w sądach cywilnych. Kosztów nawet  nie potrafię sobie wyobrazić.  Co do urlopu,  to wróciłem  na dwie godziny do firmy, z gospodarską troską.
To dobrze wygląda. Troska o firmę ponad własną prywatę.
Dżem już w słoikach. Lato zamknięte w szklanych słoiczkach, a  nalewka skrzy się słońcem już tego wieczora. Połyskując promieniami poprzez nacięcia kryształowej karafki.  
 

Antoni Relski
48 komentarzy
17 października 2010
Wczorajsze spotkanie towarzyskie w naszym domu, należało do ciekawych, być może ze względu na skład uczestników.  Przy ławie siedzieli więc: moją żona na wózku, w roli gospodyni imprezy, a  naprzeciw niej  Ewa z gorsetem ortopedycznym na szyi, jako pamiątka świeżo przebytej opresji,  oraz  Katarzyna,  rencistka z powodu  chorej  duszy. Jako jedyny bez dolegliwości ( stuk puk w niemalowane)  przygotowałem dzbanek herbaty, z mieszanki według własnego pomysłu. Szarlotka uzupełniła  wystrój ćmielowskiej porcelany.  A kiedy w trakcie nalewania gorącego naparu do filiżanek wszedł do pokoju mój syn ze złamaną i uzbrojoną w szynę gipsową  ręką, na powierzchni  jednego pokoju znalazło się takie nagromadzenie nieszczęść,  że herbata wydawała się najodpowiedniejsza.  Jak bowiem   w takim gronie zdrowo popić?  Pozostawiłem kobiety w swoim towarzystwie,  jako wymówkę traktując  konieczność  zaopiekowania się psem znajomych. Poza tym na własnych mężów narzeka się lepiej bez ich obecności.  
Znajomi wyjechali na dwa dni  poza miasto,  a ja jako przyjaciel domu otrzymałem do ich domu klucze. Zadaniem moim dość prostym, jak mi się na oko wydawało, było nakarmienie psa  rasy  labrador. Pies ganiał swobodnie po ogródku,  ale jak to  u psa, apetyt bez umiaru spowodowałby  pochłonięcie zapasów w jeden dzień. Kiedy Maria wręczała mi klucze, powiedziała
-  Tylko uważaj na klamkę od drzwi wejściowych. Ona wypada.
Ponieważ znałem tę stronę Michała, jej męża, zanotowałem ostrzeżenie w pamięci. Więcej, wpadłem na pomysł, że w czasie tej wizyty  klamkę naprawię.   Jak mówił dozorca w filmowym „Dom. Dla mnie to małe piwo przed śniadaniem.
 Podjechałem pod  posesję. Parterowy budynek   z wysoko posadowioną częścią mieszkalną i stromym dachem , typowy dla budownictwa lat pięćdziesiątych,   tkwił cały w zieleni. Być może z powodu tej wszechobecnej zieleni wyglądał fantastycznie,  ale i tajemniczo zarazem. Kiedy przekręcałem klucz w furtce,  podbiegła Sara, czarna suka,  duma i radość właścicieli. Machała radośnie ogonem, poszczekując  i podskakując na zmianę. Szybko wszedłem, uważając aby pies nie wydostał się poza ogrodzenie.  Wdrapałem się po stromych schodach  dochodząc do drzwi. Wszedłem do środka, nad wyraz delikatnie traktując klamkę. Karma była jak ustalono, w kuchni  koło zlewu. Wziąłem masywny pięciokilogramowy  worek i już miałem  udać się na zewnątrz, kiedy usłyszałem trzask zamykanych drzwi, a zaraz potem  brzęk spadającej klamki. Wszedłem do przedpokoju. Drzwi rzeczywiście zatrzaśnięte. Na ziemi leżała klamka, a w zasadzie połowa jej kompletu. Niestety niewłaściwa. Część która konstrukcyjnie wchodzi w zamek leżała na zewnątrz. Podniosłem element. Stara mosiężna klamka służąca do otwierania drzwi, w tej chwili była całkowicie bezużyteczna. Młoda suka, z jakiegoś powodu  wyskoczyła do góry  i przednimi łapami pchnęła drzwi. Stała w przedpokoju, patrząc na mnie swoimi prawie szczenięcymi ślepiami.  Wywalony jęzor wystawał z pyska, a  z wyglądu można było wyczytać dumę : Spójrz co potrafię.
-  No  zdolna to ty jesteś - odpowiedziałem do niej odruchowo.
 Wróciłem do kuchni próbując znaleźć  coś, co mógłbym wsadzić do tej małej, kwadratowej dziurki. Czułem się trochę niezręcznie szperając po szufladach i szafkach moich znajomych. Trudno, sytuacja była wyjątkowa. Niestety żaden ze sztućców  nie spasował. Łyżka wazowa również,  a plastikowy widelec  nie wytrzymał naporu . Głośnie chrupnięcie pogrzebało moje nadzieje. Pamiętałem że  narzędzia były na parterze.  Niestety jakiś  szalony konstruktor okresu późnego Bieruta nie  zaprojektował wejścia do suteryny z wewnątrz.  Poniżej  drzwi wejściowych  znajdowało się osobne wejście do  części gospodarczej.  Niestety, dzieliło mnie od nich parę schodów i zatrzaśnięte drzwi. Tam na pewno znajdę wszystko łącznie z siekierą, którą mógłbym rozwalić drzwi, gdyby wszystkie inne sposoby zawiodły. Cóż robić?  Wyjdę przez okno. Otworzyłem  je i spojrzałem w dół.  Od okna  do tak zwanego poziomu zero było na oko ponad dwa i pół metra.
-  Kurde, nie będę skakał.  Nie ten wiek, na dole płyty chodnikowe, a biorąc pod uwagę dzisiejszego pecha…  Poza tym w mojej rodzinie powinien być chociaż jeden  sprawny, dla dobra ogółu.
Wykręciłem numer do znajomych i przyznałem się zatrzaśnięcia w domu.
- Mówiłam że klamka wypada – powiedziała Maria
- Nie mówiłaś jednak, że masz porąbanego psa. To w końcu on, ona mnie tak załatwiła. Nie macie gdzieś  na przykład drabiny? Takiej do firanek .
Mieli. Szczęśliwie mieli, niestety  zbyt krótką. Metr sześćdziesiąt, co to za drabina?  Nawet ja czułem nad nią wyższość.  Ale cóż, jak się nie ma co się lubi. Przy pomocy sznurka,  cudownie znalezionego w okolicy drabiny opuściłem ją  przez okno na i delikatnie manipulując sznurkiem, oparłem pod kątem o ścianę budynku. Tego by jeszcze brakowało, by ją tak beztrosko stracić.  Brakowało około metra,  ale jak przerzucę się na zewnątrz i trzymając okna powoli opuszczę w dół,  powinienem  dosięgnąć. Zebrałem się w sobie po chwili siedzenia na parapecie. Powoli opuszczałem się w dół, szorując czubkami butów po kremowo -żółtej elewacji, tworząc zapewne ślady, ale cóż mnie to interesowało w tej chwili.  Kiedy dotknąłem butami końca drabiny poczułem odrobinę ulgi. Pierwszy szczebel, pewne podparcie, puściłem okno.  Mały balans ciałem  i kiedy złapałem równowagę  zszedłem na dół. - Uff udało się -  powiedziałem do siebie i spojrzałem w górę.
- Pan pozwoli tutaj na chwilę – dobiegł do mnie od strony ulicy.  Chwilę trwało nim zorientowałem się  że to idzie o mnie. Za furtką  stało dwóch policjantów, a  zaraz za nimi  radiowóz oznaczony według najnowszej  policyjnej mody.
- No to teraz  zacznie się zabawa – pomyślałem.
- A co to  drzwi nie działają? – spytali mundurowi.
- Niech Pan sobie wyobrazi ,nie działają przez psa.  Tutaj przytoczyłem  całe opowiadanie z wypadającą klamką w tle. Widząc niedowierzanie w oczach  policjantów,  połączyłem się z właścicielami i oddałem telefon. Konfrontacja opowiadań,  seria pytań  uzupełniających  i uzgodnienia pomiędzy funkcjonariuszami,  a wystarczyło po prostu dostrzec klamkę,  połyskującą w jesiennym słońcu na  wycieraczce, pod wejściowymi drzwiami.
Nareszcie  wolny.  Policjanci spisali notatkę, postali jeszcze chwilę i z odległości bramki oglądali moje zmaganie z drzwiami, po chwili niespiesznie odjechali. Kiedy  drzwi ustąpiły, suka która wyskoczyła zza nich, rzuciła się na mnie by witać się, witać, liżąc mi dłonie. Dwa razy   liznęła twarz z wyskoku, którego nie przewidziałem  a powinienem.
Nie  bawiąc się w przeszukiwania  reszty domu, ze swojego samochodu wyciągnąłem  narzędzie McGivera,   oraz znaleziony  cudem gwoździk, jakby stworzony na tę okoliczność.
Kilka wysypało się kiedyś z firmowego opakowania. Znalazłem je podczas sprzątania i odłożyłem do schowka - mogą się przydać. I rzeczywiście przydały się. Szybko złączyłem dwie klamki w jeden organizm sprawnie odblokowujący  zamek. Schowałem drabinę, zamknąłem okno i oczywiście nakarmiłem psa. Po to w końcu  tutaj przyjechałem.
Kiedy wróciłem do domu impreza pod patronatem NFZ-etu trwała w najlepsze. To najlepsze to kilka pustych już puszek z Gingera  stojących smętnie na kraju stołu.
- A cóż Tyś tyle czasu karmił psa?.
- Jeszcze jej rzucałem patyki. Ona to  bardzo lubi.
- A tu piwo na Ciebie czeka - powiedziała za swojego ortopedycznego kołnierza Ewa.
- Chętnie się napiję, takie emocje.
- Emocje? Przy rzucaniu patykiem?
- Tak,  patykiem
Pociągnąłem za kluczyk w puszce, rozległ się znajomy  syk  wypuszczanego powietrza. Pojawiły się pierwsze krople białej piany
- Patykiem- powtórzyłem do siebie.

Antoni Relski
40 komentarzy
12 października 2010
Kilkanaście lat temu, w trakcie transformacji gospodarczej naszego kraju,  kiedy fortuny rodziły się z niczego,  Pan  premier  stwierdził że pierwszy milion trzeba ukraść.  Wobec pewnej genetycznie zakodowanej przypadłości zwanej  moralnością  popadłem w depresję,  ponieważ zdałem sobie sprawę,  że  DNA wykluczyło mnie z kręgu pijących szampana Don Perinion.  A jednak można inaczej.  Zostałem milionerem, wystarczy spojrzeć na licznik  blogowych odwiedzin, który  wystukał jedynkę i sześć zer. Satysfakcja niesamowita.  Uczciłem ją   trunkiem o swojskiej nazwie  Madamme Pompadour. Też pierdyknęło korkiem o sufit a jaka ulga dla kieszeni.
Wiadomości jakie docierają do nas,  powodują zamęt  i trudności w ogarnięciu tego wszystkiego co dzieje się dokoła nas.  A jeżeli  przebywa się na zasłużonej emeryturze, jak moja teściowa  i dodatkowo bezkrytycznie chłonie się hiobowe wieści z  mediów zdarzają się pewne lapsusy  słowne. Prochy, zioło, dopalacze, odmieniane przez przypadki w każdym możliwym czasie to znak czasów.   Nie dalej niż w niedzielę, z okazji urodzin, Młodszy otrzymał sporych rozmiarów shishę. Fajka wodna o wysokości ponad metr dumnie prężyła się  na środku jego pokoju. Czerwony wąż oplatał korpus niczym ten biblijny z  drzewa wiadomości złego i dobrego.  Odwiedzający  goście obowiązkowo musieli odbyć pielgrzymkę wokół shishy.
- Do czego to służy?- spytała przyszywana ciotka.
- Do palenia. Ponoć raj dla palaczy  – odpowiedziała żona.
-  Boże!. Do dopalaczy?  Wtrąciła się do rozmowy, spóźniona o dwa kroki, zbulwersowana naszą tolerancją babcia. Jej siwa główka stała się jeszcze bardziej siwa, a moherowa wełna na berecie zakręciła się   niczym na  karakułach.  Chwilę trwało tłumaczenie, jeszcze dłużej  gaszenie obaw, że te tłumaczenia to ściema.
A że z tematem środków psychotropowych  babcia jest na bieżąco, udowodniła nam już dwa dni później . Weekendową porą żona eksperymentowała piekąc babeczki w papierku, elegancko nazywanymi mufinkami. Ciemne i jasne wyszyły przepisowo, co prawda trochę nadmiernie urosły  jak na francuskie wyobrażenie elegancji, ale smakowały wspaniale. Teściowa też  była zachwycona. Kończąc jedną  sięgnęła po następną dodając
- Aniu wezmę jeszcze ze dwie te „ morfinki”  dla cioci .
- Mamo ! na Boga, nie rób z nas narkomanów.
Wiedza jak widać jest, gorzej z praktycznym wykorzystaniem.
A wieczorem daliśmy sobie po ratafii. Może  to tak dziwnie w środku tygodnia, ale czego się nie robi dla zdrowotności oraz ponieważ idzie zima. Widać już jej pierwsze objawy. I to nie te związane z koniecznością skrobania szyb samochodowych przed wyruszeniem do pracy. To byłaby łatwizna. Odrzuciło mnie od piwa. Początkowo przyjąłem to jako objaw szybko rozwijającej się choroby, ale zaraz przypomniałem sobie, że tak miałem zeszłym i w jeszcze poprzednim roku, dokładnie o  tej samej porze . Miejsce wysokiej szklanki na tekturowym waflu zajmują nalewki, krupniczki, a niedługo już góralska „harbata: ze śliwowicą.
Zadziwiające że moje czerwone wytrawne mogę pić przy każdej temperaturze.
A kiedy tak rozpływałem  się na temat właściwości  czerwonego wina, dobiegło mnie głuche - trach. Na podłodze wylądował dorodny słonecznik  stojący w eleganckim wysokim, wąskim flakonie. Ze względu na ciężar słonecznikowej głowy, swego rodzaju przeciwwagą była woda we flakonie. Zabezpieczała stabilność szkła chroniąc całość przed upadkiem. Nie przewidziałem jednak  apetytu na wodę takiego dorodnego kwiatka.  Nie wystarczyło codzienne uzupełnianie jej stanu. Wychlał  tak dużo, że flakon stracił stabilność, a całość z głośnym hukiem spadła z komody na dywan. Zbierałem z podłogi te specyficzne puzzle z drobin szkła. Później  starłem  resztkę wody.
A bałem się, że to ja za dużo piję.      

    

Antoni Relski
44 komentarzy
08 października 2010
Wiedziała co będzie dalej. Po dwudziestu pięciu latach małżeństwa znała ten scenariusz na pamięć.
Właśnie leciały reklamy pod sam koniec filmu na Polsacie, kiedy on zerwał się z fotela i poszedł pod prysznic. Zwykle rezerwował sobie ostatnią lokatę pod prysznicem, z powodów jak to mówił gospodarskich.
Sprawdzał zamknięcie drzwi, wyłączenie gazu, gaszenie świateł itp. Kiedy już leżała w łóżku i zapadała w pierwszy sen, on robiąc niemiłosierny hałas, pakował się do łazienki, później wywalał butelkę z szamponem, albo mydłem w płynie. Następnie  potykając się o brodzik w kabinie, walił w drzwi ratując się przed upadkiem. Skoro teraz pobiegł pierwszy w grę może wchodzić tylko jedno – sex. Słowo na dźwięk którego dostawała alergicznego swędzenia całego ciała.  A co dopiero w tym uczestniczyć.
- Myśleć, myśleć  -przewalała jej się przez umysł  krótka wojskowa komenda. Co tym razem. Ból głowy jest taki trywialny i ogólnie obśmiany. Pranie robiła wczoraj. Cholera jasna, baczny obserwator, zapamiętał a teraz to wykorzysta. Nie poddała się jednak presji otoczenia, którym to otoczeniem był w tej chwili jej jedyny ślubny, aktualny mąż Paweł, Mateusz, jak na chrzcie życzyli sobie jego rodzice.  Obejrzała do końca film, z zainteresowaniem odczytując obsadę aktorską, reżyserską, a nawet nazwisko robiącej „klapsy” Susan Witherpeen. Przebiegła pilotem po kanałach. Niestety nic co mogłoby stanowić alibi i wytłumaczenie dla odwlekania podróży do łóżka.                    
Nie wyrzuci z siebie – Kochanie leci film Foremana z Nicholsonem, koniecznie musze to obejrzeć.
Trudno  wybierze wariant B.
- Kochanie zbierasz się do spania – dobiegło z sypialni pytanie Pawła.
 - Tak, tak , oczywiście – odpowiedziała  wyłączając  pilotem  czterdziestodwucalowy monitor LCD. Przemknęła do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Zdjęła ubranie i pozostając w samej bieliźnie usiadła na  koszu z brudną bielizną. Podparła się łokciami o umywalkę  i spojrzała sobie głęboko w oczy.
W zasadzie nie pamięta już od kiedy to trwa. Być może od dnia, kiedy wrócił po imprezie z kolegami ze studiów, ledwo trzymał się na nogach, coś tam bełkotał, a potem rzygał  klęcząc przy muszli. On walczył z żołądkiem  do rana,  a  Ona zaciskała poduszkę wokół głowy, aby nie dobiegł jej ten dźwięk, obrzydliwy pijacki dźwięk  zwracanego alkoholu.
 A może stało to się wtedy, kiedy zaproponował jej ten sposób intymnej bliskości. Powiedział to być może zbyt  bezpośrednio, a ona nie była na to gotowa. Stanowczo sprzeciwiła się pomysłowi, a on nie nalegał, chociaż leżał z miną psa proszącego o skrawek krojonej wędliny. Zdecydowanie odmówiła, obraziła się nawet, że próbuje ją traktować instrumentalnie. A później kiedy na jakimś babskim wieczorku, kiedy rozmowa zeszła na tematy intymne, dziewczyny żartowały sobie  swobodnie dodając zabawne  komentarze do tematu.  Zauważyła, że były na bieżąco. A ona do tego momentu uważała,  że ta wyjątkowo dziwna propozycja uderzała tylko w nią.
- Facetowi trzeba iść na rękę, bo inaczej wyniesie z domu i może mu się tam spodobać – powiedziała Kryśka  pociągając łyk Gingera. Była zaskoczona  lakonicznością tego stwierdzenia. Tego skrótu jakiego użyła do określenia tych wszystkich zachowań,  które miały być jej udziałem,  a których nie zamierzała znosić.  Z drugiej jednak strony zdała sobie sprawę z zagrożenia. Uświadomiła sobie, że być może zrobił to z innymi kobietami. Chociaż mądrość życiowa  nie pozwalała być zazdrosną o przeszłość, podświadomość podsuwała obrazy,  co było to dla niej upokarzające.  Ten  obraz  prześladował ją następnie w przyszłości. Pojawiał się w najmniej  odpowiednich chwilach.  Kiedy zbliżał się do niej  i obejmował ją od tyłu za piersi. Całował w szyję,  a ona zamiast cieszyć się  i nakręcać wzdrygała się widząc go w tamtej sytuacji. O ile postać kobieca była rozmyta i niemożliwa do zidentyfikowania, jego postać widziała nad zwyczaj wyraźnie. Dał sobie w końcu spokój z prośbami i sugestiami, ale zaczęła odczuwać  rosnącą w delikatny sposób obojętność.
Płatki kosmetyczne, wynalazek epoki nasączone mleczkiem, skutecznie zmywały makijaż. Wprawne ruchy przywracały naturalny wygląd twarzy, pokrywając  wacik   resztkami pudru, podkładu i cieni do powiek. Odłożyła  płatek i spojrzała krytycznie  na swoją twarz. Zmarszczki, wszędzie zmarszczki, a kurze łapki to już najgorsze. Naciągnęła palcami miejsce na zewnątrz lewego i prawego oka. Przez chwilę przypominała dziedziczkę jakichś japońskich genów, co być może rozśmieszyło ją na chwilę, ale nie dało ukojenia wobec perspektywy  starzenia. Na koniec uszczypnęła się z w każdy z policzków z osobna aż nabrały  krwistego koloru. Za chwilę powtórnie  wróciła do swoich rozważań.  
 Bo przecież nie byłą nieczułą suką. Takie określenie przeczytała gdzieś w Internecie. To określenie stało się dla niej  synonimem   wyrachowanej zimnej osoby. Ona po prostu inaczej postrzegała realizację własnych potrzeb. Bliżej jej było z tym do romantycznej Danielle Steel  niż do  rozerotyzowanych filmów  akcji. A mądrości ludowe mówiły inaczej.  Pierwsza brzmiała:
Facetowi trzeba dać zaraz wieczorem bo inaczej nudzi do rana.
Tak bardzo to kłóciło się z jej wizją miłosnego oddania ukochanemu. Gdzież te miłosne zaklęcia i żar ciała?
Kryśka zresztą wytykała jej że jest idealistką, a na takich życie się  mści.
I mściło się coraz gorszym obrazem Pawła w jej oczach.
Zdjęła stanik i majtki wchodząc pod prysznic. Ciepłą woda sprawiała jej przyjemność. Atakowała skórę wywołując przyjemne odczucia. Potrafiła stać tak pod strumieniem gorącej wody przez kwadrans, narażając się na uwagi ślubnego o rozrzutność. A później zimna. Mocne uderzenie zimnej wody zatykało jej dech w piersiach, a ciałem targał dreszcz. Sutki obkurczały się i sterczały zaczepnie na boki. Podobały jej się w takiej sytuacji. Wspominała czas kiedy wstydziła się tego sterczenia w trakcie spotkań z Pawłem. Naciskała je wskazującym palcem, a one znikały aby za chwilę  powróć ze zdwojoną siłą. Dlaczego teraz nie sterczą kiedy spotykają się w jednym łóżku. Dlaczego myśl o nim, nie wywołuje już takich efektów. Dlaczego w zasadzie o nim nie myśli.
Szorstki ręcznik spowodował zaczerwienienie skóry, w związku z poprawą krążenia.
A teraz mleczko - no ono się wchłania dłuższą chwilę. Wypuściła z butelki na dłoń wielką białą kupę śmietanki. Starannie roztarła ją po całym ciele i cierpliwie czekała aż wchłonie się całkowicie, w jej czyste i mocno opalone ciało. Włożyła koszulę naciągając ją przez głowę.
- Idę , więcej czasu nie ugram – zdecydowała, patrząc na siebie w przelocie w lustrze.
Weszła do sypialni. Od drzwi uszom jej dało się słyszeć  miarowe charczenie śpiącego męża.
Ten dźwięk, który nie raz nie dwa  irytował ją przeszkadzając w zaśnięciu teraz był  najlepszym rozwiązaniem  jej problemu. Delikatnie podniosła kołdrę cichutko wślizgując się na swoje miejsce. Nim zagasiła nocną  lampkę spojrzą jeszcze na  drugą stronę łóżka mówiąc zalotnie:
Ja Cię kocham a Ty śpisz!.
Licząc na to, że On się nagle  nie obudzi.
          
Antoni Relski
93 komentarzy
04 października 2010
Filmy wpływają na nasze życie. Nie mówię oczywiście o tych, które działają już w trakcie oglądania,   w sposób fizycznie widoczny. Nie będę, co może, dziwne poruszał tematu filmów XXX.  Chodzi mi o  filozoficzną głębię, magię atmosfery, pastelowe barwy metafor i takie tam inne,  które wpływają na nasze życie, a są na pozór niewidoczne. Wpadają nam przez oczy i uszy, zagłębiając się gdzieś w zakamarkach mózgu,  aby odżyć i zaatakować niespodziewaną ripostą.
- Ja to proszę Pana nie chodzę do kina na polskie filmy - powtarzam za inżynierem Mamoniem z Rejsu. Dosypiam do pełnej godziny lub chociaż połowy. I robię niektóre rzeczy na siedem, niczym bohater Dnia Świra Adaś Miauczyński, a definicję ekstradycji  za Stanisławem Paluchem z Misia, cytowałem już wielokrotnie.  I Jeszcze może za  Krzysztofem z Aktorów Prowincjonalnych powtarzam,  że trzeba by zrobić coś co by od nas zależało, bo tak wiele dzieje się bez nas. Ale to ostatnie trzymam na specjalne okazje.
 W dobie seriali w TV,  całkiem bezkarnie można posługiwać się cytatami, jeżeli oglądało się kultowe filmy. Coraz więcej jest natomiast tych, którzy słyszą to po raz pierwszy.   
Pokolenie  Majki i brzyduli pasjonuje się  losami bohaterek, z uwielbieniem kupując takie same ciuchy, buty czy duże zielone plecione kapelusze.  Słyszał ktoś ostatnio dobry cytat,  który będzie żył swoim życiem na kształt :
- Stopczyk, co wy tam palicie?
- Ja? Radomskie, ale jak pan major woli, to Franz ma camele.
Nie można jednak bezkarnie  żyć fragmentami filmów. Nie można  pozwolić sobie na podkorowe działania cytatów.  A może i można?  Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie.
W  sobotę z powodu być może ładnej pogody i braku możliwości wyjścia z domu,  szanowna moja ślubna Małżonka zachowywała się w sposób co najmniej dyskusyjny.  Nic jej nie pasowało, wszystko drażniło, a najbardziej to,  że ja  nie  reaguję na te małe eksplozje. Oczywiście najlepiej byłoby  otworzyć dziób i wyrzucić z siebie coś pikantnego. A potem jak w ringu: ja ci raz, ona mi raz. Ja Ci raz , ona mi raz. Ale sobota była piękna i słoneczna. Niczym wspomnienie lata, promienie zaglądały ciekawie poprzez zdobienia w firance. Co rusz pojawiała się tęcza,  po przejściu promieni  przez szklany wazon,  czy kieliszek do wina. Babie lato i babskie emocje. Postanowiłem dać na przeczekanie. Ale któż z nas jest ze spiżu, marmuru, czy alabastru.
W pewnej chwili spokojnie zamknąłem pokrywę komputera.  Odłożyłem go z kolan na ławę, obok położyłem myszkę. Wstałem spokojnie (ten spokój to mnie trochę nerwów  kosztował). Podszedłem do szafy, która stała  za plecami żony. Otworzyłem drzwi i wyciągnąłem krawat. Zawiązałem na podwójny Windsor i założyłem  go na szyję żony.  Kiedy zaskoczona spojrzała na mnie powiedziałem:
 -Trzeba wpuszczać tylko w krawacie. Klient w krawacie jest mniej awanturujący się.
I co?  I zły nastrój pękł jak mydlana bańka, rozwalił się jak  domek z kart. Zaraz też otworzyłem wino
Cabernet Savignon, ale aby nie psuć przyjemności  degustacji żona pozostała w krawacie do wieczora.
Trzeba dmuchać na zimne, a klient w krawacie…
Samo życie, same plusy. W życiu jednak idzie o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.
Na zdrowie     

Antoni Relski
41 komentarzy
01 października 2010
Zostałem wyróżniony przez dwójkę  blogerów. Wyróżnienie jest zaproszeniem do pewnej zabawy.   Prowadzący  blogi  wywoływani są do tablicy,  aby  odpowiedzieć na pytanie – jakie jest dziesięć rzeczy, które lubisz najbardziej?.  Aby  odpowiedzieć szczerze,  trzeba przeprowadzić spowiedź z życia.  Jako facet który włóczy się po tej ziemi ponad pięćdziesiąt lat,  wyrobiłem w sobie wiele przyzwyczajeń i upodobań do ludzi i rzeczy, których napotkałem na swojej drodze. I tak walczę ze sobą,  bo przecież jak duchowemu hedoniście nie wypada pisać o tym wszystkim,  w ogólnodostępnym blogu. Przecież  to mogą czytać dzieci. Nie będę przecie robił bramki z deklaracjami wieku,  jak na różowych stronach
Wydumane życzenia w stylu czytać, pisać, przeżywać sztuki Ibsena,  to tylko tworzenia własnego słodkiego PR. A życie jest przecież zdecydowanie mniej skomplikowane.
 Kiedy jakiś czas temu w ulicznej sondzie zadano pytanie -  co najbardziej lubisz? Jeden gazda powiedział,  że najbardziej lubi kurzyć cygarety i skeksować się  od tyłu.
- A gdybyście  tak musieli wybrać jedno,  to co byście wybrali Gazdo?
- Seksowanie od tyłu.
- A dlaczego?
 - Bo mógłbym przy okazji  pokurzyć.
 To są prawdziwe odpowiedzi na pytanie w stylu  - dziesięć rzeczy które lubię najbardziej.
Ja zaś gdybym został zmuszony do odpowiedzi na pytanie
- co najbardziej lubię ?
 Odpowiedziałbym że lubię między innymi:
- ruskie pierogi
- patrzeć na to zagłębienie pomiędzy jedną a drugą damską piersią .
- grecką Metaxę,  ale tą z pięcioma gwiazdkami. Jest zdecydowanie lepsza od siedmiogwiazdkowej.
- damskie nogi, obleczone w czarne  pończochy ze  szczególnym  uwzględnieniem  tego wzorzystego  ściągającego paska
- Szczere rozmowy bez udawanej pruderii. Pruderia zresztą jest zawsze udawana.
-Wino czerwone, zdecydowane w smaku, ciężkie i gęste.
- Muzykę która powoduje,  że otwieram następną butelkę wina, aby ugasić ten dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
-Pochwały i komplementy, chociaż udaję że pisze tylko dla własnej satysfakcji.
- Reszta to już pornografia w czystej postaci. Albo czyny opisane dokładniej w Kodeksach.
Tych którzy zamarli uspokajam,  nie mówię tutaj o małych dziewczynkach. Ani równie małych  chłopcach.
A w ogóle „Jestem jaki jestem”,  post pod takim tytułem dokładniej opisuje moje priorytety.
Kocham Wszystkich odwiedzających mój blog , a  jeżeli jeszcze piszecie na własny rachunek.
 Witkacy miał zwyczaj,  że w rogu obrazu obok swojego podpisu dopisywał wzór chemiczny substancji pod wpływem której dany obraz namalował. Ja bez bezczelności porównań z Mistrzem, pozwolę sobie  podpisać:
Antoni Relski - Riesling 2008 - 2 butelki. Wolę  czerwone

http://moje50.blog.onet.pl/Jestem-jaki-jestem,2,ID352617172,DA2008-12-04,n


Antoni Relski
32 komentarzy