poniedziałek, 31 maja 2010

Maj 2010

31 maja 2010
Ambiwalentne uczucie to w myśl dowcipów na przykład  takie,  gdy teściowa wpadła w przepaść w Twoim nowym  samochodzie. W piątek od  samego rana poziom mojego optymizmu był zdecydowanie  powyżej średniej. Po długich negocjacjach udało mi się namówić żonę na wyjazd  w Gorce. Wieś opuszczona wzywa do pracy, niestety w domu mamy problemy z samoakceptacją. Problemy skutkują uporczywym trwaniem w domu. Ja wiem że mój dom moją twierdzą, ale nie trzeba się od razu okopywać i bronić do krwi ostatniej. Te wyjścia, albo chociaż jedno, negocjowałem od kilku miesięcy, więc  kiedy więc w końcu osiągnąłem sukces, czułem się nie przymierzając jak negocjator który spełnił się  w  negocjacjach.
  Około trzynastej zadzwonił telefon .
-  A może zaproponuję mamie żeby z nami pojechała? – spytała żona.
 Zaniemówiłem.
 Budowałem sobie ten wyjazd jak puzzle, po kawałku,  element po elemencie. Wielokrotnie, w ostatniej chwili żona potrącała tą pierwszą kostkę,  a potem jak domino, wszystko sypało się w pył  i musiałem układać od nowa. Pierwszy raz wypuszczamy się w podróż i to z noclegiem poza domem,    w tych nowych dla nas  obojga okolicznościach.
- Wiesz mama pomoże przy okazji posprzątać dom, sami przecież nie dam rady - negocjowała twardo. A ja jakoś nie potrafiłem zdecydowanie  odmówić.  Kiedy odłożyłem słuchawkę, zdałem sobie sprawę, że teściowa stanowiła najpewniej tło tej rozmowy. Patrząc praktycznie to współpraca z teściową oznaczać powinna korzyści w postaci wzrostu  ilości porządku w jednostce czasu.  Ale do życia nie zawsze można podchodzić z perspektywy korzyści własnych i dodatkowo wymiernych.  Po prostu nie tak to sobie zaplanowałem.
 Wpadłem do domu około szesnastej.  Zastałem teściową  która jeszcze gościła . Chcąc czy nie chcąc  zaproponowałem wyjazd.  Jak to się mówi w kręgach dyplomatycznych?  Acha. Zaproszenie zostało przyjęte z zadowoleniem. Podziwiam teściową jak  wspaniale  potrafi się zmobilizować,  w sytuacji gdy stawiam jej warunek czasu.  Lata praktyki. Gwoli wyjaśnienia, nie mam nic do swojej teściowej. To dobra kobieta,  która poświęciła swoje życie miłości do swoich dzieci. Ze wszystkich sił stara się być użyteczna. Co wielokrotnie ratowało mi tyłek i pozwoliło nie rozerwać się pomiędzy dwoma miejscami w których powinienem być równocześnie. Chodzi tylko o to że  od czasu do czasu chciałbym, abyśmy pobyli z żoną sami.  Nie wszystko nadaje się do opowiadania w szerszym gronie.
Szczególnie rozmowy trudne, a takich nam ostatnio nie brakuje. Nie chcę aby ktoś je pomylił z trywialnym brakiem wsparcia. Czasem najlepszą terapią  jest terapia szokowa.
Poza tym,  z wiekiem powinno się nabyć taką piękną umiejętność,  aby umieć w orkiestrze zagrać drugie, a czasami trzecie skrzypce. Niestety niewielu jest to dane, bo przecież to z wiekiem nabieramy tyle życiowego doświadczenia. I dzielić się z nim jak chlebem to szlachetne działanie. Nie dla adresatów dobrych rad.
 Jak to się mówi,  codziennie proszę Boga o taką umiejętność, stworzenia sobą tła dla wydarzeń, które mogą się odbyć beze mnie  i oczywiście o mądrość w ocenie kiedy to powinno nastąpić.
 Po dłuższej chwili spowodowanej koniecznością przetransportowania się z kilku pięter  bez windy, zajęliśmy miejsce w samochodzie. Schowałem pendriva  z muzyczką zgromadzoną na drogę. Wiedziałem  już że zamiast ulubionego Kroke z Nigelem Kennedym,  dowiem się natomiast wszystkiego na temat kamieni żółciowych ciotki Wandzi, oraz poznam  historię życia ciotki Genowefy. A w okolicach Pcimia dowiedziałem się dodatkowo,  co Pani Krysia fryzjerka sądzi na temat  kierowniczki z warzywniaka, oraz  dlaczego Gośka córka kogoś,  kogo nie potrafię zlokalizować , rzuciła męża. Zgubiłem się w gałęziach drzewa genealogicznego, przy trzeciej gałęzi. No po prostu moja wyobrażenia nie pracuje w tym wymiarze. Ale za to gdy weszliśmy do domu w piątkowy wieczór teściowa  zaczęła sprzątać nim na dobre rozświetliłem dom. Słowna  jest, to dodatkowy plus, ale w piątek o 20.40 chciałem tylko otworzyć wino i oczywiście dokładać do kominka.
Sobota przywitała nas bzdurną pogodą.  Ciemne chmury  wisiały w powietrzu i zdawać by się mogło, że oto krople deszczu już lecą, ale przystanęły na chwilę na wysokości mojej głowy. Czułem już tą charakterystyczną wilgotność.  Ale że przy okazji trawa wokół chałupy wyrosłą na wysokość powyżej pół metra, chcąc czy nie chcąc  odpaliłem kosiarkę .
 Będę kosił nawet jak popada. Mam w dupie deszcz. Nie padało. Ja kosiłem  z założenia do skończenia. Skończenia żyłki lub benzyny, w zależności od tego co pierwsze nastąpi. Skończyła się żyłka. Musiałem więc schować sprzęt,  chociaż pozostałą do skoszenia kawałek który  na tle przystrzyżonej  łąki tworzył coś na kształt zaczepnego irokeza mojego wiejskiego domu. Udałem się do wiejskiego sklepu z narzędziami i materiałami rolniczymi,  w związku z potrzebą zakupu sznurka polipropylenowego, czyli popularnego sznurka do snopowiązałki. Sznurka który kiedyś był informacją numer jeden w meldunku ze żniw „ Sznurka do snopowiązałek wystarczy”. Dla mnie nie wystarczyło, ba nie było go wcale.  A prowadząca sklep paniusia nie wiedziała nawet jak taki sznurek wygląda. Pomyśleć że  w najbliższej mi Castoramie  bez trudu znajdę go kurzącego się  na półkach. Znak czasu. Kupiłem sznurek do bielizny i tak uzbrojony wziąłem się za związywanie iglaków. Po zimie i porze deszczowej moje iglaki w znacznej części pochyliły się, a gałęzie boczne, które kiedyś tworzyły sprężystą całość niczym płomień świecy, teraz wyglądają jak rozcapierzone  dzikie badyle. Powiązałem na ile wystarczyło sznurka. Część da sobie radę, dla części to zabiegi spóźnione i pewnie nie potrzebne. Zrobiłem to pewnie dla spokoju własnego sumienia.  A na koniec dnia spotkanie z moimi wiejskimi sąsiadami. Wiem już kto, z kim i dlaczego. Wiadomości podbudowane faktami sięgającymi  dwóch pokoleń wstecz.  Próbowaliśmy zeszłorocznej ratafii , którą zlałem na koniec dnia trzęsącymi się już rękami.
 Pomogło ponieważ jak mawiają Rosjanie są takie sytuacje że:
- Biez wodki nie razbieriosz.
I w jakiś durny, nie przemyślany sposób wylałem sobie trzy ćwierci takiej ratafii na t-shirta,  spodnie, o bieliźnie nie wspominając.  Wlała mi się nawet do butów. Przez chwilę czułem się jak karteczka samoprzylepna, lepiłem się do wszystkiego.
Nie straciłem jednak humoru parafrazując jedną z bajek Jachowicza:
Spodnie głupstwo Antek doda, ale wódki, wódki szkoda.
Ze względu na obecność sąsiadów nie rozważałem zlizywania ratafii z podłogi. Przecież teściowa pozamiatała.   
Zmęczenie ?  pewnie tak . Na pewno tak , ale żal bo można było inaczej.
A propos teściowej , tak zabrała się do tych porządków że porozkładała miotły w każdym rogu domu. Nawet jej przygryzałem, że nie może się zdecydować :  startować z wiatrem czy pod wiatr?.
 Z drugiej strony to ma do mnie cierpliwość, a może to tylko  siła przyzwyczajenia. Wieczorami w piątek i sobotę podrzuciliśmy trochę do kominka i zrobiło się ciepło. Na tyle, że mieszkające w ścianie mrówki uznały -  jest już konkretnie ciepło.  Otworami w belkach zaczęły wylatywać uskrzydlone mrówcze dzieci,, obsiadając  wszystko co popadnie od strony okna.  I jak z tym walczyć?
 Niedziela minęła mi na rozpamiętywaniu tego co pozostało do zrobienia, aby dom nie zjechał  ze skarpy, ponieważ  mur oporowy trochę się odchylił od pionu. No cóż,  jak powiedział filozof   - wszystko płynie.  Przybiłem w sypialni kolejne anioły , rozrysowałem w głowie sposób adaptacji progów , aby zlikwidować bariery. Powrót  do Krakowa  i zapamiętany krzak białego bzu , który z mocno rozwiniętymi kiściami  kwiatów, tak mocno pachniał  przed deszczem.
A mnie znowu jak w szkole, jak w majową porę,  jak w maturalnym nastroju  zapachniało Tuwimem:
Narwali bzu, naszarpali,
Nadarli go, natargali,
Nanieśli świeżego, mokrego,
Białego i tego bzowego.  

Antoni Relski
21 komentarzy
27 maja 2010
Stałem właśnie na  osiedlowym parkingu, obok swojego samochodu. Jak zawsze sprawdziłem czy szyby są domknięte, a wszystkie  istotne rzeczy z wnętrza zabrałem ze sobą. Szybko omiotłem jeszcze spojrzeniem klapę silnika i lusterka. Odwróciłem się tyłem do auta i zrobiłem trzy kroki do przodu. Następnie  podniosłem prawą rękę w której trzymałem pilota na wysokość twarzy i nacisnąłem guzik oznaczony wizerunkiem zamkniętych drzwi. Nacisnąłem raz i w odpowiedzi usłyszałem pojedyncze piśnięcie uzbrajanego alarmu. To takie nonszalanckie podejście do zamykania samochodu, pozostało mi jeszcze z młodości, o ile wtedy były już piloty do automatycznych zamków samochodowych.  Nie zależy mi, to tylko przedmiot,  zdawała się mówić moja postawa,  a była fajna bo kłóciła się z powszechną wtedy modą na przesadną dbałość o samochód . Realizowano to  poprzez zakładanie blokad, dodatkowych wyłączników i tym podobnych zabezpieczeń, oraz mycie , pucowanie i polerowanie. Szpan szpanem minął, a głupie przyzwyczajenie pozostało. Właśnie usłyszałem to charakterystyczne piśnięcie, więc miałem już oddalić się zupełnie od auta, kiedy zobaczyłem nadjeżdżające od strony drogi małe audi, własność   sąsiadki z następnej klatki.  Zgrabna, sympatyczna i dobrze utrzymana trzydziestoparolatka i świadoma swej atrakcyjności blondynka. Czasami przesadnie wypielęgnowana,   roztaczała intensywny zapach  dobrych perfum. Kiedy mijałem ją, na przykład na klatce schodowej, czułem się tak jak gdybym mijał całą perfumerię,  a nie tylko  małą drobną kobietę. Ten dominujący zapach Diora czy Chanel zdecydowanie tłumił  ten zapach kobiety, o którym mówił film pod tym samym tytułem (włoski pierwowzór),  który podświadomie wyłapujemy swoimi nozdrzami, nie identyfikując go, a jednak reagujemy na niego, patrząc na płeć  zainteresowaniem, a czasem nawet zauroczeniem.  Z tego powodu  nasze żony i kochanki mogą być spokojne o  kontakty z Panią B.  Przesadnie użyte perfumy działają odwrotnie od zamierzenia, a któż  z nas chciały iść do łóżka z cała perfumerią. Nawet piżmo przesadnie podane, Nie do końca działa, jak natura chciała. Jednak pomijając watek czystko erotyczny,  lubiłem patrzeć z niewielkiej odległości na te ruchy pełne gracji które wykonywała  w drodze z auta do domu,  lub w przeciwnym kierunku. Tak się jakoś złożyło, że nigdy nie widziałem jej paradującej w tenisówkach,  z workiem śmieci do śmietnika , czy w kolejce  w osiedlowym sklepiku. Ku  rozpaczy naszych żon  lubimy oglądać się za takim niepraktycznymi kobietami. W których imponuje nam brak tego co jest użyteczne u żon. Wracając do samochodu. Pani B zaparkował trzy stanowiska dalej i nie zwracając zupełnie uwagi na otaczający ją świat, wyszła z samochodu z podręczną torbą,  przypominająca aktówkę w wersji biznes.  Stała tak chwilę przy otwartych drzwiach audi zastanawiając się co zrobić. W końcu podniosła nogę  obutą w eleganckie włoskie szpilki i kopnęła drzwi  w taki sposób,  że zamknęły się mocno, głośno trzaskając przy okazji. Wtedy być może  dopiero zauważyłem,  że auto Pani B było przeraźliwie brudne. Był to brud stary, który  warstwami pokrywał lakier. Z tego to powodu użyła buta,  nie ryzykując spaprania delikatnej rączki ozdobionej najnowszymi wzorkami na akrylowych tipsach.
Tipsiara  – pomyślałem,  gdy chwilę zmagała się  z guzikiem pilota. Ryzykując  złamaniem lub odlepieniem paznokcia,  skutecznie uzbroiła alarm swojego A3. Spojrzała na buty,  czy nie noszą śladu użytkowania niezgodnego z przeznaczeniem i udała się do domu,  rozsiewając zapach wspomnianych perfum. Kiwnęliśmy sobie głowami  mijając się w odległości paru metrów, a ja zastanawiałem się  - jak to możliwe? Jak to możliwe,  że tak wypielęgnowana kobieta jeździ takim brudnym autem. Przypomniałem sobie,  że wielokrotnie widziałem to brudne auto, ale pierwszy raz widziałem Panią B w akcji. Czy możliwa jest taka dwoistość ludzkiej natury,  która każe moczyć dupę pod prysznicem przez pół godziny,  a nie pozwoli przejmować się  brudem własnego auta. Mój znajomy który układa swoje T-shirty w idealną kostkę w której funkcjonują wyłącznie kąty proste, ma ogromny bałagan w aucie. Podłoga usiana jest papierkami z gum do żucia, opakowaniami po batonach, nawet pustymi butelkami po Coli i kubkami po jogurcie. Najlepiej skomentował  to mechanik samochodowy,  który odbierał jego auto do okresowego przeglądu. Chociaż sam ubrany w przybrudzony kombinezon, otworzył drzwi samochodu, spojrzał do środka i powiedział - tylko tu jeszcze na środku nasrać. Po czym już bez słowa  wziął się za wymianę oleju  silnikowego.
Standardowo  nie myje się samochodów służbowych,  bo nie warto. A jeżeli jest już więcej użytkowników,  nie myje się,  bo niech ten drugi posprząta. Co znowu ja?
Trochę razi mnie ten brak  dbałości o auta, ze służbowymi na czele. Zawsze wydawało mi się,  że moje auto świadczy o mnie. Dodatkowo zawsze uważałem,  że o powierzone mienie powinienem dbać bardziej niż o auto prywatne. Bo to o mnie świadczy.
Do porządku jak i do sprzątania auta trzeba wdrażać  od dziecka. Jedna z zasad brydżowych mówi,   że aby dobrze grać w brydża należy najpierw dwa lata tasować karty. Ponieważ ojciec mój  grywał w karty, zmodernizował tą zasadę twierdząc,  że aby dobrze jeździć autem, należy go przez dwa lata myć. I myłem w świątek , piątek i niedzielę.  W lecie, zimą, wiosną i jesienią,  aż zasłużyłem na opłacenie kursu prawa jazdy. A później zostało już przyzwyczajenie  i nie żałuję.
Obecnie dostępność kursów na Prawo Jazdy jest duża.  A służbowych samochodów jeszcze więcej.
Przeczytałem gdzieś w prasie że służbowym, najlepiej zwozi się owoce i warzywa z działki, węgiel na daczę, prekursorzy nawet świnie na targ. Budując własny dom najlepiej zatrudnić się w firmie która powierzy ci służbowy samochód . Bo to można zawsze podrzucić brakujący worek wapna, albo klej do fliz.  Zajechać ponieważ nie moje. O swoje trzeba dbać. Zdarzają się jednak  wyjątki. Znałem kierowcę olbrzymiego TIR-a który zmieniał, buty przed wejściem do kabiny, na wygodne domowe kapcie. I w takich kapciach  prowadził 40 tonowego kolosa. To porównanie  ciężarowego kolosa i domowych kapci zawsze mnie zadziwiało. Ale Romek,  jak o nim mówiono miał też swoje zboczenia. Ze względu na ład czystość i sterylny  porządek, nie wpuszczał do kabiny ładowaczy,  czy pracowników  budowlanych, proponując im jazdę na pace. Romek był wtedy pewien że nie zmarszczą pokrowców, nie zadepczą wypastowanych gumowych dywaników.  Może więc  lepiej rozgarnąć kubki po jogurcie i skorzystać z zaproszenia znajomego bałaganiarza.  Gdyż on przeprosi za nieporządek, będąc go świadomym, ale nie zaproponuje nam  bagażnika na czas podróży . Przesada jest ponoć gorsza od faszyzmu i to przesada w każdym kierunku.
 A, tam pal licho. Przy ładnej pogodzie w weekend, posprzątam w swoim służbowym aucie, a może i młodego namówię- niech się młody uczy. I będzie czysto – do pierwszego deszczu.
    
Antoni Relski
18 komentarzy
23 maja 2010
Nadzy przychodzimy na ten świat, bez majtek, koszulek czy skarpetek. Dumnie podkreślamy  wiarę  stworzenia nas,   na obraz i podobieństwo Najwyższego.  Ale   zaraz po urodzeniu, opatulamy  się od stóp do głów, trochę z powodu chłodu, a trochę w związku z obyczajowością. Z czasem element obyczajowości staje się  dominujący, a im bardziej chronimy przed światem elementy swojej anatomii,  tym  większa presja na podpatrywanie. W końcu najbardziej kusi owoc zakazany.
Szczytem  zapyziałej obłudy jest tutaj ukrywanie piersi. Z  równie archaicznym podziałem:  męskie ogólnodostępne widokowo, damskie zakazane. Jeżeli decydujący byłaby tu estetyka, to przystawcie zarośnięte „bicepsy”  miłośnika chmielu,  z  wypielęgnowanym biustem atrakcyjnej trzydziestki. Nie,  estetyka na pewno nie była  w tym przypadku decydująca.
 A przecież  pierś żywicielka, to jeden z pierwszych obrazów  jakie rejestruje nasz mózg. Tryskający mlekiem cyc, którym niewprawna jeszcze matka zalewa oczy noworodka.  I kiedy jest nam źle, kiedy pierwsze kroki boleśnie doświadczają malutką pupę, albo przestraszy nas polny konik przeskakujący ze źdźbła trawy na dorodny kwiat mlecza, wtedy wtulamy się w matczyne piersi, najbezpieczniejszą przystań na świecie jaką znamy. A później tak z poniedziałku na wtorek dowiadujemy się, że piersi są be, a pamięci że jeszcze nie dawno z nich tak ochoczo korzystaliśmy , towarzyszy poczucie wstydu. Rośnie ono  z nami do chwili, kiedy pojedyncze hormony dojrzewającego organizmu oplatają nas  pajęczyną pragnień i marzeń i wtedy powraca zainteresowanie ciałem, albo bardziej precyzyjnie  ukrytymi jego  elementami. Ogólna dostępność  Internetu ten głód wiedzy zaspokajają  w jakimś stopniu,  ale nie u wszystkich. Ciekawość oczywiście kosztuje, co dość szybko uświadomiła sobie pewna branża , zbijając na tym przysłowiowe kokosy. 
Co rusz mamy do czynienia z mniej lub bardzo świadomym, publicznym pokazywaniem, tego co osłonięte.
 A że każdemu wydarzeniu powinien towarzyszyć event  (Testosteron) stąd mniej  lub bardziej  niesforny cycek,  uwalniający się na estradzie, bądź żądania takiego uwolnienia ze strony widzów.
Ze dwa przykłady takich działań  są już po ręką . 
W trakcie koncertu jednej z  popularnych polskich piosenkarek,  zgromadzona pod sceną część publiczności  wykrzykiwała  -  pokaż cycki.
W trakcie jednego z koncertów, z okazji zresztą Dnia Dziecka,  publiczność  skandowała do chwiejącego się na nogach, wokalisty pewnego zespołu rockowego  - Jasiu pokaż.
 I Jasiu rozpinając spodnie pokazał,  a popularna gwiazda muzyki pop nie pokazała, chociaż z powodzeniem mogłaby,  wszak kilka lat temu występowała jako twarz,  o przepraszam nogi pewnej firmy produkującej rajstopy.  Popularny tabloid  pokazał zaś na pierwszej stronie to, czego nie chciała pokazać na scenie wyżej wymieniona. Prawdą jest że  wbrew jej woli i o ile dobrze pamiętam z wypłatą piosenkarce zasądzonego  odszkodowania. Ogólnie mówiąc, abstrahując od opisanego przypadku, do końca nie wiadomo jest jak to bywa z tym” wbrew woli”.  Czasami aż trudno uwierzyć  w przypadkową obecność paparazzich ,  w trakcie jakiejś szalonej  wpadki  celebryty.
Wracając do pokazywania. Bez prośby ze strony publiczności,   lider zespołu Big Cyc pokazał zgromadzonej w Sali koncertowej  publiczności gołą dupę.
I tak pokazujemy sobie nawzajem to to, to tamto, a  pokazywanie rozszerza się na inne dziedziny naszego życia.
Władysław  Kozakiewicz, pokazał ruskim gest nazwany później jego nazwiskiem, a kierowcy z lubością pokazują sobie fucka.
A ty dziewczynko i ty chłopczyku, pokazałeś coś  komuś?.  A jeżeli tak to otwarcie, czy w tajemnicy?
Kiedy byłem małym chłopcem ,  w wieku  jeszcze przedszkolnym,  pod krzakiem  agrestu, ryzykując bolesne pokłucie tyłka, pokazałem koleżance swoją największą tajemnicę.  Ona  oczywiście pokazała mi swoją. Ze względu na brak małych dziewczynek  w najbliższym otoczeniu, byłem w szoku. Chyba pierwszy raz w życiu, nie był to jednak raz ostatni.
To pokazywanie wpisane jest chyba w standard  funkcjonowania ludzkiego gatunku.
Wypadło z obiegu powiedzenie,  którego  jeszcze niedawno używali   spierający się :
Ja Panu pokażę !
 Obiecani cacanki, ponieważ na gadaniu zwykle się kończyło. Można było zerwać z liścia,  albo dostać plombę,  po której rzeczywiście dane  było zobaczyć wiele rzeczy, ale to już inna historia
Pokazywanie. Męskie pokazywanie kwalifikowane, takie aby coś udowodnić, najlepiej z centymetrem.  Damskie  na granicy kobiecej przyjaźni,  oraz  takie,  o którym  nie powinniśmy  zapominać, nałogowe  pokazywanie czyli -  ekshibicjonizm. Najważniejsze to  pokazywanie międzypłciowe, ja tobie ty mnie.  Najbardziej typowe  chociaż najczęściej eksploatowane jest to pokazywanie  w literaturze. Jest też podstawą funkcjonowania życia na ziemi, chociaż tego do końca nie jestem pewien. Wszystko to  z powodu faktu,  że prymitywne plemiona, żyjące bez ubrań czyli skrywanej tajemnicy, rozmnażają się z równie dobrym skutkiem , jak te cywilizowane narody, które okrywają się tekstyliami.  
Pamiętam jak kiedyś,  w ramach rozładowania napięcia i zaspokojenia ciekawości,  wybraliśmy się do akademika  na tak zwaną imprezę. Znajomy, który  to rozładowanie napięcia potraktował bardzo dosłownie, zaatakował koleżankę z grupy.  Asia była ogólnie lubiana, ponieważ działała na naszą wyobraźnię.  Głębokość jej miseczek wyrażała się  literą z połowy alfabetu.
Po bezskutecznych próbach  ułożenia wspólnych spraw w jednej płaszczyźnie, zdesperowany  kumpel  teatralnym szeptem,  pełnym smutku wynikającego z braku efektów swego osobistego uroku wypalił:
- To chociaż pokaż cycki
Nie muszę dodawać że i ta ostatnia deska ratunku, dla mojego kolegi okazałą się kamieniem u nogi,     w relacjach z Asią.
Czasy się zmieniły. Teraz coraz odważniej pokazuje się  na Naszej Klasie i Facebooku. Pomaga w tym  technika. Obróbka zdjęć w domu, nie wystawia nas na pełen współczucia wzrok faceta z salonu fotograficznego.  Niczym wyrzut sumienia, wydając zrobione odbitki,  patrzył nam prosto w oczy.  Wykrzywione  usta w  grymasie pełnym niesmaku,  przy ładnej modelce, sugerowały być może  zazdrość.  Przyszło uciekać ze wzrokiem w najdalszy kąt salonu, a przecież nie zrobiliśmy nic niestosownego.  Obecnie   wystarczy tylko stanąć przed lustrem, opuścić majtki i przy pomocy  cyfrowego  aparatu   utrwalić  owe cycki , podrasowując  je  photoshopem i  czyniąc z JPG-a  dumę i chlubę posiadaczki.  Tylko stojąca na drugim planie automatyczna pralka, lub suszące się  na suszarce majtki  trochę  psują atmosferę.
  

Antoni Relski
65 komentarzy
19 maja 2010
Taki dowcip mi się przypomniał. Stary. Jeden z pierwszych które wrzuciłem do swego repertuaru, podsłuchany na jakichś imieninach, chyba mojego ojca.
Rzecz dzieje się w górach. Powódź na Dunajcu. W zasadzie już po powodzi , ale przybrzeżne pola jeszcze zalane wodą. Komisja z PSU już szacuje szkody. W pewnej chwili komisja zauważa góralski kapelusz z piórkiem płynący z prądem rzeki. Nie byłoby nic szczególnego w tym widoku, gdyby nie fakt że w pewnej chwili kapelusz zatrzymuje się i zaczyna płynąc pod prąd. Płynie tak do pewnego momentu, zatrzymuje się i płynie w przeciwną stronę. Powtarzalność cyklu powoduje, że niektórzy członków komisji rzucają się na kolana twierdząc że to cud. Tylko jeden stojący z boku baca uśmiecha się pod nosem i mówi:
Panowie, jaki tam cud. To Jasiek z dołu powiedział, że ma w dupie powódź i idzie orać.
Morał jest, a jakże -  róbmy swoje, nawet gdyby przeciwności na to nie pozwalały
No to się narobiło. Leje  tak,  że popadamy w paranoję. Telewizja, radio, Internet,  pełne informacji o efektach kapryśnej pogody. Potęgują to  własne spostrzeżenia zza okna.
Od rana z niepokojem śledzę place błądzące po klawiaturze, podświadomie oczekując tego najgorszego. Wydaje mi sięże za chwilę  woda wypłynie  spod klawisza „g” albo „h”.
Szczęśliwie dla mnie, żyję i pracuję w tej części Krakowa, która nie jest zagrożona przez  powódź.  Co chwila dobiegają mnie jednak  informacje o osobistych tragediach moich znajomych. Nerwowe działania którym przyświeca  konieczność ratowania dobytku, zmuszają do podejmowania szybkich decyzji . Z nurtem rzeki spływa dorobek całego życia. Ludzie mogą tylko bezradnie obserwować dzieło zniszczenia.
I chyba nie ma w nas tej greckiej swobody życia, jaką w filmowym klasyku „ Grek Zorba” reprezentował główny bohater. Zorba  obserwując awarię linii transportowej drzew, powiedział  do swego partnera
– Spójrz jaka piękna katastrofa.
Patrząc na to co się dzieje w tej chwili w na greckich ulicach,   skłaniam się jednak do  stwierdzenia, że nie ma już takich Greków.
A wydajność w pracy kuleje. Co chwilę ubywa kogoś z zespołu pracowników,  ponieważ w następnym miejscu pęka wał ochronny i wdziera się woda. Znajoma od ponad pół roku, codziennie biegła po pracy  do wynajętej w piwnicach bloku wózkowni,  ponieważ wymarzyła sobie własny biznes. Remont pomieszczenia znaczony odciskami na własnych dłoniach, systematycznie  posuwał się do przodu, a niedospanie i niedojedzenie tłumaczyło się  przyszłymi zyskami. Właśnie przez  dwoma dniami  zainstalowano maszyny i zwieziono pierwszy materiał. Na jutro  umówiona byłą  z agentem ubezpieczeniowym. Wczoraj brązowa bryja zalała wszystko, materiał, maszyny, świeżo położone podłogi i wymalowane ściany. Wszystko jak to mówi o kant dupy potłuc. Widząc to błoto w salonie, nawet się nie chce ratować… Tylko kupić flaszkę i się opić.
Ale pić też się nie chce.
Trzeba się było ubezpieczyć - mówił kiedyś jeden ze znanych polityków, wtedy nawet premier.
- Pani Kasiu, wpadnę w czwartek -  powiedział agent -  mam kilka polis do odnowienia w tej okolicy, to skomasuję.
Jakże odmówić takiej miłej prośbie ?
Bohaterowie „Ziemi Obiecanej” też nie zdążyli ubezpieczyć fabryki. Ogień strawił ich marzenia. Została podpalona z jakiegoś mniej lub bardziej  ważnego powodu. Mówią że męski honor to powód wystarczający. Mniej lub bardziej zawiniona strata. A w przypadku powodzi?
Ponoć obwiniać powinno się  ten islandzki wulkan, którego nazwy przeciętny człowiek nie potrafi wymówić.
Do wulkanu to znaczy do kogo?  Ponoć Hefajstos miał kuźnię w  wulkanie.
Pomijając pierwsze przykazanie Dekalogu,  zatoczyliśmy koło, aby dotrzeć z powrotem  do Grecji.
Patrząc zaś na prymitywne działania natury i to jak w jednej chwili czyni z nas istoty podobne maleńkiej mrówce zadaję sobie pytanie:
 Gdzie jesteśmy ze swoimi siedmiordzeniowymi  procesorami, Internetem i  trzecim filarem ubezpieczenia  emerytalnego?.
W takiej chwili jak ta,  sami sobie potrafimy uczciwie odpowiedzieć na to pytanie.
  
Antoni Relski
37 komentarzy
16 maja 2010
Czytać uczyłem się  w szkole. Mozolnie składane literki,  zamieniały się w  mamę, tatę, dom, miasto. Kolejne lata edukacji przyniosły mi umiejętność czytanie tego,  czego nie znalazłem w tekście,  poprzez proste złożenie liter do kupy. A przecież  życie toczy się między słowami i gestami,  dlatego powstało tyle fantastycznych dzieł  literackich, malarskich, czyli szeroko rozumianej sztuki.
W opozycji do powyższego stoi prawo,  które każe czytać wprost  paragrafy i podpunkty. Chociaż jeżeli bliżej na to spojrzeć, to tutaj dopiero toczy się walka o interpretacje.
Interpretacja czyli smak życia.
Oj, zebrało mi się za poprzedni post „ Ten pierwszy raz”.  Dzięki uprzejmości Onetu,  tekst zagościł 12 maja na pierwszej stronie. I stało się. Wylała się natychmiast fala przekonań, uprzedzeń czy stereotypów.  Poza częścią wpisów podchodzących do tematu ze zrozumieniem, otrzymałem całą masę  sygnałów potępiających w czambuł, działań uświadamiających. Tak to przynajmniej odebrałem.  Zarzuty wiązały się z odczytaniem tekstu wprost, chociaż przy odrobinie dobrej woli…
Po pierwsze  jestem zwolennikiem edukacji seksualnej, czego dałem dowód,  rozmawiając z dziećmi.  Własnymi oczywiście.
Nie było  to oczywiście narzucanie treści nieświadomemu dziecku, wbrew jego woli a zaspokajanie naturalnej ciekawości,  w sposób delikatny i odpowiedni do wieku.
 Mój starszy syn, od  czwartego roku życia drążył temat własnego pochodzenia i zaręczam że nie dał się spławić żadnymi bajeczkami.
 Odnoszę wrażenie że zrobiłem to,  w odpowiedni,  powiązany z miłością sposób.  Któregoś dnia jako poważny pięciolatek wszedł do naszego pokoju  i usiadł z poważną miną,  zakładając ręce na piersi.
- Wy się wcale nie kochacie – stwierdził z wyrzutem.
- Ależ kochamy się i to bardzo. Ja mamusię,  a mamusia mnie – odparłem natychmiast.
- Tak? To w takim razie nie robicie nic, aby mieć dziecko.
Jak się okazało marzeniem syna było mieć braciszka.
Ponieważ  Pierworodny kochał książeczki i artykułował mądre słowa,  wystarczyła rozmowa.
Młodszy jest praktykiem i bardzo długo nie uważał za potrzebne używania jakichkolwiek słów. Jego zainteresowanie płcią  było zdecydowanie mniejsze,  co uszanowałem,  do czasu, kiedy pojawił się głód wiedzy.    A technika samurajskich mieczy użyta w rozmowie, cóż pomoc naukowa.
W dalszym ciągu  twierdzę,  że seks to najpiękniejsze co trafia nam się w życiu,  pod warunkiem powiązanie go z miłością, o czym pisałem mówiąc do dzieci,  że ględzę o miłości.
Zarzut że popieram rozpasany seks  jest jakiś bzdurny, nigdzie tego nie pisałem.
Zdziwienie z określenia – „ syn stał się facetem z czego  niby czerpię jakąś dziwną przyjemność,  to wierutna bzdura. Nie odwracam oczu od problemu.  A określenie stać się facetem  jest tak wyeksploatowane w literaturze że nie mogę mienić się jego wynalazcą,  co najwyżej  licencjobiorcą.
Podkreślam -  jestem dumny,  że syn  zwierzył nam się ze swoich decyzji życiowych.
 Poczułem się  wtedy  fantastycznie. Być może ten pierwszy raz dzięki mojej rozmowie, był przemyślany,  kilkakrotnie odkładany i spełnił się w romantycznych okolicznościach.
A mógł się przydarzyć w toalecie,  na zapleczu klubu.  Krytycy  nie wiedzą że tak niestety,  często bywa?  Być może z powodu braku  rozmowy  z własnymi dziećmi.
 Co poczytujemy sobie za dodatkowy plus ? Dziewczyna syna wielokrotnie przychodziła do mojej żony z  własnymi problemami, chwaląc atmosferę bezpośredniej rozmowy i braku stresu w jej trakcie, na co w domu nie mogła liczyć.
Nie wyznaję zasady,  że rzeczy o których nie mówię nie istnieją.
Czy to się mi podoba czy nie,  poziom swobody seksualnej młodzieży zmienił się od czasu mojej inicjacji.  Dostępność materiałów,  szczególnie w Internecie,  powoduje lekko zakłócony obraz  współżycia. Niestety dominującym jest wizerunek  czysto hedonistyczny. Być może to my    pozostaliśmy,  aby przekazać dzieciom tą mądrość,  że prawdziwą przyjemność można czerpać ofiarując  siebie, najpierw w sferze duchowej,  a później cielesnej. Jak daleko jest od jednej strefy do drugiej,  nie zależy to niestety od nas. To nasze dzieci jak my kiedyś,  dokonują  właściwych wyborów, na własny rachunek.  I albo w jakimś stopniu będziemy uczestniczyć w tworzącej się historii pokoleń, albo wyautujemy się na jej początku.
Zakazy, kary,  czy milczenie,  sprawy nie załatwią.  Wręcz przeciwnie.
I na zakończenie  
Mówienie o seksie,  to tylko jeden z  elementów   rozmowy z własnymi dziećmi. Jeżeli nie potrafimy wcześniej znaleźć właściwych relacji w innych problemach związanych z dorastaniem, nie oczekujmy, że rzucą się całą otwartością na tematy  intymne.  Wypną się na nas, polecając swoją edukację Wujkowi Google.
I tyle w temacie komentarza do komentarzy.
 Pewnie by tak było,  gdyby nie sobota.
Sobota przyniosła  zakończenie do powyższego  tematu. Samochodowa eskapada w godzinach południowych.  
 W pięciu centralnych miejscach Krakowa  rozstawiły się ekipy drogowców,  budując, modernizując i przerabiając jezdnie. Stoimy więc w gigantycznych kolejkach na głównych, bocznych i polnych drogach, ponieważ  nawigację samochodową ma co drugi uczestnik drogowego ruchu.
Sześciokilometrowy odcinek drogi wylotowej z Krakowa  w kierunku północnym,  przemierzałem mniej więcej  godzinę,  klnąc na ”cwane gapy”,  co to niby przez pomyłkę wjechały w pas do skrętu w prawo i koniecznie  muszą wcisnąć się przed nas.  Zamknięte klimatyzowane pomieszczenie z powietrzem w obiegu zamkniętym,   można przeczekać.  Siedziałem w towarzystwie Starszego,  tak jak i ja uwięzionego w korku.  Podróżując  z szybkością czołgającego się żołnierza,  zabijaliśmy czas słuchając  radia,   a później rozmawiając o życiu.  Od czasu gdy Starszy opuścił dom rodzinny, przeszedł przyspieszony kurs dojrzewania. Czy to  korek, czy ciśnienie atmosferyczne, a może tylko dlatego,  że obaj postanowiliśmy ustąpić odrobinę z własnych pozycji obronnych, rozmawiało nam się znakomicie.  Na czas wspólnej podróży zapomnieliśmy o konflikcie pokoleń. Powiem wprost  pogadaliśmy,  jak nigdy dotąd.
Synuś dojrzewa -  stwierdziłem z zadowoleniem. I jak gdyby wracając do polemiki z początkowej części postu,  moje działania uświadamiające nie przyniosły żadnej szkody,  w tej skomplikowanej dziecięcej psychice. Doszedłem do wniosku, że nawet odwrotnie. Młody posiada priorytety z których mogę być dumny.
Odwiedziliśmy moją matkę, żeby upewnić się,  że daje sobie radę w życiu. Wymieniłem baterie w piecu gazowym  i nawinąłem nowy zapas żyłki, na szpulę do kosiarki. Nie jest jeszcze źle i oby tak jak najdłużej.
Oczywiście w dalszym ciągu nie zgadzam się  z wieloma  jej teoriami, ale potrafię to przemilczeć. Nauka i korzyść z posiadania własnych dzieci? 
Antoni Relski
24 komentarzy
12 maja 2010
Nakręcony w 1983r. film z udziałem Robina Wiliama i Waltera Matthau  „Sposób na przetrwanie”  rozpoczyna się od sceny w której  główny bohater Robin przychodzi do biura na wezwanie szefa. W gabinecie  jednak nie ma szefa. Siedząca na oparciu fotela  gadająca papuga  informuje go ludzkim głosem,  że zostaje właśnie zwolniony. Skrzeczący papuzi głos wyraża żal, ale jest stanowczy i zdecydowany.  Kiedy bohater rozbawiony sytuacją, opowiada o ptaku który  właśnie zwolnił go z pracy, sekretarka z wyrzutem mówi mu:
- Pan nie ma serca  to Pan Smith przez pół roku uczył papugę tych wszystkich słów, ponieważ pękło by mu serce, gdyby musiał to zrobić  osobiście. Jak pan może być takim niewdzięcznikiem.
Sposób  dziwaczny, fakt który pozostał niezmieniony,  nasz bohater pozostał bez pracy. Dalszy rozwój akcji doprowadzi do znalezienia zajęcia po wielu oczywiście zabawnych perypetiach. Ponieważ w hollywoodzkich obrazach  każdy znajdzie swoje miejsce w życiu . Lepsze lub gorsze, ale takie o którym może powiedzieć – moje.
 Żałowałem że nie mam papugi, Kiedy przyszło mi działać jak pan Brown.
 Liczyłem się z tym,  że wcześniej czy później  wręczę komuś wypowiedzenie.
Kiedyś  to zresztą  robiłem jako kadrowiec,  ale byłem wtedy całkiem młody, w okresie,  kiedy poprzedni system jak gąbka chłonął każde ręce do pracy. Dodatkowo zawsze mogłem puścić perskie oko do zwalnianego, że ja jestem oburzony jak on i nie rozumiem  szefa, ale takie życie, a to moja praca. Jak w wojsku – ja tylko wypełniałem rozkazy.
Sytuacja w której  trzeba powiedzieć - to moja decyzja i ja za nią odpowiadam  -  jest już poważna.
Dodatkowo atmosfera na rynku pracy i brak perspektyw  dla ludzi w wieku powyżej powiedzmy 40, narzucają nieciekawą atmosferę rozmowy.
Nikt jednak nie zwolni mnie z tego obowiązku. To niestety realny dodatek do lakierowanej wizytówki i automatycznej pieczątki.
Na moje  -  mamusiu ja nie chcę dzisiaj iść do pracy -  nie poczuję matczynej ręki na moim czole, która to ręka w ułamku sekundy wyczuwała różnice temperatur, nawet poniżej 1stopnia Celsjusza.
Nikt mi nie powie - to nie idź - chociaż zgodnie z serią reportaży w Discovery mógłbym powiedzieć że dzisiaj, dla mnie,  to najgorsza robota .
Przygotowując się do rozmowy z X, próbowałem wyobrazić siebie a podobnej sytuacji . Czy potrafiłbym pozostać w zgodzie z własnym charakterem?
Zwyczajowo staram się nie dać przeciwnościom. W chwilach złych i trudnych, zaciskam zęby i pięści, a pod nosem mruknę -  nie dam się, pomimo wszystko.
Staję się  taki uparty, chłopskim uporem aby pokazać że mnie to nie rusza. Za radą  Cilnta Estwooda  ze „Wzgórza rozdartych serc” – Nie daję ch…  satysfakcji.
 O wyznaczonej godzinie do pokoju weszła X usiadła na brzegu krzesła oczekując rozwoju sytuacji.
Przedstawiłem swoją ocenę, wnioski i propozycje.  Wypowiedzenie, lub porozumienie stron. Dlaczego tak się denerwujesz – ganiłem siebie w myślach -  wszak masz prawo dobrać sobie współpracowników  według własnego uznania.  I oceniać  pracowników szczególnie tych z  krótkim stażem pracy.
Może jestem humanistą a może po prostu nie nadaję się do tej roboty. Uważam bowiem że ból,  chociaż oczywiście różny,  towarzyszy zarówno  temu kto stracił nogę,  jak i temu którego bliski  tą nogę stracił.
Niestety na  merytoryczną  rozmowę nie było szans. Rozumiem rozgoryczenie, nie rozumiem natomiast oceny mojego życia, cech charakteru, moralności, sposobu wykonywania  pracy. Dodatkowo jako bonus  otrzymałem  życzenia,  aby spotkały mnie chyba wszystkie plagi egipskie. No i oczywiście abym wyleciał z pracy w następnej kolejności.
Cóż,  ten Pan Smith to wszystko przewidział.


Antoni Relski
42 komentarzy
08 maja 2010
Nasza  znajoma  przy  kieliszku czerwonego  wina  opowiadała nam,  jak przyszło jej zmierzyć się  z pierwszym razem swoje córki. Opowiadanie pełne było emocji i autentycznego dramatyzmu. Otóż jakiś czas temu,  nieświadoma niczego wróciła razem ze swoim mężem  z weekendowej podróży w góry. Po wejściu do przedpokoju zauważyła przylepioną do szyby żółtą karteczkę, na której córusia wprawną rączką napisała instrukcję dla Janka, jej faceta. Tekst brzmiał mniej więcej tak:
 „Kochany , przepraszam że nie ma mnie w tej chwili w domu ponieważ musiała wybrać się do dziadków na kolację. Proszę Cię nie zrażaj się i idź od razu do sypialni . Gdy wrócę odszukam Cię tam na pewno. „    
Dyskretna matka odlepiła samoprzylepną  memory stick  z szyby i pogrążyła się w domysłach . O mój Boże to już się stało. Córka skończyła osiemnaście lat  i rzeczą jak gdyby naturalną było, że stało się to co się stało. Po matczynemu martwiła się o swoją córkę. Po matczynemu odganiała od siebie tą myśl, że oto ktoś  dorwał się do miodu, tak normalnie bez pytania .  Wyobrażała to sobie inaczej. Fakt faktem,  że i ona nie konsultowała swego pierwszego razu  z rodzicami, zrobiła to na przekór, wbrew a może całkowicie obok, ponieważ dwadzieścia pięć lat temu nie było w zwyczaju dyskutować  z rodzicami na tematy związane z  materializowaniem  wielkiego uczucia. Rozważając wszystkie przeciw, oraz próbując doszukać się jakiegoś za, zdała sobie sprawę że tak naprawdę niewiele ewoluowała od czasu,   kiedy to jej rodzice chociaż nieświadomi faktu, przygotowywali się na ten jej pierwszy raz. Nie odważyła się na rozmowę  z córką. Teraz ta rozmowa po fakcie byłaby taka karykaturalna, zdominowana przez  wysokie mentorskie tony. Oszczędziła więc sobie taniej krytyki, ograniczając się do  obserwacji  zachowania córki. Kalendarz ten przyjaciel i towarzysz życia,  przez najbliższy czas był jej wrogiem. Dni mijały jeden za drugim,  jak gdyby w zwolnionym tempie. A kiedy powinien przyjść okres i nie przyszedł zaciskała palce z nerwów, odliczała godziny  i chwile. W tym liczeniu była zdecydowanie bardziej zdenerwowana od swoje córki. Jak to czasami bywa,  inicjacja seksualna córki spowodowała dwumiesięczny brak okresu. I na sam koniec znajoma nie wytrzymała  prowokując rozmowę z córką. Wysłała ją do swojej doktor ginekolog na badania i ustalenie najwłaściwszej do wieku antykoncepcji.
Znajoma zadbała o edukację córki. Zresztą żyje w kraju,  w którym  na lekcjach uczą się zakładać prezerwatywę na banana. Bogoojczyźniane zakazy z racji życia w innym kraju są jej obce.
 To zwalnia ją jak i innych rodziców z obowiązku zasadniczej rozmowy.  Jednak gdy przyszło ”co do czego” odniosła wrażenie,  że być może poświęciła zbyt mało czasu i zaniedbała tą najważniejszą z ważnych międzypokoleniowych rozmów. Kiedy tak słuchałem znajomej mimowolnie sięgnąłem pamięcią do rozmów uświadamiających z moimi dziećmi. Próbowałem również,  znaleźć w pamięci taką rozmowę z moim ojcem. Co do drugiej kwestii to nie przypominam sobie takiej  rozmowy. Pamiętam  natomiast doskonale,  jak  ojciec wspominał rozmowy ze swoim ojcem. Było to wtedy, kiedy byłem już posiadaczem pachnącego mlekiem  noworodka.  Dziadek  według relacji ojca ograniczył się do słów :
-  Słuchaj Stasiu, z piczką żartów ni ma.
Takie to przysłanie  dziadka towarzyszyło ojcu na początku dorosłego życia. Być może z tego powodu,  nie powinienem dziwić się swoim urodzinom po siedmiu miesiącach małżeństwa rodziców.
Brak materiałów pomocniczych, uświadamiających rozmów, oraz samopomoc koleżeńska na podwórku spowodowały,  że mój pierwszy raz przypominał bardziej wyprawę  z National Geografic  niż  szał miłosnych uniesień. Gdyby nie starsza, doświadczona koleżanka, być może zmagał bym się z jakąś odmianą postosunkowej depresji. Depresja, czy apatia, towarzyszą facetowi przez całe jego pracowite erotyczne życie.  
 Jak to się mówi wśród facetów? . Co to jest apatia?
Apatia to stosunek do stosunku,  po stosunku.  Jest coś na rzeczy.
Postanowiłem  nie kultywować rodzinnej tradycji. Jednemu z moich dzieci  przy pomocy słów, drugiemu z pomocą samurajskiego miecza i pochwy, wytłumaczyłem rolę penisa i wspomnianej pochwy. Uważam że dobrze odrobiłem tą lekcję. Bezpośredniość w traktowaniu tematu zaowocowała w przyszłości. Kiedy młodszy został facetem ,  wpadł w podskokach do domu,  aby faktem tym pochwalić się swoim starym. W tamtej chwili czułem się wspaniale. Byłem dumny, że  to moje ględzenie o miłości,  seksie, bez motyli i  biedronek, natomiast z wykorzystaniem wspomnianych mieczy nabrało sensu,  fantastycznego sensu.
Oto mój syn, nie pomny barierom międzypokoleniowym,  bez stresu  i wstydu  zakomunikował,  że stało się to co nieuniknione -  jest facetem. Tego luzu brakowało m i w kontaktach z moim ojcem.  Ja zacząłem przed odkryciem punktu G, syn potrafił z niego skorzystać.  Świat poszedł do przodu, pojęcie rodzicielskiej  odpowiedzialności czasem nie zmienia się . Ja nie nazwał bym tego odpowiedzialnością, dla mnie to raczej zmowa milczenia.
Narobilśmy  sobie dziadostwa, kiedyś w przeszłości . Nie ponosimy oczywiście odpowiedzialności za to,  co stało się setki lat temu. Ponosimy natomiast odpowiedzialność za to,  że wielu z nas nie robi nic by stan ten zmienić.
Szczera rozmowa z dziećmi. Uświadomienie im że seks to najpiękniejsza z rzeczy,  która może nas spotkać, a z drugiej strony  naturalna i nieunikniona,  bo wpisania łańcuch ciągłości pokoleń. Ba warunek konieczny owej ciągłości . W końcu bez tego „wstydliwego”  bara -  bara,  świat byłby jedną wielką  kontynentalną pustką.
 Marzy mi się podejście do tematu erotyzmu , jak do rzeczy naturalnych  niczym  posiłek i sen.   Higiena i rozsądek z korzystania ze wszystkich tych rzeczy, być może spowodowała by  ograniczenie tragedii ludzi młodych. A jeżeli przez rozsądną edukację udało by się uratować chociaż jedno ludzkie życie,  zamknięte w plastikową torbę i wyrzucone na śmietnik,  to ten cały wysiłek nabrałby sensu. Sensu wielkiego jak ludzkie życie.  Obłudni jesteśmy ukrywając wiedzę, a następnie  walcząc o niespodziewane  nienarodzone życie, nie interesując się zupełnie tym,  które się zaczyna.
Pan dał, pan wykarmi  - samo usprawiedliwiająca nas bzdura.
Antoni Relski
89 komentarzy
04 maja 2010
Telewizyjna Wróżka  Samanta czy Semiramida,  za cztery złote plus VAT,   rozłoży karty Tarota.  Zrobi to w twoim imieniu i w intymnej sytuacji.   Tylko Ona i Ty,  oraz pół miliona telewidzów. Ale to drobiazg, wszak tu idzie o Twoje szczęście. Może będziesz miał opory aby poznać odpowiedź na pytanie – kiedy umrę, ale są setki innych pytań. 
Czy na pewno wyjdę wkrótce za mąż ?
Kadzidełko i karty w ruch. Wiadomo karta lubi dym.  Lewą ręką na prawą stronę,  albo i odwrotnie. Gdzieś w tle zauważyłem szklaną kulę. Symbole, symbole. Rzekłbym nawet że to cały symbolizm  i tylko cena za tą pomoc jest zdecydowanie nie symboliczna.    
Spokojne cedzone słowa,  które rozbudzają ciekawość. Coś tam, gdzieś tam.
W tym roku?  Być może, ale to trzeba by dokładnie się przyjrzeć. Rosną emocje, tworzy się nastrój, bije licznik. Któż będzie jednak  patrzył na licznik,  kiedy ważą się losy,  moje, twoje, kraju i świata. Już nie zaglądamy wyłącznie  do kuchni własnego życia. Boże !
Niedowiarek rzuci okiem, najpierw na cennik, później obśmieje się jak norka  i zmieni kanał. Wytrwały wykręci po raz kolejny numer. W jednej z reklam zauważyłem gwarancję na dodzwonienie się za trzecim razem.  Pytanie czy zajęta linia natychmiast zrzuca, czy słucha się bzdur z muzyką w tle,  z telefonicznego automatu za wspomniane cztery plus VAT.
Wiem,  to jest wolny kraj i każdy może zrobić to co zechce ze swoimi pieniędzmi. Każdy może wierzyć w to co chce.  Że to daje szczęście, uśmiech i zadowolenie. Taki sam uśmiech   mam  kiedy wrzucę do puszki z napisem hospicjum pola nadziei. Dodatkowo mam uczucie zadowolenia i satysfakcji. Bezcenne uczucie i bezpieczne.
Czytałem ostatnio wypowiedź księdza  egzorcysty na temat  stwarzaniu podatnych warunków i otwierania się na złe moce.
Ponoć jednym z takich działań są wróżby i śledzenie horoskopów.
Tego akurat nie wiedziałem. Dodatkowo lubiłem rzucić okiem na gazetowy horoskop, szczególnie gdy zapowiadał mi szczęście w miłości, czy karierę w pracy.  Jedno i drugie mam  ale  dobrego nigdy dosyć. Dawało to takiego energetycznego kopa, brałem co  dobre a zapowiedź  złych chwil  kwitowałem pobłażliwym uśmiechem.
Kiedy jednak po przeczytaniu wypowiedzi księdza  rozejrzałem się  wokół,  zauważyłem że nastąpił  tak zwany come back, wszelkiego rodzaju wróżb, przepowiedni, horoskopów, analiz dat i numerów.
Wrzucam to wszystko być może nierozsądnie do jednego kotła,  ale trudno. Ponoć szanujące się  firmy  zatrudniają specjalnego człowieka,  który analizuje aurę człowieka, jego datę urodzenia i  jej wpływ na całe życie. W trakcie jednej z dyskusji  w sprawie zatrudnienia nowego pracownika,  jeden z członków zarządu spojrzał  na datę urodzenia,  następnie powiedział –  to siódemka , będzie dobrze. Dyplomy i umiejętności nie były  aż tak dokładnie analizowane.
Trzeba się nazywać Relski, Antoś Relski żeby wypalić.:
- A ja jaką mam cyfrę?
 - O Boże - jęknął  ktoś - tego nie analizowaliśmy.
Szybko podałem datę swoich urodzin.
 - Dziewiątka - policzył ktoś biegły w matematyce.
 I cisza.
To dobrze czy źle –  dopytywałem się.
To zależy-  powiedziała  kompetentna osoba - bywa różnie.
Dręczyło mnie jednak to czas jakiś, ale nie skorzystałem z telewizyjnej wróżki,  ale z bezpłatnej strony internetowej,  która automatycznie zliczyła cyferki  moje daty urodzin i wyrzuciła opis.  I co?  I rzeczywiście bywa różnie ponieważ: ( cytuję za w/w analizą )
Dziewiątka. To ciekawy typ Człowieka. 9 ma w sobie bardzo skrajne osobowości. Potrafi osiągać szczyty w szkole, pracy, ale bywa też tak, że jedną klasę powtarza 5 razy... Potrafi być niezastąpionym Psychologiem, Prawnikiem, który ze szczerego Serca pomaga, ale bywa, że 9 stoi pod sklepem od rana do nocy z piwem w ręku... 9 to ludzie, którzy muszą wszystkiego w Życiu doświadczyć, wszystkiego spróbować, dotknąć, są ciekawi Świata i ludzi. Są pomocne i ogólnie rzecz biorąc to bardzo dobrzy ludzie, tylko czasem gubią się w Świecie pełnym przemocy, okrucieństwa i niesprawiedliwości... W Miłości wierni i kochający raz i do końca! To ludzie, którzy wychodzą z założenia, że Miłość jest jedna do końca Życia! Choć zdarza się, że panie pracujący w klubach nocnych to też 9...
Jaki uniwersalizm bije z tego przesłania. Można i tak i tak . Można temu i temu.
Z drugiej jednak strony jeżeli mam wierzyć to nie jest źle,  ponieważ nie powtarzałem żadnej klasy  i nie lubię pić piwa pod sklepem  (chociaż  zdarzyło się ). Mogę więc spokojnie patrzeć w oczy  wszelkiej maści numerolożkom.   Dodatkowo byłem, nie powiem byłem, w Night Clubie,  ale bynajmniej nie w celach zarobkowych.
Nie ma więc  chyba strachu,  albo  jak mówią bracia Czesi - Ne ma problema.
Telewizja,  Internet  i specjalne SMS-y  spowodowały,  że nie słuchamy już czarnowłosej,   w kwiecistej spódnicy która  przepowiadając,  śpiewnym akcentem recytowała bez zająknięcia: Przyjdzie brunet porą ranną, będziesz wtedy młodą panną… Oczywiście tego bruneta można było zamienić na blondyna,  trzeba było tylko wcześniej, poprzez delikatne naprowadzanie  odkryć preferencje  ofiary.
Ale cyganka za darmo wróżyć nie będzie,  więc połóż dychę na rękę i chuchnij.  
A może  lepiej jak śpiewa Perfect :

Kiedy dręczy cię ból nie fizyczny
Zamiast słuchać bzdur głupich
Telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz
Spytaj siebie czego pragniesz.

I tego szczerego pytania i takiej samej szczerej wobec siebie odpowiedzi oczekujmy od  siebie zasypiając, bądź budząc się, kwestia wyboru.  Bo to przecież wolny kraj.
Antoni Relski
76 komentarzy