sobota, 31 października 2009

październik 2009

30 października 2009
Dbałość o mogiły przodków jest ponoć  jedną z miar człowieczeństwa. Grobami  mierzy się też narodową świadomość.  Nie wspomnę  o stwierdzeniu  że  wolność krzyżami (czyli grobami) się mierzy.  Czy w ramach europejskiej integracji zależy nam jeszcze na tej narodowej świadomości?   W czasach poprzedniego systemu szczególnie namawiano nas do pamięci o poległych żołnierzach.  Do pamięci za poległych żołnierzy nikt nas nie musiał namawiać,  jeżeli w domu odebraliśmy normalne wychowanie.  Tak pozostało do dzisiaj z tą różnicą, że zachęca się nas do pamiętania   również o poległych innych ,  kiedyś wrogich  armii. W czasach gomułkowskiej rzeczywistości   nasza szkoła podstawowa  opiekowała się częścią  żołnierskich grobów,  na pobliskim cmentarzu.  Przy okazji Wszystkich Świętych wycinaliśmy darń aby obłożyć nią mogiły.  Betonowy luksus przyszedł później.  Darń targaliśmy z okolicznych łąk, których w okolicach nie  brakowało. Byłem wtedy w  drugiej klasie szkoły podstawowej. Dokładnie druga B.  Byliśmy w trakcie zrywania trawy, kiedy z kijem w ręce wyskoczył na nas  właściciel łąki. W niewybrednych słowach, grożąc kołkiem  namawiał nas do natychmiastowego opuszczenia jego własności. Nauczycielka zarządziła odwrót . I wtedy z grupy wysunął się mały  grubawy  chłopczyk w  mocnych  szkłach, w za dużej oprawie na dziecięcej twarzy. Antoni , mały, wkurzający  filozof,  jak zwykle wsadził swoje trzy grosze.  
- Dlaczego Pan tak się denerwuje. Przecież ten trawnik bierzemy nie dla naszych królików, tylko dla żołnierzy,  którzy zginęli za  naszą wolność.  Za naszą i Pana wolność -  poprawiłem się . A Pan za to żałuje im kawałka trawy.
Człowiek zbaraniał, opuścił drewniany palik i powiedział już całkowicie spokojnie
-  To wycinajcie tam z rogu , tak jest najładniejsza trawa.
O całym tym zdarzeniu  wychowawczyni opowiedziała   dyrektorowi ,  a on wykorzysta ł  historię w trakcie spotkań z kombatantami Drugiej Wojny Światowej,  którzy  co było niegdysiejszym zwyczajem, odwiedzali szkoły w ramach takiej ogólnopolskiej sztafet.  Łzy pojawiły się w oczach wąsatego pułkownika. Wywołano mnie na środek  sali gimnastycznej.  Pułkownik stary wiarus  o posturze sporego niedźwiedzia objął  mnie, przytulił i ucałował z dubeltówki.  Do dzisiaj pamiętam te kłujące wąsy przesiąknięte  tytoniem, które  wciskały mi się w trakcie tych czułości w oczy. Pamiętam też plakietkę, która wiarus odpiął od munduru i wręczył mi na pamiątkę.  Przez tydzień byłem na topie każdy chciał być  moim kolegą, albo chociaż  potrzymać w ręce ową tajemniczą plakietkę.  Moja kariera trwała  około tygodnia, przebił ją Marek , który skakał z daszku nad wejściem do szkoły i złamał nogę w dwóch miejscach.  Od tego wszystkiego szumiało mi w uszach i nie interesowało mnie  w której armii walczyli polegli. Ofiara  z życia  była najważniejsza. Taka była moja wiedza , czy niewiedza ośmiolatka , w świecie wielkich politycznych doktryn. Kraj się zmienił ale nadal nie brakuje tych,  którzy za nas próbują decydować i odmawiać jednym,  przyznając drugim prawo do świątecznej iluminacji I pamięci.
Żyjemy na tym świecie ledwie chwilę, ot pojawiamy się jak na kolejowym peronie przesiadkowym między rodzeniem się a umieraniem. Zawieramy trwałe znajomości i przyjaźnie, które trwają chwilę jeszcze krótszą niż życie. O przelotnych  znajomościach   nawet nie warto wspominać . Na koniec  odchodzimy.  W zależności od okoliczności w ciszy, czasem  w spokoju. Zdarza się że wielką pompą i tysiącem żałobników. Setka wieńców przygniata trumnę do ziemi jakby z obawy aby już się nie otworzyła. Mamy bowiem gotowy symbol czy  znak .
-  Pozostaniesz na zawsze w naszej pamięci  -  deklaruje któryś z żałobników, odczytując tekst z kartki. I mija rok, dwa, może trzy,  nagrobek  zarasta kurzem i spadłymi liśćmi. O zmarłym pamięta już tylko rodzina , jeżeli taka rodzina  żyje.   Coraz mniej lampek z płomykami kołyszącymi się na wietrze, a potem zapominamy całkowicie w pogoni za codziennymi sprawami. Zresztą  codziennie umiera ktoś wart zapamiętania. Kto bowiem odważy się napisać w nekrologu  – nie wart pamięci ludzkiej.   Od czasu do czasu  jakaś bulwarówka zamieści zdjęcie z krzyczącym podpisem :  Tak wygląda nagrobek byłego trenera,  poety,  polityka.  Politycy są najbardziej osamotnieni. Pamiętanie o tych z poprzedniego systemu  jest kompletnie  niemodne.
 Człowiek żyje  tak długo , jak długo  trwa pamięć o nim. Nie decyduje  o tym  granit czy marmur tworzący sklepienie nad doczesnymi szczątkami.  Zapalając światło najbliższym   pomyślmy przez chwilę o tych,  którzy tworzyli za życia coś z pasją , albo o tych dla których pasją było samo życie. Na pewno  warto oświetlić zarośnięte mchem litery, układające się w imiona i nazwiska. Może wtedy uzasadnionym jest oczekiwanie wzajemności od następnych pokoleń. 
Z żoną mieliśmy taki zwyczaj, że spacerując po cmentarnych alejkach czytaliśmy na głos nazwiska z tablic opuszczonych i zapomnianych grobów. Taki całkowicie  bezinteresowny gest, taka proteza pamięci po nieobecnym.  
Zapalmy w ten dzień  pojedynczą lampkę na opuszczonym grobie,  przeczytajmy nazwisko . Nie każdy był  w tak komfortowej sytuacji jak my, otoczeni znajomymi deklarującymi przyjaźń  po przysłowiowy grób. Właśnie.  Po grób,  a co dalej?


Antoni Relski
13 komentarzy
27 października 2009
Mój znajomy pokolenie 60 plus, Kilka lat temu kiedy nasze relacje służbowe były ścisłe, a i prywatnie rozmawiało nam się dobrze, w trakcie jednej z takich rozmów o wszystkim zwierzył mi się ze swoich dojrzałych problemów. Wiesz jadę w weekend nad granicę z Ukrainą. Mam tak taki upatrzony  hotelik. Spotkam się tam z taką jedną dziewczyną.  Bardzo fajna, grzeczna i  czysta. Zresztą młoda mężatka a więc bezpieczna , w razie czego wszystko idzie na konto męża. Nie żeby zaraz jakaś dziwka. Dorabia sobie w ten sposób do rat  kredytu na dom. Jednym słowem  pewność i bezpieczeństwo.  Umawiam się z nią od  czasu do czasu. Nie potrzebuję już często ale potrzebuję. Moja  stara nie chce ze mną spać, bo niby już jej to nie cieszy, wnuki ją cieszą. Ja  natomiast boję  się że z tej bezczynności  poleci mi prostata. Taka nasza męska dola.   Jak stara nie chce to trudno. Załatwię to po swojemu. Zdrowie najważniejsze!.  Apelować do sumienia, moralności? Czy to ma sens On już wybrał receptę  na długowieczność. Czasem tylko zastanawiam się nad tym fenomenem męskich ocen. Porządna bo daje. Jak przestaje dziwka. Fascynująca jest również kwestia religijności  wyżej wymienionego obiektu terapeutycznego. Zresztą nas Polaków nie powinno to specjalnie dziwić.

Parę lat temu gdy spacerowaliśmy wieczorową porą, wspólnie z naszymi francuskimi przyjaciółmi po placu Pigalle . Koronny punkt nocnych spacerów po Paryżu , chociaż same panienki przeniosły się na jakąś mała uliczkę nie opodal. Oglądaliśmy więc wystawy pełne strojów sado-maso, hiszpańskich much, kajdanek i czego tam jeszcze pomysłowość ludzka nie wymyśliła. Około 30% wystawianych kostiumów wywoływało w  partnerze raczej uczucie litości niż pożądania, ale jeżeli ktoś nie może inaczej. Tu chciałem wrzucić swoją ulubioną łacińską maksymę o gustach, ale tego nie zrobię.
Co kilka kroków Night Club z atrakcjami w stylu tańca go-go czy klasycznego streptease. W natłoku konkurencji, po ulicach krążyli naganiacze, którzy znając po parę słów w każdym języku nakłaniali przechodniów do odwiedzin mrocznych pomieszczeń. Kiedy zobaczył naszą czwórkę,  przy pomocy słów i gestów pokazał mi jak wygląda aktualnie moje męskie ego i nie tylko ego opuszczając dłoń w niedbałym zwisie. Potem jak będzie wyglądało po wyjściu z kabaretu. Tutaj pięść naganiacza zatoczyła ostry łuk do góry. Aby zbyć nachalnego faceta , nasza Francuzka powiedziała w języku Słowackiego
 – My jesteśmy Polakami.
- A Polacco – wykrzyknął ze zrozumieniem facet i próbując wepchnąć mnie za łokieć do lokalu powiedział językiem  Mickiewicza:
-  Wszystkie dziwki katoliczki.
  To miało ostatecznie nas przekonać. Nie przekonało. Ze śmiechem wróciliśmy do domu i trzeba było dopiero minąć  skrzyżowanie przy którym stał nasz, na te dni dom, aby zobaczyć prawdziwą rasową panienkę, ubraną jak prawdziwa rasowa panienka, z głębokim dekoltem i króciutkich szortach, pomimo  marcowego chłodu.  Fantazjowaliśmy  trochę z Erikiem na temat pracującej Paryżanki. Podkręcone takim chłodem sutki stanowiły realne zagrożenie życia i zdrowia. Mogły wykłuć oczy.  Nie wiem jakiego  była wyznania, ale pomijając profesję można stwierdzić że warta była grzechu.

Polak, katolik i pijak oczywiście. I pojęcia te wspaniale uzupełniają się, zazębiają, tworząc taką narodowo, religijną plątaninę w której nie da się oddzielić jednego od drugiego. A my pomimo starań nie potrafimy zrzucić z siebie tej przyprawionej nam groteskowej gęby.
Kiedy próbowałem przełamać mit Polaka rasisty i zaprosiłem jednego Francuza afrykańskiego pochodzenia na piwo do oberży w północnej Francji, on ze strachu spuścił uszy po sobie i zaproponował, że piwo to możemy wypić sobie tutaj w ogrodzie. Postawił więc po buteleczce 0,25 l podczas gdy miarą dla normalnego człowieka jest 0,5 l. Nie poczułem smaku, więc gdy gospodarz zaproponował jeszcze po jednym piwie , zgodziłem się bez wahania.
- O ho, ho, będziemy pić jak Polacy - powiedział Chuck do siebie idąc po następne piwne miniaturki. Kiedy to usłyszałem i zrozumiałem,  nie katolik wyszedł ze mnie lecz rasista.
Dobrze że wyszedł nie do końca i zdołałem utrzymać formy i konwenanse.
I jak tu wyjść z tych butów uszytych przez wieki. Przecież one tak niemiłosiernie człapią.
Antoni Relski
22 komentarzy
25 października 2009
11.00  albo 12.00 według starego czasu.
Jeżeli ktoś mi mówi, że będzie jeszcze ładna jesień to albo robi to dla podbudowania mojej nadwątlonej jesiennymi słotami psychiki albo najzwyczajniej w świecie łże. Ulice śliskie jak zimą, a to za sprawą  liści,  które spadając z drzew zaścieliły ulice i chodniki, zatrzymując w sobie nadmiar wilgoci. Przypominam o tym mojemu Młodszemu, który poczuł w sobie dar prowadzenia pojazdów mechanicznych, a konkretnie naszego rodzinnego pojazdu, szybko z piskiem i przytupem. Dorosłeś już synku do pierwszej stłuczki lub mandatu za przekroczenie, stwierdziłem parę dni temu, ale jeżeli mielibyśmy wybór szczerze wolę mandat. Przy czym ostrzegam nie  pokrywam kosztów mandatu.
W radio leci reklama sugerująca że osoby które nie zmieniły opon na zimowe to bałwany, ale temperatura w ciągu dnia oscyluje jeszcze powyżej 7 stopni Celsjusza, a wszem wiadomo, że powyżej tej temperatury zimowa mieszanka gumy traci swoje właściwości. Należę więc do tej grupy bałwanów którzy opon nie wymienili.
Dwa dni temu odebraliśmy  nowe cztery kółka  dla żony. Wszystko jak zamówiono, nawet odcień tapicerki się zgadza. Opony sportowe a  wózek lekki i zwrotny. Jeżeli nie poleje to dzisiaj po obiedzie zerwiemy się  na chwilę z oddziału, aby wypróbować w terenie. Nie będzie to oczywiście klasyczny off road.  Bo jak tu wracać do szpitala upaprany błotem po oczy.  To będzie raczej taki emerycki spacer żwirowymi alejkami małego ogrodu przyszpitalnego.
A propos szpitalnego mycia. Przez media przewala się dyskusja na temat higieny osobistej pacjentów. Śmierdzieć nie śmierdzieć ?  Badać czy nie badać?. Jaka jest prawda, przyszło mi przekonać się, gdy postanowiliśmy wykąpać żonę na szpitalnym oddziale.. Samo pytanie - gdzie wykąpać żonę? wzbudziło już lekki popłoch w populacji białych fartuchów. Doktor powiedział że na łóżku, nie powiedział natomiast jak to zrobić. A byłbym wdzięczny za  fachowy pokaz. Ponieważ nie każdy lubi śmierdzieć,  metodami jak z filmów Barei udało nam się zaadoptować jakieś sprzęty i jakąś łazienkę. Kąpiel się udała, ale ile osób  ma takie parcie na czystość?  Wielu osobom nie ma kto pomóc.  Bez determinacji w szpitalu się śmierdzi. I mówię to z pełną odpowiedzialnością za słowo, nie jest to wyłącznie wina pacjentów.
Póki co oglądamy zdjęcia, które Starszy zrobił w trakcie swojego urlopu i  dowcipy, mnóstwo dowcipów niektóre nawet wulgarne to odwraca myśli  aktualnej sytuacji.
17.00
Spacer się udał to zasługa pogody i Prozacu  po połowie. Wózek chodzi bez zarzutu , a zdjęcia są fajne. Obiecałem że podrażnię tymi zdjęciami. Umów należy dotrzymywać. 
  
  
 
 
  
Antoni Relski
22 komentarzy
23 października 2009
Mój zaprzyjaźniony francuski farmer, jako człowiek rozmiłowany w gadżetach nabył drogą kupna kombajn do zbioru kukurydzy.  Ponieważ to spory wydatek, nie każdy nawet we Francji może sobie na to pozwolić. Powiem nawet że tak trudniej wydaje się na zakupy, najpierw musi wypalić tak zwany biznesplan. Szybko zaczęli się pojawiać amatorzy wypożyczenia maszyny, która znacznie przyspiesza zbiór złocistych kolb.
- W porządku - mówił mój znajomy. Ja zbieram u Ciebie trzy dni kombajnem, a ty w zamian zwozisz moje kolby do magazynu przez pięć dni, bo i auto mniej pali i amortyzacja sprzętu jest inna.
 Zgoda przypieczętowana filiżanką kawy. Mój Francuz nie jest bowiem miłośnikiem alkoholi.
Jasne czyste zasady. Każdy wie co ma robić nikt nie czuje się oszukany.
Sytuacja z naszej wsi, nie jest tak prosta i jednoznaczna, zawiera za to trochę  czarów i ceremoniału, który wypada znać. Jak w tym przysłowiu o wronach pomiędzy które się wchodzi. 
Jasiek przywiózł mi drzewo na pasterskie ogrodzenie. Zrzucił pod domem i nerwowo kręcił się w okolicach końskiego łba, ni to poprawiając uprząż, ni to poklepując kasztanowego  konia po chrapach.
Koń  lizał swoim szorstkim jeżykiem ręce Jaśka i co chwila próbował tym jęzorem wsadzić dłoń dobrodzieja do szerokiego pyska. Fakt że konie w okolicy mają piękne .Perszerony o szerokich zadach i wypracowanych nogach. Taki koń aby przeżyć zwózkę drzewa z lasu, kiedy to pień stara się połamać tylne nogi konia a on zbiega z góry umiejętnie stawiając kopyta aby uniemożliwić to drzewu. W takiej współpracy konieczne jest porozumienie między pracującymi i pełne zaufanie. Dręczony koń zawsze będzie miał jakieś wątpliwości. Po relacji tej dwójki widać było że nić porozumienia  została nawiązana jakiś czas temu , a i obie strony starają się jej nie zerwać.  
- Chodźże Jasiu na piwo - zaprosiłem zwyczajowo sąsiada.
- Nie będę wchodził bo mam buty ściorane  z lasu – odparł kokieteryjnie       
- Chodź. To sobie siądziemy na tarasie, albo przed domem na ławeczce.
- Może być przed domem – skapitulował Jasiek
Rozsiedliśmy się wygodnie i spojrzeliśmy przed siebie. Najpierw wysoko na słońce, po to tylko aby skomentować pogodę, następnie spuściliśmy oczy niżej. Wzrok zjechał po stromej łące w dół , wzdłuż ogrodzenia , aby zatrzymać się na moich iglakach. 
 - Ładny ten krzak i dorodny - pochwalił  tuję Jasiek.
- Dziesięć lat już rośnie  to i wyrosła, a spójrz  na ten jałowiec.
- Jak się da poprawy to wszystko urośnie – Jasiek zareklamował stosowanie nawozów
Botaniczne rozmowy trwały do czasu podania piwa, przez któregoś z moich synów.
Zimne  bo z piwniczki - zachwalałem. Mam z nią wygodę.
 Piana siadła nam na wargach,  a następnie niespiesznie straciła swój biały burzliwy kolor. Zadałem  w końcu to trudne pytanie, dla którego siedzieliśmy tutaj pijąc browar. Bo przecież nie siedzieliśmy tutaj dla samego siedzenia, nie chwaliliśmy krzaków dla samego chwalenia   i w końcu nie piliśmy piwa dla samego picia. Chociaż byłbym skłonny przychylić się najbardziej właśnie do tego ostatniego stwierdzenia.
- To ile Jasiu płacę za to drzewo? -  rozpocząłem.
- E tam zaraz będziecie płacić -  odepchnął pytanie Jasiek. Mało to drzewa w lessie.
- Ale to jest Twój las i Twoje drzewo Jasiu i mogłeś go spalić, pociąć na deski, albo sprzedać komuś innemu, kogo nie znasz.
Z tymi deskami to akurat przewaliłem. Bo suchary nadawały się wyłącznie na stemple, albo właśnie wymyślone ogrodzenie.
- Ja tam drzewa mam,  a wiosną podciąłem trochę młodego to teraz podeschło i jako suchary można wycinać .
- No dobra, ja ci jednak zapłacę,  żebym miał odwagę w przyszłości zamówić jeszcze jakiego buczka na przykład -  nie ustępowałem -  To ile?
I wtedy, po trzecim zapytaniu jasiek  wyrecytował formułkę,  którą na pewno obmyślił w domu.
- Bo wiecie to jest 0,3 kubika drzewa, po 250 za kubik,  to będzie  osiemdziesiąt na równo.
-Jeżeli chodzi o ścisłość to siedemdziesiąt pięć , a na równo to chyba siedemdziesiąt.
Jasiek tylko uśmiechnął się pod nosem i przybił rękę . Transakcja się zakończyła.
 Otworzyłem portfel i włożyłem w wyciągniętą rękę odliczone pieniądze. Dopiliśmy piwo, pożegnaliśmy się i  każde z nas ruszyło do swoich zadań.
Ja w poczuciu że przepłaciłem, Jasiek że sprzedał po znajomości,  a mógł zarobić z dychę więcej.
Klasyczny przykład góralskiego  syndromu  trzeciego pytania. Zwyczajem jest ociąganie się z podaniem kwoty jako należności za towar,  czy wykonaną usługę. I trzeba cierpliwości w stosowaniu tej gry dialogów,  aby załatwić sprawę.
Oczywiście  jeżeli nie chcesz płacić za góralską grzeczność, pytaj tylko dwa razy. Przy trzecim pytaniu chłop się złamie i poda wymyśloną kwotę. Oczywiście takie działanie ma krótkie nogi,  bo pomimo tego że będziesz żył w samozadowoleniu, że przecież pytałeś  dwukrotnie, trudno ci będzie znaleźć chętnego do pomocy.
Chcesz stracić sympatię sąsiadów,  pytaj tylko dwa razy. Nikt nie powie ci że czuje się oszukany , ale zadra w sercu powodować będzie to jątrzące krwawienie.
I nie zgadzaj się natychmiast na zaproponowaną kwotę, ponieważ zepsujesz negocjacje.
Wystawisz wtedy na śmieszność siebie i sprzedającego. W lipcu na targu w Krościenku kupowałem siekierę. Dobra siekiera wykonywana z resztek resorów towarowych wagonów. Stal twarda, dźwięcząca aż,  kiedy stuknąć obuchami dwóch siekier o siebie . Towar dla znawców i wtajemniczonych, dobry choć być może nie efektowny. Kiedy już upatrzyłem sobie wielkość, spytałem stojącego przed  stoiskiem z metalem gościa:
To ile?
- Dwanaście - powiedział patrząc mi prosto w oczy.
Być może. z powodu pośpiechu , lub wysokiej temperatury zapomniałem o zasadach i wypaliłem:
W porządku, biorę .
W oczach gościa zarysował się smutek bezbrzeżny, ponieważ tak szybko zgodziłem się na cenę , a może kupił bym za piętnaście. Ostatkiem sił spróbował uratować twarz
-  Dwanaście plus Vat - dodał szybko.
I tylko śmiech  rozległ się na placu . Nie tylko mój rechot  ale i zgromadzonych obok facetów targujących łańcuch.
Pamiętaj podana cena nie jest ostateczna. Targuj,  jeżeli cenisz siebie i szanujesz sprzedawcę.
O pieczętowaniu umów gorzałką opowiem przy innej okazji.


Antoni Relski
24 komentarzy
20 października 2009
Siedzieliśmy kiedyś z żoną przed telewizorem śledząc losy bohatera jakiejś komedii romantycznej. Na pewno była to komedia romantyczna, ponieważ  horrory oglądam sam. W pewnej chwili główny bohater  pożegnał żonę wyjeżdżającą gdzieś pociągiem. Czułościom i miłosnym deklaracjom nie było końca, a gdy tylko pociąg ruszył i ostatni wagon przykrył dym z parowozu, mężczyzna  wprawnym  ruchem zdjął ślubną obrączkę i wrzucił ją beztrosko do butonierki. Ponieważ nie nadążałem bezkrytycznie za filmem ,spojrzałem na swoje wyciągnięte dłonie. Na palcu prawej  ręki spokojnie tkwiła ślubna obrączka. W chwili gdy udzielający nam  ślubu ksiądz wyciągnął je  ze święconej wody w której tkwiły całkowicie zanurzone, od czasu, gdy nabrawszy zamaszyście wody z naczynia księżulo machnął zawadiacko z lewa na prawo i z przodu do tyłu. Jak w lany poniedziałek wszystko wokół : obrączki, kwiaty, fryzura żona, a na koniec mój garnitur pokryły się kropelkami święconej wody.  Ksiądz Zbigniew wyciągnął delikatnie złote krążki, strzepnął z nadmiaru wody i podał nam do założenia. Od tej chwili noszę obrączkę bez zdejmowania na noc, na wczasy, czy na wszelki wypadek. Przepraszam w dwóch przypadkach musiałem zdjąć : raz do operacji, nie mogłem mieć nic na rękach. I raz kiedy z jakiegoś powodu spuchły mi dłonie, a może po prostu przytyłem. Żółty metal zaczął odcinać dopływ krwi do palca i powodował potworny ucisk. Wpadłem wtedy do znajomego nie bacząc na późną porę i sąsiad przy pomocy jubilerskiego brzeszczota przeciął obrączkę na pół. Reanimacja trwała dwa dni. Powoli ujmując metal w dwa palce ruchem obrotowym zdjąłem obrączkę z palca i odłożyłem na ławę. Spojrzałem powtórnie na dłonie. Serdeczny palec w miejscu obrączki był wyraźnie cieńszy a na skórze odciskał się wierny ślad  kółka.
- Spójrz jak to kretyńsko wygląda. Gdybym podszedł do kobiety z takimi łapami, gdzie na sto metrów widoczny jest ślad  na palcu, może być pewna moich złych zamiarów.
 Udając singla z czymś takim wyglądam jak facet usprawiedliwiający swoją niegodziwość najprymitywniejszym kłamstwem. Przecież na dobrą sprawę taka obrączka  nie stanowi jakiejś blokady umysłu na zdradę. Jeżeli  będziesz chciał i to sobie zaplanujesz zrobisz to, bez względu czy będziesz miał jedną obrączkę, dwie, trzy, albo nawet całą bransoletę.  Rwanie z obrączką wydaje mi się bardziej uczciwe niż bez niej, jeżeli w ogóle o jakiejś  uczciwości  możemy mówić w tej sytuacji. Niektóre osoby zdobycz obrączkowanego osobnika dodatkowo podkręca, pewnie dlatego że kiedyś mówiono : kradzione nie tuczy. Wetknąłem z powrotem krążek na palec. Niech sobie leży. Na dobre i na złe. Przypominam sobie że kilka  razy omal nie straciłem palca zaczepiając o coś wystającym brzegiem obrączki. Moja znajoma straciła tak właśnie palec. Chciała coś zabrać z zadaszenia nad drzwiami. Podskoczyła i niechcący zaczepiła ręką o brzeg blachy. zawisła na palcu. Niestety nie dało się go uratować. Od tamtej pory  nosi obrączkę na palcu drugiej ręki,  jak wdowa.
  Traktujemy ją jak remedium na wierność a tymczasem, obrączka nie stanowi automatycznego zabezpieczenia przed zdradą,  a jej brak nie zwalnia z obowiązku uczciwości wobec partnera.
O czym uczciwie przypominam

Antoni Relski
17 komentarzy
18 października 2009
Zatrzymałem samochód na parkingu przed supermarketem. Chwilę poszukiwałem wolnego miejsca, pośród plątaniny białych linii wyznaczających miejsca. Starałem się zaparkować w miarę blisko wejścia w myśl zasady, że nie będę brał taksówki aby dojechać do drzwi marketu. Po chwili zauważyłem dwa wolne miejsca w rozsądnej odległości. Zająłem to z lewej, a kiedy powtarzałem manewr cofania aby wyrównać koła do linii skrajnych, co jest swego rodzaju moją słabością zauważyłem  stojący obok srebrny Daewoo Lanos. Przykuł mój wzrok dlatego, że stał z opuszczonymi szybami. Zatrzymałem samochód, a  kiedy po wyjściu zamykałem drzwi odruchowo rzuciłem kątem oka do wnętrza tego pojazdu. Wewnątrz siedziały trzy dziewczyny w wieku po  kilkanaście lat każda . Ze względu na strój i makijaż trudno było  precyzyjnie określić wiek panienek. Taki syndrom Polańskiego. W żadnym razie nie gapiłem się na dziewczyny tym zachłannym samczym okiem starszego faceta. Rzuciłem tylko szybkie spojrzenie z gatunku tych określających bezpieczeństwo własnego  zaparkowanego pojazdu. Nacisnąłem guzik  pilota i ciche kliknięcie oznajmiło  zamknięcie centralnego zamka, oraz  aktywację alarmu. W myślach składałem sobie listę zakupów, wyjątkowo skromną, składającą się z raptem trzech rzeczy.
Zrobię ci loda  - usłyszałem w tej samej chwili.
Spojrzałem odruchowo na dziewczynę wypowiadającą te słowa. Siedziała na tylnym siedzeniu  samochodu. Patrzyła mi prosto w twarz bez oznak najmniejszego zawstydzenia. Gestem zapożyczonym z filmów klasy D, lub pornosa przeciągnęła koniuszkiem języka po grubo wyszminkowanych ustach. Przytkało mnie.
Słyszałeś co mówiłam?  – spytała i dla pewności powtórzyła propozycję.
Dziewczyno – odpaliłem - Ja mam tak bogate i satysfakcjonujące życie seksualne,  że nie  ma już w nim miejsca na twojego  loda.
Nadęła wargi i powróciła do wymiany uwag ze swoimi koleżankami.
Ot taki  króciutki dialog na parkingu, bez dalszego ciągu i bez konsekwencji.
Nigdy nie wiadomo kiedy na swojej drodze spotkasz Galerianki.
Gdy tak łaziłem między regałami  zastanawiałem się nad jednym. Dręczy mnie mianowicie pytanie, na jakiej zasadzie dziewczyny typują swoich ewentualnych klientów.
Bo przecież nie wypowiadają  powyższych propozycji każdemu, tak  jak każdemu rozdaje się ulotki na skrzyżowaniu ulic.  Czy potencjalnym sponsorem może być osoba która kwalifikują jak osobę z kasą – a to znaczy nie jest źle .
Czy być może potrafią wyczytać  w oczach tą mgłę beznadziejności i desperacji – a to znaczy kaszana, muszę popracować nad swoim spojrzeniem.   
Nie dowiem się tego nigdy ponieważ nie ciągnąłem dyskusji, która mogła by  sprawić wrażenie negocjacji. Zawsze bowiem może pojawić się opiekun, który  posiada swoje argumenty. A auto było służbowe. Wyposażone w wycieraczki i lusterka, które dzięki bogu spotkałem na swoim miejscu po powrocie. Przyciemniane szyby w Lanosie były zasunięte i mocno zaparowane. Być może jednak znalazł się jakiś pasjonat  lodów w to deszczowo śnieżne południe.
A może to z powodu wieku? Kiedy całkiem niedawno wybraliśmy się z młodym na mecz ligowy, czekali na nas ochroniarze. Młodego przeszukali jak na dobrym filmie , a na mnie spojrzeli  tylko i powiedzieli:  niech Pan przechodzi.
Nie żebym lubił macanie po żebrach, ale jak wszyscy to wszyscy, babcia też.
Ostatni raz kontrolowali mnie na Deep Purple, ale z tego co mogłem się zorientować, większość widowni  to była moja półka. Ubrani w mocno wytarte kurtki kowbojki, pamiętające jeszcze bony towarowe Pewexu  z okresu braków i kampanii buraczanych.
Wszyscy chętni skandować sex, drugs and rock and roll.  Z tym że sex – małżeński , drugs  na obniżenie ciśnienia i poprawę funkcji prostaty i tylko rock and roll wiecznie żywy tworzył iluzję niezmienności tego,  co niestety mija nas jak  zatłoczony autobus na przystanku.
Póki co myślę że nie muszę jeszcze płacić za ten spektakl z życiem w tle .
A swoją drogą jak przeczytałem powyższy tekst, to czuję się trochę jak po obejrzeniu amerykańskiego filmu. Ostatnie dziesięć minut akcji to intelektualny bełkot sprowadzający się do haseł w stylu : ojczyzna, patriotyzm, honor i uczciwość. Dla zachowania  poczucia własnej inteligencji powinniśmy wyłączać film dziesięć minut przed napisami. I może ten tekst powinno się przestać czytać po zdaniu  … Nadęła wargi i powróciła do wymiany uwag ze swoimi koleżankami.
     
Antoni Relski
23 komentarzy
15 października 2009
Z upływem lat, kiedy  zaczynają się tak zwane srebrne lata ( to z reklamy jakichś tabletek, pewnie na prostatę), rozpoczyna się również kłopot z pamięcią. Okazuje się, że nagle mamy problem z przypomnieniem sobie nazwy przedmiotu, miasta, chociaż w dalszym ciągu nie mamy problemu ze streszczeniem  sytuacji.
Tak teraz będzie - mówił wtedy mój znajomy dentysta - a najgorzej jak dojdzie do nazwisk.
 Z tymi nazwiskami jest rzeczywiście problem. Są takie podobne do siebie i z niczym się nie kojarzą. W moim telefonie na karcie SIM są ich dziesiątki, a ja coraz częściej przewijam listę kontaktów, aby przypomnieć sobie  właściwe. Z reguły  to się udaje. Nie wyobrażam sobie jednak  sytuacji w której gubię taki telefon, lub zmienia on właściciela na rzecz zakapturzonych osobników w miejskim parku. Pal licho aparat , niech tylko oddadzą kartę SIM.
 Muszę koniecznie zrobić kopię numerów w laptopie. Niestety jak zwykle nie mam czasu. Pojawiające się problemy z pamięcią, już dwa razy tknęły mnie w kierunku Google, aby wpisać hasło Aldzhaimer  i poczytać o objawach.  Moja teściowa rozwiązująca namiętnie krzyżówki we wszystkim co wpadnie jej w ręce mówi, że trzeba ćwiczyć, ciągle ćwiczyć. Tak samo trzeba robić aby dojść do filharmonii . Ćwiczy więc dobra kobieta z tymi krzyżówkami,  ale dlaczego  robi to na mojej gazecie?.
Wracając do tematu. Widzę twarz, nie pamiętam nazwiska i trzeba bodźca aby pamięć wróciła. Wygrzebała z dna nazwę, nazwisko i kontekst. W pracy posiłkuję się pytaniami w stylu:
 co dzisiaj załatwiamy?  kto fakturuje?. To ja może sprawdzę rabaty czy najlepsze i szybko rzucam okiem na monitor celem przypomnienia. Działało bez zarzutów do czasu, kiedy do mojego pokoju wszedł wyraźnie zadowolony z mojego widoku człowiek. Ja też poznawałem te rysy. Kiedyś już widzieliśmy się.
Kupujemy coś dzisiaj? -  spytałem.
 A w ryja chcesz ? – odparł pytaniem na pytanie nieznajomy
Jacku przepraszam że cie nie poznałem -  odkrzyknąłem zaraz do kolegi ze studiów. Ileż to razem wypiliśmy piwa wina i wódki. Jacek wybaczył mi gafę. Swoją drogą to on ważył wtedy ze dwadzieścia pięć kilo mniej. 
Znacznie gorzej z wybaczaniem miała jedna pani, którą poznałem na imprezie integracyjnej. Dwadzieścia osób wokół ogniska, rozmowy dorosłych ludzi pochodzących z jednego miasta. Wśród nich Pan doktor, szanowany członek społeczności. Kupiecki syn ponieważ rodzice prowadzili stragan z owocami i warzywami, a później założyli własną przetwórnię mięsa. Znaczy się elita. Pan nazwijmy go Janek długo przypatrywał się Pani Joli która z mężem, kierownikiem ośrodka podejmowała zgromadzonych wokół gości. Kiedy już alkohol zaczął krążyć w żyłach i odwaga stałą się jakby tańsza, Pan  Janek odezwał się do Pani Joli:
A ja Panią pamiętam
Tak ?! -  stwierdziła pytając jednocześnie, zalotnie  Pani Jola.
Bo moi rodzice mieli stragan z warzywami i ja po szkole pomagałem im stając za ladą. Któregoś dnia pamiętam to jak dzisiaj, podeszła do straganu młoda dziewczyna. Mieliśmy wtedy może po dwanaście lat.   Ja zajęty byłem przekładaniem jabłek do skrzynki, więc byłem schylony za ladą. Dziewczyna zaczekała aż mama która była wtedy na stoisku odwróci się  i ukradła marchewkę. Jedną marchewkę. Zapamiętałem to sobie dobrze ponieważ byłem bardzo wzburzony. To była Pani!
Jeżeli to miał być dowcip w ustach prawie czterdziestoletniego mężczyzny, to był ona najwyraźniej bardzo płytki. Kobieta spłoniła się jak symboliczna dziewica orleańska i bez słowa szybciutko opuściła imprezę. Najpierw jednak opuścił ją dobry humor.
Dobra pamięć to powinien być jednak przywilej dla myślących. Bo cóż udowodnił swoim opowiadaniem Pan Doktor. Że nie ma za grosz dyplomacji. Ponieważ stratę w kwocie około 20 groszy można było przeboleć, będąc gościem wspomnianej osoby. Można było przecież najeść lub napić z procentami aby rachunki zostały wyrównane.
Niepamięci cud się kręci śpiewał Staszek Soyka -  o ile oczywiście dobrze pamiętam.
Nie pamiętać w odpowiedniej chwili to zaleta. Rozpoznać a nie pokazać tego w odpowiednim momencie ,o to właśnie chodzi.
Jakiś czas  temu w innej części miasta natknąłem się na mojego znajomego duchownego. Od razu powiem, że nie  był on w trakcie służbowych czynności. Towarzysko zaangażowany, poznał mnie z daleka.   W chwili gdy zbliżaliśmy się naprzeciw  siebie, zapanowała  lekko nerwowa atmosfera. Jakimi słowami powitam  swego pasterza?
Cześć - powiedziałem mijając go i jego towarzyszkę.
Cześć – powiedział z wyraźną ulgą.
Obok słychać było łoskot kamienia który spadł mu  z duszy na chodnik.  
Nie oczekiwałem za  to ulgi przy pokucie,  po prostu nie spowiadałem się u niego. 
Czy dobra pamięć i upieranie się przy swoim że oto widziało się na sto procent  faceta, w chwili gdy striptizerka rzucała w jego kierunku majtki, wczoraj w nocnym lokalu, to zaleta czy wada pamięci?     Rozpowiadanie że dokładnie  pamiętamy, jak  wyszedł w towarzystwie takiej rozbudowanej brunetki podczas gdy on rozmawia z  nami  trzymając za rękę   blondynkę o posturze gimnazjalistki, to tylko gafa?
No masz bracie dobrą pamięć i co z tego?
        
Antoni Relski
14 komentarzy
12 października 2009
Dzieje się w telewizji, w radio się dzieje. W ogóle się dzieje i ma to na mnie zgubny wpływ. Tak mnie czasem  coś szarpnie.  Tak mnie na czasem zatelepie,  kiedy obserwuję polityczne elity Naszej Najjaśniejszej.  Soki żołądkowe podnoszą się aż do samej grdyki,   w oczach  ciemnieje,  a na usta cisną się same przekleństwa.  Podrywam się wtedy  błyskawicznie  z wygodnego skórzanego fotela,  zasiadam prze klawiaturą laptopa i syczę -  ja wam pokażę!   A potem kiedy gapię się na czysty ekran Worda i próbuję  złożyć   zdania nie zawierające słów powszechnie uznawanych za obraźliwe,  powoli mija mi pierwsze zdenerwowanie. Jak po zażyciu leku na zgagę,  odchodzą kolejne fale. Jeszcze kilka kliknięć  spacją i wracam do normalności.  Znowu prawie poddałem się manipulacji i socjotechnicznym sztuczkom. Rozpolitykowanie które zostało  po czasach przełomu,  jak podagra daje nam znać o sobie  od czasu do czasu.   Żyliśmy polityką czy tego chcieliśmy czy nie.  Kiedyś nie mieliśmy wyboru przy dokonywaniu wyborów. Ale teraz gdy możemy realizować się w tak różnych dziedzinach,  dlaczego ona tkwi w nas tak mocno?   
 A jest tyle innych ciekawych zajęć dla ludzi z naszym wykształceniem.  Nie   namawiam do obojętności politycznej, jestem przeciwny  politycznej agresji.  Mamy przecież szansę co parę lat,  aby w sposób  jak najbardziej skondensowany i przy tym jakże kulturalny ocenić tych,  dla których polityka stała się solą życia. Tych  którzy jak to zwyczajowo deklaruje ich PR , są po to aby nam służyć. Tymczasem przez  prasę, radio, telewizję przetacza się fala  politycznych pyskówek. Obrażamy się nawzajem na internetowych forach, a gdy przyjdzie co do czego,  nie chce nam się  skreślić  nieudolnych. Być może właśnie na to liczą. Myślą że  zmęczą normalnych ludzi, przytłoczą tym potokiem pustej mowy i zniechęcą do dokonania wyboru.  A przy urnie sprawę załatwią  aktywiści i bojówki.  Po okresie wyrobów czekolado podobnych  i kawy prawie naturalnej,  nie dajmy się nabrać na działania zastępcze. Potrafimy przecież odróżnić prawdziwą wartość, od ideowego beknięcia.
Nie napiszę  daj Boże nigdy,  że właściwa opcja to ta albo tamta. To podpowie nam na pewno nasza życiowa mądrość i samozachowawczy instynkt.
Kochani nie dajmy się zmanipulować  i wciągnąć w te ruchome piaski czy polityczne bagno. Pisałem już kiedyś, że jeżeli chcesz stracić przyjaciół, to zaproś ich do politycznej  dyskusji .
Nie przekonasz nikogo a rozdrażnisz wszystkich .  Podchodzimy do polityki tak emocjonalnie, że wprowadzenie takiego tematu skończyć każdą nawet udanie zapowiadającą się imprezę.  Nie wiem dlaczego ? Przed wojną,  tą drugą światową,  zapytano jednego z polskich  pisarzy satyryków:
-  Co sądzi Pan  na temat   aktualnych  politycznych  wydarzeń.
 Odparł wprost :
-Nie wiem. Od polityki to ja mam Piłsudskiego.
 Zatraciliśmy to wspaniałe poczucie dystansu
 Po kolejnych rozmowach Moniki Olejnik, kiedy moje ciśnienie gwałtownie wzrosło,  ale  potem  zaczęło  opadać,  wymyśliłem hasło i propozycję znaku.   Gdyby tak każdy kto ma dosyć tego bełkotu, politycznej nowo mowy,  bzdur,  bzdetów  i tej całej żenady  umieścił  pod tytułem swojego bloga  dopisek np.:      
Blog wolny od polityki
Albo :
Tego bloga nie tyka polityka
 
Może  jakiś  znaczek?


 

A co z polityką ?
Treści polityczne, wyraźnie oznaczone z dodatkową akceptacją, jak erotyka.  Wtedy wiesz i wchodzisz  na własne ryzyko.  I proszę nie mówić że jestem przeciwko demokracji.  Jestem za zdrowym rozsądkiem.

Antoni Relski
17 komentarzy
10 października 2009
  
Starszy syn  mnie wkurza. Na odległość mnie wkurza, w ramach swojego urlopu. Codziennie zarzuca mnie  MMS - ami  z odwiedzanych miejsc. Zazdroszczę mu tego bardziej, niż gdy znajomy pokazuje  mi na swojej komórce zdjęcia lasek, swoich łupów z weekendowych polowań. Z wiekiem pewnie zmieniają się priorytety. Był już Turbacz, Lubań, teraz Trzy Korony i Sokolica, Zazdroszczę mu z całego serca, tych widoków,  pełnych kolorowych liści,  jesiennego ciepła, zapóźnionego gdzie niegdzie babiego lata. Pajęczyny oplatające świerki, z rana pokryte kropelkami rosy przypominają ślubny welon, haftowany perełkami w pewien misterny, chociaż nieregularny motyw, jaki tylko natura potrafi wymyślić. To dopiero początek, w planie wszystkie szczyty wokół Ochotnicy tak Dolnej jak i Górnej. W końcu to jedna wieś a podzielona sztucznie w celu stworzenia oddzielnej parafii.   Zazdroszczę mu tej determinacji,  która każe w czasie urlopu wstać z ciepłego łóżeczka o piątej, aby o szóstej wyjść z Krościenka na Trzy Korony. O tej porze roku i dnia droga spokojna, bez wycieczek. Jest czas na kontemplacje wschodu słońca jak i zmierzenie się  ze wszystkimi dręczącymi  cię doczesnymi sprawami.  Za to widok z góry cudowny. Pomiędzy szczytami przewala się rzeka mgły, oplatając łagodnie zbocza, łącząc je lub rozdzielając jak kto woli błękitno białą pianą.  Dla tego widoku warto wstać przed świtem. Starszy, pasjonat gór, który pierwsze górskie doświadczenia zdobywał w moich schodzonych butach. Potrafiły się odwdzięczyć za wyciąganie je na tatrzańskie szlaki komfortem i ochroną nóg.
 Ej gdyby te buty potrafiły mówić – stwierdził jeden ze spotkanych na szlaku turystów i nie wiem czy była to pochwała butów czy kpina ze starego modelu. Szybko z nich wyrósł i w tej chwili ja do jego butów wchodzę razem ze swoimi. Teraz w swoich butach dobrej marki,  jest pozytywnie zakręconym szajbusem, zakochanym w górach.  Wpadł na pomysł wędrówki od szczytu do szczytu z noclegami w plenerze  przy ognisku. Cudem udało mi się przetłumaczyć mu, że październik nie jest do tego najlepszym miesiącem.  Ale temperatura ostatnich dni i nocy lekko podważa moje teorie.  No cóż.  Odszukał  pozostałości z wraku Liberatora  który rozbił się nad Gorcami w czasie drugiej wojny światowej. W środku lasu, ku pamięci potomnych znajduje się tablica i pomnik na kształt kabiny samolotu. Przypomina o wojennym poświęceniu i ofiarach. A stan utrzymania pomnika potwierdza że o pamięci ludzkiej nie decyduje miejsce posadowienia monumentu.  
Okiem zawistnika oglądam te MMS - owe informacje.  Szkoda że mnie tam nie ma, a z drugiej strony gdy pomyślę że  na wsi : trawa do koszenia, krzaki do przesadzenia, a drzewa do przycięcia, z wolna opada mi entuzjazm.  Może w przyszłym tygodniu. W tym jestem przynajmniej konsekwentny. W zeszły weekend też tak sobie obiecywałem. Mam zresztą do wywiezienia parę rzeczy. Telewizor niepotrzebny już znajomym, dwa przedwojenne obrazy, straszne landszafty ale z patyną lat, oraz jedno  koszmarko – cudeńko. W ramach wiejskiej kolekcji dzwonków, od czasu do czasu ktoś coś podrzuci. W tej chwili otrzymałem kicz pierwszej wody. Wielkie serce pełne kwiatów, w górę serca wkomponowany jest amorek, który w wciągniętych rękach trzyma dzwonek. Kiedy ciągniemy za rzemień przywiązany do nóg amorka dzwonek dzwoni. Całość wykonana z ceramiki, z lekką patyną czasu , która  nadaje prestiżu całej kompozycji. I tylko pojawiający się z pod warstwy tego prestiżu biały napis o swojsko brzmiącym wydźwięku:  „I love you”  trochę psuje ogólny wygląd . Za rok dwa napis zniknie zupełnie.   Amorek miał wyłamane rączki pewnie z powodu zbyt intensywnego pociągania go za nóżki. Niby paradoks ale to wynika z konstrukcji mocowania dzwonka. Dobry klej zrobił jednak  swoje. Zawiśnie  pomiędzy owczymi zbyrcokami, końskimi janczarami,  zaraz obok frankońskiego koguta. Całość pokrywa się patyną czasu, delikatną rdzą, albo kurzem. Z wyjątkiem dzwonka na służbę, który w górnej części sygnowany jest niebiesko srebrną naklejką z napisem NASA. Amerykańska kosmiczna technologia wykonania nie pozwala na zatrzymanie kurzu na powierzchni i cały czas kłuje w oczy blaskiem chromowanego wykończenia.
Prezent jest prezent. De gustibus non est discutantum
Poczekasz sobie amorku dogodniejszego momentu. Rzucam okiem na monitor laptopa. Szerokim łukiem omijam politykę. A w Internecie wiadomości dnia:
Magda Żmuda Trzebiatowska pokazała majtki
Gwiazda disco polo musiała zmienić tytuł piosenki
Uczestniczka „tańca z gwiazdami”    poparzyła się ( dezodorantem! )
Po  tych zdarzeniach światowego formatu nic już nie będzie takie samo.
Czy potrafię przejść obok tych wiadomości obojętnie i czy pozwoli mi to spokojnie zasnąć.
Z pewnością zasnę bez problemów. A może we śnie powłóczę się tymi gorczańskimi ścieżynkami. Czerwonymi bukowinami i żółtymi zagajnikami brzóz. I abym zdążył zejść z Turbacza zanim budzik zadzwoni tradycyjnie parę po szóstej. 
 

 


Antoni Relski
32 komentarzy
07 października 2009
Mam dwoje dzieci z jednej matki i jak zapewnia mnie żona, jednego ojca  -  mnie. Nie mówię tego z powodu jakichś wątpliwości,  ale reguła Prawa Rzymskiego mówi : Mater semper certa est, pater quem nuptiae demonstrant - Matka dziecka jest zawsze pewna (wiadoma, znana), a za ojca należy uważać jej ślubnego męża. Tak panowie. Jak donosi prasa, badania naukowe dowodzą, że  co trzecie dziecko  nie jest biologicznym synem ojca który je wychowuje. Boże jakie to szczęście że mam tylko dwoje.
Wracając do dzieci. Pierwsze to typ naukowca posiadający zadziwiającą skłonność do lektury wszelkiego typu i asortymentu, manualne zdolności  przeciętne. Drugi utalentowany we wszystkich działaniach  związanych z ruchem, działaniem. Preferowana lektura – obowiązkowa.  Dwoje dzieci  dwa  talenty w różnych dziedzinach. Któż bowiem powie że własne dzieci nie są utalentowane.
Doszedłem nawet do wniosku, że talent człowieka to taka jak gdyby skala z suwakiem. Z jednej strony są zdolności manuale,  z drugiej zdolność do doskonalenia duchowego. Gdy suwak ustawiony jest w połowie skali mamy do czynienia z typem przeciętnym,  którego dawnej zwało się taki do tańca i do różańca. Inaczej ma się gdy suwak przesuwa się w skrajną, w jedną lub drugą stronę. Diament  myśli  abstrakcyjnej nie potrafi wymienić żarówki i nie dba o skarpetki. Zadziwiające kto i kiedy ustawia odpowiedni zakres dla suwaka i czy my z własnej woli potrafimy na to wpłynąć.
A być może prawdą jest, co się powtarza podczas nieudanych prób zdobycia czegoś nowego : daj spokój wyżej krzyża nie podskoczysz.  
Ludzie uzdolnieni. Potrafią przerobić macierze i przestrzenie wielowymiarowe, silnie, gubią się w prostych czynnościach.
Mąż mojej znajomej jako wybitna jednostka, wyjeżdżał na wszelkiego rodzaju sympozja i zjazdy naukowe. W jednej z podgórskich miejscowości, gdzie organizowano taki zlot mózgowców notorycznie brakowało, prądu. A jak prądu to również wody, bo pompa  była na elektrykę.  Żona zaproponowała mu więc, aby zabrał ze sobą kanister w wodą. Tak nabył  drogą kupna plastikową dwudziestkę. Napełnił wodą i wywiózł. Dla ułatwienia całość  zamocowana była  na takim wózeczku do przewozu walizek. Dwa kółka i rączka.  Po czterech dniach sympozjum, małżonek wracał do domu. Widać go było z daleka, jak w jednej ręce trzymał torbę z ubraniami a drugą ciągnął  wózek z kanistrem. Kółka jęczały i podskakiwały  na nierównościach. Kiedy wywlókł się na drugie piętro postawił wózek w przedpokoju.
Tam w środku jest woda –  stwierdziła zdziwiona  żona.
Tak w tym roku wody nie brakowało -  skomentował mąż.
Mąż mógł to śmiało powiedzieć po angielsku lub francusku, łącznie z dowodem na twierdzenie  jakiejś prawdy z  nauk ścisłych, coś co  było jego żywiołem. Woda znajdowała się z drugiej strony suwaka.
Następny przykład, człowieka który skończył dwa fakultety o zdecydowanie skrajnej tematyce. Kiedyś na zajęciach pojawił się w butach bez sznurówek.
Co to za buty? - spytała koleżanka.
Wyobraź sobie że byliśmy na wycieczce w zakładach obuwniczych. Robiliśmy tam jakieś badania. Na koniec dyrektor pozwolił nam wziąć sobie po parze butów. Ja wybrałem takie – powiedział prezentując skórzane półbuty z każdej strony.
A sznurówki? – spytała zaciekawiona koleżanka
Sznurówek nam nie dawali  - odpowiedział zaskoczony pytaniem znajomy.
Widziałem bardzo młodego profesora genetyki, który przez cztery godziny obserwował mrówki  spacerujące na dróżce do basenu . W efekcie nie skorzystał z kąpieli a wieczorem jego żona wcierała mu maść w spalone słońcem plecy. On jakby nieobecny, z zachwytem opowiadał o społecznej dojrzałości  mieszkanek mrowiska.
Sam nie wiem, dobrze czy źle jest być wybitnie uzdolnionym naukowcem ?
 Pozostawieni sobie intelektualiści są bezradni, nieprzygotowani do życia.
Komputerowe super mózgi są wykorzystywani przez otoczenie, które w typowych czynnościach drze z nich łacha i  pieniądze. Bo wiedza o macierzach nie uszczelni przeciekającego kranu. A umiejętność obliczenia z jaką siłą woda napiera na dziurawą uszczelkę, też  nie pomoże jej szczelności.
Przy odrobinie szczęścia trafia taki nawiedzony intelektualista na kobietę swojego życia, która poświęci karierę  i własne ambicje, dla rozwoju geniusza. Najpewniej on tego nawet nie zauważy.

Antoni Relski
10 komentarzy
04 października 2009
Każdy sprząta swój pokój. Z  kuchnią, łazienką i toaletą robimy tak zwany przeskok. Aby nie było nudno kuchnia wypada mi co trzy tygodnie, tak samo łazienka i toaleta. Na lodówce wisi grafik i w ten sposób każdy robi swoje. Ma to być bez proszenia i przypominania. Najgorsza jest jednak samo motywacja. Ale i to mi wychodzi, potrafię się nawet sam opieprzyć za ewentualne lenistwo. Powoli poznaję przeznaczenie wszystkich tych butelek i pojemników z szafy w przedpokoju. Czasami  trzeba sobie radzić jak przysłowiowy baca, który zawiązał buta dżdżownicą. W ostatnią sobotę  brakło płynu do mycia szyb. Młodszy bezradnie rozłożył ręce – nie ma czym. Pogrzebałem w przepastnej szafie i wyciągnąłem spray do mycia   monitorów komputerowych. Tak lustra nie błyszczały się już dawno, a przy tym zapaszek w całym domu jakbyś siedział w Internecie. Co prawda taki spray kosztuje siedmiokrotnie więcej od  normalnego psikacza, ale raz można.  Dobrze idzie nam segregacja  kolorów białe osobno, kolor osobno i czarne do którego lejemy tego płynu, co to czarne jest zawsze czarne.  Nie bardzo wiem jak to działa, bo płyn jest biały, a koszule mają być czarne. Niech tam, ryzykuję.   Zapracowana  pralka wyrzuciła ze swego wnętrza tyle rzeczy, że konieczne było zatrudnienie babci do pomocy w prasowaniu. Ja swoje  wypracowałem, bez dodatkowych kantów i załamań.  Wiem też żeby do prasowania włączyć film z polską ścieżką dialogową, bo trudno czytać napisy i ciągnąć gorącą stopą między guzikami.  Jest okazja aby odrobić zaległości, nagrywam i nagrywam, teraz można na coś zerknąć. Ostatnio to był „Buntownik bez powodu”. Staroć?  owszem dobra do prasowania. Teściowa twierdzi że uwielbia prasować, no nie mogę zabrać kobiecie powodów do radości. Kiedy przeciąga gorącym żelazkiem podkoszulki chłopaków  czuje się potrzebna. Ale zaraz wpada z obiadem w słoikach, więc muszę ją stopować. Chcemy sami, potrafimy samodzielnie.   Młody poczuł zresztą  wolę bożą i zaczął  gotować.  Bez urazy ale jego  chilli con … coś tam jest rewelacyjne.  Problem  polega na tym,  że nie uznaje pokrywek na gary i po akcie twórczego gotowania trzeba kwadransa, aby doczyścić ceramiczną płytę kuchni. No cóż to są koszty. Nauka stosowania pokrywek idzie topornie, a lśniąca płyta to był jeden z koników żony. Utrzymujemy więc stan średni,  bo najgorzej podźwignąć się z całkowitego upadku.  Przez te ostatnie trzy tygodnie ani raz nie jedliśmy typowo męskich dań jak jajecznica czy parówki.
Toczę walkę aby rzeczy po użyciu wracały na swoje miejsce dopóki pamiętamy gdzie to jest.  Z czasem zapamiętujemy coraz więcej.  Bezład w układaniu spowodować może,  że rzeczy  nie zmieszczą  się w mieszkaniu. Oprócz walki o porządek stosuję również podstęp, albo motywację przez pochwały, ale to trochę trąci starym ustrojem.
I zakupy. Gdy wpadamy między półki słychać tylko świst wrzucanych opakowań.  Według listy, żadnej przypadkowości. Może jeszcze nie wybieramy według cen i dajemy się  podejść specom od marketingu, ale panujemy nad wyborami. Każda zakupiona rzecz znalazła swoje zastosowanie. A pieczywo. No zupełnie się nie marnuje, ponieważ kupujemy świeże gdy skończy się stare. Czasami ciężko przełknąć przy śniadaniu tą naszą decyzję, ale nie marnujemy jedzenia. Facet potrafi.  Radzimy więc sobie w granicach normy i przyzwoitości, czego namacalnym przykładem jest to że teściowa, która przy okazji prasowania zlustrowała dom, nie miała uwag. Myślę tylko tak pomiędzy zmianą płynów do podłóg drewnianych i nie drewnianych, że być może nie powinniśmy tak sobie radzić. Może powinniśmy z duperelami dzwonić do żony, aby Ona na tym szpitalnym łóżku czuła się potrzebna.  A może nie ?  Niech leży spokojna że oto radzimy sobie i czegoś przez te lata nas nauczyła?  Dobra użyję tego  kolorowego spraya bez konsultacji. Próba dopiero przed nami, zbliża się czas mycia okien i zmiany firanek. O te firany idzie szczególnie. Jak wyprać i wyprasować taką wielką powierzchnię?  Nie obejdzie się bez pomocy teściowej.  Chociaż jak prasować kołnierzyki w czarnych koszulach, wiemy lepiej.
A po robocie  uśmiech na twarz i do szpitala. Problemy zostawiamy przed wejściem na oddział, zaczekają tutaj na nasz powrót. Są wierne jak pies, a mogłyby być jak dziecko  i zaginąć  chociaż na chwilę w tym wielkim przestronnym szpitalu. Zapodziać się gdzieś pomiędzy składzikami.   Dobrze że nie muszę  wypełniać w tej chwili żadnej ankiety na temat zadowolenia ze służby zdrowia, bez względu jak to określenie szeroko rozumieć. W chwili kiedy muszę przynieść lekarstwa, zastrzyki nie wyłączając tych których teoretycznie nie wolno mi nabyć, środki higieny, czy sprzęt rehabilitacyjny  to na usta ciśnie się pytanie co jeszcze?  Własnoręczny zabieg?   Nie każdy jest  jak Rambo  i nie wyciągnie sobie kuli czyszcząc ranę prochem.
Zelżało z godzinami odwiedzin. W tej chwili można przychodzić praktycznie w każdej chwili. Do świadomości personelu dotarło w końcu, że rodzina działa terapeutycznie. Dodatkowo nakarmi, przewróci na bok, poprawi pościel, a nawet wyniesie kaczkę. Czasem się przypieprza, ale nic nie jest idealne. Osoba groźnego portiera, Pana twego życia i śmierci, od którego zależało czy za pięć złotych wpuści cię poza godzinami do: matki, żony czy kochanki, dzięki Bogu odeszła w zapomnienie.   
 Kiedy na chwilę zostawię za sobą  te problemy i poupycham w szafce aprowizację,  siadam koło łóżka a żona mówi:
Wiesz tak jak Umma Thurmann  w Kill Billu,  rozmawiałam dzisiaj  z moimi nogami  i być może dojdę z nimi do jakiegoś porozumienia. Ale one są uparte jak ja.  Ja je jednak  zmotywuję.
W takiej chwili jak naprawdę wierzę w tą rozmowę i tą motywację. Po poprzednich operacjach widziałem jak  siada, wstaje i robi pierwsze kroki, podziwiam ją za to. Trzeba tylko by dostała szansę. Wszyscy znajomi zawracają już  tym głowę Panu Bogu.
Teraz  już tylko co cesarskie cesarzowi.  Automat telewizyjny  dwa złote za godzinę. Całkiem niedawno za sześć złotych  telewizor działał osiem godzin ale  zlikwidowano taką promocję, aby się pacjentom w głowach nie przewróciło. Poza tym  jak mówią TV łże. Cztery godziny – osiem złotych.  I parking, płatny dla samochodów cztery złote godzina. Każda rozpoczęta liczona jak cała  co daje średnio osiem złotych.  Mogę parkować gdzie indziej, ale pomysłowa straż miejska już czai się w krzakach i bez litości kasuje każdego, komu brakło miejsca na bezpłatnym błotnistym placyku.  Jaskrawo żółte szczęki z daleka kłują w oczy. Łatwy łup. Pewne trafienia.  Najprościej  zabiera się słabym i chorym. A czyni się to  całkowicie legalnie, w imię prawa. Jakiego prawa które nie służy obywatelowi? Połowa nieszczęścia jeżeli zarobione w ten sposób pieniądze szpital kieruje się  na poprawę bytu pacjentów, czy nowe szpitalne wyposażenie. Gorzej gdy z tej kasy opłaca się  pensje związkowych liderów, albo wzmacnia jakiś całkowicie prywatny biznes. Dzięki Bogu zlikwidowano pantofle, te co kasa z nich płynęła na związki zawodowe. W tej chwili rozmawiając z lekarzem czuję się trochę partnerem, jeżeli oczywiście  Pan Doktor na to zezwoli. Przedtem stojąc w białych  workowych paputach na nogach przed ubranym na biało czy niebiesko medykiem,  czułem się z  urzędu o kilka klas niżej niż on.  Trzydniowy pobyt nie boli tak bardzo, trzytygodniowy to już  pozycja w budżecie.
Już wieczór, jak co dzień w niedoczasie. 
- Będę leciał bo muszę odebrać marynarki od czyszczenia. Całuję, Kocham Cię !
-Widzę że doskonale radzicie sobie beze mnie  - stwierdziła żona.
Może było nie chwalić  się tak swoją  samodzielnością?        
PS
Dziękuję wszystkim moim blogowym znajomym za słowa otuchy jakie skierowali do mnie pod poprzednim postem, wszystkie te miłe,  pełne nadziei słowa przekazałem żonie.   
  
Antoni Relski
16 komentarzy
01 października 2009
Lakier koniecznie metalik i tapicerka w pastelowym kolorze - zażartowałem.
Popiel z brązem? czy popiel z oliwką? – spytał usłużnie sprzedawca
 Z oliwką oczywiście z oliwką – stwierdziliśmy zgodnie. 
A opony są  całkiem przyzwoitego producenta -  zawyrokował Młodszy.
 Oczywiście proponuję podłokietniki w kolorze tapicerki. Jeszcze sprawdzimy szerokość siedzenia.   Kiedy zapisał wszystkie dodatkowe życzenia ocenił możliwości producenta:
-  Czas oczekiwania na ten model z uwzględnieniem życzeń wynosi około czterech tygodni.
Zgoda , podpisujemy zlecenie
- Kochanie będziesz miała pierwsze cztery kółka wprost z pod igły,  dotychczas wszystkie były z drugiej ręki.
- Tamto były auta,  to jest wózek inwalidzki -  powiedziała  kwaśno żona.
Kiedy  trzy  tygodnie temu oglądałem „dom do góry  nogami” w  Szymbarku i walcząc  z błędnikiem, przemierzając jego pomieszczenia, nie myślałem o niczym poważnym. Nie  przypuszczałem nawet w najśmielszych przypuszczeniach, że w tych właśnie chwilach  całe moje życie balansuje na krawędzi zmian,  gotowe ustawić się jak dom, do góry nogami. Różnica polega na tym że dom zaprojektowano i postawiono w ten a nie inny sposób, natomiast ja, my planowaliśmy zupełnie coś innego. Wizytę na wsi, jesienne porządki, kilka spotkań z przyjaciółmi, Wenecję w lutym,   czy w końcu z dawna planowane marcińskie rogale w Poznaniu.  W chwili  obecnej mamy tylko jedno marzenie :  aby wózek był rozwiązaniem  przejściowym.
Można iść na zabieg na własnych nogach a wyjechać na wózku?  Można
Można z tym jakoś żyć?
Wiem że trzeba !
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zupełnie nie mam wpływu na to, co w najbliższych dniach, tygodniach miesiącach stanie się i w którą stronę.  Od samych myśli nawala mi błędnik.  Pozostaje niewiele,  tylko w wiara w porządek rzeczy i może jakąś elementarną sprawiedliwość. Rzecz jednak w tym że nikt tej sprawiedliwości mi nie obiecywał, natomiast  przestrzegano przed trudem życia i  szarością dni.
  
Antoni Relski
13 komentarzy